Victorii nie wprowadzono prosto do pracowni Christophera – wstęp tam miały wyłącznie osoby, które zabierał osobiście. I nikt nie mógł wejść tam pod jego nieobecność, a Rosier w tej chwili przebywał innym pomieszczeniu, do którego Lestrange poprowadziła asystentka: bardzo szczupła i wyraźnie czymś zestresowana. Ledwo zresztą ta zapukała nieśmiało do drzwi i je uchyliła, stało się jasne, o co chodziło, bo Christopher Rosier natychmiast się odezwał.
- Nie, nie, nie... Coś ty mi tu przyniosła? Są fatalne, fatalne po prostu. To na przykład pachnie jak deser. Jaka kobieta chciałaby pachnieć jak deser? Prawdopodobnie jakaś dziwna. Zapachy kojarzone z naszą kolekcją mają być eleganckie. Zabierz to stąd, spal, spopiel, wrzuć do kominka! – zawołał zapalczywie, po czym podniósł wzrok znad cieniutkiego tomiku, nad którą się pochylał. Nie była to jednak książka: w środku znajdowały się dziesiątki kolorowych papierków, za pomocą magii nasączonych próbkami różnego rodzaju perfum.
Rosier, jak zwykle, prezentował się nienagannie. Zawsze dbał o swój wygląd, ale zatrzymywał się przed tą granicą, za którą kryłoby się nadmierne wręcz wymuskanie. Odziany w błękitną koszulę własnego projektu, podkreślającą kolor oczu, starannie uczesany. Na jego twarzy malował się wyraz irytacji, ale rozpromienił się, kiedy dostrzegł za Jennifer aurorkę. Miał pewną słabość do Lestrange: może dlatego, że była ładna, może bo była zwykle miła i spokojna, a Rosierowi od małego tłuczono do głowy, że właśnie takie powinny być kobiety czystej krwi. A przy tym niegłupia - Christopher cenił ładne buzie, ale nie potrafił znieść głupich kobiety.
– Moja droga Victorio! – przywitał się i odbił od blatu, by do niej podejść, gotów zgodnie ze starym obyczajem ucałować jej dłoń, gdyby tylko na to zezwoliła. W tego typu sytuacjach nieodmiennie przestrzegał dobrych manier. – Wybacz, nie miałem pojęcia, że to już ta godzina. Wybieram próbki zapachów, ojciec wymyślił „współpracę”, perfumy zaprojektowane specjalnie dla naszej kolekcji „Zapachy lata”. Najwyraźniej lato powinno pachnieć jak deser – westchnął, obrzucając asystentkę niechętnym spojrzeniem, jakby to była jej osobista wina. Po prawdzie może i trochę była, bo to ona wybrała perfumerię, z usług której skorzystano. Christopher nie był zbyt zadowolony, że nie udano się po prostu do Potterów.
– Bardzo się cieszę, że znalazłaś czas na spotkanie. Jak się miewasz?