29.11.2023, 01:59 ✶
Napiął twarz w taki sposób, jakby chciał mu przekazać proste „no shit”, kiedy przyznał się wreszcie, że spanikował. Oczywiście, jak to w takich historiach bywa, sam Flynn też nie był tu święty i za ten dobór słów zasłużył sobie na palce wciśnięte szybkim ruchem między żebra, ale sam sobie dołków pod dupą kopać już nie chciał.
Wytłumaczenie zawiłości sytuacji Severine Crouch byłoby nie tylko żenujące, ale i niepotrzebne. Sam Flynn nie do końca łapał to, w co ona pogrywała ze swoją pojebaną rodziną i martwiło go to cholernie. Nie chciał w to wciągać reszty Bellów. Przez wzgląd na wielką niewiadomą właśnie, ale też przez to, że i Crouch wolałaby zamknąć tę historię w nieco mniejszym gronie niż wielka rodzina cyrkowych szaleńców. Powątpiewał w to, aby zechcieli to rozpuścić po wioskach, gdyby im powiedział, że ceną za to byłaby najpewniej jego wolność (chociaż to też zależy ile Wizengamot by na niego znalazł - szala wahała się od aresztu w Londynie po wydaniu ostatniego tchnienia przy pocałunku Dementora na wyspie daleko stąd), ale im mniej ryzyka, tym mniej szansy na niepowodzenie.
- Nie - zaprotestował spokojnie, ale już nie tak ospale jak wcześniej. - Im więcej osób się w to zaangażuje tym gorzej. - Dla jego psychiki i świętego spokoju, i dla sprawy jaką musiał załatwić, bo przecież miał to załatwić po cichu, a nie z lwem ryczącym w tle i wariatką wysadzającą drzwi frontowe, bo ktoś ukradł jej dwa knuty. Zawsze wolał pracować sam. Inni ludzie uwielbiali patrzeć mu na ręce, robić rzeczy nieprzewidziane w jego perfekcyjnych planach tkanych godzinami, albo robili za sztuczny tłum. Gdyby potrzebował zabrać ze sobą kogoś, żeby mu się nie nudziło w drodze, to pewnie napisałby list do Aveliny.
- Ale wrócę - dodał, tak na wszelki wypadek, gdyby Alexander znów miał się trząść.
Jeżeli już musiał drgać, jeżeli jego plecy miały przechodzić dreszcze, to wolał wywoływać je swoim dotykiem, a nie słowami. A jego dotyk był na to w tym momencie zbyt delikatny, chociaż ewidentnie kusił do myślenia o czymś więcej, kiedy prawa dłoń przesuwała się po coraz większym obszarze ciała.
- Dobrze - odpowiedział mu na ten szept. To nie tylko było nieszczere, ale i zabrzmiało nieszczerze. Miał naprawdę dużo powodów do bycia przytłoczonym poczuciem winy, nie to jednak utwierdzało go w byciu pewnym, że Alexander go kiedyś zostawi. Wszystko się kiedyś kończyło. W szczególności to, co dawało mu jakiekolwiek szczęście. Dla Flynna to było aż nazbyt oczywiste - był czymś przejściowym, na czas, kiedy starszy Bell nie miał chęci ułożenia sobie życia z jakąś kobietą. Wierzył w to całą swoją duszą, chociaż spali w jednym łóżku od czterech lat.
Wytłumaczenie zawiłości sytuacji Severine Crouch byłoby nie tylko żenujące, ale i niepotrzebne. Sam Flynn nie do końca łapał to, w co ona pogrywała ze swoją pojebaną rodziną i martwiło go to cholernie. Nie chciał w to wciągać reszty Bellów. Przez wzgląd na wielką niewiadomą właśnie, ale też przez to, że i Crouch wolałaby zamknąć tę historię w nieco mniejszym gronie niż wielka rodzina cyrkowych szaleńców. Powątpiewał w to, aby zechcieli to rozpuścić po wioskach, gdyby im powiedział, że ceną za to byłaby najpewniej jego wolność (chociaż to też zależy ile Wizengamot by na niego znalazł - szala wahała się od aresztu w Londynie po wydaniu ostatniego tchnienia przy pocałunku Dementora na wyspie daleko stąd), ale im mniej ryzyka, tym mniej szansy na niepowodzenie.
- Nie - zaprotestował spokojnie, ale już nie tak ospale jak wcześniej. - Im więcej osób się w to zaangażuje tym gorzej. - Dla jego psychiki i świętego spokoju, i dla sprawy jaką musiał załatwić, bo przecież miał to załatwić po cichu, a nie z lwem ryczącym w tle i wariatką wysadzającą drzwi frontowe, bo ktoś ukradł jej dwa knuty. Zawsze wolał pracować sam. Inni ludzie uwielbiali patrzeć mu na ręce, robić rzeczy nieprzewidziane w jego perfekcyjnych planach tkanych godzinami, albo robili za sztuczny tłum. Gdyby potrzebował zabrać ze sobą kogoś, żeby mu się nie nudziło w drodze, to pewnie napisałby list do Aveliny.
- Ale wrócę - dodał, tak na wszelki wypadek, gdyby Alexander znów miał się trząść.
Jeżeli już musiał drgać, jeżeli jego plecy miały przechodzić dreszcze, to wolał wywoływać je swoim dotykiem, a nie słowami. A jego dotyk był na to w tym momencie zbyt delikatny, chociaż ewidentnie kusił do myślenia o czymś więcej, kiedy prawa dłoń przesuwała się po coraz większym obszarze ciała.
- Dobrze - odpowiedział mu na ten szept. To nie tylko było nieszczere, ale i zabrzmiało nieszczerze. Miał naprawdę dużo powodów do bycia przytłoczonym poczuciem winy, nie to jednak utwierdzało go w byciu pewnym, że Alexander go kiedyś zostawi. Wszystko się kiedyś kończyło. W szczególności to, co dawało mu jakiekolwiek szczęście. Dla Flynna to było aż nazbyt oczywiste - był czymś przejściowym, na czas, kiedy starszy Bell nie miał chęci ułożenia sobie życia z jakąś kobietą. Wierzył w to całą swoją duszą, chociaż spali w jednym łóżku od czterech lat.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.