- Być może się tak wybiorę, ale wrzosy mają to do siebie, że kwitną dopiero jesienią, kolekcje jesienne zaś muszą być gotowe na koniec lata, więc na razie musiałem zadowolić się zdjęciami - powiedział, wyginając wąskie wargi w uśmiechu. Trudno było powiedzieć, czy ją zbywał, czy faktycznie był gotów na wizytę w Dolinie Godryka. Christopher Rosier był miejskim chłopcem aż do bólu, i rzadko opuszczał Londyn.
– Pomysłów mam wiele, żałuję, że nie zrealizuję wszystkich. I wolę to ująć jako "większość kobiet na scenie to te, dla których ta kolekcja została zaprojektowana" - stwierdził. Wiedział, że to kontrowersyjna decyzja, ale też wiedział, że właśnie dlatego może przyciągnąć do kolekcji uwagę. Zazwyczaj wybierano modelki, które miały być tłem na ubrania, tak by na scenie to nie kobieta zwracała uwagę, a suknia, którą nosiły. I zwykle Christopher uważał to za najlepsze rozwiązanie... ale zapalił się do tego pomysłu i był gotów bronić go rękami i nogami, pazurami i zębami. Był jego. (I trochę Merkurii.) A więc był najlepszy. (A gdyby nie wypalił, to byłaby wina Merkurii.) – Możemy zacząć od przymiarki i spaceru w niej, żebyś przekonała się, jak się z tym czujesz? – zasugerował, wskazując na suknie. Tę nie do końca gotową też już można było przymierzyć, a zasłona tuż obok i stołki za nią ułatwiały dokonanie tego wygodnie. Rosier celowo nie pokazał jednej konkretnej: był ciekaw po prostu, jaki wybór podejmie Victoria, która z dwóch sukienek kusiła ją bardziej, nawet jeżeli sam miał tutaj konkretne preferencje. A może był to i trochę ukłon w jej stronę, że nie ściągnął jednej z nich z wieszaka, by autorytarnie stwierdzić, że o, ta?
– Sam nie miałem okazji jej poznać, właśnie dlatego, że sporo podróżuje, a jest trochę starsza, ale liczę, że odbierze wiadomość. Yaxley… Yaxley… oni słyną jako… specyficzni – powiedział dyplomatycznie, bo kojarzyli mu się głównie z polowaniami, obdzieraniem zwierząt ze skóry, krwią i tak dalej. Gdy myślał o Yaxleyach, oczyma wyobraźni widział jakąś półolbrzymkę w skórze i trochę przerażała go wizja takiej osoby w jego pięknych sukniach. – Macmillanówna? Sporo tam ładnych dziewcząt. Sarah, Sarah… nie wiem, czy jej nie kojarzę… – Zmarszczył brwi, bo wprawdzie nie na każdego w Hogwarcie zwracał uwagę, ale Macmillanówna była w Slytherinie, bodaj dwa czy trzy roczniki wyżej od niego. – Bogini, może ja źle pamiętam, ale czy to nie jest dziewczyna, która potykała się o własne nogi na każdych schodach…? – spytał nieco niepewnie. I oto wyobraźnia odtworzyła przed nim kolejną wizję: Sarah, spadająca z wybiegu w jego pięknej sukni, prosto na reporterów…[/b]