Chyba trochę chciał to usłyszeć. Potwierdzenie tego, że to, co robił, było złe. Było niemoralne. Było najgorszym skurwysyństwem, jakie się dało zrobić temu, który ci ufał bezgranicznie. Jak człowiek to usłyszał, to może nie czuł się lepiej, ale przynajmniej nie odpływał w nieznane - był w tym samym, pustym, ciemnym miejscu co zawsze i mógł się tą ciemnością spokojnie otulić. Ale przy Alexandrze to było niemożliwe. Zawsze kiedy coś niszczył, zawsze kiedy sobie przypominał o tych wszystkich potwornościach... Tą osobą, która przy nim była, bez wątpienia był on - nie ludzie, o których obecność w sercu ukochanego się martwił. To był on. Wspierający Flynna w każdej głupocie, przyjmujący go po latach, siedział zawsze za nim jak duży, krzepki cień. Był jak ciepły i jasny, wiosenny wschód słońca, okalający to niegodne uwagi oblicze. I jak letnia burza, dająca mu nawdychać się gęstego powietrza. Otaczał go jesiennym uściskiem, kiedy chciał pogrążyć się znów w melancholii. Szeptał mu do ucha kojące, zimowe słowa, aby go ostudzić, zanim znowu pęknie. Alexander był wszystkim, każdą porą roku, tym co go jeszcze trzymało w Wielkiej Brytanii, pewnie w jakiś sposób jego bratnią duszą, nawet jeżeli nie potrafił otworzyć przed nim gęby. Jednocześnie tak wieloma rzeczami nie był. Jak to w ogóle możliwe, żeby być z kimś jednocześnie tak blisko i tak daleko? Żeby tak bardzo na sobie polegać, jednocześnie nie burząc w pełni niemal żadnej z dzielących ich ścian? Czy to dlatego nie potrafił przestać myśleć o innych? Nie, wydawało mu się, że nie. On się przyzwyczajał do tego, że inni go pragnęli, a później nie mógł, nie potrafił postąpić właściwie. Zawsze poszukiwał tej bliskości i z niej nie rezygnował, jeżeli nie naszedł go na to kaprys. Oh, każdy, kto tylko zobaczyłby tę flaszkę w kieszeni, ręce podźgane igłami, ilość wypalanych papierosów - czy nie pomyślałby, że ten człowiek musiał być naprawdę zły w rzucaniu nałogów? Prosty, niejako narzucony przez narrację wniosek, a jednak tak błędny. Bo on potrafił to przerywać. Dokładnie w tym momencie, w którym wszystko było jeszcze dobrze. Tak, żeby nigdy nie widzieć, jak całość sypała się na podłogę.
- Oh kurwa, Al. - Brzmiał tak, jakby był tym wszystkim załamany. - Mija już czwarty rok, a ja nadal nie mam pojęcia, co ty we mnie widzisz. - I to było tak absurdalne, że najwyraźniej miał dosyć samego siebie o wiele bardziej, niż Alexander miał dosyć jego. No bo przecież mógł stąd wyjść. Mógł przepaść na kilka godzin i kiedy by wrócił, to łóżko byłoby puste. I pozostałoby puste tak długo, jak to lusterko leżałoby zagubione na dnie szuflady biurka. - Zawsze jak mam cię obok, to nachodzi mnie taka myśl, że... - Nabrał powietrza w płuca, a potem wypuścił je i wraz z nim wypuścił słowo: nieważne, gasząc tę wypowiedź permanentnie.
To było tak proste. Kilka kroków, jedno trzaśnięcie drzwiami. On gdyby tylko chciał, to by to zrobił. Nie był wierzący, ale mimo tego dziękował wszystkiemu, co ich stworzyło, że dla Alexandra najwyraźniej proste to nie było.
- No mam - odpowiedział. Przywołał tę flaszkę ręką, nie fatygując się już, żeby wstać, bo o ile na nierozbiciu lusterek mu zależało, to ta wódka takiego znaczenia już nie miała. Podał mu ją w milczeniu, tylko po to, żeby ledwie sekundę po tym wrócić do trzymania go, jakby miał zaraz zmienić zdanie i stąd iść.
- Al... Jak pytałem „co rozumiesz przez stabilność”, to miałem w głowie... - no nie chciało przeleźć mu to przez usta - co chcesz, żeby było między nami? - W gruncie rzeczy żaden z nich nigdy tego nie nazwał. Nie nadał temu imienia.
- Oh kurwa, Al. - Brzmiał tak, jakby był tym wszystkim załamany. - Mija już czwarty rok, a ja nadal nie mam pojęcia, co ty we mnie widzisz. - I to było tak absurdalne, że najwyraźniej miał dosyć samego siebie o wiele bardziej, niż Alexander miał dosyć jego. No bo przecież mógł stąd wyjść. Mógł przepaść na kilka godzin i kiedy by wrócił, to łóżko byłoby puste. I pozostałoby puste tak długo, jak to lusterko leżałoby zagubione na dnie szuflady biurka. - Zawsze jak mam cię obok, to nachodzi mnie taka myśl, że... - Nabrał powietrza w płuca, a potem wypuścił je i wraz z nim wypuścił słowo: nieważne, gasząc tę wypowiedź permanentnie.
To było tak proste. Kilka kroków, jedno trzaśnięcie drzwiami. On gdyby tylko chciał, to by to zrobił. Nie był wierzący, ale mimo tego dziękował wszystkiemu, co ich stworzyło, że dla Alexandra najwyraźniej proste to nie było.
- No mam - odpowiedział. Przywołał tę flaszkę ręką, nie fatygując się już, żeby wstać, bo o ile na nierozbiciu lusterek mu zależało, to ta wódka takiego znaczenia już nie miała. Podał mu ją w milczeniu, tylko po to, żeby ledwie sekundę po tym wrócić do trzymania go, jakby miał zaraz zmienić zdanie i stąd iść.
- Al... Jak pytałem „co rozumiesz przez stabilność”, to miałem w głowie... - no nie chciało przeleźć mu to przez usta - co chcesz, żeby było między nami? - W gruncie rzeczy żaden z nich nigdy tego nie nazwał. Nie nadał temu imienia.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
Luka w pamieci