Rozliczono - Morpheus Longbottom - osiągnięcie Pierwsze koty za płoty
Czuła podskórnie - może przeczuciem jasnowidza, a może tylko dlatego, że w nagłówkach gazet nieco częściej niż zwykle pisano o mordach, ranach i napaściach - że to prędzej czy później się zmieni. Że wbrew uspokajającym zapowiedziom Ministerstwa, aurorzy nie są ani trochę bliżej złapania Voldemorta niż naukowcy wynalezienia samoczarujących różdżek.
Ale o tym też nie myślała zbyt często. Florence Bulstrode należała do tych jednostek zrównoważonych, rzadko ulegających gwałtownym emocjom - przynajmniej dopóki ktoś nie poprzestawiał eliksirów w szpitalnym składziku.
Tego deszczowego wieczora, gdy ktoś zapukał do drzwi kamienicy przy Horyzontalnej, w radiu znów mówiono o Voldemorcie, o kolejnym ataku i o bezradności śmierciożerców. Głos spikera dobiegał gdzieś z głębi domu, gdy otwierała wejście - nie troszczyła się zbytnio, kto stoi na progu, bo drzwi wiodące do posiadłości Bulstrodów mogli znaleźć tylko ci, którym informacje o ich lokalizacji udostępniono.
- Pan Longbottom - przywitała się na widok Morpheusa, mierząc go spojrzeniem chłodnych, jasnych oczu, typowych dla Bulstrodów - i typowo dla nich widzących więcej niż tylko co jest tutaj i teraz. W przeciwieństwie do braci włosy miała jednak ciemne, splecione w ciasny warkocz, a twarz bladą, zwykle niezbyt wiele wyrażającą.
Kojarzyła Morpheusa tak, jak zwykle kojarzyło się innych członków rodów czystej krwi - jako współpracownika ojca i wuja, kogoś, kto niekiedy przemykał gdzieś na krawędzi widzenia w galeriach czy salach balowych (choć niezbyt często zapewne, bo oboje byli ludźmi zapracowanymi, i Florence przynajmniej nie raz nie pojawiała się na fetach z powodu dyżuru).
- Zakładam, że przyszedł pan do wujka Gregory'ego albo mojego ojca? Spóźniają się z powrotem od ciotki, ale prawdopodobnie niedługo się pojawią - powiedziała, przesuwając się nieco, by wpuścić go do korytarza.