– Czasami wiek duszy i ciała nie idą ze sobą w parze. Mój ojciec lubi mawiać, że ja byłam stara już kiedy miałam siedemnaście lat. Może dlatego, że ja z kolei byłam najstarszą z wielu dzieci – odparła. Najstarsza z trojga rodzeństwa, ale też z całego pokolenia. Miała młodsze kuzynostwo, ba, nawet jej nominalny wuj był od niej młodszy. W zestawieniu z charakterem, z pewną nieodpowiedzialnością matki, z podejściem Edwarda Prewetta i jego tureckiej piękności, sprawiało to, że zawsze Florence była tą odpowiedzialną, która opatrywała obite kolana, nie pozwalała najmłodszemu bratu na szaleństwa, dojrzane zmysłem jasnowidza i chwytała za rękę Laurenta, gdy nie robiła tego ciotka.
Jej wzrok skierował się na moment ku radiu, z którego wciąż płynął głos spikera. Udaremniony atak na sklep, śmierć rodziny mugolaków, zniknięcie mugolaczki…
– Myślę, że nuda będzie tym, czego w najbliższych miesiącach, a może i latach, będzie jeszcze brakowało nam wszystkim – stwierdziła, odstawiając filiżankę. – Bogowie ponoć są odbiciem swoich wyznawców, panie Longbottom. Ich lęków, pragnień i sposobu patrzenia na świat. Jeśli są szaleni, nie świadczy to o nas dobrze… Ojciec i wuj już przyszli – dodała, ostatnie zdanie wypowiadając na sekundę przed tym, jak rozbrzmiały kroki w korytarzu.