Wszystko to ładnie brzmiało - spadek krwi Prewettów. Owszem, był Prewettem, został przyjęty do tej rodziny jako Prewett, cieszył się względami, miał ułatwiony start i początek we wszystkim, co chciał osiągnąć, tylko dlatego, że miał to nazwisko. Tylko dlatego, że jego ojcem był właśnie Edward. To jednak, co było zadziwiające, to jego słowa. Nie była Prewettem. Aydaya nie była Prewettem. To brzmiało tak mocno, że wstrząsnęło nim. Podniósł na Edwarda spojrzenie, choć wystarczyło tylko obrócić głowę. Byli w zasadzie równego wzrostu, kiedy szli powoli, bo Laurentowi nie było łatwo iść prosto, z dumą, kiedy noga kuła przy nieostrożnych krokach. Osobą, o której nie powiedziałby, że jest Prewettem to on sam. Tymczasem Edward przedstawiał mu całkowicie inną narrację. Inną interpretację. Gryzła się z jego poglądem, z tym obrazkiem wymalowanym przed jego oczami i kującymi w oczodoły jak malutkie szpileczki.
- Rozumieć... ja ją rozumiem. - Jego głos znów lekko się napiął, tak jak i jego przeszedł ten dreszcz roztargnienia, duszonej frustracji. Na wszystko i na nic jednocześnie. Głównie na samego siebie, że nie potrafił tworzyć w sobie złości, która miałaby gładkie ujście do świata zewnętrznego. - To moja wina? Że nie jest w Trucji, że zrobiłeś... zrobiłeś... pomyłkę... i teraz ją przypominam? Nie, to nie moja wina. A ona traktuje mnie tak, jakby to moją winą było. - Miał o to żal. Bo przecież się starał, tak mocno, tak intensywnie... I cóż z tego. - Chciałem, żeby widziała we mnie syna. Starałem się. - A teraz się nie starał? Coś w nim pękło. Coś przekroczyło jego pole, w którym istniał absolutny ideał. Nie było ideałów. Ziemia dawno wołała o pomstę do Nieba, bo anioły o nią nie uderzały. Te ponoć stworzone na wzór boski istoty jeszcze przed człowiekiem. Więc czemu to anioł człowiekowi miał się kłaniać? - Również tęsknię za swoją matką i nie przenosiłem tej frustracji na nią. - Słychać było po jego głosie tą irytację. Tylko na cóż się tu denerwować, Aniołku, skoro ludzkie emocje były takie nieobliczalne? I znów - na innych, na siebie to samego? Przecież nie było winnych tam, gdzie każdy był stratny. Wiem, wiem, wiem... Ty to wszystko wiesz, ty to wszystko rozumiesz, więc wszystko możesz wybaczyć. A jednak boli. Irytuje, ponieważ boli. Ponieważ tyle już bólu zostało wybaczonego, że świat powinien okazać sprawiedliwość. Niech w końcu przestanie boleć. Sprawiedliwość jednak nie przychodziła.
- W to akurat uwierzę... - Uśmiechnął się nietęgo, kiedy Edward tak frywolnie użył słowa "skurwiel". Nie to, że go to dziwiło, ale za każdym razem Edward potrafił go przytłoczyć swoją... lekkością. To chyba jedno z wielu jego błogosławieństw, co? Powinien też sam się tak poczuć - lekko. Był przy ojcu. Więc powinien móc być sobą. Nie. Mógł być sobą w wersji akceptowanej przez Edwarda, prawda? Każda inna wersja była niedopuszczalna. Świat był stworzeniem boskim - więc podług ruchu dłoni Boga poruszały się w nim zjawiska. - Brak cierpliwości i energii to chyba nie jest to samo co stany lękowe... - I napady ataków paniki. Ale nie sądził, żeby dało się na tym polu z Edwardem spekulować i dyskutować.
- Może usiądziemy w letnim salonie? - W zimie dało się tam siedzieć tylko wtedy, kiedy zaczarowało się pomieszczenie - było za zimno, tak po prostu. Wina wielkich okien i otwartych przestrzeni wychodzących na piękne ogrody. I kiedy szli w tamtym kierunku zaczął opowiadać. O statku, o śpiących tam, o perłach od króla trytona i o przekleństwie sprowadzonym na to miejsce przez żal matki i rozpaczliwe pragnienie utrzymania córki przy życiu. O walce o to, by perły zniszczyć, by obskurus dziecka odzyskał swoją wolność, o żywych trupach i upiornej duszy, która to wszystko trzymała klątwą, wysysając życie z każdego, kto się tam pojawił. Ale klątwa została złamana. I dusze odeszły do Limbo. Wolne.