Let no light see my black and deep desires
Fakt - był spóźniony, ale ostatnimi czasy nie pojawiał się prawie nigdzie na czas. Nie był pewien czy to roztargnienie miało swoje źródło w natrętnych myślach o ojcu i Beltane, czy też nagłych napływach absolutnej paniki i zmartwienia tyczących się stanu zdrowia Erika Longbottoma i, momentami też samej solenizantki. Miał na głowie gro pracy, jak też każda osoba w ministerstwie przez ostatni miesiąc. Zdawał sobie sprawę, że nie jest to żadne wytłumaczenie do jakichkolwiek zaniedbań, bo przecież 'tylko najlepszy jest dobry wystarczająco', ale, na litość Merlina. Miał dosyć biegania za ideami wysnutymi przez człowieka, który był teraz i, prawdopodobnie też zawsze, źródłem większości negatywnych myśli.
Nie znał Nory ani długo ani zbyt dobrze. Kojarzył ją głównie jako przyjaciółkę Erika oraz właścicielkę dobrze prosperującego biznesu. Jej wypieki podbijały serca czarodziejów w Wielkiej Brytanii, więc pierwszą, nasuwającą się myślą w kontekście prezentu były kulinaria czy restauratorstwo. Postanowił przebić się przez tę wierzchnią warstwę i zastanowić nad sytuacją. Panna Figg wydawała się poświęcać cały swój czas biznesowi - nie był pewien jak to jest, gdy zapomina się o sobie i całkowicie poświeca karierze, bo też nigdy nie potrzebował wybijać się w jakiejkolwiek dziedzinie, miał to zapewnione z nazwiskiem. Zdawał sobie jednak sprawę z istnienia takiego zjawiska, czytał sporo książek, w których historie sukcesu ludzi podobnych do Nory były wychwalane przez autorów lub po prostu wplatane w fabułę.
W ostateczności prezent nie okazał się jedyną zagwostką - niezbyt miał czas na przebranie się po pracy i załatwienie wszystkich sprawunków. Nie tak, aby pojawić się w wyznaczonym miejscu o wyznaczonym czasie. Nie pomagało mu nieprzyjemne uczucie z tyłu głowy, że dzieje się coś niedobrego i, że to coś dzieje się Erikowi. Marszczył brwi za każdym razem, gdy takowa myśl nawiedzała jego umysł - wpierw przy biurku, później gdy nachylał się nad jedną z szaf w garderobie, a ostatecznie kiedy poprawiał blond kosmyk wpatrując się w swoje odbicie w idealny doczyszczonym lustrze.
Nie był pewien jak bardzo nieformalne będzie to wydarzenie, więc wybrał najbezpieczniejszą opcję. Marynarka z jasną koszulą jeszcze nigdy go nie zawiodły. Oczywiście krój tej pierwszej był bardziej wieczorowy i letni niż biurowy, w końcu nie wypada na takich przyjęciach wyglądać jakby dopiero co opuściło się miejsce pracy (czy to biuro w domu, czy też poza nim) czy jakby zapomniało się jaka aktualnie jest pora roku. Kreacje zwieńczył wzorzystą, jedwabną chustką zawiązaną w stylu ascot, pozostawiając ją luźno na wierzchu koszuli.
Zanim dotarł do 'Nory' zatrzymał się jeszcze na ulicy zastanawiając się czy powinien pojawić się na całym wydarzeniu - co jeżeli absolutnie nie będzie pasował do towarzystwa? Cóż, jego problemem nie był fakt, że absolutnie nie potrafiłby się odnaleźć, wręcz odwrotnie. Mógł odgrywać sporo ról na tym padole i sprawiać wrażenie najlepiej bawiącej się osoby w każdym lokalu, ale tym razem targały nim wątpliwości. Te brały się głównie z relacji, w jaką uwikłał się ostatnio z Longbottomem. Uczucia - zwłaszcza te stojące niebezpiecznie blisko miłości i zauroczenia - miały to do siebie, że potrafiły zawrócić w głowie.
Otrząsnął się z kalejdoskopu dziwnie lękowych myśli, dopiero gdy jego oczom ukazała się elewacja budynku cukierni Nory. Zmierzył ją neutralnym spojrzeniem, stwierdzając, że musi być nowa i, że odpowiednio wpasowuje się w estetykę ulicy.
Na bruk padało ciepłe światło z okien lokalu. Uchylona szyba pozwalałą głosom gości wydostać się i zmieszać z powietrzem ulicy pokątnej, gdy Elliott nacisnął klamkę, postanawiając zepchnąć na dół duszy każde jedno przeciwskazanie i zasadę dobrego wychowania krzyczącą 'zapukaj zanim wejdziesz'.
Owiało go ciepło udekorowanego pomieszczenia; duchota skupiska sporej ilości ludzi w niewielkim pomieszczeniu, która mocno różniła się od ciepła czerwcowej pogody. Przeczesał pomieszczenie wzrokiem, odnajdując w pierwszej kolejności postać Longbottoma. Nie mógł nawet przed sobą ukrywać, że to właśnie jego szuka i też fakt intensywności myśli o Eriku zwiększał zawahanie do postawienia kolejnego kroku. Zaraz też odnalazł w grupie ludzi Brennę, Laurenta, którego kojarzył, a zaraz obok niego gwiazdę dzisiejszego wieczora - Norę.
Pozwolił drzwiom zamknąć się za sobą i uniósł rękę odrobinę do góry korzystając z faktu, że przyciągnął spojrzenia gości i samej solenizantki.
- Mam nadzieję, że nie jest jeszcze za późno, aby dołączyć? Mogę być już trochę za daleko od drzwi, aby zawrócić - rzucił krótkim żartem, coby strzepnąć z siebie okruchy krępacji, jakie zawsze osadzają się na człowieku, gdy wchodzi do pomieszczenia, w którym mogą znajdowac się obcy ludzie w sporej grupie. Mówiąc to wykonał pare kroków, aby znaleźć się blisko Nory. Pod pachą miał niewielki pakunek owinięty w pastelowo różowy papier z wzorkami w pawie, które przechadzały się leniwie po powierzchni prezentu.
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
— A milordzie? — spytał jak gdyby nigdy nic, robiąc sobie przerwę w zajadaniu się ciastkiem od Nory. — Powinieneś do tego przywyknąć, Patricku. Masz energię i aparycję kogoś młodego, ale też mądrość wykraczającą ponad swój wiek. — Wytarł palce o pierwszą lepszą serwetkę, jaka wpadła mu w ręce. — Poza tym, musisz wiedzieć, że bardzo cię doceniam. Zarówno w departamencie, jak i poza nim. Masz po prostu w sobie coś takiego, że aż... szuka się twojej aprobaty.
Odprowadził Laurenta wzrokiem, gdy ten skierował swe kroki ku gospodyni przyjęcia. Jego usta ułożyły się w literę ''o'', gdy Patrick wspomniał o sabacie. Zmarszczył brwi, próbując przypomnieć sobie rozkład kalendarza na ten miesiąc. Czyżby Steward faktycznie miał rację?
— Ah, faktycznie. Dzisiaj był ten festyn. — Na jego czole pojawiła się pojedyncza zmarszczka. Żałował, że nie udało mu się wyrwać na Lithę, jednak na dobrą sprawę nie było za bardzo jak. Nawet Longbottomowie mieli swoje ograniczenia, a nawiedzony statek, lizanie ran w Ministerstwie Magii i wizyta u Nory dosłownie zapisały kalendarzyk Erika na ten dzień. Dobrze, że przynajmniej teraz mogli poświętować. — Przynajmniej obyło się bez powtórki z rozrywki. Dużo osób przyszło?
Nie bardzo wiedział, czego powinni się spodziewać po kolejnych sabatach. Beltane okazało się fiaskiem i rozum raczej podpowiadał, że nie warto było ryzykować życiem i zdrowiem, aby pobawić się przez kilka godzin, ale... Merlin jeden wiedział, co teraz siedziało społeczeństwu w głowach. Sytuacja była rozwojowa, a wszystko mogło się zmienić w przeciągu kilku dni. Strach i obiekcje mogły się zmienić w odwagę i ufność za sprawą jednego obrządku kowenu i wystąpieniu Ministry Magii.
— Inscenizju.... Insynujujesz... Insynuujesz, że jest śliczna tylko dzisiaj? — Uniósł wymownie brew, starając się nie parsknąć śmiechem. Mimo to podążył za wzrokiem Stewarda ku Norze, wydając z siebie ciche westchnienie. — Nawet dobrze razem wyglądają. Tak estetycznie, nie sądzisz? — Zerkał to na Laurenta to na Norę. — Blond do blondu ciągnie...
Na dobrą sprawę nie był pewny, skąd ta parka się zna. Cichy głosik w jego głowie podpowiadał mu, że Brenna mogła mieć z tym coś wspólnego; miała to do siebie, że potrafiła zebrać w jednym pomieszczeniu ludzi z różnych kręgów i o różnych poglądach. Nie mógł jednak wykluczyć, że Prewett padł ofiarą naturalnego uroku Figg. Bądź co bądź, Nora niezwykle łatwo zawierała przyjaźnie i nie potrzebowała w tym zbyt dużej pomocy. A dzięki otwarciu swojego lokalu na pewno przykuła uwagę masy osób.
— Hej, jak się bawisz? — Uśmiechnął się na widok Aveliny, przesuwając się nieco, aby zrobić więcej miejsca w ich gronie. Przygryzł lekko dolną wargę, ignorując łupanie w poranionej ręce. — Yyy... Znacie się? — Zerknął na pannę Paxton, a potem na aurora. — Patrick – Avelina, Avelina – Patrick. Avelina to kuzynka Nory, a Patrick pracuje z nami w Ministerstwie Magii i...
Na tym niespodziewanie przerwał próbę przedstawienia ich sobie nawzajem, gdy usłyszał trzask otwieranych drzwi. Jego wzrok momentalnie powędrował w stronę wejścia i... Jego twarz od razu nabrała kolorów, gdy zorientował się, kto zawitał do Klubokawiarni. Już myślałem, że nie zdąży, pomyślał, dyskretnie obserwując, jak Malfoy przebija się przez tłumek gości, aby dostać się do gospodyni.
Wyłączając się na moment z rozmowy, poprawił poły marynarki, łudząc się, że w ten sposób uda mu się, chociaż na moment skryć temblak przed wzrokiem Elliotta o ile ten zdecyduje się do nich dołączyć. Skrzywił się z lekka, zdając sobie sprawę, że ten może nie być w nastroju... Po tej karuzeli emocji, jaką mu zafundował Erik w związku z wizytą na pokładzie nawiedzonego okrętu. Czyżby tym razem miał dostać po głowie od niego, a nie od Nory?
— Widzisz? — Wskazał gestem dłoni na Figg witającą się z najnowszym gościem. — Blond do blondu ciągnie...
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
Posłał szeroki uśmiech do Aveliny ileż to już jej nie widział? Stanowczo zbyt długo. Dlatego sięgnął po kolejną szklankę i wyciągnął ją w stronę panny Paxton.
- Dobrze cię widzieć kuzynko - odezwał się do niej podając szklanką whiskey. Niektórych nie widział pełne dziesięć lat, a niektórych widywał co rok czy dwa w okresach świątecznych lub właśnie urodzin Nory lub Mabel, kiedy to wracał do kraju na tydzień lub dwa. Ale okresy te dzielił między spędzanie czasu z najbliższymi, nie wracał do domu odpoczywać, tylko nacieszyć się ich obecnością, naładować baterie zanim znów ucieknie pracować na drugi koniec globu.
- Na pewno skarbie, wszystko wróci do normy, pozbędziemy się problemu, obiecuję. - Zapewniła jeszcze swoją kotkę o tym, że to tylko chwilowe. - Dziękuję Lady, za te słowa, jesteś taka słodka! - Miło jej się robiło, kiedy słyszała takie przyjemne słowa od swojej nowej kociej przyjaciółki. - Tylko z rozsądkiem! - Powiedziała jej jeszcze na odchodne, w końcu była jej mamą, musiała mieć pieczę nad tym co robiła.
Panna Figg wgryzła się ze smakiem w babeczkę, którą trzymała w dłoni. Sama je przygotowywała, powinna pamiętać o tym, że kiedy się w nią wgryzie - to cóż, jej patrzenie na świat nieco się zmieni, ale o tym zapomniała - tak bardzo przejmowała się tą skromną prywatką. Już po pierwszym kęsie poczuła, że wypełnia ją jeszcze większa ekscytacja. Nie mogła ustać w miejscu. Miała chęć podzielić się ze wszystkimi swoimi planami, a miała ich sporo. Wcześniej jednak nie sądziła, że póki co warto jest się tym z kimś dzielić, nie był to dobry czas, teraz to się zmieniło. Wydawało jej się, że może osiągnąć wszystko, czego tylko zabraknie. W jej oczach pojawił się błysk, na twarzy jeszcze większy uśmiech, wypiła też jednym haustem zawartość swojego kieliszka - mimo, że damie nie przystawało.
Wtedy podeszła do niej Brenna idealna ofiara - mogłaby jej bez końca mówić o tym, co sobie wymarzyła. Jej pytanie jednak wybiło ją z rytmu. Wiedziała, że czegoś tutaj brakuje, teraz do niej dotarło o co chodziło! - MUZYKA, oczywiście, jak mogłam zapomnieć! Tam przecież stoi szafa grająca! - Magiczna, która mogła grać bez końca. Wiedziała, że za tą chęcią wygibasów mogło stać ciastko, jednak uważała, że to bardzo słuszna uwaga i czas najwyższy, aby zrobiło się tutaj nieco głośniej. Machnęła różdżką, którą miała za pazuchą w stronę urządzenia, aby zaczęło grać, włączyła się piosenka niezbyt taneczna, ale każdy chętny mógł zostać operatorem szafy grającej.
Już otwierała paszczę, aby zacząć mówić Brennie o swoich wielkich planach, kiedy obok nich pojawił się Laurent i poprosił ją na słówko. Oczywiście, że zgodziła się z nim odejść na te kilka kroków, musiała poświęcić każdemu z gości odpowiednią ilość czasu. Nim odeszła rzuciła do Brenny jeszcze krótkie zaraz wracam. Zrobiło się nieco poważniej, gdy Prewett ujął jej dłoń, nie do końca wiedziała, czego powinna się spodziewać. Przyglądała mu się uważnie, nieco wybita z pantałyku. Wtedy wyjął kopertę i bilety, a po chwili wytłumaczył wszystko. Otworzyła usta w zdziwieniu i wpatrywała się w niego dłuższą chwilę nie wiedząc do końca, co powinna powiedzieć. - Na Merlina, idealnie się składa. Planuję otworzyć kolejne filie cukierni, to wyśmienity pomysł, będę się mogła tak wiele nauczyć! Zostanę najlepszą cukierniczką w Londynie, a może nawet w całej Wielkiej Brytanii! - To chyba oznaczało, że prezent bardzo przypadł jej do gustu, entuzjazm na pewno też zwiększało chwilę wcześniej zjedzone ciastko.
Z tej krótkiej rozmowy z Laurentem wyrwało ją pytanie wujka, który znalazł się obok nich. Nie zdążyła więc poruszyć tematu tego, że ten prezent wydawał się być cholernie drogi, chociaż kusiła ją wizyta w tych cukierniach i aktualnie naprawdę chciała się tam znaleźć, więc nie odmówiła. - Komu, jak komu, ale wujowi nie jestem w stanie zabronić, nie krępuj się i pal ile tylko potrzebujesz. - Nie była jakąś mocną zwolenniczką palenia, sama ledwie kilka razy paliła tytoń i to zawsze kiedy była bardzo mocno pijana.
Zamierzała wrócić do Brenny i porwać ją do tańca, gdy drzwi się otworzyły. Uniosła głowę, aby spojrzeć, kto się w nich pojawił. Uśmiechnęła się promiennie, gdy dostrzegła w nich Elliotta - nie, żeby spodziewała się kogoś innego, bo wszyscy, których zaprosiła byli już w środku, jednak myślała, że może mu coś wypadło. Bardzo szybko przeniosła wzrok w stronę Erika, w końcu nie zaprosiła to Malfoya bez powodu. Chciała tym też sprawić radość swojemu przyjacielowi, właściwie to było ich pierwsze spotkanie po tym pamiętnym Beltane. Ich trójkę połączyła bardzo dziwna więź, a ona chyba pasowała tam trochę jak pięść do nosa, tak jakby miała dwóch chłopaków, albo jej chłopak miał swojego chłopaka? Nie umiała nawet ująć tego w żaden sposób.
- Nigdy nie jest za późno! - Rzuciła z entuzjazmem. Elliott bardzo szybko do niej podszedł. - Ależ urocze! - Rzekła, gdy zauważyła pawie spacerujące po powierzchni prezentu.
I’m looking for the sword
– Elliott, miło cię widzieć! – przywitała się tylko szczerze, ale dość krótko, nie chcąc mu przeszkadzać w przywitaniach z Norą oraz z Erikiem. Sama zaś… postanowiła wymknąć się na zaplecze, by bezczelnie zrobić sobie kawy. Takiej mocnej, która utrzyma ją przy życiu przez najbliższą godzinę – dwie (bo na więcej Brenna po prostu nie liczyła, nie była aż tak naiwna). Ludzi zrobiło się tyle, że wątpiła, by Nora to zauważyła, a nawet jeżeli, by się obraziła.
Można mnie pomijać w kolejnych turach!
Or do you love being looked at?
Ulga. Odczucie ulgi przyniosło wdzięczny uśmiech na jego usta. Martwił się, że przesadził, że to nie jest odpowiedni prezent, że Nora mu powie, że oszalał, że nie ma czasu, że... różne elementy wpadały mu do głowy, które niekoniecznie brzmiały pokrzepiająco, a naprawdę miał problem ze znalezieniem odpowiedniego prezentu dla tej kobiety. Zostawił więc kopertę w jej zręcznych paluszkach, które piekły i tworzyły wszystkie te smakowitości będąc spokojnym o to, że wykorzysta tę przepustkę razem z córką i zaczerpnie z tego pełnię satysfakcji. A przynajmniej taką miał nadzieję i tego jej życzył.
- Bardzo mnie to cieszy. Jeszcze raz - wszystkiego najlepszego, Noro. - Ucałował jej paluszki, ale do tego to ograniczył. Nie chciał przeciągać struny bliskości, żeby towarzystwo czasem nie miało jakiegoś nieodpowiedniego pojęcia o łączącej ich relacji. - Nie martwiłbym się o zostanie najlepszą cukierniczką - dla mnie już nią jesteś. - Przynajmniej na pewno najlepszą w Londynie, ale błysk w oku Figg sugerował, że chciała sięgać dalej. Poza Londyn, Anglię, może nawet sięgnąć po koronę świata. Żeby jej twarz zawidniała na okładkach najlepszych kulinarnych czasopism i ogłosił ją jedną z najbardziej błyskotliwych czarownic z jej wypiekami. Tego jej życzył, z całego serca. Odsunął się o kroczek, kierując wzrok na szafę grającą, która zaczęła snuć przyjemną dla ucha melodię, ale tylko na chwilę. Bo zaraz jego uwaga została skupiona na... wujku? Ach, ach. Tak, alkohol zaraz zostanie wzniesiony, bo tak wypadało - wypić za zdrowie solenizantki. Nie do końca był przyzwyczajony do, jakby to ująć... takich przyjęć. Po prostu tego rodzaju. Chyba tak samo jak Elliot Malfoy, który się pojawił w zasięgu wzroku i podszedł do ich skromnego towarzystwa.
- Dobry wieczór, panie Malfoy. - Blond trio, pewnie świetnie byśmy wyglądali na okładce Proroka - przemknęło mu przez myśl, kiedy na moment zmęczonym wzrokiem spoczął na Elliocie. Skinął towarzystwu głową i odsunął się, pozostawiając Norę z nowoprzybyłym gościem. Tak w końcu wypadało.
Wrócił na swoje miejsce.
- Hm, zdaje się, że gdybyśmy mieli się tytułować, to raczej ja powinienem w jakiś specjalny sposób zwracać się do ciebie – zauważył. Erik Longbottom był bogatym, czystokrwistym dziedzicem. Należał do elity czarodziejskiego świata. Jak należałoby się zwracać do takich czarodziei, gdyby istniała odpowiednia tytulatura? Paniczu? Dziedzicu? – Misterze Magii? – ostatni tytuł wypowiedział na głos, nawiązując do artykułu, który swego czasu pojawił się w Czarownicy.
Uniósł szklaneczkę z whisky i napił się trochę alkoholu.
- Było zaskakująco sporo osób. – Jakby już zapomnieli o tym, co wydarzyło się na Beltane albo jakby bardzo chcieli zapomnieć. Patrick chciał jeszcze wspomnieć o próbie okradnięcia Chestera Rookwooda, ale zbyt wiele rzeczy wydarzyło się w tym samym momencie. Po pierwsze poczuł pacnięcie w nogę, które zmusiło go spojrzenia w ogromne kocie oczy. Po drugie usłyszał komentarz Erika dotyczący blondu, więc odruchowo przeniósł wzrok na Laurenta i Norę. Po trzecie zaraz nastąpiło przedstawienie mu Aveliny. Steward kiwnął jej głową, dopowiadając – bo Longbottomowi jakby odebrało mowę – że jest aurorem. Paxton wydała mu się bardzo młoda. Po czwarte zaraz po tym podążył wzrokiem za wzrokiem Erika i westchnął cicho. Ach te rozjaśniające wszystko wici.
Przyglądał się im, aż Malfoy podszedł do Nory. Teraz patrzył na całą ich blondwłosą trójkę: Norę, Laurenta i Elliota. Tak, stanowili ładne trio, ale gdyby przyszło Stewardowi rysować, dalej wolałby tandem Erika i Nory, Laurenta usadziłby nieco z boku chyba z Lady na kolanach a Malfoya? Nie znał go a jedynie kojarzył. Nie widział jego aury, przez co patrzył na blondwłosego mężczyznę przez pryzmat nici Nory i Erika, które go oplatały.
- Insynuuje, że szczególnie dzisiaj powinno się jej przypominać, że jest śliczna – sprostował łagodnie.
Odstawił pustą szklaneczkę na stolik. Kucnął przy Lady. Najpierw dość ostrożnie wyciągnął w jej stronę rękę, by mogła ją obwąchać i przekonać się, że pasował jej jego zapach. Potem pogładził ją po puszystym futerku.
- Wspominałem o bukieciku z kocimiętki – zgodził się z nią. – Dasz się wziąć na ręce? Kto jest prześliczną koteczką? – zapytał, podnosząc ją delikatnie i sadzając sobie na piersi. – Panowie – tu zwrócił się do Erika i Thomasa – i pani – uśmiechnął się do Aveliny – wybaczą, ale muszę się zająć ważnymi kocimi sprawami – to mówiąc oddalił się w stronę jednego z krzeseł znajdujących się nieco na uboczu, w drodze łapiąc jeszcze bukiecik kocimiętki w wolną rękę.
Rozsiadł się i niemal w całości poświęcił uwagę na zabawę z młodziutką, białą kicią.
Nie będzie mnie przez najbliższe kilka dni, więc spokojnie możecie mnie pomijać. Gdyby ktoś jednak zechciał się dosiąść/pobawić z kotem/zdradzić sekret/cokolwiek - to zapraszam, tylko odpiszę najpewniej po 15.01.
Jak już odpiszę to chcę zatańczyć Patrickiem z Norą Figg (a przynajmniej poprosić ją do tańca, może ona nie zechce z nim tańczyć).
I'm on the other side
Nie zauważyła zawahania w Otto, gdy wspomniała o zbrodni, ale tym razem jej umysł spadł naprawdę na niskie obroty z powodu przemęczenia. Najchętniej to by zaszyła się w jakimś schowku na miotły i tam przysnęła z głową na półce między przetworami zachomikowanymi na zimę, ale nie chciała tego robić Norze, nie chciała jej zostawiać w tym dniu samej. I tak już wystarczająco zrobiła w tym dniu, że jeśli jej kuzynka by się dowiedziała to zapewne dostałaby miotłą po głowie. Westchnęła ciężko, uśmiechnęła blado, ale pozytywnie do swojego wujka i oboje rozeszli się za swoimi sprawunkami.
– A dobrze, a ty jak się czujesz? – odparła Erikowi, ale zaraz uśmiechnęła się do Thomasa biorąc od niego szklankę z alkoholem. Nie była pewna, czy to był dobry pomysł, ale obiecała sobie, że nikogo nie zmartwi tego dnia, więc miała zamiar bawić się tak jak inni. Jej wzrok zaraz padł na Patricka. – Miło cię poznać – skinęła mu głową. Krótko, odpowiednio, Avelinowo. Po prostu definicja skrytości, nieśmiałości i kotowatości. Nie raz widziała w lustrze swoje podobieństwo do kota, więc nic dziwnego, że jej animagową wersją był właśnie, czarny kot. Cicha, tajemnicza, skryta, obserwująca otoczenie, dzisiaj po prostu mętnym, zmęczonym wzrokiem, takim innym niż zwykle. Jej wzrok padł na Elliotta, ale raczej też go nie kojarzyła. Nora miała chyba talent do łączenia ludzi z różnych światów. Gorzej, że Avelina nie przepadała za zbyt długim przebywaniem wśród obcych. Erik odpłynął, przerwał rozmowę, skupił się na nowym gościu. Chciała się gdzieś już schować, ale totalnie nie wiedziała jak to zrobić. Swoją myśl, więc uczepiła do Thomasa. Znajomy, bliski, raczej jej nie zawiedzie i nie pozwoli na utonięcie w ścianie, czy zasłonce.
– Ciebie też Thomasie. Co u ciebie słychać? – zapytała zerkając na niego i przekrzywiając delikatnie, ciekawsko głowę. Upiła łyczek alkoholu.
- Dam – zgodziła się w swojej łaskawości i nawet uniosła na tylnych łapkach, żeby cały proces podnoszenia przebiegł sprawniej. Czyż to nie było wspaniałomyślne z jej strony?!
- Oczywiście, że ja – miauknęła bez ani grama skromności. W końcu koty to istoty doskonałe, jak to matka powtarzała, zanim uległy rozdzieleniu. Tak, zdecydowanie doskonałe – to futro, pazurki, gibkość! I ludzie robią, co tylko zechcesz, jeśli odpowiednio się za to zabierzesz…
Ogólnie rzecz biorąc, jak na razie straciła całe zainteresowanie imprezą; skupiając się przede wszystkim na Patricku i – a raczej zwłaszcza – bukieciku kocimiętki…
Użytkownicy przeglądający ten wątek: