• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 … 6 7 8 9 10 11 Dalej »
[12.07.1972] Over and under | Victoria, Rodolphus

[12.07.1972] Over and under | Victoria, Rodolphus
Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#1
28.02.2024, 02:19  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.11.2024, 06:50 przez Baba Jaga.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Rozliczono - Rodolphus Lestrange - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

Z kuzynostwem utrzymywał raczej... Poprawne stosunki. Nie licząc drobnych spięć, delikatnych napięć na tej rozciągniętej plandece rzeczywistości, te stosunki były normalne. Jak to w rodzinie. Było jednak kilka takich osób, których unikać się nie dało - z którymi trzeba było się spotykać częściej, niż na rodzinnych bankietach. W przypadku Rodolphusa były to co najmniej dwie osoby, ale Victoria... Victoria była innym tematem.

Tematem, którego nie ruszał, pomimo wspólnej pracy w Ministerstwie. Pracowała z Brenną - kobietą, na punkcie której można by rzec, że miał prawie obsesję. Chociaż, nie, wróć - nie na jej punkcie. Fascynowało go to, jakim cudem Longbottom żyła. Czy jej mózg był tak mały, czy może tak duży, że czegoś, kurwa, nie dostrzegał? Gniotło go to i uwierało, a każdy wiedział, że Victoria i Brenna trzymały się razem. Więc nie naciskał, nie dopytywał. Zostawił po prostu ten temat, by wygrzał się odpowiednio, stracił swoją temperaturę i zniknął.

Posłał więc Victorii list, gdy tylko do jego uszu doszły plotki. Plotki, które normalnie by puścił pomimo uszu, ale teraz nie mógł ich zignorować. Nie dlatego, że tak się o kuzynkę troszczył, ale dlatego, że jej problemy nakładały się na jego problemy.

A rodzina powinna trzymać się razem.

Mieszkanie, w którym przebywał naprawdę sporadycznie, szczególnie w ostatnich tygodniach, poniekąd stało się jego bazą wypadową. Miejscem, w którym ustalał spotkania, czymś w rodzaju przykrywki. Bo mieszkał przecież gdzie indziej. O czym wiedziała zaledwie garstka osób, a żadna z tych osób do rodziny nie należała. I najlepiej by było, gdyby się nie dowiedzieli.

Nie nalał sobie alkoholu - nie pijał go, zwłaszcza ostatnio. Czekał, przerzucając strony książki, którą czytał już tysiące razy. Zabijał czas, nie zerkając nawet na zegarek. Jeśli Victoria odpowie na jego zaproszenie, zjawi się lada moment. Jeśli nie... Znajdzie sobie zajęcie. Jak zawsze. Dobrze mu było z samym sobą, chociaż ostatnio wykazywał niepokojące ciągoty w stronę przelewania emocji na drugą osobę. Z tym, że takich osób w jego otoczeniu zabrakło. Miotał się więc, skacząc od jednej do drugiej persony, żadnej nie potrafiąc zaufać. Bo zaufanie to był pierwszy krok na ścieżkę, prowadzącą do zguby.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#2
28.02.2024, 20:29  ✶  

Życie Victorii Lestrange nie było łatwe – nie po tym, jak w maju zrobiło gwałtowny, ostry zakręt i to ze stromej górki w dół, a teraz jechała właściwie bez trzymanki. Zamiast hamować, tylko się rozpędzała i tylko czekała, aż wypadnie z tego cholernego wagonika, a wtedy na pewno wywali się na ten głupi ryj i zdechnie. Tak jak powinna była zdechnąć w maju. Czy jej rodzinę to w ogóle obeszło? Było o tym sporo w gazetach, musiało być, ona i reszta Zimnych pogwałcili wszystkie znane prawidła czarodziejskie, a wedle medycznej wiedzy ich przeżycie było cudem. Prawdziwym, cholernym cudem. Mieli umrzeć, a żyli, a ich egzystencja podobna była nieumarłym… I równie mocno się od nich różniła. Było więc o tym głośno, ale czy jej rodzina jakoś się tym przejęła? Czy ktokolwiek ją odwiedził, czy napisał zapytać jak się czuje? Albo po tym, jak cała we krwi trafiła do Munga i wystraszyła kilkoro pracowników, a potem przez tydzień nie wróciła do pracy? Albo po tym, gdy opublikowano wywiad z nią na łamach proroka Codziennego? Czy Lestrange się przejęli? Ach… Tak. Jej matka i ojciec. I młodsza siostra. Oni się przejęli. Może trochę przejął się też Vasilij Dolohov… Albo tylko udawał – ale lepsze to niż… cisza. Rozstanie z narzeczonym to był tylko przecinek, ewentualnie kropka nad i, nic wielkiego… Nie w obliczu reszty wydarzeń, jakie targały jej dotychczas poukładanym życiem.

A jednak, gdy dostała wiadomość od Rodolphusa, miast ją zgnieść i wyrzucić do kosza na śmieci albo prosto w ogień zapalony w kominku, chociaż rozważała to, by go odwiedzić.

Bo gdyby się nic nie działo, to przecież by nie napisał, nie tak? W swej kobiecej przekorze miała ochotę się na niego wypiąć i to wszystko olać, i w pierwszej chwili nawet pomyślała, że tak właśnie zrobi. I gdyby to był ktokolwiek inny, niż członek jej rodziny, to pewnie właśnie tak by się to skończyło. Ale miała wpojoną lojalność do nazwiska, niezależnie od tego, czy zamierzała dalej tańczyć jak rodzice jej zagrają, czy nie, ostatecznie… krew nie woda. Aż wywróciła oczami, zła na siebie, kiedy to sobie uświadomiła – to, że przecież tego nie zignoruje i po prostu pójdzie zobaczyć, o co w ogóle chodzi. Najwyżej wróci do domu po dwóch minutach, ale przynajmniej będzie miała czyste sumienie.

I właśnie dlatego w końcu znalazła się na Alei Horyzontalnej pod wskazanym adresem. I jak zawsze roztaczała wokół siebie tę aurę chłodu (i wcale nie chodziło o to, że była zimna jak trup, gdyby tylko ją dotknąć) i wycofania. W delikatnej, chabrowej, zwiewnej sukience, kończącej się tuż nad kolanem – pewnie równie drogiej, co niektóre modele mioteł. Jej przybycie zwiastowało ciche pukanie do drzwi. Prócz torebki narzuconej na ramię, miała ze sobą kolorową torebeczkę, uznawszy, że nie wypada przyjść z pustymi rękoma. Dlatego przyniosła ze sobą wino z dobrego rocznika – już Rodolphus zrobi z tym, co zechce.

Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#3
28.02.2024, 21:02  ✶  
Czy Rodolphus się przejął... Czy ten facet w ogóle umiał się kimkolwiek przejmować? Victoria miała skórę niczym lód, roztaczała wokół siebie aurę milczącego chłodu, złości - była jak tykająca bomba, która weszła do mieszkania kuzyna, gdy ten tylko zamknął książkę i otworzył jej drzwi. Czy się przejął... Można było zakładać, że nie. Nie wysłał jej listu, nie zaprosił, nie odwiedził. Ani w chwili, gdy prawie umarła po raz pierwszy, a potem drugi. Mijali się na korytarzach Ministerstwa, jakby byli dla siebie obcymi ludźmi. Każde z nich miało swoje życie, byli dla siebie jak mijane cienie. Ignorowali się wzajemnie, o ile udało im się minąć. Ale jednak byli rodziną.
- Victorio - Lestrange odruchowo zerknął za plecy kuzynki, by upewnić się że przyszła sama. Na torebkę prezentową uniósł lekko brew, bo nie spodziewał się, że w odpowiedzi na tak lakoniczne zaproszenie Victoria przyniesie prezent. Nie po tym, jak on sam był tak zajęty swoimi sprawami w maju i czerwcu, że zwyczajnie jego mózg wyparł z pamięci fakt, że przecież Lestrange'ów mogło być o jednego mniej. Aż dwa razy. - Nie musiałaś.
Powiedział, przyjmując prezent. Coś się w niej zmieniło, ale nie był w stanie stwierdzić, co dokładnie. Chciał się z nią spotkać z różnych powodów, lecz teraz zaczął analizować, czy to był dobry pomysł. Wydawała mu się być bardziej nieprzystępna, niż wcześniej. A może po prostu dopiero teraz miał okazję jej się dobrze przyjrzeć?
- Napijesz się czegoś? - alkohol w jego przypadku nigdy nie był dobrym prezentem, o czym każdy zdawał się zapominać. W jego mieszkaniu znajdował się barek, na którym stały rożne butelki. Każda była ledwo napoczęta, w żadnej nie było mniej niż połowy płynu. Rodolphus jako pracownik Departamentu Tajemnic, zajmujący się badaniem ludzkiego mózgu, zdawał sobie sprawę z tego, że alkohol działał na niego destrukcyjnie w absolutnie każdej ilości. Nie pił, ale miał alkohol w domu dla osób, które do niego przychodziły. Nawet jeśli głównie przychodziły niezapowiedziane, bo sam rzadko kiedy kogokolwiek zapraszał do siebie.

Lestrange odłożył prezent, ledwo zerkając co mu przyniosła. To było nieważne - ważne, że w ogóle odpowiedziała na zaproszenie. Bo zawsze istniała szansa, że mogła spalić list, a w odpowiedzi wysłać mu rysunek, przedstawiający gładko zwiniętą pięść z wystawionym środkowym palcem. Gestem zaprosił kuzynkę do salonu, w którym znajdowały się dwa ciemnozielone fotele, pomiędzy którymi stał niski stolik kawowy. Wszystko w mieszkaniu Niewymownego było bezosobowe, utrzymane w stonowanych, ciemnych barwach - mieszanina zieleni i ciemnego drewna nie była przełamana absolutnie żadnym cieplejszym kolorem. Nie widać tu również było żadnych personalnych rzeczy, które świadczyłyby o tym, że mieszkał tu akurat on, a nie przypadkowa osoba.
- Dziękuję, że przyszłaś - zaczął, przekrzywiając odrobinę głowę. Nie miał problemu z wyrażaniem wdzięczności, szczególnie jeśli chodziło o wspólną krew. Nie chciał jednak zaczynać żadnego tematu, dopóki kuzynka nie odpowie, czy chciałaby od niego czegokolwiek do picia. Kupował sobie tym czas, badał grunt. Sprawdzał, czy Victoria wybuchnie, czy może przeciwnie: zgromi go wzrokiem, wykrzywi usta z pogardą i chłodno odpowie, żeby się nie wysilał, bo doskonale wie, że skoro jest tutaj, to on musi czegoś chcieć.

Tylko czy tak było naprawdę? Nie wyglądał, jakby tylko czekał, by zacząć rozmowę. Uważnie studiował sylwetkę Victorii, odruchowo zaczesując czarne włosy do tyłu, lewą rękę trzymając w kieszeni czarnych spodni. Biała koszula, jedna z niewielu które mu zostały, była rozpięta pod szyją. Rękawy były opuszczone, znak był zamaskowany, jak zawsze zresztą. Poza tym nie nosił sygnetu, który miał zawsze na palcu. Wzrok też był nieco inny niż zwykle. Miał łagodniejsze spojrzenie i rysy twarzy nie tężały tak bardzo, jak zawsze gdy przekraczał próg Ministerstwa Magii. Ktoś, kto go nie znał, pewnie by nie zauważył różnicy, ale taka postawa jasno świadczyła o tym, że czuje się swobodnie. I być może jest zaniepokojony, o czym świadczył błysk w stalowych tęczówkach.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#4
29.02.2024, 00:49  ✶  

Nie chodziło o to, by to Rodolphus spijał się tym alkoholem, który wręczano mu w prezencie. Przynajmniej nie taka była intencja Victorii – ot, wino zawsze było dobrym wyborem. Jeśli nie pił tego Rolph, to mógł je sprezentować komuś innemu w podobnym geście; chodziło o możliwość wyboru. Victoria niemalże spała na pieniądzach, tych jej naprawdę nie brakowało, więc i nie widziała problemu w tym, by udając się do kogoś w gości, nie obdarować ich czymś… godnym. A alkohol potrafił być drogi, tyle, że ona zupełnie nie patrzyła na cenę. Przywykła do tego, że ją stać na co tylko zapragnie.

Przyszła sama. Nie czuła potrzeby by udać się do kuzyna z obstawą, zresztą z kim miałaby przyjść…? Z Saurielem? Nie za bardzo, ten zaszył się w jaskini zwanej piwnicą w posiadłości Rookwoodów i wyglądał trochę jak cień samego siebie. Zresztą… Ech. Było dziwnie – między nią, a byłym już narzeczonym. To co, miała iść z obstawą przyjaciółek? Potrafiła sama sobie poradzić. Zresztą nie przewidywała, by miało jej się coś stać w odwiedzinach u własnej rodziny.

– Rodolphusie – uśmiechnęła się bardzo zdawkowo, ale to nie tak, że robiła to celowo. Taka już była. Niektórzy ludzie mówili jej, że wydaje się bardzo chłodna w obyciu w pierwszym kontakcie… I w drugim, i trzecim też. Ale gdyby przebić się przez te grube mury jej charakteru i oklumencji, to można było zobaczyć tę wrażliwą kobietę, która całkiem sporo myślała o swoich bliskich. W tym jednak momencie widać było raczej jej zwyczajowe zimno i zdystansowanie. Nic dziwnego, że niektórzy nazywali ją służbistką i sztywniarą, która nie zna się na żartach. Swoje dowcipy opowiadała w końcu z całkowicie kamienną twarzą. – Nie musiałam, ale chciałam – oczywiście, że nie musiała. Nic nie musiała. Przychodzić tutaj też nie musiała… ale chciała. Prawdą jednak było, że coś ją przygniotło i może nie miała już po prostu tego wszystkiego dźwigać? Może to to wrażenie, które Rodolphus odebrał?

– Może być woda – odparła cicho, wchodząc głębiej do mieszkania za kuzynem, który poprowadził ją w głąb. Rozejrzała się z ciekawością, ale bez nachalności. Nie miała ochoty na kawę czy herbatę, tym bardziej nie na alkohol, bo kto wie jakby to się skończyło, czy by się nagle nie rozkleiła i nie zamieniła w beczącą wersję siebie, która nie przystoi, by była tak oglądana. Mogli ją tak oglądać tylko Cynthia, Brenna, Laurent i… Sauriel. Ech.

Rzeczywiście, to, że przyjdzie, nie było takie oczywiste. Raczej zbyłaby to milczeniem, nie zniżyłaby się do wysyłania rysuneczków z tym jakże uniwersalnym gestem. Nie uszło jej uwadze, że brakowało tutaj rzeczy osobistych, że było tak… gładko, jakby Rolph nie chciał nic o sobie mówić, albo przywiązywać się do tego miejsca. Jakby miało być tylko sypialnią, miejscem wypadowym do pracy innych zajęć. Nie wiedziała co tam robią w Departamencie Tajemnic. Ostatnią styczność z Niewymownymi miała gdzieś… w maju, gdy szczegółowo ją wypytywali i badali, chcąc zebrać dane, by móc znaleźć odpowiedzi na to jak u ciężkiego licha i na samego Salazara Slytherina ona i trzech innych funkcjonariuszy z Departamentu Przestrzegania Prawa w ogóle jeszcze żyje. I jaką abominacją, ewenementem i cudem nad cudami są. Nikt jednak nie znał odpowiedzi, a ona już wiedziała dlaczego – bo każdy, kto nie parał się nekromancją, chuja wiedział, a Ministerstwo miało związane ręce przez to debilne prawo zakazujące nekromancji. I oto była – kobieta, która żyła, choć nie powinna. Kobieta, która w pewnym sensie faktycznie była niczym nowy rodzaj żywego trupa.

– Nie ma za co. Prosiłeś, więc oto jestem – wątpił w to? W jej lojalność względem rodziny? Sądził, że oleje sprawę, zignoruje wiadomość i wróci do swoich spraw? Za to ją mieli? A może próbował porozmawiać z kimś innym i został już olany, więc spodziewał się, że w jej przypadku będzie to samo? Mogła się bawić w small talki, ale zazwyczaj jej się nie chciało. Nie chciało jej się grać w te gierki. Rodolphus jednak się pomylił. Nie było żadnego wybuchu supernowej, Victoria była cholernie spokojna, cholernie opanowana. Patrzyła na Lestrange’a, mógł jasno ocenić, że był to badawczy wzrok, że obserwowała nie po to, żeby patrzeć, a po to, by widzieć, a była to zasadnicza różnica. Nie było też żadnego gromiącego wzroku, nie było ust skrzywionych z pogardą, nie było ani słowa o tym, by się nie wysilał, choć… doskonale wiedziała, że on musiał czegoś chcieć. Nie była głupia, nie była tak naiwna. Usiadła na jednym z foteli, swoją niewielką torebkę bezceremonialnie położyła na stoliku kawowym, nawet na ułamek sekundy się uśmiechnęła (czy raczej wargi jej drgnęły, jakby chciały się uśmiechnąć).

– Czym mogę służyć, mój drogi? – powiedziała to nawet na pewien sposób miękko, choć może była w tym odrobineczka sarkazmu. A w końcu nie przyszła się tutaj kłócić, bo o co… Przyszła wysłuchać… A potem zobaczy.

Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#5
29.02.2024, 13:16  ✶  
Tak jak Victoria była oszczędna w gestach, tak i Rodolphus uważał na to, co prezentuje sobą światu. Obcowanie z podobnymi mu osobami sprawiało, że lepiej się poruszał w plątaninie domysłów i gestów, bo po prostu znał teren i doskonale poruszał się po tym gruncie. Lestrange wskazał oszczędnym gestem jeden z foteli, sam zaś udał się do barku, by sięgnąć po karafkę ze świeżą wodą. Doceniał wybór kuzynki, sam również poprosiłby o wodę. Woda była bezpiecznym wyborem, zawsze. Wyciągnął dwie pękate szklanki, lecz zanim nalał do nich wody, uważnie obejrzał, czy nie ma na nich żadnego zacieku czy brudu. Najwyraźniej oba naczynia spełniły jego oczekiwania, bo wlał do nich przezroczystą ciecz, ostrożnie i powoli, uważając na to, by ani kropla nie wylądowała na blacie. Lekkim krokiem podszedł do foteli, a obie szklanki położył na stoliku kawowym. W odpowiedniej odległości od torebki kobiety, by przypadkiem Victoria sięgając po wodę nie musiała się zastanawiać, czy przypadkiem jej nie potrąci.

Widział jej wzrok i domyślał się, że będzie podejrzliwa. W końcu nie odzywali się do siebie za bardzo. Krótkie spojrzenia, oszczędne kiwnięcia głową na powitanie, a nawet i tego czasem brakowało, gdy mijali się na korytarzach. Pracowali w różnych departamentach, nie mieli ze sobą kontaktu, a Rodolphus unikał ostatnimi czasy spotkań rodzinnych czy bankietów. A być może w ogóle nie był na nie zapraszany. Nie był duszą towarzystwa - przebywanie w jego towarzystwie sprawiało wielu ludziom dyskomfort. Nigdy nie bawił się w błahe rozmowy, bywał bezpośredni ale przede wszystkim patrzył, analizował i wyciągał wnioski niemal bez słowa. Bycie Niewymownym tak weszło mu w krew, tak zdominowało jego charakter, że ludzie po prostu nie bawili się dobrze w jego towarzystwie. Robił to oczywiście celowo, by dano mu spokój i szanowano jego granice.
- Jak się czujesz, Victorio? Po tym, co ostatnio się stało - zapytał, opierając plecy o wygodne oparcie. Lustrował ją wzrokiem, chociaż w tym spojrzeniu nie widać było charakterystycznego zaniepokojenia jej stanem fizycznym czy psychicznym. Była tu, siedziała przed nim - cała i zdrowa, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Można było się więc domyślać, że nie pytał o ewentualne rany na ciele, lecz na duszy. Tylko skąd to całe zainteresowanie jej osobą, zwłaszcza takie nagłe? I o co on konkretnie pytał, bo przecież w życiu Victorii zadziało się naraz tak dużo, że Lestrange naprawdę powinien być bardziej konkretny. Lecz nie był - zupełnie jakby dawał jej wybór co do odpowiedzi. Lub też... Chciał wiedzieć wszystko z ostatnich miesięcy. Czy słyszał o zerwaniu zaręczyn? Najpewniej, to nie była wielka tajemnica, zwłaszcza wśród ludzi, którzy lubowali się w plotkach, a chociaż Rodolphus nie plotkował, tak plotki do niego docierały - czy tego chciał, czy nie.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#6
29.02.2024, 22:27  ✶  

Miała czasami wrażenie, że nieco zbyt mocno zatraciła się w oklumencji, którą otaczała się niby całunem, a ta odgradzała ją od świata zewnętrznego, od tych wszystkich bodźców. Może to dlatego dla ludzi z zewnątrz jawiła się taka zimna, taka nieprzenikliwa, taka nie do końca przyjemna, a przecież zazwyczaj nie miała złych intencji. To nie tak, że była tak zawsze i wszędzie, nie tak, że nie dało się jej wytrącić z równowagi, nie tak, że ta maska nie pękała – ale teraz wydawała się cudownie idealna, bezbłędna wręcz. Żadna zmarszczka nie mąciła jej czoła, gdy tak patrzyła na Rodolphusa. To nie było żadne siłowanie się na spojrzenia, nic z tych rzeczy; badała. Zastanawiała się, z której strony nadejdzie… atak? Nie, nie przewidywała ataku, chociaż była gotowa chyba na wszystko. Życie dawało jej w kość na tyle, że nic tylko czekać aż podstawi jej nogę i się w końcu wypierdzieli.

Nie mąciła tej ciszy. Nie była typem osoby, który musi gadać, bo jeśli jest cicho, to czuła się niezręcznie. Może nawet to też był element gry, ten psychologiczny – siedzieć cicho. Czekać. Zobaczyć, kto pierwszy nie wytrzyma i się złamie. Ale nie, nie do końca, po prostu lubiła spokój, dlatego nie mąciła go paplaniem o tym, jak spędziła dzień, nie było żadnej historyjki o animagu srającym do doniczki, ani nic z tych rzeczy. Nawet nie przyglądała się zbyt długo kuzynowi, który nalewał im wodę. Nie przewidywała żadnej pułapki, ani próby dosypania jej czegoś, bo i niby po co? Odwróciła w którymś momencie spojrzenie na te ściany pozbawione ruchomych fotografii z życia Rodolphusa. Było… sterylnie. Na pokaz, czy po prostu taki był? Zaczęła się nad tym zastanawiać, ale te rozmyślania przerwało stuknięcie szklanki o blat stolika, gdy czarnowłosy podał jej szklankę z wodą. Nie sięgnęła po nią od razu, za to skierowała to spokojne spojrzenie na niego, przyglądając mu się z bliska. Nie był spięty, był wręcz… dziwnie spokojny. Nie widziała też sygnetu na palcach. Przekrzywiła odrobinę głowę, zastanawiając się, czy zapomniał…?

Wielu Lestrange ostatnio zapadło się trochę pod ziemię, przynajmniej tych z młodego pokolenia. William jak zwykle był tak zawiany, że zapominał wychodzić ze swojej piwnicy, nic dziwnego, że szukali go po Beltane, by ten cały na biało w końcu wyszedł, zdziwiony co to za zamieszanie. Louvain, jak na skandalistę przystało, robił to co zwykle – czyli pławił się w dawnej sławie i bił się z Nottem o swoją siostrę, zdaje się, że za niedługo ta kłótnia miała mieć swój finał, ale tu nie zmieniło się wiele. Loretta… zniknęła, podobno wyjechała do Ameryki, może chcąc odpocząć od bezsensownej kłótni brata z rywalem, albo musiała przeboleć rozstanie z narzeczonym. Victoria – pasmo nieszczęść, jej młodsza siostra siedziała w Hogwarcie i była za młoda, by robić wokół siebie szum, Rodolphus unikał rodziny, a Rabastan… Był Rabastanem. Nie był to czas na żadne bankiety i spotkania rodzinne.

– Po którym dokładnie? – zapytała, zamiast odpowiedzieć i lekko uniosła brwi. – Za dużo rzeczy pasuje do tego „ostatnio”, że aż nie wiem, o którą opcję ci chodzi. Żyję, jak widzisz. I oddycham – oddychała, rzeczywiście. Tego nie potrzebowały robić trupy, a ona tak. Położyła rękę na stoliku, obejmując szklankę dłonią. Nie próbowała się ani ogrzać, ani ochłodzić, nie próbowała też podnieść wodzie temperatury – i tak nie była w stanie. Cicho zastukała pociągniętym bordo paznokciem po szklance, krótko. – A ty jak się czujesz? Wszystko w porządku? – w domu wszyscy zdrowi? – aż cisnęło jej się na język, bo aż dziwnym jej się wydawało, że zapraszał ją do siebie zapytać o to, jak się czuje. Może to on upadł na głowę i potrzebował pomocy lekarza, a pomylił jej zawód z uzdrowicielem, bo jednak zajmowała się warzeniem eliksirów w celach hobbystycznych i dla rodziny i znajomych? Czy właśnie przez to dziwne zachowanie Rodolphusa Brenna uznała, że Victoria jest najnormalniejszym członkiem swojej rodziny?

Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#7
29.02.2024, 22:55  ✶  
Być może to była gra, w którą również grał Rodolphus, a być może to była przypadłość tej rodziny? Wszak większość z Lestrange'ów nie trzepotała jęzorem jak opętana, byle by tylko coś powiedzieć. Czekali, milczeli i obserwowali drugą osobę. Być może po to, by to właśnie ona się złamała. A być może dlatego, że po prostu lubili ciszę? Z tym, że teraz nie było miejsca na ciszę. Przecież Rodolphus zaprosił Victorię w konkretnym celu.

Gdy kobieta odpowiedziała nie tak, jak chciał, a potem wyrzuciła z siebie swoje pytanie, postanowił to zignorować. Tak po prostu. Ani myślał odpowiadać na jej pytania, zanim nie uzyska odpowiedzi na swoje. Być może to ta dziecięca przekora, którą na nowo w sobie odkrył, a być może po prostu wrodzona bezczelność? Brenna miała rację - ta rodzina była dziwna, a Rodolphus nie robił nic, by to wrażenie zatrzeć. Był młody, powinien zachowywać się inaczej. Wydawać się mogło, że jego dusza, starsza o co najmniej dwadzieścia lat, została zaklęta w młodym ciele. Ale w krótkich momentach, takich jak ten, skrywane szczenięce zachowania dawały o sobie znać. I tu nie chodziło już o słowa, a o ten błysk w oku, który czasem się pojawiał. O ignorowanie tego, co się do niego mówiło. O przekraczanie granic.
- O wszystkie - powiedział poważnie, zakładając nogę na nogę. Łokieć wsparł na podłokietniku, a dłonią sięgnął do ust, by przetrzeć je w geście zamyślenia. Nie spuszczał z kuzynki wzroku, po prostu patrząc na to, co robi. Bezwiednie, bo musiał na czymś zawiesić wzrok, a gdyby go skierował w bok: mogłaby odnieść wrażenie, że ucieka. A on nie uciekał, chociaż w ciągu tego lata miał ogromną chęć zapaść się jeszcze bardziej pod ziemię. Żeby dali mu spokój, żeby mógł kontynuować to, co zaczął, bez tego ciągłego szarpania jego osobą. Między nimi na chwilę zapadła cisza, której jednak nie określiłby wcale jako niezręcznej. - Żyjesz, oddychasz, nie jesteś ranna. Przynajmniej powierzchownie.
Zauważył, odrywając dłoń od ust. Rodolphus nienawidził, gdy nie słychać było wyraźnie rozmówcy. Alergicznie wręcz reagował na wszelkie zasłanianie ust czymkolwiek podczas rozmowy, na jedzenie z pełnymi ustami, na odwracanie się plecami, by ukryć mimikę. Wszystko dało się wyczytać z drugiej osoby, patrząc na gesty, postawę, drobne spięcia mięśni - nawet słowa nie były potrzebne do tego, by wyczytać intencje.
- Uwierzysz, jeśli powiem, że bym napisał wcześniej, zaraz po Beltane, gdyby nie natłok pracy i niepewność, że chcesz kontaktu? - odpowiedział pytaniem, przekrzywiając lekko głowę. Bo nie miał pewności, że Victoria by uwierzyła w tę bajkę, chociaż to do końca bajką nie było. Lestrange miał ostatnio tyle na głowie, że miał problem by utrzymać idealny balans pomiędzy pracą, snem i... dodatkowymi zadaniami, które realizował krok po kroku. - Słyszałem o zerwanych zaręczynach.
Powiedział w końcu, zmieniając pozycję. Materiał zaszeleścił o fotel, gdy Rodolphus sięgnął po szklankę. Upił łyk wody, by dać kuzynce czas na zebranie myśli, na przemyślenie jak chce zareagować na jego słowa. Nie przepraszał, bo i nie miał za co, przynajmniej według siebie samego. To nie było tak, że byli kiedyś sobie bliscy, a on się na nią wypiął, gdy tego potrzebowała. Uznał, że z Victorią znaleźli się w tym samym położeniu. Nie przyznałby się nigdy do tego, że potrzebuje jej pomocy, ale prawda była taka, że potrzebował porozmawiać z kimś, kto był w podobnej sytuacji. I był z rodziny. Rodolphus jakiś czas temu stracił całkowicie zaufanie do ludzi, ale jeżeli miałby z kimś porozmawiać o wątpliwościach, to wyłącznie z rodziną. Mógł im nie ufać, odsuwać się od każdego, ale nic nie zmaże więzów krwi, którymi byli związani po grób.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#8
02.03.2024, 12:35  ✶  

Na tle tego krzykliwego kuzynostwa, które co i rusz lądowało na głównych stronach gazet, sławnych ze względu na obraną karierę, Rodolphus i Victoria rzeczywiście mogli się wydawać wyjątkowo spokojni i cisi. Ale (prawie)czarnowłosa wiedziała lepiej – to, że na zewnątrz było się tak spokojnym, nie znaczyło, że w głowie i w sercu też było tak poukładanie i pokojowo. Dla niej było… zazwyczaj, bo swoje demony schowała w ciemność, za pancerne drzwi. Ale nawet spod nich się ulewało. Nawet o nie coś czasami drapało w chwili słabości, a przecież Lestrange nie mogli być słabi. Ale dlatego wiedziała, że nie wszystko jest takim, jakie się wydaje na pozór.

– O wszystkie – mówiła cicho i niemalże monotonnie, ale dało się usłyszeć ciche keknięcie. A to dlatego, że faktycznie ją to rozbawiło; cóż za ironia. O wszystkie… Aż przewróciła oczami i ten uśmieszek wypłynął na jej twarz. Jeśli Rodoplhus chciał od niej jakiejś reakcji, pokazania, że nie jest tylko pustą skorupą bez uczuć, to ją dostał, tylko pewnie wątpliwe, że chodziło właśnie o nią. – Biorąc pod uwagę wszystko co się ostatnio stało… To nie jest najlepszy moment mojego życia – odparła mu w końcu. Nie powinno ją to bawić, ale z jakiegoś powodu właśnie tak było. – Już nie jestem ranna – poprawiła go, chociaż  gdyby mógł zobaczyć jej plecy, to widziałby bliznę i pozostałość po ataku. Miała jeszcze blizny na lewym przedramieniu i wierzchu lewej dłoni – te srebrzyły się, niczym delikatne nici, i powoli znikały, ale nie był to proces natychmiastowy, jak widać. Lewa dłoń… Ta sama, na której nie nosiła już pierścionka zaręczynowego. – Przynajmniej powierzchownie – to mu akurat przyznała. – Ale nadal jestem zimna jak trup – to jedno się nie zmieniło. I za szybko raczej nie zmieni. Za to to, co nie było powierzchowne, było prawdziwą burzą. Czuła to od początku, ale kilka dni temu dostała swoje potwierdzenie, że to Limbo zmieniło wszystko. I że może to być kres jej życia, a teraz jechała właściwie tylko na oparach. A wszystko dlatego, że Ministerstwo i Eugenia Jenkins bali się nekromancji. Może słusznie, ale Lestrange nie mogła się pozbyć wrażenia, że po prostu bali się nieznanego.

– Uwierzę w natłok pracy – w końcu oderwała szklankę z wodą od stołu i niespiesznie przyłożyła szkło do ust, by upić dwa łyki. Nie odłożyła jednak naczynia, a zostawiła go sobie w dłoniach, przy sobie, przejeżdżając palcem po rancie szklanki. Wierzyła w natłok pracy, bo bałagan był okrutny, jej departament i ten, w którym pracował Rodolphus, miały pełne ręce roboty. To, co wydarzyło się na Polanie Ognisk, było prawdziwą tajemnicą dla świata czarodziejów. Tak jak jej istnienie. I tak jak widma, które krążyły po Kniei Godryka, wysysając z ludzi życie. Dlatego mu wierzyła. Tak jak rozumiała, że po pewnym czasie ludziom było wstyd się odezwać, kiedy uświadamiali sobie, ile go minęło i że było zwyczajnie głupio pisać po… miesiącu. Albo dwóch. Aż coś się w końcu nie działo. Nie winiła Rodolphusa; jej obronna postawa wynikała zupełnie z czegoś innego. – A… no tak – no tak. Co miała innego powiedzieć? Zerwane zaręczyny. Kropka nad i w jej popapranym życiu. Teraz na pewno było widać jej drgnięcie mięśni, a później płynne przejście w gładką kartkę, gdy mocniej zatopiła się w oklumencji. Minęło ledwie pięć dni, zresztą na jej policzku nadal widniała praktycznie pozioma szrama, której niczym nie zasłaniała. Wtedy, gdy matka oznajmiła jej, ze zaręczyny zostały zerwane przez Rookwoodów, w domu rozpętało się prawdziwe piekło. A ona niemal z dumą nosiła tę ranę. Jako przypomnienie dla samej siebie. – Mam nadzieję, że matka nie zacznie mi szukać kolejnego utargu i nie będzie próbowała mnie znowu komuś sprzedać – trzeci raz… Bo Rookwood był drugi. Pierwszy był Rosier, a tamte narzeczeństwo, przerwane zostało przez śmierć. Victoria niemal już o tym zapomniała, bo Rosiera szczerze nie znosiła. – Bo się może gorzko rozczarować – powiedziała to bez cienia uśmiechu, ale z pewną determinacją w głosie. Bo tak było. Obiecała sobie, że to był ostatni raz, gdy rodzina kieruje jej życiem.

Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#9
02.03.2024, 14:25  ✶  
Pod tym względem mieli ze sobą wiele wspólnego. Oboje trzymali swoje emocje zamknięte na klucz, zepchnięte gdzieś na samo dno, zatrzaśnięte tak, by nic przypadkiem nie wypłynęło na powierzchnię i nie zburzyło idealnie wykreowanego wizerunku. Czasem się jednak nie dało trzymać nerwów i emocji na wodzy - były w końcu emocjami, były nieprzewidywalne. Niektóre odruchy były tak silne, tak naturalne, że nie dało się ich powstrzymać. Jak na przykład reakcja Victorii na jego słowa. Westchnął w odpowiedzi. Być może źle sformułował pytanie. A być może po prostu jego kuzynka miała już po dziurki w swoim pięknym nosie tego tematu. Nie zdziwiłby się, przecież musiała zostać porządnie przemaglowana przez pracowników różnych Departamentów, a co z tego wynikło? No właśnie.

Słuchał jej uważnie i nie przerywał. Chciał, by ostatnie słowa dobrze wybrzmiały, chciał mieć chwilę, by się nad nimi zastanowić. Victoria wydawała się być skałą podczas sztormu, niewzruszoną. Ale nawet najmocniejsza skała pękała, gdy fale wściekle w nią uderzały raz za razem. Ile była w stanie znieść jedna osoba? Kiedy w końcu Victoria pęknie i pogrąży się w odmętach szaleństwa, skoro możliwe, że niedługo i tak zginie? Czy do końca życia będzie chowała się za maską i czy jej umysł owładnie beznadzieja i czekanie na koniec? A może przeciwnie - zmusi to ją do działania, do wykonywania porywczych acz skutecznych ruchów? Zastanawiał się nad tym ostatnio i prawdę mówiąc nie miał pojęcia. Między innymi dlatego zdecydował się zaprosić ją do siebie.
- Zamierzasz się jej sprzeciwić? - zapytał, uważnie obserwując jej reakcję. Widział, że była nieszczęśliwa, słyszał to w jej głosie. Kto na jej miejscu tryskałby dobrym humorem i optymizmem? Chyba tylko szaleniec, a z tego co wiedział, kuzynka nie należała do szalonych osób. Przynajmniej jeszcze. Widząc ranę na jej policzku, której nie dostrzegł wcześniej, zmarszczył brwi. Normalnie nie wtrącał się w rodzinne sprawy, ale nie podobało mu się to, co widział. Rodolphus mimo całej swojej postawy i osób, wokół których się obracał, nie był szowinistą. Uważał, że kobietom należy się szacunek - nie dlatego, że są kobietami, ale dlatego, że stanowiły jeden z filarów magicznego społeczeństwa. Oczywiście istniały wyjątki od tej reguły, ale Victoria do nich nie należała. Czuł, że gdzieś w żyłach powoli zaczyna przepływać mu irytacja. Objawiła się nieciekawym grymasem na jego twarzy, gdy tak patrzył na jej policzek. Z reguły nie pozwalał sobie na taką ekspresję. - Czy poszukać kogoś na własną rękę?
To byłaby jedna z opcji, która sprawiłaby, że Victoria miałaby jakiś wybór. Nawet jeżeli nie chciała małżeństwa, to przecież zamiast się buntować, mogła poszukać kogoś sama. Jednak patrząc na jej życie w ostatnich miesiącach, to nie wchodziło w grę.
- I czy potrzebujesz pomocy? Mam informację, która być może na dłuższy czas odwróci wzrok twojej matki i rodu od twojej osoby - absolutnie nie zamierzał się podkładać specjalnie dla kuzynki i przyjmować na siebie ciosy. Po prostu wiedział, że jego sytuacja i tak wypłynie prędzej czy później. Jeżeli mógłby sprawić, że chociaż na chwilę Victoria odzyska spokój, był gotów na potwierdzenie tego wcześniej, niż później. To, że oferował pomoc, było rzadkie, ale nie niespotykane. Rodolphus był osobą skrytą i egoistyczną, patrzącą tylko na własne bezpieczeństwo. Jeżeli decydował się na taki ruch, to musiał mieć w tym jakiś cel.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#10
02.03.2024, 23:55  ✶  

Nie tyle miała dość tematu, co zwyczajnie był solą w jej oku. Od początku maja nic innego nie robiła, tylko szukała informacji o tym, jak to kurestwo odkręcić i co się właściwie stało. Dodatkowym kopniakiem prosto w żołądek było odkrycie, że z Limbo zabrała cząstkę własnej babci, tej od strony Parkinsownów, i czasami widziałą okruchy jej życia. Im dalej w las tym bardziej popierdolone. Raz nawet trafiła przez to na Nokturn i zachowywała się jak kompletna wariatka, a innym razem pomyliła Sauriela z dawną miłością własnej babci. A jeszcze innym razem, prawie rzuciła się do gardła Laurenta, jak do swojej ofiary. Tym nie bardzo się chwaliła, nie chciała wyjść na jeszcze większą wariatkę, niż już była, skoro w ogóle wylazła, jakże bohatersko, z Limbo. A skąd ludzie wiedzieli, że stali tam oko w oko z Lordem Voldemortem, to była dla niej prawdziwa zagadka. Tuż przed zerwaniem zaręczyn, dzień wcześniej właściwie, dowiedziała się, a raczej upewniła w tym, że nikt do końca nie wie jak to odkręcić, nawet ludzie mogący tak po prostu studiować nekromancję w Durmstrangu, i że jeśli nic nie zrobi, to umrze. A jeśli zrobi, to też jest szansa, że wykituje. I co, jak miało się taką diagnozę i życie ci się sypało, to jakoś… Przestawało się patrzeć na pewne konwenanse. Przestawałeś się przejmować. I ona też właśnie dobiła do tego momentu – wkurwienia, bezsilności; zwłaszcza bezsilności. Co miała już teraz do stracenia? Była tym zwierzęciem przypartym do ściany, które już nie ma dokąd uciec. Więc zaczynało atakować. Nie liczyła już na żadną pomoc Ministerstwa, ani Departamentu Tajemnic, który badał ją i trójkę pozostałych Zimnych; gówno wiedzieli i gówno się dowiedzieli, a przynajmniej nikt dalej nie dawał znać, czy cokolwiek znaleźli. I Victoria podejrzewała, że nie znajdą. To wszystko, to było jedno wielkie błądzenie po omacku, bo nekromancja.

Nie ciągnęła, dając Rodolphusowi czas, by przetrawił jej słowa. Niezbyt przejęła się tym, że nie odpowiedział jej na wcześniejsze pytanie, po prostu go obserwowała, zastanawiając się w ciszy, do czego to wszystko prowadzi. Ale była cierpliwą kobietą, bardzo cierpliwą… Może nawet zbyt cierpliwą. Cholera, wytrzymała dwadzieścia parę lat znajomości z Brenną, wytrzymywała pyskówki Sauriela, wytrzymała z Isabellą Lestrange pod jednym dachem dwadzieścia siedem lat – jeśli to nie było świadectwem jej anielskiej cierpliwości, to chyba nic nią nie było.

– Zamierzam wziąć życie w swoje ręce, skoro wszystkie decyzje moich rodziców były całkowicie i beznadziejnie głupie – i nie liczyła, że nauczyli się na błędach. To znaczy chodziło głównie o jej matkę, to ona miała potrzebę rządzenia i dyrygowania, jej ojciec wolał się zająć swoimi sprawami – pracą, eliksirami… Czasami coś tam powtórzył z tego co matka mówiła, ewentualnie próbował jakoś łagodzić napięcie. – Sama sto razy lepiej sobie z tym poradzę – o a tego była akurat pewna. Uparcie i zarozumiale pewna, ale jednak. To był jej wybór. Prawdziwie, dokumentnie tylko jej. Może nawet pierwszy w jej życiu tak ważny i samodzielny.

Rana… cóż. Była aurorem, różne rzeczy się działy, ale dość łatwo można było założyć, ze gdyby coś stało jej się w pracy, to by się tym zajęto, nie chodziłaby z tym tak, jakby to było jakieś trofeum, memento, czy cokolwiek, a ona to właśnie robiła. Jej matka wpadła we wściekłość, bo to nie ona rozdała te ostatnie karty, a teraz… teraz kobiety się po prostu unikały. A Victoria po kryjomu planowała wyprowadzę z domu, bo bała się, że jeśli matka ją na tym złapie i jej zakaże, to głupio się złamie i posłucha. Wolała… wolała jakoś złapać pion i poziom w tym szaleństwie.

– Nie planuję nikogo teraz szukać. Kompletnie nie mam ochoty – zresztą głowę i myśli już jej ktoś zaprzątał. Tak jak serce. Nie czułaby się w porządku, by zajmować się lataniem za facetami, kiedy czuła się romantycznie… niedostępna. – Informację? – aż zmarszczyła brwi, skonsternowana. Co on do niej mówił? Pomoc? Co niby miałoby odwrócić wzrok rodziny? – Co się dzieje?

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Rodolphus Lestrange (8501), Victoria Lestrange (9227)


Strony (4): 1 2 3 4 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa