24.03.2024, 21:17 ✶
Strach zabijał duszę. To on to zawsze mówił, ale on też mówił zawsze, że trzeba było być stale czujnym i to drugie siadło mu na psychice chyba mocniej, dając pierwszemu stwierdzeniu objąć się szaleństwem już niemal zupełnie. Żadnej wątpliwości nie ulegała już myśl, jakoby Moody'emu po Beltane zwyczajnie odbiło. I tak - zawsze było z nim coś nie tak, ale to zetknięcie z widmami zaogniło problem jeszcze mocniej. Był stuknięty. Chyba przez to właśnie pasowali do siebie jak ulał, duchem i ciałem, bo nic sobie nie robił z tego dotyku, pozwalając siostrze zapadać się w siebie coraz bardziej. A niech go rozszarpie pazurami, niech się tak na nim wyłoży, że się połączą w jedno - nie chciał tego przerywać, wypuszczać jej ze swoich objęć, szczególnie po byciu ofiarą własnych, przebrzydłych myśli sprzed kilku chwil.
Może jeżeli jej teraz nie puści, to nic więcej złego się nie stanie. Może pozwoli jej to przetrwać choćby i tę jedną chwilę dłużej. Może. Jeżeli miałaby znów odejść, Alastor ze smutkiem musiał przyznać sobie, że wolałby zniknąć za nią.
Przygryzł swoją wargę.
- Brak strachu prowadzi do brawury - a ona do śmierci. Śmierci, która zawsze skradała się za nim i czuwała nad każdym jego ruchem, bo o brawurze wiedział o wiele więcej, niż powinien, bo nieraz już tak było, że waga sytuacji dotarła do niego po czasie. A czasem i nie docierała do niego wcale, tylko trzeba mu to było wypisać w podpunktach i pomodlić się, że tym razem tego nie zignoruje. Potrafił wyłączyć w sobie ten pstryczek w tak wielu sytuacjach... ale nigdy, kiedy chodziło o nią. O Millie martwił się zawsze i wszędzie, jakby mu życie chciało ją wyrwać spomiędzy palców i proszę bardzo - miał rację. Ta noc i każda miniona, podczas której spała w tym łóżku w bezruchu, były kolejnymi z dowodów na to, że wszystko i wszyscy chcieli zniszczyć jego rodzinę. - Gdzie byłaś? - Zapytał wreszcie, chociaż nie był pewien, czy powinien to robić. Chciał wiedzieć - chyba nawet musiał wiedzieć, bo mogła tam przecież wrócić. Nie chciał pytać - bo jeśli to miałoby ją wpędzić w objęcia tego, co ją tam zabrało - ależ to by była do końca życia skaza na jego sercu, że zadał to pytanie tak pochopnie. - Patrz na mnie - powiedział więc cicho, ale tym swoim mocnym głosem, co zabrzmiało trochę jak pomruk. Tak bardzo nie chciał doświadczyć tego, jak jej spojrzenie znów gubi się, utyka w jakimś martwym punkcie, a ich kontakt znów ginie.
Może jeżeli jej teraz nie puści, to nic więcej złego się nie stanie. Może pozwoli jej to przetrwać choćby i tę jedną chwilę dłużej. Może. Jeżeli miałaby znów odejść, Alastor ze smutkiem musiał przyznać sobie, że wolałby zniknąć za nią.
Przygryzł swoją wargę.
- Brak strachu prowadzi do brawury - a ona do śmierci. Śmierci, która zawsze skradała się za nim i czuwała nad każdym jego ruchem, bo o brawurze wiedział o wiele więcej, niż powinien, bo nieraz już tak było, że waga sytuacji dotarła do niego po czasie. A czasem i nie docierała do niego wcale, tylko trzeba mu to było wypisać w podpunktach i pomodlić się, że tym razem tego nie zignoruje. Potrafił wyłączyć w sobie ten pstryczek w tak wielu sytuacjach... ale nigdy, kiedy chodziło o nią. O Millie martwił się zawsze i wszędzie, jakby mu życie chciało ją wyrwać spomiędzy palców i proszę bardzo - miał rację. Ta noc i każda miniona, podczas której spała w tym łóżku w bezruchu, były kolejnymi z dowodów na to, że wszystko i wszyscy chcieli zniszczyć jego rodzinę. - Gdzie byłaś? - Zapytał wreszcie, chociaż nie był pewien, czy powinien to robić. Chciał wiedzieć - chyba nawet musiał wiedzieć, bo mogła tam przecież wrócić. Nie chciał pytać - bo jeśli to miałoby ją wpędzić w objęcia tego, co ją tam zabrało - ależ to by była do końca życia skaza na jego sercu, że zadał to pytanie tak pochopnie. - Patrz na mnie - powiedział więc cicho, ale tym swoim mocnym głosem, co zabrzmiało trochę jak pomruk. Tak bardzo nie chciał doświadczyć tego, jak jej spojrzenie znów gubi się, utyka w jakimś martwym punkcie, a ich kontakt znów ginie.
fear is the mind-killer.