09.12.2022, 17:28 ✶
Bywał łatwowierny, dlatego też uwierzyłby w tego krakena, gdyby Castiel przyznał o jego obecności poważnym tonem. Skoro czarodzieje potrafili ukryć przed mugolami budynki wypełnione ludźmi, to dlaczego nie jedno stworzenie? W tym momencie mógł sobie jednak wymarzyć tylko mapę prowadzącą na jakąś odległą wyspę, gdzie zaznałby odrobiny spokoju, leżąc na piasku i gapiąc się w niebo.
- Myślałem, że to jak z lataniem na miotle – przyznał. – Nigdy się tego nie zapomina.
Nie żeby był jakimś specjalistą od lotów. Wolał twardo stąpać po ziemi, a bujać w obłokach co najwyżej umysłem. Za quidditchem w gruncie rzeczy też nie przepadał, unikając wyjść na mecze za każdym razem, kiedy tylko miał taką możliwość. Wolał spędzać swój czas w zupełnie inny sposób i sport zdecydowanie nie należał do jego zainteresowań. Może dlatego dostawał zadyszki za każdym razem, kiedy był zmuszony przebiec z jednego końca Pokątnej na drugi.
Przyjrzał się sceptycznie czapce, ale nie odmówił jej przyjęcia. Póki co jednak nie kwapił się do ubrania jej, dochodząc do wniosku, że dopiero na miejscu zdecyduje, czy naprawdę jej potrzebował. Zwłaszcza że nie znał jej właściciela, a coś podpowiadało mu, że raczej nie należała do tego Flinta, którego miał przed sobą.
- Nadal twierdzę, że to kretynizm – uznał w kwestii szkoły, wzruszając ramionami i czekając, aż Castiel przygotuje rzeczy, które zamierzał zabrać. Sam Fergus nie miał zielonego pojęcia, co mogło mu się przydać, a nawet gdyby jakimś cudem stworzył listę takich przedmiotów, pewnie zajęłoby mu sporo czasu zdobycie ich wszystkich. Musiał zaufać blondynowi. Puchonom można ufać. Prawda? No dobra, nijak nie określiłby go tym mianem, nie wiedząc o tym. Castiel po prostu miał rację.
- To raczej nie będzie trudne, co nie? – stwierdził i spróbował sobie przypomnieć cokolwiek na temat plumpek. Wiedział, że wyglądały jak zwykłe ryby, ale poza tym miały stopy. Czy to jakkolwiek dodawało im tempa? Jeśli tak, mógłby mieć problem ze złapaniem tego. I kwestia tego, jak wielkie były? Im dłużej przebywał z Flintem, tym bardziej był przekonany o tym, że zupełnie niczego nie mógł być pewien. Tak, jakby cała wiedza uleciała mu z głowy przez samą jego obecność.
Uwaga mężczyzny dotarła do jego uszu o sekundę za późno, bo jednocześnie z uściskiem na ramieniu poczuł szarpnięcie w żołądku. Teleportacja ułatwiała życie, ale była też przy tym cholernie nieznośna. Spróbował utrzymać równowagę, chwytając się Castiela, nim poleciał do przodu. Pewnie wylądowałby z większą gracją, gdyby był przygotowany na ten ruch, ale element zaskoczenia trochę ogłupił jego zmysły.
- Poprawka, ty wyciągasz łódź. Ja się na tym nie znam – zawołał, ruszając za nim, by dorównać mu kroku. Nie chciał dodawać, że był przy tym zbyt leniwy na jakikolwiek większy wysiłek. Mimo wszystko podejrzewał, że jego towarzyszowi pójdzie to o wiele sprawniej bez zbędnej pomocy laika.
Zmarszczył nos, czując smród ryb przyniesiony dość silnym wiatrem, który w końcu zmusił go do nałożenia wciąż trzymanej w dłoni czapki. Włosy wpadały mu do oczu, więc unieruchomienie ich pod ubraniem nieco ułatwiało drogę.
Rozglądał się wokół, by w razie czego zapamiętać drogę powrotną. I trochę z ciekawości nowego miejsca, którego nigdy wcześniej nie widział. Nijak nie przypominało to zatłoczonego Londynu czy nawet wiejskich rezydencji kontrahentów jego ojca. Musiał jednak przyznać, że mijane przez nich łódki przyciągały wzrok.
Nie do końca wiedział, jak miałaby wyglądać łódź należąca do Flintów, ale z pewnością spodziewał się czegoś… większego. Skoro jednak ta była przeznaczona jedynie do celów rozrywkowych, zwykła szalupa wystarczała. Obszedł ją od jednego końca do drugiego, szukając w niej czegoś niezwykłego, ale niczego się nie doszukał.
Wzdrygnął się, słysząc głos Castiela, ale instynktownie uniósł ręce, by złapać rzucaną w jego stronę torbę. Jej zawartość zabrzęczała cicho, ale nie zastanawiał się zbytnio nad tym, co znajdowała się w środku, po prostu wieszając ją sobie na ramieniu. Zaraz po tym wygrzebał z kieszeni kurtki papierosa i odpalił go, obserwując Flinta przy pracy. To była niemal dewiza Ollivandera: odpoczywaj, kiedy możesz – niech inni tyrają za ciebie. Ale tak, jak już było powiedziane wcześniej, na nic by się nie przydał, więc poświęcił te cztery minuty na próby wydmuchiwania kółek z dymu, czego w ostatnim czasie próbował się nauczyć.
- To się powinno tak chybotać? – zapytał z wahaniem Castiela po tym, jak zgasił butem papierosa i wrzucił torbę do łódki, która poruszyła się pod dodatkowym ciężarem. Blondyn wydawał się jednak niewzruszony.
Niepewnie do tego nastawiony, Fergus poprawił czapkę na głowie, by nie opadała mu na oczy i postawił jedną stopę w łódce, gotowy do ucieczki w razie, gdyby ta zamierzała się przewrócić.
- Królowo Plumpko, chroń mnie przed śmiercią – jęknął, stając na pokładzie obiema nogami i próbując utrzymać równowagę. Jakim cudem Flint stał tak pewnie? – Utopimy się, mówię ci – dodał jeszcze, opadając na tyłek, by nie wylądował w wodzie. Łódka uderzyła przy tym o bok pomostu.
- Myślałem, że to jak z lataniem na miotle – przyznał. – Nigdy się tego nie zapomina.
Nie żeby był jakimś specjalistą od lotów. Wolał twardo stąpać po ziemi, a bujać w obłokach co najwyżej umysłem. Za quidditchem w gruncie rzeczy też nie przepadał, unikając wyjść na mecze za każdym razem, kiedy tylko miał taką możliwość. Wolał spędzać swój czas w zupełnie inny sposób i sport zdecydowanie nie należał do jego zainteresowań. Może dlatego dostawał zadyszki za każdym razem, kiedy był zmuszony przebiec z jednego końca Pokątnej na drugi.
Przyjrzał się sceptycznie czapce, ale nie odmówił jej przyjęcia. Póki co jednak nie kwapił się do ubrania jej, dochodząc do wniosku, że dopiero na miejscu zdecyduje, czy naprawdę jej potrzebował. Zwłaszcza że nie znał jej właściciela, a coś podpowiadało mu, że raczej nie należała do tego Flinta, którego miał przed sobą.
- Nadal twierdzę, że to kretynizm – uznał w kwestii szkoły, wzruszając ramionami i czekając, aż Castiel przygotuje rzeczy, które zamierzał zabrać. Sam Fergus nie miał zielonego pojęcia, co mogło mu się przydać, a nawet gdyby jakimś cudem stworzył listę takich przedmiotów, pewnie zajęłoby mu sporo czasu zdobycie ich wszystkich. Musiał zaufać blondynowi. Puchonom można ufać. Prawda? No dobra, nijak nie określiłby go tym mianem, nie wiedząc o tym. Castiel po prostu miał rację.
- To raczej nie będzie trudne, co nie? – stwierdził i spróbował sobie przypomnieć cokolwiek na temat plumpek. Wiedział, że wyglądały jak zwykłe ryby, ale poza tym miały stopy. Czy to jakkolwiek dodawało im tempa? Jeśli tak, mógłby mieć problem ze złapaniem tego. I kwestia tego, jak wielkie były? Im dłużej przebywał z Flintem, tym bardziej był przekonany o tym, że zupełnie niczego nie mógł być pewien. Tak, jakby cała wiedza uleciała mu z głowy przez samą jego obecność.
Uwaga mężczyzny dotarła do jego uszu o sekundę za późno, bo jednocześnie z uściskiem na ramieniu poczuł szarpnięcie w żołądku. Teleportacja ułatwiała życie, ale była też przy tym cholernie nieznośna. Spróbował utrzymać równowagę, chwytając się Castiela, nim poleciał do przodu. Pewnie wylądowałby z większą gracją, gdyby był przygotowany na ten ruch, ale element zaskoczenia trochę ogłupił jego zmysły.
- Poprawka, ty wyciągasz łódź. Ja się na tym nie znam – zawołał, ruszając za nim, by dorównać mu kroku. Nie chciał dodawać, że był przy tym zbyt leniwy na jakikolwiek większy wysiłek. Mimo wszystko podejrzewał, że jego towarzyszowi pójdzie to o wiele sprawniej bez zbędnej pomocy laika.
Zmarszczył nos, czując smród ryb przyniesiony dość silnym wiatrem, który w końcu zmusił go do nałożenia wciąż trzymanej w dłoni czapki. Włosy wpadały mu do oczu, więc unieruchomienie ich pod ubraniem nieco ułatwiało drogę.
Rozglądał się wokół, by w razie czego zapamiętać drogę powrotną. I trochę z ciekawości nowego miejsca, którego nigdy wcześniej nie widział. Nijak nie przypominało to zatłoczonego Londynu czy nawet wiejskich rezydencji kontrahentów jego ojca. Musiał jednak przyznać, że mijane przez nich łódki przyciągały wzrok.
Nie do końca wiedział, jak miałaby wyglądać łódź należąca do Flintów, ale z pewnością spodziewał się czegoś… większego. Skoro jednak ta była przeznaczona jedynie do celów rozrywkowych, zwykła szalupa wystarczała. Obszedł ją od jednego końca do drugiego, szukając w niej czegoś niezwykłego, ale niczego się nie doszukał.
Wzdrygnął się, słysząc głos Castiela, ale instynktownie uniósł ręce, by złapać rzucaną w jego stronę torbę. Jej zawartość zabrzęczała cicho, ale nie zastanawiał się zbytnio nad tym, co znajdowała się w środku, po prostu wieszając ją sobie na ramieniu. Zaraz po tym wygrzebał z kieszeni kurtki papierosa i odpalił go, obserwując Flinta przy pracy. To była niemal dewiza Ollivandera: odpoczywaj, kiedy możesz – niech inni tyrają za ciebie. Ale tak, jak już było powiedziane wcześniej, na nic by się nie przydał, więc poświęcił te cztery minuty na próby wydmuchiwania kółek z dymu, czego w ostatnim czasie próbował się nauczyć.
- To się powinno tak chybotać? – zapytał z wahaniem Castiela po tym, jak zgasił butem papierosa i wrzucił torbę do łódki, która poruszyła się pod dodatkowym ciężarem. Blondyn wydawał się jednak niewzruszony.
Niepewnie do tego nastawiony, Fergus poprawił czapkę na głowie, by nie opadała mu na oczy i postawił jedną stopę w łódce, gotowy do ucieczki w razie, gdyby ta zamierzała się przewrócić.
- Królowo Plumpko, chroń mnie przed śmiercią – jęknął, stając na pokładzie obiema nogami i próbując utrzymać równowagę. Jakim cudem Flint stał tak pewnie? – Utopimy się, mówię ci – dodał jeszcze, opadając na tyłek, by nie wylądował w wodzie. Łódka uderzyła przy tym o bok pomostu.