13.04.2024, 19:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.09.2025, 11:49 przez Król Likaon.)
adnotacja moderatora
Rozliczono - Peregrinus Trelawney - osiągnięcie Piszę, więc jestem
Rozliczono - Millie Moody - osiągnięcie Piszę, więc jestem
Rozliczono - Millie Moody - osiągnięcie Piszę, więc jestem
05.1968
Londyn, Pokątna, mieszkanie rodzeństwa Moody
Londyn, Pokątna, mieszkanie rodzeństwa Moody
Mildred Moody uważała sama siebie za osobę wybitnie aspołeczną.
Dziką.
Nieujarzmioną.
Czarny kruk, posępna stylówa, wybitnie kwiecisty język, impulsywność, upartość i ogólnie jedno-wielka-chodząca-nieszczęśliwość, która nie miała zamiaru tak łatwo dochodzić do głosu życiowemu rozgoryczeniu – to wszystko utrwalało w niej samej przekonanie, że nie lubi ludzi i ich unika.
W rzeczywistości Mildred Moody, miała bardzo dużo przyjaciół, ze swojej szkolnej ekipy, z roboty, z miejsc do których przychodziła i nie spotykała się z krzywym spojrzeniem i ocenianiem jej przez pryzmat ilości kurew w wypowiedzi na sekundę. W przeciwieństwie do brata dbała (zupełnym przypadkiem) o kontakty rodzinne, zwłaszcza z tą po stronie ich dawno martwej matki. Możliwe, że to była kwestia Limbo we krwi, choć i tak zaglądała do tych, u których talent się nie przebudził, lub nieszczęśliwie odziedziczył po drugim z rodziców. Nie dbała o to, czując jakoś pod skórą, że zwyczajnie dobrze czuje się w towarzystwie osób może nie tak samo pojebanych jak ona, ale no... umówmy się nie do końca przystających. A Trelawney'owie byli zdecydowanie nieprzystający.
Dlatego też gdy tylko dowiedziała się, że Pergrinus powrócił do Włoch, nie potrzeba było wiele czasu, gdy jak burza wparowała do jego mieszkania, nawrzeszczała na niego, że się nie odzywał, po czym złapała za chachły w całej swej niecierpliwości i wyciągnęła na ulicę robić mu wycieczkę krajoznawczą po stolicy (Patrz ile się zmieniło!), zjeść sobie na jego koszt obiad (Nosz kurwa, zostawiłam sakiewkę w domu, ale oddam Ci w naturze, upędziłam zajebisty bimber i zrobiłam z niego karmelówkę, będziesz zachwycony!) po czym zabrała znów na Pokątną, do niewielkiego czynszowego mieszkanka na szczycie kamienicy. Jej brat miał tego dnia służbę, więc teoretycznie powinna ogarnąć bajzel no ale przecież musiała zadbać o kuzyna (Nie patrz na to, ja to potem po Twoim wyjściu posprzątam!). Szkoda tylko, że trudno było jej znaleźć jakieś dobre miejsce do siedzenia, wszystko trochę śmierdziało starym jedzeniem, niepopranym praniem i zatęchłością niewietrzonego zbyt często gniazda Moodych.
– No dobra, wiesz co, najlepiej będzie w mojej pracowni. – to mówiąc walnęła kijem od miotły w sufit. Potem drugi raz bo nie zadziałało i... mocniej... trzeci aż rozsuwane schody opadły z hukiem podobny do tego, jaki robi piorun walący w drzewo. Zachichotała i wskazała na szczebelki.
– Panowie przodem, zgarnę butelkę karmelóweczki i szklanki i zaraz będę! – ćwierkotała radośnie, będąc w zdecydowanie lepszej formie niż zapamiętał ją z ostatnich lat Hogwartu, gdzie czasem strach był zagadać, żeby nie zostać skopanym w najlepszym wypadku. Obecność Alastora w jej życiu najwidoczniej czyniła cuda, ludzie mówili, że zaczęło jej odwalać od momentu, gdy brat opuścił mury edukacyjnej placówki.
Stopnie drabiny prowadziły na poddasze. Przez świetlik w dachu wpadało światło chylącego się ku zakończeniu dnia, a ciasne pomieszczenie pod dwoma skosami przypominało raczej składzik niż pracownie. Były w nim sztalugi, farby, płótna, kawałki obrazów do połowy namalowanych, lub w pesymistycznej wersji w połowie nieukończonych. Portrety. Bohomazy. Zaschnięte pędzle, pojedyncza nocna lampka z kablem ginącym w podłodze i tona, absolutna tona kurzu. Był też stolik i dwa taborety, na tym stoliku ułożone zaschnięte jabłko i butelka, które być może były szkicowane w ramach ćwiczeń domorosłej artystki.
– Chcesz też jakąś zagrychę? Mam...eee... parówki i....mmm.... ze dwa ogórki. I jakąś starą bombonierkę co ją Alik z pracy przyniósł. Reflektujesz? Myślę, że sie nie obrazi. – dobiegły go pokrzykiwania z dołu, a zaraz potem przyspieszone kroki, uderzenie, soczyste ałć kurwa pieprzona szafka i potem:
– Zabierzesz ode mnie rzeczy, czy kurwa będziesz się tak gapić?– poprosiła uprzejmie. – Trzy razy zjebie i coś potłukę zanim do Ciebie wlezę do tej jebanej dziupli.
![[Obrazek: kZKQ3U6.jpeg]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=kZKQ3U6.jpeg)