Rozliczono - Erik Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic III
Erik & Morpheus
Już od jakiegoś czasu nerwowa atmosfera spowijała Warownię. Morfeusz nie umiał przyłożyć palca do konkretnego momentu w czasie, gdy to nastąpiło, jednakże miał wrażenie, że miarowo narastało. Ciśnienie zbierało się, ciążąc, gęstniejąc, a kolejne warstwy niepokoju tylko nakładały się na siebie. Gdyby miał określić jakiś konkretny moment jednak, wahałby się między dwoma, pierwszym byłoby śniadanie po potańcówce, gdy coś się wydarzyło i większość, oprócz kaca, zmagała się z emocjonalnymi rozterkami, a wizytą na wyspie. Podczas snu był sam, ale sen powracał, mroził krew w żyłach. Chociaż rozbite przepowiednie same w sobie nie były dramatyczne, chodziło o to, jakie znaczenie za sobą niosły. Zupełną jałowość jego pracy i jego własnego istnienia. Na samą myśl robiło mu się niedobrze. Zmaganie się ze swoimi najwększymi strachami zawsze wprawiało w niepokój, a w przypadku tamtej wprawy, gdzie rzeczywistość nie tylko fragmentarycznie udawała przez wizję bogina lęki, ale stawała się nią, zamrażały ducha do głębi. Budził się wielokrotnie z mokrą poduszką, zlaną jego potem, gdy pamięć wyciągała tamte zdarzenia na powierzchnię.
Nic z tego nie było prawdziwe.
A jednak takie się zdawało.
Na śniadanie wypił kawę, bez cukru, czarną, jak pokutę. Nie miał ochoty na jedzenie, żołądek nadal ściśnięty, nie pozwalał mu nic przełknąć. Zamiast tego wyjął z kieszeni karty i potasował je, zerkając w przyszłość, szukając w niej Erika, chciał z nim porozmawiać na temat kolejnego lęku. Sam list przysporzył Morpheusowi kilku nowych siwych włosów na skroniach oraz marsowej miny przez poprzedni wieczór, gdy siedział nad nim i zastanawiał się nad tym, czy teleportować się od razu do Neila czy rozmówić z Erikiem na temat jego obaw. Nie chciał, w obecnej, nowej sytuacji, aby młody czarodziej stał się jedynie niedogodnością, problemem. Martwił się o niego, a im więcej myślał, tym więcej pytań bez odpowiedzi pojawiało się w jego głowie. Wraz z nocą wypełnioną koszmarami, przyszedł nieszczególnie przyjemny poranek.
Wyjął kartę. Dwójka mieczy. Zabawne. Tylko, że nie. Kobieta z dwoma ostrzami w rękach, skrzyżowanymi na piersi i z zawiązanymi oczami niemalże groziła mu. Trudne wybory i kompromisy. Konflikty. Nie wróżyło to niczego dobrego ani tej rozmowie ani powodowi. Postanowił spacyfikować kartę dosłownością, więc jeśli miały być dwa miecze, niechaj dwa miecze będą. Wrócił na chwilę do swojego pokoju i z wielkiej szafy garderobianej wyjął czarny strój do szermierki, ignorując hełm, bez przesady. Ze ściany zdjął swój rapier, napisał karteczkę do Erika, wysyłając ją w stylu ministerstwa, jako samolocik i zszedł do miejsca, gdzie zwykle ćwiczyli fechtunek.
![[Obrazek: acWcAUw.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=acWcAUw.png)
Morpheusowi było daleko od fizycznej tężyzny reszty Longbottomów, ale czuł, że w tym momencie, że rozpiera go ta energia, która była mu obca, a która przyszła razem z listem i wzmocniła się przez kartę z dworu mieczy. Wziął głęboki wdech. Ten, który mieczem wojuje, od miecza ginie, ale jaka jest piękna jego śmierć. Ćwiczył szermierkę odkąd nauczył się trzymać patyk w ręce i odpowiednie postawy z wyrysowanym jego własnym charakterem, jak pismo czy czarowanie, przychodziły mu z łatwością. Pozostało więc czekać na prawdziwego rycerza.
Może nie był to Mars, może to była Afrodyta Areia?