Plot twist
16 czerwca 1972, południe
– Guinevere & Morpheus –
Przyszła wcześniej. Zawsze była przed czasem, nie dlatego, że spodziewała się jakiegoś poślizgu, czy że miałaby się zgubić we wciąż nie tak znanej jej Anglii, a dlatego, że lubiła się nie spieszyć. Przejść bez biegu do umówionego miejsca, obejrzeć je, dokonać odpowiedniego wyboru w kwestii tego gdzie na ten przykład zasiąść. W przypadku kawiarni, jaką wyprała na to spotkanie, zdecydowała się na miejsce w kącie, jednak nadal przy oknie – lubiła światło, zwłaszcza tak ładnego dnia jak dzisiejszy, natomiast cienie i ciemności też wcale nie były jej straszne. Zależało jej na tym, by nie siedzieć w samym środku pomieszczenia, gdzie potencjalni klienci mogliby przechodzić i trącać ją i jej przyszłego towarzysza nawet przypadkiem. Chciała spokoju i jednocześnie być na widoku – bo choć miała sporo do ukrycia, nie bez powodu nie pisała tak bezpośrednich wiadomości do eksperta, jakiego jej polecono, to mimo wszystko chciała pokazać, że ma dobrą wolę. W końcu to ona potrzebowała pomocy – nie na odwrót. Dzisiejszy wybór tak miejsca, jak i stolika, ale też kawy, którą już spokojnie sobie popijała (w myślach przeklinając na Anglików i ich prawdziwe kawowe bezguście), jak również stroju, pozycji, jaką przybrała… nic nie było przypadkowe. Wszystko było dokładnie wykalkulowane i przemyślane, mimo tego, że Guinevere ceniła sobie pewną spontaniczność. Tak delikatny temat jak przepowiednie, to nie było coś, co zamierzała oddać… przypadkowi – w który zresztą nie wierzyła. Bardzo poważnie podchodziła do swoich korzeni i daru, którym obdarzył ją może nawet sam Horus, egipski bóg, który odcisnął swoje piętno na historii magii tak bardzo, że od jego imienia nazwano dar, jaki odziedziczyli niektórzy czarodzieje; Oko Horusa. Zakładała… nie, była pewna, że Morpheus Longbottom również nosił na czole pocałunek boga nieba. Również – tak jak ona, lecz o jej talencie wiedziało niewiele osób.
Brudnoróżowa, zwiewna sukienka z szyfonu, która ozdobiona była roślinnymi motywami, dobrze leżała na szczupłym ciele i podkreślałaby jej długie nogi, gdyby nie to, że siedziała za stołem, przodem zwrócona w kierunku wejścia do kawiarni, a jedyną ozdobą być delikatny złoty łańcuszek, ginący gdzieś w dekolcie sukienki. Ciemne, długie do pasa, proste włosy, okalały szczupłą twarz; była opalona i to właśnie tym odznaczała się na tle angielskiej społeczności. Nie opalona tak, jak panienka z dobrego domu, która wyszła na dwie godziny na słońce i jej kolor skóry przybrał barwę wściekłego różu, a jak ktoś, kto całe życie malowany był dotykiem słońca, lecz nie mogłaby być nazwana ciemnoskórą, krew jej ojca była w niej silna, nawet jeśli bardziej podobna była do matki. Z pewnością nie wyglądała tutaj, przy tym stole, w tej sukience, jak historyk, którego stereotypem był ktoś z okularami na nosie, ślęczący nad grubymi tomiszczami. Zamiast tego zwiewna panienka, podobna jakiejś nimfie, z ciekawością spoglądała przez okno, a na jej ustach pociągniętych różową szminką, błąkał się zagadkowy uśmieszek. Była pewna, że Longbottom ją rozpozna, bo jakże trudno było ją przeoczyć, mając za tło te wszystkie bledziutkie panny z Wielkiej Brytanii.
Czekała spokojnie, donikąd się nie spiesząc. Nie zerkała też na zegarek, jakby czas nie miał dla niej większego znaczenia. Gdy jednak drzwi do przybytku się otwierały, ona zerkała w tamtą stronę, gotowa nawiązać kontakt wzrokowy z tym, na którego czekała.