Przycupnęli we dwoje przy portrecie i zaczęli wywiad, a Millie połknęła absolutnie trującą żabę słysząc tą jebaną "podopieczną". Jak on myślał kurwa, że ile ona ma lat, trzynaście?! I na prawdę jebało ją to, że siedziała w białym, stanowczo za dużym podkoszulku i gaciach, oburzała się z taką samą mocą, jakby miała dupę wciśniętą w najlepszą garsonkę i posadzoną na kancie pieprzonego krzesełeczka.
– Możemy Ci odremontować to miejsce i będziesz mieć lepsze widoki. I okno umyjemy, albo przeniesiemy, na przykład do biblioteki, zamiast tej blond babeczki, jej to chyba nie będzie robić, bo się nie rusza jak Ty. – wypaliła. – Czyli nie wiesz, czy Estella nie żyje, po prostu tak zakładasz, bo ktoś sprzedał dom? My wiemy coś o tej Estelli, poza tym, że była Twoją kumpelą ze szkoły? – zapytała siedzącego obok mężczyznę.
– Ja w sumie też nie wiem ile zapłaciliśmy. – myślała, że to pomyślała, a jednak język powiedział szybciej, niż głowa wpadła na to, by trzymać go za zębową klatką. – Jak jej się zmarło tej narzeczonej? Mm... czy ktoś się utopił w stawie? – przyszło jej to nagle na myśl, więc cóż miała do stracenia, obrazowy portret nigdzie się na razie nie wybierał.