04.05.2024, 22:02 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.05.2024, 22:17 przez Anthony Shafiq.)
Krótki ostrzegawczy warkot wzbudził dreszcze w ciele wgniecionego jeszcze w drzwi partnera, doskonale wyczuwalne przy tak bliskim kontakcie. Testowanie opanowania Shafiqa doprawdy mijało się z celem, ten bowiem szczątki tej postawy pozostawił dawno za drzwiami apartamentu. Kiedy Erik z absolutną bezwzględnością i rozmysłem zaczął go torturować, zupełnie jakby narzucił na nich arresto momentum, celowo tłumiąc rozgorzały na dobre ogień, celowo zmuszając do zatrzymania akcji, wtedy Anthony wciąż łapiąc oddech podjął rzeczywiście próbę wytrwała w bezruchu, w stanie pełnym napięcia i oczekiwania. Miękkie usta, gorący oddech, a nawet pozostawiona wilgoć ślizgająca się grawitacją wzdłuż linii obojczyka, wzbudzały tylko zirytowane sapnięcia i pomruki zniecierpliwienia, które jednakowoż płynnie przeszły w pełną aprobaty wokalizę przyjmującą ostrza zębów i siłę z jaką strażnik naruszał ciało tego, którego zobowiązał się chronić. Barki w odruchu odsuwały się, zdawało się, jakby chciał uniknąć bólu, wyrwać się, ale równocześnie opierając się o drzwi wypchnął biodra ku niemu, domagając się wciąż, łapczywie coraz więcej i więcej.
Gwałtowne oderwanie ssących go ust i odsunięcie się wybiło go z rytmu. Anthony był otumaniony, spragniony, jak pielgrzym który po tygodniach, miesiącach tułaczki po pustyni, w końcu dotarł do upragnionej oazy. Rozchylone wargi wilgotne zmieszaną śliną były mocno zaczerwienione gwałtownością wcześniejszych pocałunków, a zeszklone oczy przez moment błądziły po twarzy Erika, w niezrozumieniu tego czemu przestał, w niezgodzie i konflikcie z samym sobą, czy chciałby móc cały czas patrzeć na niego, czy ślepnąć w kolizji uniesienia. W końcu jednak spojrzenia zakleszczyły się na sobie wzajemnie i zaiste nie był pewien, czy czaiło się tam pytanie? Wątpliwość? Ale on, mimo że nie znał treści, mimo że żadne słowa już między nimi nie padły, to znał odpowiedź. W tamtej chwili był pewien, że jakiegokolwiek pytania by nie otrzymał, mógłby się zgodzić na wszystko. Dlatego też skinął głową, szybkim, ledwo widocznym ruchem, a wtedy Erik dopadł go po raz drugi i po raz drugi zatopił w nim swoje kły...
Świadomość pomieszczeń, holu, pokoju... to wszystko był zbytek, którego teraz został pozbawiony. Nogi ugięły się pod nim, absolutnie trzeźwy, choć całkowicie upity swoim towarzyszem pół szedł, pół był ciągnięty przez niego gdzieś. Ciągnący mógł rzeczywiście wypchnąć go na korytarz, poza prywatne przestrzenie, mógł wyjść z nim na taras, mógł zrobić z nim stanowczo zbyt wiele. Rozsądek został jednak całkowicie porzucony, a sensu nabierała wcześniejsza rozmowa o zaufaniu, wszelkie rozważania, co się stanie gdy ktoś kto ma kontrolę nad każdym aspektem swojego życia, znajdzie w końcu tę enklawę, te silne ramiona, w których do podjęcia pozostanie tylko jedna decyzja - wypuszczenia wszystkich sznurków. I tak teraz Erik stał się osią jego istnienia, a każdy centymetr jego ciała czekał w niecierpliwości, wszystkie zmysły nastawione były na odbiór drugiej osoby i nic nie miało znaczenia. Ani upadające guziki, ani impet z jakim został ciśnięty na sofę, ani fakt, że nogą potrącił stolik kawowy wywracając go i wszystko co na nim było. Nie miał znaczenia odgłos tłuczonych kieliszków, głuchy stukot i toczenie się zamkniętej butelki z winem, czy kołysząca się z łoskotem ciężka, miedziana patera z owocami. Nie miało znaczenia to, że ten który do niego dopadł, był zbyt wielki i silny, zbyt wygłodniały na okoliczności eleganckiej sofki, która nawet nie skrzypnęła ostrzegawczo, tylko wywróciła się w tył na ziemię, zrzucając z siebie obu całujących się mężczyzn na chłodną kafelkowaną podłogę tuż pod ścianą.
Anthony momentalnie wykorzystał okazję i wspiął się na swojego towarzysza, siadając na nim okrakiem i podobnie jak wcześniej maltretował żebra, tak teraz zatopił paznokcie w jego klatce piersiowej, wyznaczając pośród gęstych włosów pionowe szlaki od obojczyków, aż po wypukłe kości biodrowe. Mój, mój, jesteś dzisiaj tylko mój... można było wyczytać to z ów zagarniającego gestu, wyczytać z zamglonego spojrzenia, z gorączkowych szarpnięć palców wykorzystujących krótką chwilę przewagi na to, by zaczepić się na metalowej klamrze i w końcu wysunąć z niej skórzany pas.
Gwałtowne oderwanie ssących go ust i odsunięcie się wybiło go z rytmu. Anthony był otumaniony, spragniony, jak pielgrzym który po tygodniach, miesiącach tułaczki po pustyni, w końcu dotarł do upragnionej oazy. Rozchylone wargi wilgotne zmieszaną śliną były mocno zaczerwienione gwałtownością wcześniejszych pocałunków, a zeszklone oczy przez moment błądziły po twarzy Erika, w niezrozumieniu tego czemu przestał, w niezgodzie i konflikcie z samym sobą, czy chciałby móc cały czas patrzeć na niego, czy ślepnąć w kolizji uniesienia. W końcu jednak spojrzenia zakleszczyły się na sobie wzajemnie i zaiste nie był pewien, czy czaiło się tam pytanie? Wątpliwość? Ale on, mimo że nie znał treści, mimo że żadne słowa już między nimi nie padły, to znał odpowiedź. W tamtej chwili był pewien, że jakiegokolwiek pytania by nie otrzymał, mógłby się zgodzić na wszystko. Dlatego też skinął głową, szybkim, ledwo widocznym ruchem, a wtedy Erik dopadł go po raz drugi i po raz drugi zatopił w nim swoje kły...
Świadomość pomieszczeń, holu, pokoju... to wszystko był zbytek, którego teraz został pozbawiony. Nogi ugięły się pod nim, absolutnie trzeźwy, choć całkowicie upity swoim towarzyszem pół szedł, pół był ciągnięty przez niego gdzieś. Ciągnący mógł rzeczywiście wypchnąć go na korytarz, poza prywatne przestrzenie, mógł wyjść z nim na taras, mógł zrobić z nim stanowczo zbyt wiele. Rozsądek został jednak całkowicie porzucony, a sensu nabierała wcześniejsza rozmowa o zaufaniu, wszelkie rozważania, co się stanie gdy ktoś kto ma kontrolę nad każdym aspektem swojego życia, znajdzie w końcu tę enklawę, te silne ramiona, w których do podjęcia pozostanie tylko jedna decyzja - wypuszczenia wszystkich sznurków. I tak teraz Erik stał się osią jego istnienia, a każdy centymetr jego ciała czekał w niecierpliwości, wszystkie zmysły nastawione były na odbiór drugiej osoby i nic nie miało znaczenia. Ani upadające guziki, ani impet z jakim został ciśnięty na sofę, ani fakt, że nogą potrącił stolik kawowy wywracając go i wszystko co na nim było. Nie miał znaczenia odgłos tłuczonych kieliszków, głuchy stukot i toczenie się zamkniętej butelki z winem, czy kołysząca się z łoskotem ciężka, miedziana patera z owocami. Nie miało znaczenia to, że ten który do niego dopadł, był zbyt wielki i silny, zbyt wygłodniały na okoliczności eleganckiej sofki, która nawet nie skrzypnęła ostrzegawczo, tylko wywróciła się w tył na ziemię, zrzucając z siebie obu całujących się mężczyzn na chłodną kafelkowaną podłogę tuż pod ścianą.
Anthony momentalnie wykorzystał okazję i wspiął się na swojego towarzysza, siadając na nim okrakiem i podobnie jak wcześniej maltretował żebra, tak teraz zatopił paznokcie w jego klatce piersiowej, wyznaczając pośród gęstych włosów pionowe szlaki od obojczyków, aż po wypukłe kości biodrowe. Mój, mój, jesteś dzisiaj tylko mój... można było wyczytać to z ów zagarniającego gestu, wyczytać z zamglonego spojrzenia, z gorączkowych szarpnięć palców wykorzystujących krótką chwilę przewagi na to, by zaczepić się na metalowej klamrze i w końcu wysunąć z niej skórzany pas.