Uniósł jedną brew na nieukrywaną ekscytację Mildred. Powinna zmienić nazwisko na Longbottom, pasowałaby do barwanych, chaotycznych wojowników, po wlasciwiej stronie barykady. Zresztą, patrząc na relacje w Zakonie, miał wrażenie, jakby patrzył na fotografię ze swojej młodości, swoje rodzeństwo, ale przede wszystkim Jeźdźców Apokalipsy, tak różne charaktery, ale złączone jedną myślą, płynna dynamika, pozwalająca na trwanie. Kolejne pokolenie wojowników. Szkoda, że machina Ministerstwa była tak nieudolna. Przecież wystarczyło... Tylko że nie. Nie można przymuszać obywateli swojego państwa do zażywania Veritaserum, tworząc precedens, bo może z niego korzystać również opozycja. Nie można nakazać nikomu rewizji osobistej, bo ustanawia to precedens. Mieli narzedzia lecz musieli myśleć o następnych pokoleniach, o godności obywateli i ich przetrwaniu jednocześnie. Tak prosto. Tak trudno.
Cieszył się, że nie został nigdy politykiem, tak jak planował początkowo, gdy kariera asystenta sędziego Wziengamotu płynnie nabierała tempa.
— Brenna... Nie, nam nic nie zrobił. Ale proszę, powiedz Erikowi, aby uważał na schodach. A ty w bibliotece i przy komodzie. Ten Poltergeist jest znacznie bardziej morderczy niż Irytek — ostrzegł Brennę bardzo poważnym tonem, który pasował bardzo do Niewymownego Longbottoma, w ciemnych szatach, nie wujka Morpheusa, w głupiej koszulce.
— Myślę, że to miejsce to nie jest szczególnie udany zakup — stwierdził. Nie komentował obrażeń. Jej stanu. Martwił się, ale tak samo jak Mildred, nie miała trzynastu lat. Po prostu zabierze ją do Kambodży, tam niech odkrywa tajemnice starożytnych ruin, w ramach rozrywki, a nie potrzeby, bez wagi śmierci i miecza Damokelsa nad głową. — Śmierć Juliusów to nie są przypadki — zaczął, aby wprowadzić Brennę w teorie, przedstawiając zarówno te Millie, jak i swoje oraz podsumowując historię z duchem, wizjami i obrazem.