• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 12 13 14 15 16 Dalej »
25 grudnia 1969 [Szpital Świętego Munga] Carol of the Bells

25 grudnia 1969 [Szpital Świętego Munga] Carol of the Bells
Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#1
18.12.2022, 20:29  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.02.2023, 19:20 przez Morgana le Fay.)  
Rozliczono - Sauriel Rookwood - Piszę, więc jestem


Carol of the Bells
theme

Każdy miewa czasem gorszy dzień. A Sauriel? Sauriel miał gorszy dzień. Tydzień. Miesiąc!
... Kurwa.
Sauriel miał po prostu gorsze życie.

[...] bo każdy szanujący się katolik pamiętał, by dnie święte święcić. W tym wspaniałym kraju, wiecznie zasłoniętej chmurami Anglii, która winna być rajem (albo chociaż piwem) dla wyklętych spod gwiazdy Życia i podetkniętych do kołyski Śmierci, każdy przecież był katolikiem. Nie, przepraszam! Chrześcijaninem? Głęboko zakorzeniona wiara kwitła w ludzkich sercach i sprawiała, że dokonywaliśmy głupich, bardzo głupich rzeczy. Jednego dnia zmawiasz pacierz przed obrazem Matuli Boskiej, drugiego bierzesz kawałek patyka w dłoń bo mówią ci, że prawdziwy Katolik mordować będzie dla Pana Twojego i Zbawcy Twego Jedynego. Voldemorta. Zabawne, prawda? Wierzyli mugolacy, że mogą osiągnąć wszystko i wierzyli ci dobrzy, że dobro ich zawsze wygra. Przecież jakby Bóg chciał inaczej, to inaczej by ten świat zaprojektował. Twierdziły tak wszystkie baśnie, że wystarczy chcieć, a porządek zawsze prędzej czy później opanowywał świat. Tylko... pytanie czy opanuje go i tym razem odpowiednio wcześnie, żeby ktokolwiek z nas tego dożył.
Pamiętając więc, że święta należy święcić, że trzeba uhonorować anglosaskie tradycje, oto był ten dzień - dla Anglików najważniejszy. Nie Wigilia, jak dla całego normalnego świata. Nie. Msza Chrystusa była wczoraj - każdy więc dreptał do kościółka, by jego głowa została zroszona wodą święconą, a potem grzecznie pakowało się śliczne prezenciki. Wiedzieliście, że tradycja ta pochodziła jeszcze ze średniowiecza? Jakże hojny zwyczaj! Bogaci rozdają biednym. A jednak gdzieś się wplotło w to plugastwo, bo wiara w czary. Miał być Mikołaj, czy tam Gwiazdor - zwał jak zwał. Dziś? Dziś każdy chciał tylko usiąść z bliskimi przy stole. I śpiewano kolędy. Stoły były zastawione potrawami i można było zaprosić rodzinę. Każdy przyniósł coś od siebie i takim sposobem stoły trzeba było zestawiać, bo nic się już nań nie mieściło. Uginały się pod ciężarem dobroci. Choinka lśniła od magicznych światełek, które odbijały się w pięknych, dmuchanych bombkach. Powietrze pachniało igliwiem i sianem schowanym pod obrusem. Świece paliły się, a ich długie szyje krwawiły woskiem. Kropla za kroplą. Kropelka za kropelką...
Zimne, pokryte częściowo lodem, częściowo śniegiem ulice miasta wyglądały pięknie w tę noc. W każdym oknie paliło się światło, gdzie nie zerkniesz tam rodzinna fiesta. Jedni się śmiali, inni dyskutowali. Pewnie był też dom, gdzie na stole było pusto, a ojciec dogaszał peta, żeby rzucić pustą butelką w swoją żonę. Ludzkie tragedie wydawały się jednak cichnąć i wygasać w tę jedną, jedyną w roku noc. Noc, w której przecież przemawiać miały zwierzęta ludzkim głosem.
Żaden pijak nie chciał się jednak przekonać, czy przemierzający ulicę miasta Czarny Kot w tę magiczną noc odpowie mu: spierdalaj.

Rozpalała go gorączka. To dziwne, bo przecież nie powinna. Ubrany w zdecydowanie zbyt cienkie ciuchy jak na środek nocy. Jak na to, że para buchała z ust przy każdym oddechu. I skoro oddychać mu przychodziło, to oddychał jak najlepiej mógł. Głęboko. Nie tylko ulice miasta były opustoszone. Mung w tę noc również świecił pustkami i spokojem. Ci, co mieli posnąć, już posnęli. Większość lekarzy udała się do swoich domów, pacjenci, którzy mogli, pojechali do krewnych, a ci, którzy zostać musieli, dawno już spali. Gdyby nie pojedyncze światła w korytarzach miejsce to jako jedno z niewielu w mieście wydawałoby się przeklęte. Zaklęte w zimowym, głuchym śnie. Ale ten, który zakradł się do wnętrza tej śpiącej bestii dobrze wiedział, że nic bardziej mylnego. Mung nigdy nie spał w pełni. Zawsze czuwał. W przeciwieństwie do nieproszonego gościa, którego dłonie się trzęsły, by pojąć, że on cały dygotał. I to nie z powodu zimna.
Ubrany w czarną ramoneskę mężczyzna trzymał w dłoni niewielki słoiczek z pastylkami i z zewnątrz wyglądało to tak, jakby starał się przeczytać, co jest napisane na jego ulotce. Tylko nie mógł skupić na niej wzroku - bo coś go rozmywało, bo wszystko było niewyraźne i zbyt wyraźne jednocześnie. Potarł wolną ręką oczy, mrugając mocno, gdy niechlujnie odstawił naczynie na półkę i przesunął resztę słoików - jeden, drugi, czwarty. Przecież musi gdzieś tu być. Cokolwiek. Gdziekolwiek. Jakkolwiek. Trawiła go ta gorączka, która nie pozwalała myśleć - więc myśl była sfokusowana tylko na jednym. Na ugaszeniu tego pożaru. I nie zrozumiałby tego chyba nikt - bo przecież śmiertelnie blada skóra była zimna w dotyku. Nie płynęła przez nią krew - nie mógł więc gorączkować. A jednak. Włamanie do szpitala, do miejsca, gdzie przechowywali eliksiry i medykamenty w każdy normalny dzień wydawałaby mu się poniżej jego poziomu. Ale chyba pomyślałby tak jeszcze rok temu. Albo nie? Może wtedy nawet nie wpadłby na taki pomysł? Teraz zaś było mu wszystko obojętne - szpital wydawał się najprostszym i najszybszym sposobem na zdobycie czegokolwiek co pozwoli ukoić ból. Chociaż na parę chwil.


[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
Paprotka
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Pierwsze, co rzuca się w oczy to nierówna pionowa blizna po lewej stronie ust. Zniekształca nieco delikatny uśmiech, który zawsze pełga na jej wargach, chociaż ciemne oczy wcale wesoło nie świecą. Spogląda na świat nieco smutno, trochę nieobecnie, jakby myślami zawsze wędrowała gdzieś indziej. Mierzy nieco ponad 170 centymetrów, a kilka centymetrów dodaje jej bujna i zawsze rozwiana czupryna ciemnobrązowych włosów. Jedyny czas, kiedy ogarnia chaos na swojej głowie, to kiedy pracuje w św. Mungu. Równie nieodłącznym aspektem jej wyglądu jest charakterystyczna zielona szata uzdrowiciela. Poza godzinami pracy w szpitalu zwykle nosi szare wełniane spodnie, swetry w zieleniach lub brązach oraz marynarki, lub (swoją ulubioną) brązową mugolską pilotkę.

Fernah Slughorn
#2
21.12.2022, 03:32  ✶  
Grudzień zawsze pachniał piernikiem, świerkiem i zimnym powietrzem, które kłuło poliki. Wystarczyło, że poczuła jedną z tych woni, a już wiedziała, że idzie zima, święta i coś, co od paru lat niesamowicie ją stresowało, Wigilia w gronie rodziny.
Kochała swoich rodziców niemal tak samo mocno, jak swoją młodszą siostrę, ale nie mogła tego powiedzieć o dziadkach ze strony ojca, do których zwykli jeździć na święta. Zawsze czuła się przez nich odpychana, co w dorosłym życiu przerodziło się w obustronną antypatię.

Z tego powodu, kiedy przed tygodniem usłyszała, że jedna ze stażystek szuka kogoś, kto mógłby wziąć za nią dyżur 25 grudnia, od razu się zgłosiła. Święta w Mungu to był koszmar większości, do której Fernah nie należała. Teleportując się do szpitala, myślała tylko o tym, żeby wykonać swoje obowiązki i później wrócić do swojego mieszkanka na Carkitt Market. Ta myśl trzymała ją, kiedy odczyniała zaklęcie na pijanym czarodzieju, który założył się z sąsiadem, że on sam byłby lepszą choinką niż ta, którą ubrał sąsiad. Później było tylko gorzej i zarazem lepiej, bo kolejne przypadki niewprawnie rzuconych zaklęć, lekkich uszczypliwych klątw teściów lub rodzeństw pozwoliły jej skupić się na pracy, dzięki czemu czas mijał szybciej.

W nocy trafił na oddział jeden z cięższych przypadków klątw nałożonych przez nieprzychylnych członków rodziny, co spowodowało, że musiała przejść się do szpitalnego magazynu. W drodze powrotnej zaczepił ją jeden z lekarzy i przekazał do odniesienia kolejne mikstury, więc uzbrojona w karton pomaszerowała dalej.

W ciemnościach nie spodziewała się znaleźć kogokolwiek, bo lekarze czy pielęgniarki raczej mieli to do siebie, że zapalali światło. Natomiast inaczej było w przypadku kogoś, kto buszował po regałach i szafkach, jakby zgubił tam cały swój dobytek. To sprawiło, że Fernie serce podeszło do gardła, ale jednocześnie nie straciła zimnej krwi (jeszcze). Odstawiła pudełko, najciszej jak umiała, na jedną z szafek i stanęła kilka metrów za persona non grata szpitalnego składziku.

— Nie ruszaj się!

Żeński głos poniósł się pomiędzy przeszklonymi szafkami z najróżniejszymi utensyliami lekarskimi. Brzmiał on poważnie i nawet mógłby być dostatecznie ostry, by zatrzymać i całą armię złodziei, gdyby jego właścicielka tak się nie bała. Widać to było po drżącej delikatnie różdżce, której końcówka się rozświetliła, rzucając światło na złodzieja.

Strach ma wielkie oczy, mówi mugolskie przysłowie. Czarodzieje mieli swój odpowiednik, brzmiący tak: „Strach czyni rzeczy dwa razy gorszymi, niż naprawdę są”. Gdyby Fernah miała się zastanowić, którą z wersji woli, zdecydowanie byłaby za pierwszą. Krótszą i zwięzłą, dlatego teraz to te słowa pojawiły się w jej głowie, kiedy patrzyła na wyłaniającą się z ciemności postać.

Postanowiła skorzystać z tego, że jeszcze serce nie wyskoczyło jej z piersi, a głos nie drżał aż tak bardzo i spytała.

— Kim jesteś i co tutaj robisz?!



Odkryj wiadomość pozafabularną
W skrócie Fernah stoi za Twoją postacią oddalona o jakieś 3-4 metry, z wycelowaną weń różdżką.


„Rękopisy nie płoną.”
Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#3
21.12.2022, 10:54  ✶  
Ten zapach piernika i świerku nie docierał do szpitala Świętego Munga. Może w pojedynczych salkach byli pacjenci, którym bliska rodzina zapewniła kawałek świąt do miejsca, z którego nie mogli wyjść. Gdzieś zabłąkała się odcięta z choinki gałązka. Gdzieś zostawiono makowca zawiniętego w serwetkę, żeby nie obeschnął. Innej osobistości przyniesiono kilka pierniczków, które już zjadła. Przecież niektórzy musieli przestrzegać mimo wszystko ścisłej diety. Szpital zawsze pachniał tak samo - środkami czystości i wonią leków. Dla czarodziei nie był to taki problem, większość wystarczyło przeczyścić zaklęciem. Co za zbawienie, prawda? Ale potem do nozdrzy wdzierał się swąd środków odkażających, bo trzeba zadbać o odpowiednią sterylność próbek, flakoników z lekami, a te narzędzia lepiej jest odkazić. Tu, w tym składziku, woń była wszechogarniająca. Wżarła się nawet w ubranie Sauriela (tak mu się jedynie wydawało), które zawsze przesiąknięte było smrodem fajek. Tytoniu, którego nadużywał, ale co to za problem? Przecież ani na zdrowie, ani na chorobę już mu to wyjść i tak nie mogło.
Pojęcia nie miał, co działo się w szpitalu i w jego rozgorączkowanym, doprowadzonym pod ścianę na baczność (jak do rozstrzelania) umyśle nie było miejsca na martwienie się, że te leki przecież mogły być komuś potrzebne. Albo że, mimo wszystko, mogły mu zaszkodzić. Gdyby była potrzeba wcisnąłby w siebie wszystko, bo przecież - wcale nie znał się na eliksirach. Może "wcale" to za dużo powiedziane, chyba zależne od skali. Na pewno jednak nie miał pojęcia, co on właśnie brał do dłoni. Jego boży świat, z równie bożej łaski, w ten jakże magiczny dzień owinięty był widokiem jednokierunkowym. Klapki na oczach - a przed klapkami tylko pragnienie, by jakkolwiek sobie ulżyć. I kiedy jesteś nieuważny to tak się to zazwyczaj kończy, że, jak to ładnie pisał Dostojewski, Bóg nie jest niezbędny, żeby stworzyć winę, ani żeby karać. Wystarczą ludzie wspomagani przez nas samych. Sąd ostateczny jest co dzień. Jak w medycynie nie masz chorób, tylko są chorzy, tak w świecie moralnym nie masz win, tylko są winni. I tak kiedy była wina, musiała być również kara.
Odziany w czerń mężczyzna znieruchomiał, słysząc kobiecy głos za swoimi plecami. To były pierwsze trzy sekundy. Potem pojawił się z jego strony ruch - lecz powolny. Nieśpieszny. Jak w slow motion odłożył dwie trzymane flaszki na półkę, by obrócić się półprofilem do... kogo w zasadzie? Lekarza? Strażnika? Przypadkowego chorego? Przymrużył oczy i przysłonił je ręką, kiedy blask padający w oczy był dla tych przyzwyczajonych do niedawnej ciemności za jasny. Zaraz jednak ta trzęsąca się ręka opadła w dół, a oczy... tak, masz rację, Fernah. Strach miał naprawdę wielkie oczy. Te od Sauriela były teraz bardzo szeroko otwarte. I spanikowane jak u zwierzęcia zapędzonego w róg.
Kiedy ktoś celuje w ciebie różdżką masz generalnie dwie możliwości. Pierwsza - podjąć rękawicę. Podjęcie jej tutaj wydawało się ŚWIETNYM pomysłem! Druga - uciekać. Zachrzęściło cienkie szkło pod podeszwą butów czarnowłosego, kiedy ten zrobił mały kroczek w stronę Fernah. Pustej fiolki po środku łagodzącym ból.
- Pomóż mi. - Wydobył się cichy, głęboki głos ze spierzchniętych ust. W dupie miał teraz godność, bo nie miał nic do stracenia. - Pomóż mi i... znikam, nie wrócę więcej. - Tak, to był błagalny ton. Sauriel był gotów paść przed nią na kolana, byleby tylko zrobiła coś z tą obezwładniającą gorączką.
Z tym pragnieniem krwi.


[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
Paprotka
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Pierwsze, co rzuca się w oczy to nierówna pionowa blizna po lewej stronie ust. Zniekształca nieco delikatny uśmiech, który zawsze pełga na jej wargach, chociaż ciemne oczy wcale wesoło nie świecą. Spogląda na świat nieco smutno, trochę nieobecnie, jakby myślami zawsze wędrowała gdzieś indziej. Mierzy nieco ponad 170 centymetrów, a kilka centymetrów dodaje jej bujna i zawsze rozwiana czupryna ciemnobrązowych włosów. Jedyny czas, kiedy ogarnia chaos na swojej głowie, to kiedy pracuje w św. Mungu. Równie nieodłącznym aspektem jej wyglądu jest charakterystyczna zielona szata uzdrowiciela. Poza godzinami pracy w szpitalu zwykle nosi szare wełniane spodnie, swetry w zieleniach lub brązach oraz marynarki, lub (swoją ulubioną) brązową mugolską pilotkę.

Fernah Slughorn
#4
21.12.2022, 16:04  ✶  

Pomóż mi. Pomóż mi, pomóż i… Fernah wstrzymała oddech, gdy mężczyzna postąpił krok w jej stronę. Automatycznie sama cofnęła się, by zachować między nimi dystans. Dzieląca ich odległość była namiastką bezpieczeństwa i chociaż prędzej różdżka była prawdziwą przeszkodą dla atakującego, to w gadzim mózgu kobiety, to właśnie dystans był wyznacznikiem bezpieczeństwa.

Po pierwsze nie szkodzić. To zdanie pojawiło się w jej głowie, gdy spoglądała na bladego jak ściana mężczyznę. Szeroko rozwarte oczy latały na boki, przykryte od góry nieco pozlepianymi kosmykami ciemnych włosów. Nie trzeba było być uzdrowicielem, żeby widzieć, że nieznajomy cierpi. Że coś z nim jest bardzo nie tak.

Po drugie pomagać, wszystkim i zawsze. Zacisnęła dłoń mocniej na rękojeści różdżki, tocząc wewnątrz siebie wojnę, co powinna zrobić. Tak naprawdę świetnie wiedziała, jak postąpić, ale biła się z myślami czy najpierw w jakiś sposób obezwładnić mężczyznę, czy zawołać kogoś jeszcze z lekarskiej obsługi. Czas mijał, a oboje nie mieli go za wiele.

— Nie ruszaj się. — nakazała mu, tylko udając twardy ton.

Nie widziała po nim, by miał zamiar zrobić coś wbrew jej słowom, więc powoli opuściła różdżkę. Cofnęła się do wejścia, nie spuszczając z niego spojrzenia i pyknęła włącznik. Żarówki zabrzęczały znajomo i magazynek został zalany przez ostre białe światło, przez które nawet ona musiała przymrużyć oczy.

Wróciła do swojego poprzedniego miejsca i zlustrowała mężczyznę spojrzeniem, by zobaczyć, czy ma jakieś widoczne gołym okiem urazy.

— Pomogę ci, ale muszę wiedzieć, co ci jest? — powiedziała w tym samym czasie i dodała po chwili. — I jak masz na imię?

Przyrzekam te obowiązki sumiennie spełniać, służyć życiu i zdrowiu, według najlepszej mej wiedzy przeciwdziałać cierpieniu i zapobiegać chorobom, chorym nieść pomoc bez żadnych różnic, mając na celu wyłącznie ich dobro i okazywać im należny szacunek… Słowa przysięgi, które znał każdy adept szkolący się na uzdrowiciela i każdy, kto uzdrowicielem został, były dla Ferny pokrzepiające. Była w stanie wyrecytować tę formułkę, obudzona w środku nocy, wyrwana z najgłębszego snu, w jaki jest się w stanie zapaść. Teraz tym mocniej czuła wagę tych słów, gdy spoglądała na człowieka, który wyglądał jak zapędzone w kozi róg zwierzę.



„Rękopisy nie płoną.”
Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#5
21.12.2022, 20:13  ✶  
To odruch. Zupełnie bezwarunkowy odruch. To instynkt. Zebra zawsze wiedziała, kiedy lew na sawannie kroczy leniwym krokiem, by położyć się obok jej stada, a kiedy zaczyna kroczyć cicho, gładko. Kryje się pośród żółtych traw, spalonych od słońca. Jaki był krok Fernah? Uważny, ostrożny. W tył. Jeśli odległość była odpowiednia, moc reakcji również mogła błogosławić. Odwdzięczała się tym, że lew później do ciebie doskoczy. Potencjalnie na tyle późno, że w trakcie lotu już zdąży oberwać odpowiednim zaklęciem. A krok Sauriela? Nie był krokiem leniwym. Nie był też jednak krokiem lwa skradającego się przez łany traw. Był niepewny. I ciężki. Zupełnie nie taki, jak na co dzień był prezentowany przez odzianego w skórę jegomościa. Ta namiastka bezpieczeństwa była pustką, w której ozon próbował udusić. Czujesz to? Dlatego wstrzymywany jest oddech? A może były ku temu inne, przeklęte powody? Nerwy. Niepewność. Czy lepiej troszczyć się o siebie, czy może...
... po pierwsze - nie szkodzić. Szkoda mogła być obopólna. Obcy człowiek kontra obcy człowiek. Włamywacz kontra lekarz. Ile można zyskać a ile stracić, podejmując rękawicę, którą rzuciła Matka Noc? W dzień, gdy Bóg się narodził, kiedy zwierzęta miały przemawiać ludzkim głosem, a ulice milkły. To po nich błąkał się ten zapach piernika wypuszczony z okien domów. Być może, gdzieś po drugiej strony alei, ktoś właśnie wyciągał je z piekarnika. Pierniczki skakały wesoło i bawiły gromadkę dzieci, obiecując im cały stos prezentów pod sosnową choinką. To nie czas nasz, Fernah, bo nie było miłości i ciepła w tym święcie dla tych, którzy nie radzili sobie z własną rodziną. Czujesz to? To nie święta, moja Miła. To adrenalina.
Sauriel skinął głową. Niepewnie. Tak nie w swoim stylu nadmiernie posłuszny, ale jeśli nie ktoś z Munga, to kto miał mu pomóc? Nie ruszył się. Zatrzymał się i widząc wycofanie, nie nadwyrężał tego, co dla nieznajomej było bezpieczne. Słusznie, czy niesłusznie... och, bardzo słusznie. Bo z drugiej strony czarnowłosy marzył tylko o tym, żeby rzucić się Slughorn do gardła. Wbił się więc w ziemię, przybił swoje nogi, ale teraz już był uważny. Patrzył na tę niewiastę z blizną szpecącą piegowatą twarz. Piękną, niebanalną twarz. Nie była jak wszystkie te wymuskane czystokrwiste, od których ilość pudru brudziła najlepsze garnitury. Jeśli przybije własne nogi do ziemi, to może jeszcze naprawdę będzie tu szansa. I choć nie potrzebował oddychać - sam wstrzymał teraz wdech w klatce piersiowej. Razem z nią. Dzieląc to nieszczęsne napięcie na pół. Trochę pochylony, świdrujący ją czarnymi oczyma. Ciekawe... jak smakuje..? Wolność i porażka. Jak smakuje wolność i porażka. Wolność, kiedy przestajesz już walczyć i porażka, kiedy walka naprawdę ucicha. Kiedy nawet świąteczne dzwoneczki przestają dzwonić na wietrze.
A jednak się ruszył.
Kiedy zabłysnęło światło Sauriel syknął i schował głowę w ramionach, nim mrużąc oczy ją podniósł. Zagrożenie. Oj tak, oczywiście, że czuł zagrożenie! Od kobiety, która może i opuściła różdżkę, ale nadal ją miała. Oparłeś się więc o najbliższą półkę i powierzyłeś jej część swojego ciężaru ciała, czując sprzeczne sygnały. Z jednej strony - wróg, chodzące, słodkie pożywienie. Z drugiej? Człowiek. Lekarz. Ktoś, kto mógł pomóc. I chyba miał taki zamiar, skoro zamiast potraktować petenta czarem próbował ostrożnie załagodzić sytuację.
- S-sauriel. - Nerwowo odgarnął włosy do tyłu, nie spuszczając z niej teraz oczu. Prawie przy tym nie mrugał. Był cholernie wdzięczny za to, że nie podchodziła. Że trzymała tę odległość. - Nie podchodź. - Ostrzegł ją, na moment się prostując, kiedy ta lustrowała go spojrzeniem. Ciekawe. Ciekawe, czy zastanawiała się, jaki szaleniec się tu dostał... - Potrzebuję... czegoś na ból. Uspakajającego. - Mówił przez zaciśnięcie gardło i to mówienie przychodziło z niemałym trudem. Zamiast jednak tłumaczyć to sięgnął do swojej górnej wargi i odgarnął ją palcem, ukazując ostre kły.


[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
Paprotka
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Pierwsze, co rzuca się w oczy to nierówna pionowa blizna po lewej stronie ust. Zniekształca nieco delikatny uśmiech, który zawsze pełga na jej wargach, chociaż ciemne oczy wcale wesoło nie świecą. Spogląda na świat nieco smutno, trochę nieobecnie, jakby myślami zawsze wędrowała gdzieś indziej. Mierzy nieco ponad 170 centymetrów, a kilka centymetrów dodaje jej bujna i zawsze rozwiana czupryna ciemnobrązowych włosów. Jedyny czas, kiedy ogarnia chaos na swojej głowie, to kiedy pracuje w św. Mungu. Równie nieodłącznym aspektem jej wyglądu jest charakterystyczna zielona szata uzdrowiciela. Poza godzinami pracy w szpitalu zwykle nosi szare wełniane spodnie, swetry w zieleniach lub brązach oraz marynarki, lub (swoją ulubioną) brązową mugolską pilotkę.

Fernah Slughorn
#6
28.12.2022, 02:33  ✶  

Dudnienie serca i szum krwi otoczyły ją szczelnym kokonem, kiedy zobaczyła szpiczasty ząb. Kieł. Mężczyzna miał kły, był przeraźliwie blady i patrzył się na nią z uporem maniaka, jakby, jakby…

Po raz pierwszy w swoim dwudziestoletnim życiu miała do czynienia z wampirem. Oczywiście nie raz o nich słyszała, nie raz czytała, bo przecież w Hogwarcie nawet mieli zajęcia na temat tego, jak bardzo niebezpieczne potrafią być te istoty.

I teraz, po kilku latach, od kiedy znudzona przeglądała podręcznik podczas zajęć z obrony przed czarną magią, natrafiła nie na rycinę, a wampira. Ów stał przed nią i zupełnie nie przypominał tego, co zapisano w książce.

— Sauriel. — powtórzyła, starając się, by głos nie drżał tak, jak jej dłonie. — Nie będę podchodzić, rozumiem.

Uniosła ręce na potwierdzenie swoich słów, ale zapomniała o różdżce, więc zaraz je opuściła.

Coś na ból i uspokojenie? Jak ma ulżyć komuś, komu może pomóc tylko krew? Przełknęła głośno ślinę, bo od razu sama sobie odpowiedziała na to pytanie.

— W szafce…za tobą, druga półka od lewej, tak. Tam powinien być eliksir ukojenia. Dawkowanie jest… Dawka dla dorosłego mężczyzny to — przerwała na moment, dokonując obliczeń w głowie. — Trzy i pół kropli na kilogram ciała, czyli… Upij łyk po prostu! On ma działanie przeciwbólowe, ale jest bardzo mocny, ponieważ przygotowujemy go z makówek, a te…

Urwała, bo nagle zdała sobie sprawę, że mówi o rzeczach, które były teraz kompletnie nieprzydatne. Po co wampirowi wiedzieć, że głównym składnikiem jest mleko makowe, wypływające z naciętych młodych makówek, zbieranych wyłącznie od czerwca i gdzieś do połowy sierpnia. Po co mu to wiedzieć?!

— Potrzebujesz pożywienia? To dlatego?

Wymowne spojrzenie, zaciśnięte usta i zerknięcie na zbite fiolki.

— Za mną na prawo…na prawo są lodówki, tam trzymamy krew…

Fernah Slughorn oszalałaś do reszty, aby mówić wampirowi o tym, gdzie są szpitalne zapasy! Głos brzmiał zupełnie tak samo, jak ten doktor Took, kiedy Fernah musiała się tłumaczyć z nadprogramowe dawki leków uśmierzających ból, które podała wbrew zaleceniom uzdrowiciela.

— Przywołam ją dla ciebie… — zaproponowała i w ślimaczym wręcz tempie uniosła różdżkę, skierowaną już na prawo.

Chciała, by Sauriel widział, co robi. By do jego umysłu, który z pewnością działał teraz zupełnie inaczej, niż zazwyczaj, dotarły jej słowa. Różdżka nie była zagrożeniem, przynajmniej do momentu, aż wampir nie zdecyduje się, że woli ciepłą krew, nie zimną.



„Rękopisy nie płoną.”
Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#7
28.12.2022, 17:31  ✶  
...jakby chciał Cię zjeść. Bo patrząc na Czerwonego Kapturka, Wilk pomyślał: „Smaczny to dla mnie kąsek z tej małej(..). Muszę się wziąć mądrze do rzeczy, by mi (..) wpadła w zęby.”
Fernah nie miała na swoich pleckach czerwonego płaszczyka, jej twarzy nie przysłaniał kapturek. Stojący naprzeciwko niej osobnik nie był przecież żadnym wilkiem - tylko od kotów go wyzywali. Kobieta miała na sobie biały kitel, a w dłoniach tylko własną różdżkę, nie koszyczek pełen dobroci. Ten trzymała w chłodni, za sobą. I to nawet nie ona, a instytucja, w której pracowała. Miejsce, gdzie przysięgła strzec życia i zdrowia. Czy wampira, którego nie obowiązywało już prawo życia, miały obowiązywać zasady i przykazania przekazywane przez Munga?
Ona patrzyła na niego tymi wielkimi oczami, a on, Wilk w przebraniu, prawie szeptał jej, że sam ma takie wielkie oczy - żeby ją lepiej widzieć.
Kiwnął lekko głową, gdzieś na granicy tego, że sam chciał jednak podejść a tego, że nie chciał nawet o milimetr zmniejszać między nimi odległości. Między tym, by ją złapać w swoje szpony i tym, by jej nie dotykać. Jeszcze przed momentem to ona nie chciała zmniejszać odległości, bardzo szybko się to zmieniło. Czy rozumiała? Czy naprawdę rozumiała? Jej uniesienie różdżki zmieniło atmosferę w tym pomieszczeniu. Nikt nie pytał, czy było świadome, celowe czy niecelowe. Leciuutko pochylił głowę do przodu i niemal zwierzęco wydawało się błysnąć światło w jego oczach. Przybrał pozycję niemal jak czarna pantera - gotowa do skoku w celu zagrożenia. To, że skakałby prosto na zaklęcie wykraczało już poza pole pojęcia bestii. Mocniej zacisnął palce. Nie ruszył się. Patrzył na patyk i śledził jego ruch, kiedy wędrował powooli na dół. A każdy milimetr tej drogi przeradzał się w wieczność. Ona ruszała ręką w dół, a on podnosił się w górę. I w końcu znów można było złapać tutaj oddech.
Szafka. Obrócił się zaraz do niej, namierzając ją wzrokiem i dopadł do niej z trzęsącymi się łapami. Nasenny. Nie. Na wymioty. Nie. Na klątwę sraką a taką... Jest. Złapał go w palce i odkorkował, wlewając w siebie... chyba trochę więcej niż zwykły łyk, ale przynajmniej nie opróżnił go całego. Kilograma... wystarczy... makówki... Jakaś część tego, co w tym czasie było mówione do niego docierała, a jednostajność tonu, wbrew temu, co wydawało się teraz Fernah, była całkiem pomocna. Nie liczyła się treść - liczył się sam głos. A raczej - ton tego głosu. Mogłaś drżeć w środeczku, droga Fernah, być niepewną, ale na zewnątrz dla spanikowanego wampira byłaś całkowicie profesjonalna. Spoglądał na ciebie i widział lekarza. Widział osobę, która mogła mu pomóc. Która nie ujarzmiła niebezpiecznego osobnika, tylko postanowiła mu pomóc. Jak człowiekowi. I nawet nie przeszło mu przez głowę, że może i czaru nie rzuciłaś, że może wcale sobie z czarami tak świetnie nie radziłaś, ale zawsze mogłaś wcisnąć coś, co mu zaszkodzi. Szczerze? Nawet nie wiedział, jak na razie, czy coś takiego istniało. Woda święcona? Czosnek? Nie wiem, landrykowy puszek uroczości? Jakoś tak to szło - lekarzom się ufało. Z samego faktu, że byli lekarzami.
Wziął głęboki wdech, chociaż wcale go nie potrzebował. Zamknął eliksir i odstawił go do szafki, obracając się znów do Fernah. I oczy zjechały pod nogi, na kawałki szkła. Nie chciał. Bogowie mu świadkiem, że nie chciał, ale co to zmieniało? Co zmieniało to, że ona była lekarzem, kiedy on był głodny? Taki głodny... To szkiełko chrzęściło pod nogami, a on znał taki wierszyk: Czucie i wiara silniej mówi do mnie, Niż mędrca szkiełko i oko. Głupi wierszyk, który utknął mu w głowie i teraz się zakradł do niej, gdy zobaczył blask w tym szkiełku. Ulotna myśl, bo zaraz znów przed sobą miał Fernah. Jej charakterystyczną, urodziwą aparycję. Jej szyję. Jej niespokojny błysk w oczach, skupionych i uważnych. Jej gesty. Chciał pokręcić głową - zamiast tego nią pokiwał. Chciał się rozpłakać, zamiast tego czuł zniecierpliwienie. Jak pies, który czuje surowe mięso, wygłodzony i bardzo niecierpliwy pies. Ten sam, którego kij nauczył, że jednak nie wolno gryźć ręki, która jeść daje. Nozdrza pracowały mu intensywnie, wdychał zapachy tutejszych medykamentów i rozlanych eliksirów. I wdychał jej zapach. Cały się naprostował i naprężył, kiedy wycelowana w lodówkę różdżka poszła w ruch, lodówka się otworzyła ii... i miał wrażenie, że jeśli jeszcze mocniej zaciśnie dłoń na tym kawałku drewnianej półki to zostaną na niej ślady po tym uścisku. Chciał coś nawet powiedzieć. Że nie chce. Zamiast tego z jego gardła wydobył się jakiś pomruk. Głęboki, dziwny pomruk.


[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
Paprotka
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Pierwsze, co rzuca się w oczy to nierówna pionowa blizna po lewej stronie ust. Zniekształca nieco delikatny uśmiech, który zawsze pełga na jej wargach, chociaż ciemne oczy wcale wesoło nie świecą. Spogląda na świat nieco smutno, trochę nieobecnie, jakby myślami zawsze wędrowała gdzieś indziej. Mierzy nieco ponad 170 centymetrów, a kilka centymetrów dodaje jej bujna i zawsze rozwiana czupryna ciemnobrązowych włosów. Jedyny czas, kiedy ogarnia chaos na swojej głowie, to kiedy pracuje w św. Mungu. Równie nieodłącznym aspektem jej wyglądu jest charakterystyczna zielona szata uzdrowiciela. Poza godzinami pracy w szpitalu zwykle nosi szare wełniane spodnie, swetry w zieleniach lub brązach oraz marynarki, lub (swoją ulubioną) brązową mugolską pilotkę.

Fernah Slughorn
#8
02.01.2023, 02:07  ✶  

Ten pomruk sprawił, że Fernah zastygła. Wraz z nią, w połowie drogi do Sauriela zatrzymała się też szczelnie zapakowana torebka z ciemnoczerwonym płynem. Krew. Życiodajna ciecz i to nie tylko dla wampirów.

Co ja najlepszego robię? Nie mogła wypędzić tego pytania z głowy od momentu, kiedy Sauriel upił pierwszy łyk eliksiru. Zaraz też zaczęła sama w siebie wątpić, czy aby nie pomyliła półek, szafek, dawkowania lub czegoś tam jeszcze i wampir nie padnie martwy. Właściwie czy mógł być bardziej martwym niż był teraz?

Woreczek drgnął i na nowo podjął lot w stronę mężczyzny. Tak powolnie, że aż boleśnie, ale przyszła uzdrowicielka podświadomie czuła, że wszystko teraz należy robić w ślimaczym wręcz tempie.

— Czy… Czy potrzebujesz czegoś jeszcze?

Musiała odchrząknąć, bo przez całą sytuację zaschło jej w gardle. Język niemal stanął kołkiem, ale cudem przymusiła go do ruchu.
Czy mogę jeszcze jakoś pomóc? Jak mogę pomóc? Czy potrzebujesz pomocy? Pomoc, pomoc, pomoc. Nie zliczyłaby, ile takich pytań już zadała, chociaż ledwie od kilku miesięcy zaczęła pracę w Mungu. Nie sądziła jednak, że kiedykolwiek skieruje te słowa do wampira.

Zaczerpnęła głębszy oddech, gdy opakowanie z krwią zawisło przed mężczyzną. Czy to mu pomoże? Zabije głód, o którym co prawda nie miała za wiele pojęcia, ale domyślała się, że to właśnie go trawi?

— Może chcesz, żebym… Skontaktowała się z kimś? Może ktoś mógłby ci pomóc, przy twojej chor…twoim stanie?

Waż słowa Paprotko, waż, bo inaczej mogą cię za dużo kosztować. Zwrócenie się do krwiopijcy, że jest chory, mogło wywołać mało przyjazną reakcję, dlatego w porę ugryzła się w język.



„Rękopisy nie płoną.”
Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#9
02.01.2023, 15:25  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.01.2023, 07:19 przez Sauriel Rookwood.)  
Instynkt był wielkim narzędziem. Jeszcze większe było to, że u człowieka ten instynkt gryzł (hehe, gryzł) się z logiką. Fernah była teraz tego doskonałym przykładem, a nawet więcej. Do tego dochodziły emocje i wręcz niepewność tego, co się robi. Instynkt mówił, by się bać. Robić powolne ruchy, by diabła nie zbudzić. Logika mówiła, że to bez sensu, że diabła trzeba egzorcyzmami chłostać, albo przynajmniej pójść po kogoś, kto na tych chłostach się zna. Emocje mówiły, że potrzebującym należy pomóc. Bo to przecież nie był czysty profesjonalizm. Ta wybuchowa mieszanka potrafiła doprowadzić do wariacji. Nagle nie wiesz, co robisz i dlaczego robisz. Nie jesteś pewien, czy postępujesz właściwie i czy na pewno lepiej jest działać, by komuś pomóc, skoro możesz przy tym sam stracić.
Poddany instynktowi z resztkami przebłysków ludzkości Sauriel miał o niebo łatwiej. Wiedział, czego nie robić. I wiedział, co zrobić bardzo chciał. Przecież to nie ta torebka była tu takim kuszącym elementem tylko ta stojąca kilka kroków dalej istota żywa. Nie było takiej ilości krwi, która całkowicie ugasiłaby pragnienie wampira. Można było je tylko ukoić, by nie zwariować. By nie zamienić się w zwierzę, bestię. Ta jednak trochę cichła. Chociaż na sekundę wychyliła się przy tym zatrzymaniu. Czarnowłosy postawił pół kroku do przodu. Stop. Czas i przestrzeń znowu zamarła, a czar wznowił działanie. Nawet kiedy wszystko wróciło do normy to prawda - powolność tych ruchów była prawdziwie bolesna. Ale eliksir działał szybko. Trochę uspakajał.
Kiedy było już krok od niego to ten krok wykonał, z niecierpliwością, by ją złapać i od razu zrobić kolejne dwa w tył. Oparł się ramieniem o szafkę, obracając do Fernah plecami, by zjechać w dół, do pozycji siedzącej. Trzęsły mu się ręce, kiedy próbował torebkę odkręcić, a w końcu po prostu odgryzł górę, żeby tylko krew dostała się do jego gardła. Powinna być obrzydliwa. Nie była. Przyszła z taką ulgą, że z zaciśniętych oczu potoczyły się łzy. Próbował wydusić z tej torebki ostatnią kropelkę. I chociaż ta krew była tak słodka, chociaż zimna i nie rozgrzewała żył, to nie zmieniało myśli. Obrzydliwe. Odszukanie ukojenia w krwi było obrzydliwe.
Otarł wierzchem dłoni policzki i oczy, pochylając się na moment do przodu. Nie mając siły ani ochoty stawać teraz przed zupełną nieznajomą po takim żałosnym pokazie. Pokręcił głową na jej pytanie. Jeszcze tego by brakowało - jego szalonej rodzinki w tym miejscu. Krzyków, że przynosi wstyd rodzinie, że takie sprawy da się załatwić z klasą, a nie kończąc na podłodze obok szkła. Podniósł się w końcu z ziemi i obrócił przodem do Fernah, zaciskając dłoń na brudnym już tylko po krwi opakowaniu. Czy on jej powiedział swoje imię? Czy on się jej przedstawił? Imieniem? Nazwiskiem też? Nie był pewien. Czuł się jak wynurzony z głębokiego delirium. A ona się przedstawiła?
- Nikomu o tym nie mów. Nigdy mnie tu nie było. - O tka, eliksir na pewno zaczął już działać. Aż sam słyszał, jak niemal radiowy stał się jego głos i że zamiast w ogóle teraz jej grozić, że zabije ją jak komuś powie, bla, bla, bla, to miał takie... pomogła, nie? Pomogła. Śmiał podejrzewać, że uratowała go przed zrobieniem w tym miejscu czegoś naprawdę głupiego i niebezpiecznego. Spojrzał na jej ubranie, patrząc, czy ma tam jakikolwiek identyfikator jej tożsamości. - Nie przyjdę tu więcej. - Obiecał, chociaż dla niej mogły to być zupełnie puste słowa. Tym nie mniej chciał, żeby wiedziała, że nie miał takiej intencji. Utrudniać życia komuś, kto mu pomógł. No, przynajmniej do pewnego stopnia. Zdawał sobie też sprawę, że kręcenie się po Mungu wcale nie było bezpieczne dla wampira.
Wyminął ją bezpiecznym łukiem. Powoli.
Uciekł.

Koniec sesji


[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Fernah Slughorn (1453), Sauriel Rookwood (3247)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa