3 sierpnia 1972
Robert & Vera
Prędzej bądź później, w życiu każdego człowieka przychodzi ten moment, kiedy musi zająć się nękającymi go problemami. Incydent mający miejsce podczas Beltane, dobitnie uświadomił Robertowi, iż nie może odkładać tego na później. W dalszym ciągu ignorować tego, co się z nim działo. Choć nie był to atak serca, a jedynie alarmujące nerwobóle, nerwica, to nadal nie wzięło się to znikąd. Nie było też jedyną przypadłością, z którą musiał się zmierzyć.
Otrzymawszy odpowiedź na przesłany do Very list - będąc człowiekiem aż nadto ostrożnym, nie brał pod uwagę innej opcji jak poproszenie o pomoc osoby sobie znanej, na którą w dodatku posiadał pewnego "haka" - nie od razu zdecydował się teleportować. Dał sobie na to nieco więcej czasu. Na spokojnie dokończył rzeczy, którymi się zajmował. Przejrzał kolejne papiery, które znajdywały się na biurku. Zanotował sobie kilka uwag. Choć zdaniem brata powinien w tym momencie odpoczywać, prawda była taka, że najpewniej wyrządziłoby to w jego przypadku tylko jeszcze większe szkody. Bezczynność bowiem sprawiała, że ciężej było mu zachować spokój.
Ten spokój, który był mu teraz cholernie potrzebny.
Pod wskazanym adresem, adresem w zasadzie sobie znanym, zjawił się wczesnym wieczorem. Godzina nie była zbyt późna, ale też nie na tyle wczesna, żeby swoją wizytą zmusił Verę do wcześniejszego opuszczenia pracy albo zmiany innych swoich planów. Jakiekolwiek by one nie były. Wyglądał jak zwykle. Starannie ułożone włosy. Gładko ogolony. Ciemny golf, do tego dość jasna marynarka, spodnie. Wszystko odpowiednio do siebie dobrane, choć może niekoniecznie do pogody; panującej pory roku. Do temperatury, która była wysoka nawet o tej porze; nawet w deszczowym ponoć Londynie. Ostatecznie przecież to właśnie z nim, z deszczem, kojarzyła się ludziom Wielka Brytania.
Zapukał. Zatrzymując się przed znajomymi drzwiami, zapukał w nie kilka razy, licząc na to, że zgodnie z otrzymaną wiadomością, być może nie będzie musiał wystawać przed nimi, czekając aż Vera wróci do mieszkania. Nie byłoby to mu na rękę. Nie byłoby to również szczególnie komfortowe. Mogłoby to ściągnąć na jego osobę niepotrzebną uwagę. Uwaga ta natomiast - doprowadzić do pytań, z którymi wolałby nie musieć się mierzyć. Zwłaszcza gdyby okazały się jakimś cudem niekoniecznie wygodne.
Kiedy wreszcie Travers otworzyła drzwi, ewentualnie dołączyła do niego, wracając z jakiegoś spaceru czy innego gówna - tak, wiem, piękne słownictwo - grzecznie się z nią przywitał Skinął przy tym głową.
- Vero. - padło z jego strony. Dokładnie to. Samo tylko imię kobiety. Na więcej nie zamierzał sobie pozwolić do czasu, kiedy znajdą się wewnątrz jej mieszkania. Oddzieleni za pomocą jego ścian od przypadkowych osób, które mogłyby usłyszeć coś, co nie było przeznaczone dla ich uszu. A zasłyszane słowa zwyczajnie przekręcić, tym samym doprowadzając do komplikacji. Robert nie potrzebował szumu. Kolejnych skandali. Zwracania uwagi na swoją osobę. Było mu z tym kompletnie nie po drodze.