And though some names have changed
Some names, some names have not
Było kilka minut po dwudziestej, kiedy drzwi Czarnej Latarni otworzyły się i wszedł do niej wysoki, chudy mężczyzna. Nie pasował tutaj. Nawet ubranie czerni nie było w stanie skryć anielskiego lica, platynowych kosmyków i oczy mieniących się jak fale na lazurowych wybrzeżach Kostaryki. Spojrzenie miał poważne, stał wyprostowany, jakby wcale nie dostrzegał tego, że kilka par oczu zwróciło się w jego kierunku - niektóre z pogardą, inne z ciekawością, jeszcze inne z niepoprawnością myśli, jakie mogły się lęgnąć w głowie, a pewnie pod czaszką większości i tak lęgło się to samo pytanie: 'co on tutaj robi' tylko w różnych wydaniach. Nie było chętnego zaptyać. Twarz obracały się do swoich zajęć, ludzie chowali się w swoich własnych sprawach. W tym przydymionym pomieszczeniu, w którym rządził półmrok, a barmanka właśnie zagadywała kilku klientów snujących swoje opowieści. Mijała tych, którzy chcieli tylko pić w samotności. Kwaśny zapach alkoholu mieszał się z tytoniem i już na wejściu Laurentowi zrobiło się niedobrze, ale intensywność tego zapachu nie była odurzająca jak w większości podrzędnych lokali. Panował tutaj względny porządek, tak na pierwszy rzut oka. Utrzymany w czymś, co miało nawiązywać do stylu baroku, tylko nikogo nie było stać na jego wierne odzwierciedlenie, przynajmniej nie straszył obdartymi i obrzyganymi ścianami. Rządziła tu na ścianach czerń, beż i coś, co chyba miało być złotem, ale umówmy się - kogo byłoby na to stać? Zamiast eleganckich, pięknych, rzeźbionych krzeseł były te proste, a ciężkie stoły dawno zapomniały, że miały podążać za stylem, wkładając się misz maszem. Z sufitu zwisały czarne latarenki prawie jak ukradzione ze starych, londyńskich uliczek lata temu, gdy jeszcze latarnik musiał ręcznie je zapalać i gasić każdego dnia. Laurent niekoniecznie przyszedł tutaj podziwiać styl wnętrz. Szukał wzrokiem tylko jednej osoby...
Siedział w kącie, pod oknem, paląc fajkę. Ich spojrzenia napotkały się na tym samym torze. Laurent ruszył się, ubrany w skórzane spodnie, w czarnej koszuli z rozpiętymi dwoma guziczkami pod szyją i wyjątkowo nieprzystrojony w biżuterię, co samo w sobie rzucało się w oczy ludziom, którzy go znali. Z torbą w ręku, którą rzucił z pogardą pod nogi Kierana.
- Dobry wieczór, panie Avery. - Nie czekał nawet na zaproszenie - sam usiadł na wolnym krześle, zakładając nogę na nogę. - Urocze miejsce na randkę. Będę musiał zapisać w pamięci. - Nawet nie próbował ukryć niechęci w swoim głosie.