– No dobra. Pomyślałeś już jak będzie miał na imię? Jeśli będzie miał imię to może twojej matce będzie ciężej kazać ci go oddać – powiedział do Jessiego, gdy stanęli przed drzwiami mieszkania rodziny Kellych. Przy sobie mieli oczywiście psa i mnóstwo siatek z psimi zakupami. Po akcji ratunkowej na moście od razu zabrali czworonoga do magizoologa (Jonathan oczywiście jeszcze bardziej podkoloryzował historię znalezin zwierzaka, więc doktor usłyszał, jak to czarodziej trzymał się jedną ręką mostu, by uratować psa), a potem od razu kupili, to znaczy on kupił oczywiście, wszystko co uznali za przydatne i jeszcze kilka innych rzeczy tak na wszelki wypadek. Pozostawało jedynie przekonać matkę chłopaka, aby pozwoliła mu zatrzymać zwierzaka i nie zabiła Jonathana za ten pomysł. Prawdę mówiąc, chociaż jego pewna siebie mina wskazywała na coś zupełnie innego, to Jonathan miał wrażenie, że właśnie stał przed jednym z trudniejszych zadań dyplomatycznych z jakimi przyszło mu się zmierzyć. Miał tylko nadzieję, że w domu był ktoś jeszcze poza samą Charlotte, tak by kolejna osoba mogła ich wesprzeć w tym przedsięwzięciu. Na przykład Rita. Rita na pewno też by się ucieszyła z psa, prawda? Na całe szczęście starsza Kelly miała całkowicie zrozumiałą słabość zarówno do swoich dzieci, jak i do niego samego, więc Selwyn zakładał, że ostatecznie uda się zatrzymać psa i nie będzie musiał iść do Warowni z pytaniem, czy przypadkiem nie chcą kolejnego.
– Ah, i pamiętaj, by próbować przekazać oczami czyste szczęście. To ją zmiękczy – dodał jeszcze i skinął głową Jessiemu, aby otworzył drzwi, chyba że ten jeszcze chciał się z nim jakoś naradzić.
Pies natomiast, nieświadomy tego, że na pewien sposób, właśnie ważą się jego losy, stał spokojnie i jedynie obwąchiwał wszystko dookoła, jakby zupełnie nie pamiętał, że jeszcze kilka godzin temu niemal zginął. Chyba nadawałby się na Gryfona.