• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 4 5 6 7 8 … 16 Dalej »
[6.3.'63] Leach? Nie wiem, nie znam się, zarobiona jestem. | Morpheus & Lorien

[6.3.'63] Leach? Nie wiem, nie znam się, zarobiona jestem. | Morpheus & Lorien
Dama z gramofonem
And the violence, caused silence
Who are we mistaken?
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#1
20.07.2024, 13:29  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.08.2024, 19:40 przez Lorien Mulciber.)  
06.03.1963 | Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów w MM
godziny poranne, parę tygodni po wybraniu Nobby'ego na nowego Ministra Magii

Gabinet wyglądał dokładnie tak jak Lorien się czuła. W rozterce. Część pudeł była zapakowana, wypełniona po brzegi prawniczymi tomami. Część z kolei sprawiała wrażenie jakby czarownica się dopiero wypakowywała. Wszystko w wyjątkowym pośpiechu. Jej największa radość i ozdoba gabinetu - misternie wykonany model Azkabanu, z reguły schowany w szklanej gablocie z dala od ciekawskich spojrzeń petentów, teraz jak gdyby nigdy nic został przestawiony na środek biurka. Obok niego pusta skrzynka, do której najwyraźniej planowała model schować. Ale wciąż tego jeszcze nie zrobiła.
Tuż przy nim leżało największe z jej zmartwień - zaproszenie od szefostwa w celu przedyskutowania zakresu nowej pozycji. Chcieli ją kupić awansem, pieniędzmi i wygodnym miejscem niezależnego sędziego w Wizengamocie. Przestraszyli się tym żałosnym exodusem, który zaprezentowali dzień czy dwa wcześniej Mulciberowie? Wielkie wyjście rodu wybranego z Departamentu Tajemnic. Tragikomedia w najczystszej postaci.
A jednak Lorien wciąż nie mogła pozbyć się tego parszywego poczucia, że może w tym całym szaleństwie, tylko oni zachowali się tak jak zachować powinni się wszyscy. Wyjść, zatrzasnąć drzwi i nie zastanawiać się nad tym dłużej. Bo prawda była taka, że po prostu… przegrali.
Jak to w ogóle było możliwe? Wszystko było gotowe, przedwczesne wybory miały zapewnić im wszystkim spokój na kolejnych kilka lat, udowodnić, że panowanie czarodziejów jest tym czego ten chory świat potrzebował. A tymczasem… Leach wygrał. W okrutnie uczciwej walce, której nie dało się w żaden sposób zakwestionować czy podważyć.

Czy to naprawdę było to czego chciało społeczeństwo? Szlamy decydującej o ich losie, skupionej tylko i wyłącznie na "swoich". Podział między my, a oni pogłębiał się każdego dnia. Już po korytarzach krążyły przeróżne plotki - wymieniano zarządy, rozliczano urzędników z ostatnich lat ciężkiej pracy. Wytykano im najdrobniejsze przewinienia.
Odwróciła się ze swojego miejsca na progu otwartych drzwi, żeby skontrolować stan kominka. Ogień, który rozpaliła chwilę wcześniej wciąż jeszcze się tlił, pożerając wszystkie wrzucone do środka starannie zapisane pergaminy i dziesiątki notatek. Rysunki. Projekty. Treści i tezy, które należało doszczętnie zniszczyć. Zanim ktoś niepowołany zacznie w nich grzebać. Dobrze, niech płoną.

Odwróciła z powrotem głowę, skrzyżowała ręce na wysokości piersi. Oglądanie chaosu panującego na korytarzach od dnia wyborów był jednym z nielicznych zajęć jakie miała szczerze mówiąc. Ojciec wyjechał na kolejne sympozjum do Austrii zostawiając ją w środku tego bałaganu. Na Merlina, jak ona go w takich momentach nienawidziła - szanowny Philip Crouch, wielki nieobecny pozwalający córce podejmować wszystkie ważne decyzje. Magiczne “rób co chcesz, ale pamiętaj, że wszystko ma swoje konsekwencje”.
Jakby nie mógł choć raz zadecydować za nią. Zostać czy wynieść się póki była ku temu okazja?

Z myśli wyrwał ją znajomy dźwięk windy. Wychyliła się przez próg, żeby zobaczyć kogo licho niesie. Longbottom. Postanowił iść za przykładem Mulciberów i akurat miał tędy po drodze do wyjścia? Uniosła delikatnie dłoń w geście przywitania, ale przy okazji drugą oparła o przeciwległą futrynę. Jasny znak, że to kiepska pora na wizyty.
Zwłaszcza, kiedy jej gabinet przypominał pobojowisko.
ceaseless watcher
Vigilo, opperior, Audio.
wiek
43
sława
IV
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny
Średniego wzrostu czarodziej (176cm), ubrany w modne szaty, szpakowate loki sięgają mu za ucho, a na twarzy nosi dość długi zarost, broda jest w wielu miejscach siwa. Ma ciemne, niemal czarne oczy. Emanuje od niego bardzo niespokojna energia.

Morpheus Longbottom
#2
30.07.2024, 11:03  ✶  

W dniu, w którym wybrano Leacha na Ministra Magii, z ulubionej talii kart Morpheusa wypadła Śmierć. Trupopioblady koń z jeźdźcem niosącym propożec; czarne pole i biała róża. Zabawne, że było to nawiązanie do Wojny Dwóch Róż, gdy Tudorowie wyparli dynastię Yorków. Czerwona róża skrwawiła białą. Śmierć na koniu i symbol zmiany u władzy wkroczyły w Ministerstwo. Oczywiście, ta karta nie niosła za sobą dosłownego znaczenia, ale tętent kopyt siwka dało się słyszeć z oddali, jak Dziki Gon. Zmiany nadeszły szybko, jak szybko nadchodzi śmierć.

Longbottomowie należeli do arystokracji, ale zawsze przedstawiali tę nieco bardziej liberalną stronę, nowinki, wynalazki, mugolskie ubrania. Nie było tego wiele, ale Derwin wziął ślub z półkrwi, jego córki były półkrwi. Godryk pilnował głównej linii rodu i drugiej, zapasowej, chociaż nie mówił tego głośno. Dzięki temu Morpheusowi się upiekło i nie musiał związać się z nikim dla spłodzenia czystokrwistych wnuków. Uznano od wielu, wielu lat, że był po prostu poślubiony nauce. Nadal jednak, dobre nazwisko, dobra rodzina, w alfabetycznym spisie czystej krwi, nie do podważenia. Hołubili honor i zasady, szlachetną drogę miecza i przysięgi, i nawet on, który tak bardzo opierał się naturze ognia sprawiedliwości, kroczek po kroku wstępował w ramy przypisane mu przez jego krew. Próbował jednak tego nie zauważać.

Nie wchodź łagodnie do tej ciemnej nocy...

Szelest szaty zawsze zwiastował jego przyjście. Nawet po dołączeniu do Niewymownych, nie zrezygnował z elegancji wymaganej pośród sędziów i ich asystentów, pozostając przy szlachetnych tonach, jak burgundy, oberżyny i szmaragdy. Niemal czarne, ale obecne w przestrzeni oka dla każdego, kto nie był daltonistą, jak jego przyjaciel. Dla niego wybierał więcej fioletów, aby nie robić mu na złość. Na czarno nie ubierał się nigdy, poza okresami żałoby, ostatni gdy zmarła jego matka, pani Longbottom.

W ręku trzymał cienki tomik w czerwonej oprawie z materiału, matowego jedwabiu. Tytuł, wyżłobiony złotymi literami na grzbiecie i froncie (i było to prawdziwe złoto) głosił: Sztuka Wojny.

— Przybywam z darami — oznajmił, wyciągając w jej stronę książeczkę. Wydawał się być w doskonałym nastroju. — Już się rozgościłaś?

Wiedział, że nie, widział ponad jej drobną, ptasią figurą, że nie.

W całym zamieszaniu, Morpheus wyglądał, jakby spłynęło po nim, jak po kaczce. Nie szamotał się, nie wyglądał niepewnie. Gładkie policzki, zaczesane do tyłu włosy, wypastowane buty, nienaganna szata, w szarości z tonami niebieskiego i haftami geometrycznymi w kolorze chabrowym. Ten sam Morpheus, który przywitał ją, jako młodą nowicjuszkę w pierwszy dzień kursów i wprowadzał ją w tajniki funkcjonowania Ministerstwa, jedynie z pierwszymi siwymi włosami na skroniach i głębszymi kurzymi łapkami.



And when I call you come home
A bird  in your teeth
the end is here
Dama z gramofonem
And the violence, caused silence
Who are we mistaken?
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#3
03.08.2024, 19:39  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.08.2024, 19:41 przez Lorien Mulciber.)  
Lorien nie wierzyła we wróżbiarstwo per se. A raczej udawała, że w nie nie wierzy. Może gdyby tej jedynej w życiu przepowiedni jakiej na swój temat usłyszała, nie wygłosił upity Alexander Mulciber w ciemnej uliczce mugolskiej części Londynu, zaraz potem zresztą zwracając ostatni posiłek na jej nowe buty, panna Crouch miałaby mniej krytyczne podejście do świata zaglądania za całun przyszłości.
Strata Morpheusa Longbottoma na rzecz Departamentu Tajemnic była stratą wyjątkową i bolesną. Przynajmniej dla tej jednej młodej czarownicy, która kompletnie przerażona i porzucona całkiem sobie w dorosłym świecie, uczepiła się rąbka jego szaty jak nieporadne pisklę.
Lata mijały, a ona wyrosła ze swoich przykrótkich sukienek i drogich futer na rzecz szat w odcieniach bogatego szkarłatu, granatu i co najważniejsze czerni tkanej złotą nitką. Pozwalającej jej kobaltowym oczom lśnić jeszcze mocniej. Wynaturzenie. Dziwadło. Głupie ptaszysko.
Jak zwykle chowała się za biżuterią, którą była obwieszona niczym mugolskie drzewko świąteczne.

Wzrok dziewczyny natychmiast powędrował do trzymanej przez niego w rękach książki. A raczej złotego tłoczenia, które wabiło jej ptasie serduszko. Uniosła kąciki ust widząc znajomy tytuł. Ale wciąż jeszcze nie przepuściła go w drzwiach. Zamiast tego zadarła delikatnie głowę, aby spojrzeć czarodziejowi prosto w oczy. Przestudiować każdą najdrobniejszą emocję na jego twarzy. Może wybadać czy ma jej do opowiedzenia coś ciekawego.
- Zdawało mi się, że w tej opowieści o darach było trzech starszych mędrców ze Wschodu.- Stwierdziła dość zaczepnie, ostatecznie zabierając drugą dłoń z futryny. - Dziękuję…- Przyjęła prezent. Przesunęła opuszkami palców po okładce, starając się nie zostawić śladów na materiale. - Widzę złoto, ale czy nie zasługuję też na mirrę i kadzidło? - Pytanie zadane tonem tak subtelnym i żartobliwym, że za ów żart musiało zostać odebrane. Skinęła lekko głową zapraszając go do środka. Do swojego małego limbo. Jeśli się dobrze rozejrzał na pewno dostrzegł, że jedno z krzeseł przy biurku wyjątkowo nie było niczym zawalone. Może siedziało na nich kilka miniaturowych, zaczarowanych dementorów, które znudziło snucie się przy makiecie, ale były jak nieszkodliwe muchy. Wystarczyło machnąć lekko ręką by odleciały w swoją stronę.
Nie przeprosiła za bałagan, bo względnie kontrolowany chaos był zjawiskiem, które towarzyszyło jej zawsze. Niczym cień snuł się za czarownicą w postaci papierów, stert książek i pergaminów, zapisanych do połowy, porzuconych pomysłów, niedopowiedzianych historii. Jak wiele z nich właśnie płonęło w kominku?

- Rozgościłaś się już?
Przez chwilę nie wiedziała co mu odpowiedzieć. Spróbować kłamać? Najzwyczajniej w świecie powiedzieć prawdę? Unikanie tematu nie wchodziło w rachubę. Może gdyby zgrabnie manewrowała słowami, udałoby jej się zyskać parę chwil na przemyślenie sprawy.
- Ja… Ja jeszcze nie podpisałam awansu.- Przyznała cicho, po wyjątkowo długiej chwili zwątpienia. Przytuliła do siebie książkę, jakby spodziewała się, że zostanie jej zaraz zabrana. Nawet jeśli przenieśli ją do nowego gabinetu, powiesili w szafie kilka nowych szat sędziowskich (jej, tylko jej!), to tak długo jak na głupim świstku porzuconym w szufladzie nie będzie jej podpisu - trwała w stanie lekkiego zawodowego zawieszenia.
ceaseless watcher
Vigilo, opperior, Audio.
wiek
43
sława
IV
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny
Średniego wzrostu czarodziej (176cm), ubrany w modne szaty, szpakowate loki sięgają mu za ucho, a na twarzy nosi dość długi zarost, broda jest w wielu miejscach siwa. Ma ciemne, niemal czarne oczy. Emanuje od niego bardzo niespokojna energia.

Morpheus Longbottom
#4
26.08.2024, 07:48  ✶  

Z szelmowskim uśmiechem Morpheus rozpiął mankiet koszuli pod szatą i podwinął go, aby obnażyć niebieskie żyłki nadgarstka i bledszą skórę wewnętrznej strony przedramienia.

— Kadzidło — przysunął rękę lekko w stronę Lorien, a ją mogła owionąć charakterystyczna nuta jego perfum, mocno skórzanych z ewidentnymi kadzidlanymi tonami, kojarzącymi się nieodmiennie z wysokimi sklepieniami kościołów i kopułami bazylik. Zapach towarzyszący mu przez większość dorosłego życia, nawet jeżeli eksperymentował z wyrobami swojej szwagierki, to ostatecznie wracał do tego jednego.

Morpheus był kukułką, której podrzucono jajo, nie odwrotnie, jak to istniało w przyrodzie. Może przyciągnęła ich podobna dusza ptaka, nawet jeżeli Longbottom panicznie bał się wysokości. Na szczęście wyrywali się często, Wizengamot był jedynym piętrem głębszym w Ministerstwie niż Departament Tajemnic, więc przynajmniej w windach widywali się dość regularnie, a i karteczki-samolociki fruwały w jej stronę z gęstością makulatury.

Usiadł swobodnie na wolnym fotelu, uprzednio delikatnie zgarniając miniaturowe, ruchome figurki i niczym chrząszcze, delikatnie odłożył je do makiety, przez chwilę przyglądając się, jak sfruwają z jego skóry i szukają drogi, przypominając motyle zaplątane w firane. Morpheus długo pracował nad swoją łagodnością, ale Lorien nigdy nie poznała jego gniewnej, agresywnej, młodzieńczej natury.

— Mirra jest dla martwych. Jedną nogą w zaświatach to nadal tylko jedna noga. Zresztą stawiam żołędzie przeciwko orzechom, że szybciej przywdziejesz czerń dla mnie, jak nagle zniknę gdzieś przez Departament Tajemnic —mówił o tym lekko, pogodzony z własną śmiertelnością. W końcu on już umarł, jakoś rok zanim ona pojawiła się w jego życiu, na polu hiacyntów, zgodnie z przepowiednią jego matki. Jedenaście lat temu. Ciężar czasu dotknął go zadziwiająco mocno.

Uniósł jedną brew i spojrzał na srokę z nieukrywanym zdziwieniem, nie prostując się znad makiety, czekając aż ostatni z zaczarowanych modeli dementorów opuści jego dłoń . Chyba im też podobał się jej zapach, bo dwa ciągle schodziły i wracały na kości knykci.

— Jakie masz wątpliwości? Przejrzeć z tobą umowę? — zapytał, chociaż wiedział, że po tylu latach jest dużo lepiej obyta w kruczkach prawnych niż on, w końcu ona od razu startowała na prawnika, a on szukał miejsca w administracji, gdzie mógłby działać w kulisach. Gdyby miał przed sobą podobny druk, nawet teraz, podpisałby go bez wahania. Morpheus Longbottom, sędzia Wizengamotu. Mógłby na chwilę znów marzyć. Lecz to nie on podejmował decyzję. On miał swoją za sobą, gdy utrzymał upragnione stanowisko w Departamencie Tajemnic.



And when I call you come home
A bird  in your teeth
the end is here
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Lorien Mulciber (973), Morpheus Longbottom (797)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa