08.06.2024, 21:02 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.07.2024, 08:52 przez Anthony Shafiq.)
—XX/02/1966—
Anglia, Londyn
Anthony Borgin & Anthony Shafiq
![[Obrazek: 5xjLMR3.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=5xjLMR3.png)
Anthony
masc. proper name, from Latin Antonius, name of a Roman gens (with an unetymological -h- probably suggested
by many Greek loan words beginning anth-, such as anthros "flower," anthropos "man").
![[Obrazek: 5xjLMR3.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=5xjLMR3.png)
Anthony
masc. proper name, from Latin Antonius, name of a Roman gens (with an unetymological -h- probably suggested
by many Greek loan words beginning anth-, such as anthros "flower," anthropos "man").
Karnawał trwał w najlepsze, a wysokie rody się bawiły.
To było oczywiste, że przyjęcia skąpane były w przepychu i bogactwie. Przyjęcia zarezerwowane dla prawdziwych czarodziei, czyli takich, których status rodu nie pozostawiał żadnych złudzeń. Przyjęcia na których z oczywistych względów, ktoś taki jak Nobby Leach nie był zapraszany, ale często pojawiał się na ustach innych.
Anthony Shafiq właśnie przyjął nominację na szefa Organu Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego. Czuł wiatr zmian, w głowie układał już sobie plan na to kogo wyciągnie z Francji i powoła na swojego zastępcę. Na swoje obecne miejsce, jeszcze kilka tygodni dzieliło go od przejęcia obowiązków. Czuł wiatr w swoich żaglach, dlatego po salonach przemieszczał się z dumnie uniesioną głowa, choć z jego ust nie schodził szarmancki uśmiech uniżonego sługi dam, oraz wybornego towarzysza konwersacji gentelmanów. Lubił to uczucie, gdy przemykał między nimi jak strumień orzeźwiającej chłodnej wody, w której nikt nie wyczuwał choćby posmaku trucizny. Szept, usłużne skienienie głową, delikatna sugestia...
Już nawet nie musiał ich judzić i namawiać, jak robił to u progu kariery pana Ministra Magii, niestety, a może bardzo stety mugolaka. Jak łatwo było od siebie odwrócić uwagę?
– Tak zdecydowano, nic nie możemy zrobić, skoro ludzie go popierają... nie jesteśmy redakcją Proroka Codziennego, by móc wyłuszczyć jego grzechy... Jakie? Och... z pewnością jest ich wiele, wszak to mugolak, a oni zawsze ocierają się o tę pokusę naruszenia cienkiej granicy obu światów, wykorzystania mocy do własnych mugolackich celów... z pewnością jest kibicem tej dziwacznej piłki toczącej się po trawie, nigdy nie widziałem go na meczu Quidittcha... gdyby tylko ludzie, zwykli szarzy obywatele wiedzieli to co my...– To było takie proste, nawet nie musiał się starać, nastroje i tak były jednoznaczne, bez względu na to czy ktoś otwarcie popierał czy ganił decyzję Mulciberów o opuszczeniu Ministerstwa. Anthony kilka lat temu krążył i podsycał, podpowiadał rozwiązania zawsze w dusznym aromacie niedopowiedzeń. On ręce miał czyste, wszak to nie jego dłonie rzucą złotem w dziennikarzy, to nie jego dłonie napiszą te słodkie paszkwile. Jego dłonie skupią się na pierścieniach, ciężkim indyjskim sari utkanym w pięknego złocistego smoka, którą kupił za majątek zbity na mugolskiej giełdzie. Leach był doskonałą okazją, żeby odwrócić od siebie uwagę na moment przed awansem. A Anthony Shafiq niezwykle rzadko wypuszczał okazję z rąk. Teraz mógł już tylko spijać śmietankę. On, smok na salonach.
Stanął teraz nieco z boku, patrząc jak grupki na bankiecie nieco wietrzeją. Część w zmęczeniu i pijaństwie już opuściła zdobny w temacie karnawałowego spotkania salon, część rozmawiała ściszonymi głosami, choć część był w stanie z ruchu ich warg wyczytać, nie chciał wpatrywać się impertynencko. Wsłuchiwał się w muzykę snująca się jak dym z palonej przez niego shishy. Cieszył się z doboru ubrania, wywołało w ludziach należytą zazdrość w poziomie, który nie przysporzył mu zbyt wielu wrogów, a odpowiednio oprószył jego rozpoznawalność nimbem ekstrawagancji. Musiał przyznać, że Tahira sprawiała się doskonale w swoich polowaniach na smoki... Nie wnikał za bardzo w to jak znajdowała licytacje, wystawy, jak dochodziła do prywatnych kolekcjonerów. Liczył się tylko efekt, a ten pięknie mienił się na jego ciele. Żałował tylko, że nie może rzucać zaklęć, choćby najdrobniejszych sztuczek, dzięki którym łuska wyszytego smoka mieniłaby się hipnotyzująco. Westchnął ciężko dotknięty nagle tym problemem, po czym z równym zaangażowaniem zassał dym z głośnym bulgotem wodnej fajki.
To było oczywiste, że przyjęcia skąpane były w przepychu i bogactwie. Przyjęcia zarezerwowane dla prawdziwych czarodziei, czyli takich, których status rodu nie pozostawiał żadnych złudzeń. Przyjęcia na których z oczywistych względów, ktoś taki jak Nobby Leach nie był zapraszany, ale często pojawiał się na ustach innych.
Anthony Shafiq właśnie przyjął nominację na szefa Organu Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego. Czuł wiatr zmian, w głowie układał już sobie plan na to kogo wyciągnie z Francji i powoła na swojego zastępcę. Na swoje obecne miejsce, jeszcze kilka tygodni dzieliło go od przejęcia obowiązków. Czuł wiatr w swoich żaglach, dlatego po salonach przemieszczał się z dumnie uniesioną głowa, choć z jego ust nie schodził szarmancki uśmiech uniżonego sługi dam, oraz wybornego towarzysza konwersacji gentelmanów. Lubił to uczucie, gdy przemykał między nimi jak strumień orzeźwiającej chłodnej wody, w której nikt nie wyczuwał choćby posmaku trucizny. Szept, usłużne skienienie głową, delikatna sugestia...
Już nawet nie musiał ich judzić i namawiać, jak robił to u progu kariery pana Ministra Magii, niestety, a może bardzo stety mugolaka. Jak łatwo było od siebie odwrócić uwagę?
– Tak zdecydowano, nic nie możemy zrobić, skoro ludzie go popierają... nie jesteśmy redakcją Proroka Codziennego, by móc wyłuszczyć jego grzechy... Jakie? Och... z pewnością jest ich wiele, wszak to mugolak, a oni zawsze ocierają się o tę pokusę naruszenia cienkiej granicy obu światów, wykorzystania mocy do własnych mugolackich celów... z pewnością jest kibicem tej dziwacznej piłki toczącej się po trawie, nigdy nie widziałem go na meczu Quidittcha... gdyby tylko ludzie, zwykli szarzy obywatele wiedzieli to co my...– To było takie proste, nawet nie musiał się starać, nastroje i tak były jednoznaczne, bez względu na to czy ktoś otwarcie popierał czy ganił decyzję Mulciberów o opuszczeniu Ministerstwa. Anthony kilka lat temu krążył i podsycał, podpowiadał rozwiązania zawsze w dusznym aromacie niedopowiedzeń. On ręce miał czyste, wszak to nie jego dłonie rzucą złotem w dziennikarzy, to nie jego dłonie napiszą te słodkie paszkwile. Jego dłonie skupią się na pierścieniach, ciężkim indyjskim sari utkanym w pięknego złocistego smoka, którą kupił za majątek zbity na mugolskiej giełdzie. Leach był doskonałą okazją, żeby odwrócić od siebie uwagę na moment przed awansem. A Anthony Shafiq niezwykle rzadko wypuszczał okazję z rąk. Teraz mógł już tylko spijać śmietankę. On, smok na salonach.
Stanął teraz nieco z boku, patrząc jak grupki na bankiecie nieco wietrzeją. Część w zmęczeniu i pijaństwie już opuściła zdobny w temacie karnawałowego spotkania salon, część rozmawiała ściszonymi głosami, choć część był w stanie z ruchu ich warg wyczytać, nie chciał wpatrywać się impertynencko. Wsłuchiwał się w muzykę snująca się jak dym z palonej przez niego shishy. Cieszył się z doboru ubrania, wywołało w ludziach należytą zazdrość w poziomie, który nie przysporzył mu zbyt wielu wrogów, a odpowiednio oprószył jego rozpoznawalność nimbem ekstrawagancji. Musiał przyznać, że Tahira sprawiała się doskonale w swoich polowaniach na smoki... Nie wnikał za bardzo w to jak znajdowała licytacje, wystawy, jak dochodziła do prywatnych kolekcjonerów. Liczył się tylko efekt, a ten pięknie mienił się na jego ciele. Żałował tylko, że nie może rzucać zaklęć, choćby najdrobniejszych sztuczek, dzięki którym łuska wyszytego smoka mieniłaby się hipnotyzująco. Westchnął ciężko dotknięty nagle tym problemem, po czym z równym zaangażowaniem zassał dym z głośnym bulgotem wodnej fajki.