22.12.2023, 15:18 ✶
12 kwietnia 1971
Umbriel, Diana & Alexander
Pierwsze ataki Śmierciożerców
Umbriel, Diana & Alexander
Pierwsze ataki Śmierciożerców
Nokturn nieodłącznie kojarzył się wszystkim z ciemnością. To wtedy na ulicy tętniło życie - w cieniu chowały się przecież najgorsze z upiorów, zaś w blasku dziennej łaski nocne opowieści musiały ustąpić miejsca światłu słońca. Wczesnym rankiem nie było tu absolutnie nikogo. Na Pokątnej wszyscy szli pewnie teraz do pracy, a może bardziej - szliby, gdyby nie dźwięk wybuchu, który zwabił patrolujących miejsce Brygadzistów gdzieś daleko pod Kocioł. Wszyscy pochowali się w czeluściach swoich domów, pozasuwali rolety, jedyne odgłosy stanowiły szumy, jakie wiatr przemycał przez zacienione bramy. I szepty. I ten charakterystyczny dźwięk kojarzący mu się ze strachem - kiedy do uszu człowieka nie docierały żadne dźwięki z zewnątrz, zadziwiająco dobrze słyszał własne tętno.
W alejce, jaką zamieszkiwali z Lavinią, wszystkie okna były zamknięte. Ludzie reagowali na dźwięk wybuchu w prosty oczywisty sposób - zaszywali się w tych norach, bo coś niewiadomego zszargało równowagę ich magicznej enklawy, pozostawiając po sobie ślad grozy. Nikt tu życiem nie będzie ryzykował, wyściubiając nosa poza bezpieczne schronienie, nikt z ich sąsiadów nie chciał ginąć bez sensu w imię ideałów jakiegoś losowego człowieka, który urządzał na ulicach Londynu rebelię w imieniu niewielu. Umbriel też ginąć za niego nie chciał, bo dopiero co wchodził w ten jakże pasjonujący świat, w którym nie dostrzegał w ogóle wartości godnych poparcia, ale coraz mocniej cenił go sobie za koncepcję wzbudzenia w cudzej duszy emocji tak silnych, tak trwałych, że potrafił napisać poświęcone im melodie jeszcze długo po tym, jak przestały trząść mu się nogi. Tak, był szalony. Był coraz mocniej pierdolnięty w głowę - żona pewnie dostrzegała to coraz mocniej, ale on sobie mówił, że lepiej było być jebniętym, niż być kompletnym idiotą jak niektórzy - jeżeli obłąkanie było ceną za geniusz, był gotów poświęcić mu się tu i teraz.
Dlatego słysząc wybuch, kontynuował palenie papierosa, wsparty plecami o fasadę kamienicy, w której mieszkali. I zamierzał palić go tak długo i tak spokojnie, jak dalece pozwoli mu na to otaczająca go rzeczywistość.
Był ciekawski. Chciał wiedzieć, co się działo, ale nie miał zamiaru iść pod Kocioł. Poza tym, patrząc prawdzie w oczy z perspektywy kogoś, kto miał przynajmniej odrobinę oleju w głowie - hałas zwabiający Brygadzistów był dosyć oczywistym sposobem na odwrócenie uwagi, a sama akcja, jej serce i ogniwo musiały dziać się gdzieś indziej. W miejscu, do którego nie miał dostępu z wielu względów. Tak przynajmniej myślał, bo jak się okazało - przypadkiem stał się częścią tej historii, chociaż w nie do końca oczywisty sposób.
Pan Morune uciekał alejką ile sił w nogach, ale ledwo już oddychał. Briell znał dobrze irytującego sklepikarza, wielokrotnie zdążył już zagrać mu na nerwach. Nawet dobrze patrzyło się na to, jak mężczyzna zatacza się po śmierdzącym, ciemnym bruku i skowycze, nie mogąc dobić się do żadnego z zaryglowanych od wewnątrz domostw. Nikt nie chciał mu pomóc i nikt nawet nie chciał patrzeć na niego - nikt oprócz Briella, dogaszającego papierosa o ceglaną ścianę. Nie wiedział, cóż takiego pan Mourne musiał uczynić Voldemortowi, że po niego posłali taką obławę, ale z całego serca życzył mu śmierci.
- Błagam cię, pomóż mi B-
Degenhardt zakrył jego usta palcem, uciszając go prostym gestem, zanim tutaj wykrzyczy jego imię. Nie chciał wiedzieć, ile oczu i uszu może śledzić tę historię zza zasuniętych firan, po prostu założył, że być może kilka par - więc niech będzie cicho. Machnięciem różdżki otworzył klapę prowadzącą do znajdującej się przy jego domostwie piwniczki, a Mourne naiwnie wskoczył tam, robiąc minę, jakby miał mu do końca życia być wdzięcznym za ratunek. Szwed w to ani trochę nie wierzył. Westchnął ciężko, widząc siwiejącą czuprynę znikającą w objęciach czerni. A później usłyszał zbliżające się kroki.
Nie pomylił się - Śmierciożercy mieli go gdzieś. Szukali konkretnej osoby i spieszyli się, bo im pewnie czas umykał już przez palce, zanim Brygadziści rozleją się mocniej po magicznych dzielnicach, szukając prawdziwego powodu, źródła tego chaosu. Nie znał ich, nie rozróżniał, nie miał prawa kojarzyć tożsamości skrywanych za maskami, oni jednak mogli znać jego - jego muzyka ozdobiła jedno z zeszłorocznych, triumfalnych przyjęć, chociaż ani on, ani Lavinia najwyraźniej nie zdawali sobie sprawy z tego, w jak gęste zamieszanie się tym wpletli.
Kiedy go mijali, zagwizdał prostą melodię i skinął na tę klapę od piwnicy, teraz już zamkniętą, ale nie na kłódkę. Kłódka leżała obok. Degenhardt nie powiedział nic. Bo wiedział, jak łatwo było odczytać takie słowa z niepozornych przedmiotów - one pamiętały i nie powinny zapamiętać w tym wszystkim jego głosu.
they should be
t e r r i f i e d
of me
t e r r i f i e d
of me