• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 4 5 6 7 8 … 16 Dalej »
[03.1966] Little Dark Age || Ambroise & Geraldine

[03.1966] Little Dark Age || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#11
25.09.2024, 22:16  ✶  
Głębokie filozoficzne rozkminy nie były jego planem na wieczór. Właściwie to miał aż nadto filozofii. Jeśli połowa książek była pisana poezją, drugą połowę można było zaliczyć do jakiejś tam filozofii. Wzruszył ramionami. Nie chciał się w to zagłębiać. Może miała rację? Nie tak dawno powiedziałby coś podobnego do niej.
Teraz był bardziej pogubiony.
- No oczywiście - to był sarkazm. Nie krył, że to był sarkazm. - Bez twojego ulubionego koloru nie jesteśmy w stanie iść dalej. Chrzanić głębokie dyskusje. Powiedz mi czy wolisz kotki, czy pieski - skwitował to parsknięciem.
Gdyby Ambroise się zastanowił to pewnie doszedłby do adekwatnych wniosków. Wyglądała mu na psiarę. Domyślał się, że kolorem była jakaś wariacja zielonego. Co więcej? Wiedział o niej na pewno więcej faktów biograficznych niż ona o nim. Znał jej datę urodzenia, grupę krwi - wszystko, czego potrzebował, żeby ją leczyć po wypadku. Ponadto słyszał wiele słów od bliskich Geraldine. Nie skierowanych do niego, ale przy nim. Rozbitym, pogrążonym w lęku ludziom ulewało się wiele. Zarówno tych przyjacielskich, jak i rozgoryczonych wypowiedzi.
Nie mówił jej o tym, bo dotrzymywał wszelkiej tajemnicy lekarskiej. Poza tym miał wrażenie, że mogłaby różnie zareagować na myśl, że musiał ją w znacznym stopniu obedrzeć z prywatności, żeby móc jej ocalić życie. W żadnym wypadku nie chciał powtórki tego, co mieli wtedy bezpośrednio po wybudzeniu się w rezydencji Yaxleyów. Wręcz zamierzał udawać, że każdy detal, jakim chciałaby się z nim podzielić jest dla niego nowy.
Robił się coraz lepszy w pozorach. To było jedyną zaletą nie panowania nad własną głową. Takie miał wrażenie. Na przykład teraz udawał całkowicie normalnego i rozluźnionego.
- Chyba nie chcesz, żebym to wziął za wyzwanie? - Powstrzymał się, żeby nie puścić do niej oka. - Ewentualnie mogę uznać, że tak. Jesteś dupkiem, ale trochę mniejszym - rozłożył ręce nad książką.
Mogła to wziąć albo nie. Jej decyzja. Natomiast bezsprzecznie potrafiłby ją przegadać. Albo co najmniej byliby w tym równi, biorąc pod uwagę ich wcześniejsze dupkowate zachowania względem siebie nawzajem.
No i te teraz też trochę.
- Mam założyć kaptur? - spytał mrugając parokrotnie. - Albo lepiej. Wsadź nos w książkę i nie patrz na moją wymęczoną mordę, okay? - Mówił to niepoważnie, raczej nie planował jej mówić co ma robić.
Ustalili, że się nie dało. Co nie? Nie mów mi, co mam robić, bla bla bla bla stało się ich nieoficjalną maksymą. Ba! To wręcz był motyw przewodni tej znajomości. Dlatego Ambroise tylko sugerował rozwiązanie. Nic nie narzucał. Jak dla niego to mógł też nałożyć ten kaptur, choć wolałby nie. Najlepiej, gdyby zaakceptowała jego niewyjściowy wygląd, bo z biegiem wieczoru nie miał się robić bardziej reprezentacyjny. W przeciwieństwie do panienki Yaxley, bo ona...
Powiedzmy, że patrzył na nią częściej niż by sobie tego życzył. Kątem oka. Dyskretnie zawyżał statystyki.
- Duża dziewczynko, pocałuj mnie w dupę, jeśli myślisz, że puszczę cię samą w środku nocy albo nad białym ranem - rzucił jej jednoznaczne spojrzenie.
To była jego forma zapewnienia troszczę się o ciebie, okay? i choć nie wiedział czy odczuwał to jako on sam, czy coś nim kierowało to przekazał to w najbardziej swój sposób jak umiał. Bez ceregieli i nagłych czułości. Bez abraksanowego łajna. Jeśli chciałaby wyjść i próbowałaby opierać się jawnemu odprowadzeniu to wciąż by za nią poszedł. Mniej oficjalnie, ale pewnie nawet by się nie krył po kątach. Czajenie się z tyłu nie było w stylu Greengrassa. To czuł, że nie uległo zmianie. Na myśl o skradaniu się odczuwał nieprzyjemny dyskomfort, jakby miał z tym związane jakieś doświadczenia. Nie miał. Nie pamiętał o czymś, co wywołałoby podobne skojarzenia. Wrzucił to do wora z resztą niezbadanych kwestii i problemów najpewniej w związku z ich wizytą w dworku.
Jeśli czegoś nie umiał wyjaśnić to najprawdopodobniej wzięło się to z dworku - zaczął generalizować. W ten sposób było mu łatwiej podejmować próby rozgraniczania czegoś od czegoś innego.
- A. Tak. Poszukiwaczka przygód. To się nie zmieniło - pokiwał głową.
Być może było łatwiej, że się wcześniej nie znali. Dzięki temu nie wątpił tak bardzo w to, co było jej naturą. Wystarczyło, że powątpiewał w swoją poczytalność. Nie chciałby musieć analizować każdego zachowania Geraldine pod kątem tego, czy to była prawdziwa ona czy jakieś dziwne siły też nią manipulowały.
- Czyżbyś tchórzyła? Masz jeszcze szansę się wycofać, ale potem uznam to za stchórzenie. Moja greka też nie jest łatwa. Na dodatek starożytna - podkreślił, ale dawał jej tą szansę.
Wiedział, że sposób w jaki to przedstawił miał wzbudzić w Geraldine wolę rywalizacji. O to mu chodziło. Chciał, żeby tu z nim siedziała. Książki w obcym języku były dostatecznie dobrym powodem do dalszych wizyt. Korzystał z tego. Nie rozumiał siebie, ale z tego korzystał.
Jednocześnie motał się między próbami kontaktu a zachowaniami, które powinny ją odepchnąć. Chciał nawiązywać tę znajomość. Miał tę pewność. Ale tylko na własnych zasadach. Jego i jej. Nie na podstawach z błota, gałęzi i nawiedzonych cegieł dworu.
- Och, ależ mam - uśmiechnął się w inny sposób niż dotychczas.
Bardziej rozgoryczenie, ale też niebezpieczniej. Jakby go tym rozbawiła, ale jednocześnie, jakby on chciał jej pokazać, jak bardzo się myliła w osądzie. Tym razem nie powinna mieć wątpliwości: nie miała racji. Potrafił mieć naprawdę paskudny charakter i w żadnym razie nie chodziło mu o ich przekomarzanki. Ani te niepoważne, ani te, kiedy prawie mieli się za nieprzyjaciół, ani żadne inne, które Geraldine miała okazję poznać. To, że jej wiele nie mówił to było jedno. To, co robił - drugie.
Nawet teraz mógłby to udowodnić. Zbiłby ją z tropu. To pewne. Była nieprzewidywalna (i za to ją... ...nie wiedział), nie mógł być pewny reakcji, ale po ich wszystkich dotychczasowych rozmowach odnośnie jego doboru rozwiązań wnosił, że nie spotkałby się z przyklaskiem. Geraldine miała entuzjazm do bardziej organicznych rozwiązań. Wiedział to już od jakiegoś czasu, nie musiał sobie tego udowadniać.
Próbując dowieść swojej racji mógłby dopuścić się zbyt wielu zniszczeń w ich relacji. Poza tym nie uważał, by było się czym chwalić. Mógłby jej opowiedzieć o wielu sytuacjach. Przytoczenie przykładów byłoby wystarczające. Nie potrzebował dowodzić tego, że nie miał krystalicznie czystego charakteru poprzez coś, czym nawet nie planował się pałać. To było tymczasowe rozwiązanie albo raczej próba pozbycia się problemów, bo jak do tej pory nic tam nie znalazł. Nie powinien z tego korzystać jako z elementu zaskoczenia, bo to nie był on. To były okoliczności.
Mimo to pokręcił głową w dalszym ciągu zuchwale się uśmiechając. Spojrzał na nią pociemniałymi oczami. Troszeczkę za długo utrzymując kontakt wzrokowy bez mrugania, po czym bez ostrzeżenia szczekliwie się roześmiał.
- Jestem Mulciberem, Yaxley. Nawet jeśli tylko w jednej drugiej to nie zapominaj, z kim masz do czynienia. Geny nie kłamią a ta rodzina to w najlepszym przypadku wariaci. Czasami niebezpieczni - rozłożył ręce i parsknął znowu śmiechem.
Zamykając książkę z głośnym hukiem twardej okładki, rzucił ją obok tamtej w koszu na podłodze. Nie przeczytał ani strony, choć udawał, ale już wiedział, że to nie to. Wystarczyły dwa akapity wstępu. Kolejna bezsensowna zdobycz.
Musiał wyjść odetchnąć i ochłonąć a przede wszystkim pozbyć się zapachu starych książek z nozdrzy. Nie proponował tego Geraldine. Mylnie założył, że kobieta wolała pozostać w mieszkaniu pod kocem, który jej przyniósł. Mimo to nie poczuł się dziwnie (nie dziwniej niż zawsze, kiedy była obok) z nagłą ciasnotą balkonu i intymnością nie do uniknięcia.
Niemal przyzwyczajał się do tego wrażenia głęboko w piersi. Po prostu starał się trzymać ręce przy sobie. Zająć je papierosem. W najmniej pożądanym (a jednocześnie bardzo pożądanym) przypadku przytrzymaniem koca na ciele kobiety, ale w taki sposób, żeby ledwo ją dotykać. Ironiczne zachowanie, bo przecież stykali się niemal całym jednym bokiem.
Nie odwrócił wzroku, kiedy Geraldine nachyliła się ku niemu. Zacisnął palce na papierośnicy, drugą ręką podtrzymywał koc. Nie mógł zrobić tego, co podpowiadało mu ciało. Celowo to sobie uniemożliwił, oddychając dopiero wtedy, kiedy się odsunęła i przenosząc wzrok na dachy budynków. To był ten rodzaj intymności, na który Ambroise chyba nie był przygotowany. Zaciskał wargi na papierosie, uporczywie świdrując okolicę.
Słowa byłyby trucizną. Wiedział coś o tym, bo specjalizował się w zatruciach.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#12
25.09.2024, 23:19  ✶  

- Nie wiedziałam, że dokądś się wybieramy. - Uniosła wzrok i wpatrywała się w niego dłuższą chwilę. Znowu go zaczepiała, nie mogła się przed tym powstrzymać, chociaż wcześniej nawet jej się to udawało, ale kiedy sam się jej podkładał... cóż wykorzystywała okazje. Nie odpowiedziała mu na to błahe pytanie, wierzyła w to, że by się domyślił, którą opcję by wybrała. Była oczywista, przynajmniej dla niej. Pies zawsze był pierwszym wyborem, nie lubiła kotów, tak naprawdę to nawet nie rozumiała sensu posiadania kota. Z psem można było chociaż pójść na polowanie. Zresztą aktualnie była na takim etapie życia, że ledwie była się w stanie zaopiekować samą sobą, a co dopiero zwierzęciem. To był zbyt duży obowiązek, szczególnie dla osoby o jej stylu życia, która traktowała dom raczej jak hotel i nie stroniła od znikania na chuj wie ile. Jasne, mogłaby zaangażować w to wszystko skrzatkę rodziców, nie wydawało jej się to teraz za bardzo potrzebne.

Nie zdawała sobie sprawy, jak wiele o niej wie i może to i dobrze, bo było jej głupio, że ona nie posiadała podobnej wiedzy na temat jego osoby. Zresztą sama dzieliła się z nim swoimi tajemnicami, tymi, o których nie wspominała prawie nikomu. Wydawało jej się, że jest w stosunku do niego całkiem otwarta, on nie do końca odwdzięczał się jej tym samym. Nie lubiła dopytywać, brała to co jej dawał, no do niektórych wniosków dochodziła sama poprzez obserwacje. Tyle. Jeśli będzie chciał się z nią podzielić swoim ulubionym kolorem, to chętnie tego wysłucha, tak samo jak tej całej reszty informacji, które wydawały się być zupełnie nieistotne.

- Nadal to nie do końca to na co liczyłam, nie doceniasz mnie. - W jej głosie mógł wyczuć rozczarowanie, nieco przesadzone, co świadczyło o tym, że udawała. Wiedziała, że nie należała do największych dupków chodzących po tym świecie, miała sumienie, moralność, a ich nie było na to stać. Mimo wszystko nie przepadała za tym, gdy inni lekceważyli jej możliwości. Chętnie udowadniała im, że się mylili. W tym przypadku jednak nie chciała tego robić, zresztą Ambroise miał już szansę poznać tę stronę jej. Nie była z tego powodu szczególnie dumna, ale co się stało, to się nie odstanie. Nic nie dzieje się bez przyczyny, przynajmniej nie będzie jej kiedyś wyrzygiwał, że udawała, bo wtedy też była z nim szczera. Teraz jednak wolała nie wracać do tej nieprzyjemnej relacji, która ich łączyła. Zdecydowanie bardziej jej się podobało to, jak wyglądała ich znajomość aktualnie, chociaż nie wiedziała na ile jest ich dziełem, a na ile tego, co wydarzyło się w dworku.

- Kaptur może nie wystarczyć. - Wzruszyła jedynie ramionami, a później zaśmiała się w głos, druga opcja chyba miała nawet szansę zadziałać, tyle, że w jego towarzystwie nie do końca była w stanie skupić się na książce, nie, kiedy od kilku dni nie mogła powstrzymać się przed tym, aby mu się przyglądać. - Przemyślę tę radę. - Nie odrzucała jej oczywiście, ale też nie zamierzała się do tego dostosować, będzie się patrzyła tam, gdzie miała ochotę. Najprawdopodobniej on zdawał sobie z tego sprawę.

- Chyba śnisz. - Och, nie jej oceniać, jakie miał marzenia, ten żart i stanowczość nawet ją rozbawiły, nie zaskoczyły jednak wcale. Wiedziała, że tak to się skończy, czy tego chciała, czy nie. - Poranny spacer w twoim towarzystwie więc nie jest najgorszą opcją. - Sam wspomniał o tej gorszej. Nie zamierzała się z nim wykłócać o to, jak bardzo jest niezależna, nie w tej sytuacji. Rozumiała dlaczego nie chciał jej pozwolić na samotne szlajanie się nad ranem, nie zamierzała mu na siłę wciskać swojego zdania. Skoro nie miał co robić ze swoim życiem, to mógł ją eskortować do jej mieszkania, droga wolna.

- I nigdy się nie zmieni. - To była część jej osobowości. Musiała szukać wyzwań, kłopotów, bez tego byłaby jak bez tlenu, nie czułaby, że żyje. Nie wyobrażała sobie, że mogłoby tego zabraknąć kiedyś w jej życiu. Czułaby pewnie pustkę podobną do tej, która pojawiła się po ich wizycie w dworku. Tak, to na pewno skończyłoby się podobnie, jakby ktoś wyrwał kawałek jej duszy.

- Nie ma szans, teraz to już na pewno się nie wycofam. - Bardzo łatwo było ją przekonać do rywalizacji, to, że wspomniał o stchórzeniu skutecznie ją zmotywowało do tego, aby faktycznie sięgnąć po te rumuńskie książki. Kurwa, nie spodziewała się, że kiedykolwiek będzie robić coś takiego. Czego się nie robi dla wygranej? Najwyraźniej nie było rzeczy, której by nie przeskoczyła. Czuła, że może to nie być jej dziedzina, bo nie była biegła w tego typu dziedzinach, aczkolwiek nie spowodowało to, że postanowiła zrezygnować. Najpewniej i tak to przegra.

- Nikt nie jest idealny, Ambroise. - Jasne, mogłaby próbować wyciągać z niego przykłady tego okropnego zachowania, nie chciała jednak, aby teraz jej to demonstrował. Było zbyt dobrze, naprawdę aktualnie widziała go w jasnym świetle, i nie chciała tego stracić. Coś sugerowało jej, aby porzuciła ten temat, żeby nie ciągnęła go dalej, jakby nie chciało, aby popsuła to, co udało im się stworzyć przez te ostatnie kilka dni. Zaakceptowała więc to przeczucie i zostawiła sprawę. Miała wrażenie, że ostatnio często zdarzało jej się odpuszczać, przechodzić do kompromisów, co ledwie kilka tygodni temu nie miałoby racji bytu. Najwyraźniej ta część się w niej zmieniła w ostatnim czasie, wiadomo kiedy, po wizycie w tej nawiedzonej posiadłości.

- Rodziny się nie wybiera, zresztą wiem coś o tym, - co wcale nie zmieniało faktu, że krew, która płynęła w ich żyłach w pewien sposób ich definiowała. Ona sama może była typowym Yaxleyem, miała w sobie więcej z ojca, aczkolwiek nie mogła się też wyprzeć krwi matki. Po niej też odziedziczyła sporo cech, choć wolała się do tego nie przyznawać, nawet przed sobą. Relacja kobiet była dosyć mocno skomplikowana. Nie podejrzewała jednak Greengrassa o to, że jego matka jest Mulciberem. Ciekawe, będzie musiała to sobie dopisać do listy ciekawostek o jego osobie. Na całe szczęście nie wiedział o tym, że taką prowadzi. - ale, zaczekaj czy ty próbujesz mnie wystraszyć? - Jeśli tak to nie działało, ba wręcz przeciwnie. Nie wiedział co robi mówiąc o niebezpieczeństwie osobie o jej charakterze, przecież to się prosiło o to, aby sprawdzić, czy faktycznie jest jednym z tych niebezpiecznych Mulciberów.

Cóż, nie została w środku, bo świeże powietrze, które wleciało do mieszkania zachęciło ją do tego, by znaleźć się na zewnątrz. Chłód powodował, że mniej chciało jej się spać, a nie zapominała o tym, że ten, kto pierwszy zaśnie zajmuje łóżko, nie chciała mu dać tej satysfakcji i odpaść jako pierwsza. Wydało jej się więc dobrym pomysłem dołączenie do niego, bardzo szybko doszło do niej, że może to wcale nie była najlepsza opcja. Gdy znalazła się tak blisko zamiast chłodu poczuła ciepło bijące od jego osoby. Nie do końca wiedziała, co powinna zrobić, bo chciała wiele rzeczy, ale nie mogła sobie na nie pozwolić. Dlatego więc właśnie jedynie stała obok, ich ramiona jedynie się dotykały, ale to i tak było więcej niż miała jeszcze przed chwilą. Paliła papierosa bardzo powoli, zaciągała się dymem, który następnie wypuszczała. Nie zamierzała nadal nic mówić, bo popsułoby tę chwilę, która trwała, zamierzała to dorzucić do tych przyjemniejszych wspomnień związanych z jego osobą, bo to było naprawdę całkiem urokliwe, tak samo jak widok z balkonu.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#13
26.09.2024, 00:46  ✶  
- Pakuj się, królewno, lecimy w krainę absurdu. Od siedmiu boleści po trzy po trzy - oznajmił bez mrugnięcia okiem.
Tak właściwie to już wyjechali. Od dwóch tygodni pałętali się od stogu siana po poszczególne snopki w poszukiwaniu igły, która była jednocześnie dziurką od klucza i kluczem do rozwiązania ich problemów. Nie musieli odbywać rzeczywistych wypraw. W umysłach byli dostatecznie pogubieni i nie mogli znaleźć właściwego kierunku. A wyprawa trwała. Może w najlepsze, raczej w najgorsze.
Mógłby pocieszyć się tym, że tkwili w tym razem, gdyby nie to, że wolałby nie wplątywać w to Geraldine. Jak zwykle w chwilach kryzysu wybierał rozsądek a ten podpowiadał mu, że lepiej byłoby działać w pojedynkę. Mógłby sam znaleźć rozwiązanie, które podałby jej na tacy. Jednocześnie wcale tego nie chciał. Kiedy wychodziła od niego z samotni, czuł, że mieszkanie właśnie tym się staje. Wtedy było naprawdę puste, mimo że on wciąż tam był.
Gubił się. Chciał jej powiedzieć pewne rzeczy. Potrzebował z nią porozmawiać. Następnie nie, nie mógł tego zrobić. Nie zamierzał dzielić się swoimi sekretami. Pożądał tego, żeby ich wysłuchała. Pożądał jej, ale trzymał ręce przy sobie. Nie wyciągnął ich po to, co nie należało do niego. Chyba po raz pierwszy, bo nie miewał z tym problemów.
Mówił poważnie. Zaraz obracał to w żart. Dawał się prowokować, sam prowokował. Oczekiwał reakcji, wzbraniał się przed reagowaniem. Był aktywny, ale nie reaktywny. Był sobą, ale nie czuł się jak on.
Jeszcze więcej ironii, znacznie więcej gorzkich żartów.
- Albo przeceniam siebie. Wzięłaś to pod uwagę? Tak właściwie jeden pies - znowu to zrobił.
Nie w jego charakterze było ciągłe drwienie z takich rzeczy. Zazwyczaj łatwo się irytował. Ich poprzednie konfrontacje łatwo na to wskazywały, dopóki coś się nie zmieniło. Była zdziwiona, że zarywał noce i dnie, żeby uzyskać odpowiedzi? Nie powinna. Ta utrata części siebie była dostateczną stratą, żeby zaczął się na tym fiksować.
- No dziękuję bardzo - sarknął z kpiną. - Nie każdy zawsze wygląda pięknie, Panienko - uderzył w nią zakamuflowanym komplementem, podczas gdy podnosił brwi i patrzył na nią prześmiewczo.
Głównie w stosunku do siebie. Oczywiście. A jakże.
- Jestem przytomny. Nadal walczymy o łóżko - dobór słów nie był celowy, ale niewątpliwie na chwilę sam się zbił z tropu. Zamrugał kilka razy, przetarł oczy ręką i pokręcił głową słysząc aprobatę wobec wspólnego spaceru nad ranem.
- Widzisz? Nie było tak źle - rozłożył ręce.
Mogli mieć całkiem miły poranny spacer. Wyobrażał sobie, że jasne światło poranka mogło przyjemnie im oświetlić ulice. Zresztą, nie musieli przejść zbyt wiele. To nie były nawet przecznice. Tę swoją tymczasową norę lubił również przez wzgląd na lokalizację. Byli niemalże sąsiadami, ale nie mieszkali tak blisko, żeby sobie przeszkadzać. Nie w zasięgu rzutu kamieniem, lecz dostatecznie w pobliżu. Przy odrobinie wysiłku umysłowego, mógł jej podrzucać ciężkie woluminy rumuńskich łamańców a jego nieduża sowa nie byłaby wyczerpana po podróży.
- Trzymam cię za słowo. Później możemy rozdzielić księgi - zaoferował. Należało kuć żelazo póki gorące. - Zabiorę ci je do twojego murowanego zamku - zapewnił.
Jeśli jego francuski wolał o pomstę do nieba to karykatura transylwańskiego akcentu, którego użył wręcz prosiła o dobicie. Błagała o litość a on bezlitośnie ją kaleczył.
Nawet w tym był średnim człowiekiem.
- Nie mówiłabyś tak -gdybyś wszystko wiedziała, w tym wypadku milczenie było srebrem.
Nie przesadzał, kiedy oceniał się surowo. Miał te same standardy wobec siebie, co wobec innych. Jeśli nie ostrzejsze. Zazwyczaj o tym nie mówił. Nie wiedział, czemu złamał swoją regułę i poruszał ten temat. Nie potrzebował zapewnień ani pocieszenia.
- W tym przypadku jest trochę inaczej, ale to zbyt skomplikowana historia w dodatku bez morału - uniósł ramiona na znak obojętności.
Mógłby zacząć opowiadać o tym, co miał przez to na myśli, ale nie sądził, żeby to była istotną historia. Na pewno nie taka, która mogłaby im pomóc w czymkolwiek. W gruncie rzeczy była przykra i ponurą, i działa się częściej niż by wypadało. Nie był tu wyjątkiem. Zresztą każda rodzina miewała swoje trupy w szafie. On dodatkowo miał jednego w lesie.
- Próbuję? Nie próbuję? Próbuję? Nie wiem. Postaw tarota albo co - wzruszył ramionami.
Nawet nie wiedział czy szanowała tę dziedzinę. To była kolejna rzecz do listy, którą mógłby stworzyć. Tysiące rzeczy, których nie wie o Geraldine Yaxley, choć od czasu wyprawy łapał się na tym, że sądzi inaczej. Wydawało mu się, że się znają. Znacznie bardziej niż w rzeczywistości, bo choc jakimś cudem znaleźli wspólny język to w ich relacji ziały luki. Kwestia czy chcieli i zamierzali je wypełniać. Czasami były sprawy, które nie powinny wypłynąć na światło dzienne i myśli, którym nie należało dać ujścia.
Atmosfera między nimi była krucha. Oddawała delikatność tej relacji. Równie dobrze mogli postawić wszystko na złej szali i znowu wrócić do stosunków sprzed kilku tygodni. Dwóch tak właściwie. Dwóch tygodni, które dla Greengrassa wydawały się niemalże latami.
Z drugiej strony ile mogli wytrwać, jeśli nie byli ze sobą całkiem szczerzy? Nie czuł się przy niej naturalnie. Wbrew temu, co czasami myślał. Budował swój wizerunek na żartach i starannym dobieraniu tych fragmentów ciemniejszej strony charakteru, które mógłby kontrolować pod kątem dokonywanych zniszczeń. Nie dawał Geraldine tego, czego mogłaby chcieć, żeby nie zobaczyła wszystkiego. To mogłoby się jej nie spodobać.
Umiał być czarujący w ten irytujący, ale mało szkodliwy sposób. Potrafił się odpowiednio zachować. Umiał dobierać słowa. Okazywanie troski wobec niej przyszło mu nawet w postaci koca, którym ją otulił a potem przytrzymał na jej ramionach, kiedy stanęli na balkonie. Był czystokrwistym dżentelmenem. Uzdrowicielem. Wykładowcą. Botanikiem szanowanym w środowisku. Bywał także gnidą. Posuwał się do rzeczy, o których nie chciał mówić. Wetknął palce tam, gdzie nie powinien, bo szukał łatwych rozwiązań. Był stałym kupcem na czarnym rynku. Opatrywał rany i skrywał sekrety wielu różnych mend. Przemycał magiczne rośliny. Tworzył szkodliwe substancje zgodnie z życzeniami. Był mordercą.
O tym ostatnim wiedziała.
- Naprawdę się zastanów czy chcesz być moim przyjacielem - przerwał ciszę, ale czuł potrzebę powiedzenia tego.
Próbował ją ostrzegać, przeczucie mu mówiło, że powinien. Te słowa były ciche, ale nie zduszone. Świadomie powiedział to w ten sposób, że dźwięki miasta prawie przykryły jego słowa. Był poważny. Tym razem nie żartował. Nie śmiał. Nie śmiał się również ruszyć, bo nie wiedział, co mógłby zrobić. Nie ufał sobie, bo w myślach wielokrotnie przełamywał nie tylko ciszę, ale także granicę dotyku. Mógłby ją objąć. Otuliłby ją kocem i staliby w półmroku patrząc na miasto. Zamiast tego otrząsnął się z wyobrażenia. Nie było jego.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#14
26.09.2024, 09:53  ✶  

- Już dawno jesteśmy w tej krainie. - Póki co nawet jej to nie przeszkadzało. Jasne, było dziwnie, ale Yaxleyówna lubiła pakować się w nieznane. Wolałaby jednak, aby ta podróż nie trwała zbyt długo, bo to mogło się skończyć całkowitym szaleństwem. Akceptowała jego małe dawki, ale nawet ona nie byłaby w stanie przyjąć zbyt wiele. Nie chciała skończyć w Lecznicy Dusz, czy coś.

Cóż, czy tego chcieli, czy nie, zupełnie przypadkiem znaleźli się w tym razem. Kolejna anormalna sytuacja, która im się przytrafiła, jakby trup zakopany w lesie nie był wystarczający. Los tak chciał, nic nie działo się bez przyczyny, próbowała się pocieszać tymi argumentami, chociaż tak naprawdę były zupełnie nic nieznaczące. Mógł próbować odsunąć ją od sprawy, jasne, ale tym razem nie miała zamiaru mu na to pozwolić. Ostatnio nie wyszło im to na dobre, skończyło się na darciu kotów, teraz współpraca układała się zupełnie inaczej. Wiedziała, że nie była to tylko i wyłącznie ich zasługa, a tego, że coś zbliżyło ich do siebie po wizycie w dworku. Nie sądziła, że czyjeś wspomnienia mogą, aż tak bardzo namieszać w ich własnych uczuciach, ale wiedziała, że na pewno coś dziwnego się stało, przynajmniej jej osobie. To nie tak, że wcześniej od zawsze nie znosiła Ambroise'a, był przecież moment, w którym go polubiła, na samym początku ich znajomości, jeszcze nim zakopali człowieka w lesie. Wydawało jej się, że wrócili do tego co było przed, chociaż może teraz nawet brnęło to w zupełnie innym kierunku, co trochę ją przerażało, bo nie miała w zwyczaju się do nikogo przywiązywać.

Nadal ich rozmowy przebiegały w nie do końca typowy sposób, aczkolwiek teraz brakowało w tym dopierdolek, które były rzucane tylko po to, żeby wkurzyć drugą stronę. Może dzięki temu zmieniła swoje podejście, właściwie ona tego nie zmieniała, to wydarzyło się samoistnie. - Wzięłam, chociaż perspektywa tego, że możesz być, aż takim wielkim dupkiem jest całkiem interesująca, więc ją zaakceptowałam. - Igrała z ogniem od zawsze, więc nie ma się co dziwić, że wykazywała chęć sprawdzenia tego, czy Greengrass nie rzuca słów na wiatr, czy faktycznie jest taki okropny jak o tym mówił. Tak, Geraldine nie miała zdecydowanie dobrze wszystkiego poukładanego pod sufitem. Prosiła się o to, żeby ktoś ją skrzywdził. Mogła się sparzyć, wiedziała o tym, ale nie robiło to na niej wrażenia. Ważne, żeby poczuła cokolwiek, byle mocno. Nie znosiła obojętności.

Westchnęła lekko, z uśmiechem na twarzy, albo jej się wydawało, albo rzucił w jej stronę ukryty komplement. Oj, mogłaby się z nim kłócić, że wcale nie zawsze. Zresztą ona sama jakoś specjalnie nie przejmowała się swoją aparycją, skomentowała jego wygląd tylko i wyłącznie dlatego, że się o niego martwiła, nie ze względów estetycznych.

- Coś czuję, że to będzie długa walka. - Nie zamierzała odpuścić, jak zawsze, nawet jeśli chodziło o walkę o to, kto pierwszy odleci i zostanie zmuszony do wygodniejszego spania.

- Właściwie to ostatnio jest dobrze. - aż za dobrze, chociaż tego już nie dopowiedziała. Było to zastanawiające, wzbudzało wątpliwości i kwestionowało rzeczywistość. To nie tak, że nie chciałaby, żeby tak to wyglądało, tyle, że przez to nie do końca rozumiała, co się dzieje. Skupiła się jednak na perspektywie wspólnego spaceru o poranku, która wydawała się jej całkiem atrakcyjna. Miała szczęście, że wynajął to mieszkanie niedaleko niej, dzięki temu nie musiał pokonywać ogromnych odległości, jeśli chciał jej potowarzyszyć, to powodowało, że czuła się odrobinę mniejszym ciężarem.

- Czyli od jutra czeka mnie nauka, dobrze, niech tak będzie. - Nie zakładała, że dojdzie do tego od razu, ale miał rację, lepiej było zacząć póki temat był świeży, inaczej jej zapał by osłabł. Jako prawdziwa wampirzyca powinna poznać rumuński.

- Tego nie wiesz. - Mógł sugerować, że by tak nie mówiła, ale Yaxleyówna była naprawdę mocno pokręcona, sama zresztą miała wątpliwą moralność. Pieniądze rządziły jej życiem, nie ukrywała tego przed nikim, wystarczyła odpowiednia opłata, a byłaby gotowa pomóc samemu diabłu.

- Jak kiedyś będziesz miał się nią ochotę podzielić, to wiesz, gdzie mnie znaleźć. - Nie zamierzała go teraz ciągnąć za język, w ogóle nie miała pojęcia, czy chciałby opowiadać jej historie o swojej rodzinie. Nie była w końcu kimś bliskim, nawet teraz, próbowali razem rozwiązać łączący ich problem, później pewnie rozejdą się w swoje strony. Musiała przywyknąć do tego, że to może skończyć się w każdej chwili, nie opuszczała jej ta myśl, może przez to nie do końca chciała się przywiązywać, wiedziała, że jeśli to zrobi to zaboli, z drugiej strony przecież to nic takiego. Poboli i przestanie, jak zawsze.

- Nie ma szans, nie wierzę w te pierdoły, pozostaje mi więc żyć w niewiedzy, no i przekonać się na własnej skórze. - Jej podejście do wróżbiarstwa było bardzo mocno zarysowane. Uważała tę dziedzinę magii za dyrdymały. Nie ufała wróżbitom i uważała ich za oszustów, którzy żerowali na zapatrzonych w nie ludziach, a było ich całkiem sporo. Niezły sposób na biznes sobie znaleźli.

Czuła, że w ich relacji było sporo iluzji. Nie do końca potrafili się przed sobą otworzyć, ale również nie chcieli unikać swojego towarzystwa. To nie było do końca rozsądne, bo przecież prawda mogła ich zranić, zaboleć, ale tacy już byli. Unikali niewygodnych tematów, trzymali się tych bezpieczniejszych, a kiedy przestali się przy tym obrażać tworzyło to całkiem przyjemną relację, w której brakowało skaz, przynajmniej na pierwszy rzut oka.

Każdy miał jakieś swoje ciemne strony, zdawała sobie z tego sprawę, to nie tak, że ich nie widziała, miała świadomość przecież, że Ambroise nie był nieskazitelny, ale czy ona była? Nie była typową, porządną dziewczyną z dobrego domu, pomimo statusu krwi. Ona również miała wiele za uszami, dlatego nie przerażało jej to, że on mógłby robić coś podobnego. Byli siebie warci pod tym względem.

- Nie wydaje ci się, że na zastanawianie się może być już trochę zbyt późno? - Rzuciła cicho. Zrozumiała ostrzeżenie, ale padło w zdecydowanie złym momencie. Nie miała pojęcia, czy tak powinna wyglądać przyjaźń, jeśli jednak nie tak, to co to właściwie mogło być. Nie powiedziała też, że wcale nie chciała być jego przyjaciółką, że ostatnio coś mówiło jej o tym, że mogliby być czymś więcej. Nie zamierzała się do tego przyznawać, jeszcze nie, nie chciała tego spektakularnie spierdolić, bo zaczęła się przyzwyczajać do jego obecności. Przyjmowała to, co oferował, nie chciała przekraczać granic, których tak właściwie przecież oficjalnie nie określili.

Yaxleyówna nie spoglądała teraz na niego, skupiła się na widoku za balkonem, tak było prościej, gdy nie musiała patrzeć mu w oczy, zresztą lękała się, że mógłby zauważyć w jej oczach coś nieodpowiedniego.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#15
26.09.2024, 11:13  ✶  
Skinął głową. Właśnie tak. Znowu trafiła w punkt.
- Musimy czym prędzej znaleźć magiczne drzwi do zegara i wrócić - zasugerował, jakby mówili o fascynującej przygodzie dla dzieci.
O takiej bajce dla małych czarodziejów i czarownic, w której ta kraina absurdu była szeroka i rozłożysta, ale dało się wyjść. Musieli znaleźć portal, ale nie ten, przez który się dostali. Najbardziej naturalne wydawały się drzwi do szafy albo drzwiczki w zegarze. Zazwyczaj tak było. Jeśli nie główne wejście, to najpewniej jakaś komoda lub zegar. A Ambroise w żadnym razie nie planował wracać do tamtej posiadłości.
Czasami mu się śniła. Wtedy czuł, że nie zamknęli tamtego rozdział i powinni wrócić. Czuł zapach kurzu i stęchlizny. Budził się na książkach przy biurku, gwałtownie podrywał się do góry i walił głową o niski skos. Stąd przyczepił tam płaską poduszkę na zaklęcie przylepca. Nie był szczęśliwy z tego, że w dodatku jego mniej powszechne książki wręcz mu sugerowały powrót. Jedyne co przydatnego w nich odnalazł (w kontekście ich problemu, bo były tam również inne pozycje) nawiązywało do odwiedzin przeklętego miejsca. Na tym się nie kończyło. Mówiło o znacznie mniej przyjemnych, paskudnych czynnościach. Nie bez powodu szukał dalej. Nie chciał tego proponować Geraldine. Samemu zbierał się w sobie, żeby spróbować zmierzyć się z myślą o powrocie do pałacyku. Z drugiej strony samotna wyprawa mogła się nie powieść. Powinni być tam razem. W składzie, w którym tam byli, kiedy doszło do wszystkiego.
A nie chciał jej mówić, że może powinni poszukać głębiej w tym kierunku. Nie chciał plamić palców kobiety. Nie znał jej podejścia do mrocznych sztuk, ale mało kto to traktował pobłażliwie. Nawet najbardziej wyluzowani ludzie zaczynali bardzo źle reagować, kiedy ktoś sugerował im użycie takich metod. Paradoksalnie część czarodziejów z Nokturnu też była wyłącznie mendami i brutalami bez zapędów do korzystania z czarnomagicznej wiedzy. Tam grało się pozorami. Było niewiele osób, które rzeczywiście mogły coś powiedzieć. I to nie dlatego, że reszta tak dobrze się kryła. Dowiedział się tego stosunkowo niedawno, kiedy potrzebował zdobyć kilka woluminów.
Dostał zakamuflowane ostrzeżenia. Odebrał wszystko w taki sposób, aby obie strony nie nawiązały fizycznej interakcji, ale dostał przestrogi. Uważał, że wszystkie pamięta i szanuje, i nie zrobi nic ponad to, czego potrzebował. Najlepiej w ogóle się do tego nie posunie, ale to było jego łatwe (tak) wyjście awaryjne w razie, gdyby nic nie znaleźli. W księgach na pewno coś się kryło. Jeszcze do tego nie dotarł, poznał mało treści, bo była obrzydliwa i odstręczająca. Miał do tego wrócić w świetle dnia, kiedy odprowadzi Geraldine do domu.
- Odnoszę wrażenie, że mówię ci o moich ciemnych stronach a ty sądzisz, że rozmawiamy o tym, że umiem się posunąć do wylania komuś kartonu mleka na głowę. O takiej dupkozie też rozmawiamy, ale ją pewnie poznasz - jeśli zostaniesz, tego innego stopnia bycia dupkiem nie chciał jej już pokazywać.
Z dwojga złego wybierał przekomarzanki. Mogli sobie od czasu do czasu skoczyć do gardeł. Mimo że już tego nie robili, Ambroise dobrze pamiętał jak było wcześniej. Nie chciał kompletnie wracać do tamtego stanu rzeczy. Odpowiadało mu to, że próbowali na nowo. W pewnym momencie podążyli w złą stronę, choć mieli bardzo dobre podstawy. Usiłował traktować zmiany jak szansę na nowy początek.
Byłoby łatwiej, gdyby mógł powiedzieć, że robili wszystko dobrowolnie w zgodzie ze sobą, ale czasami mówił sobie, że darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Próbował cofnąć skutki mentalnego miszmaszu a nie to, co zaczęło między nimi być.
- Zobaczymy jak szybko wymiękniesz - celowo ją podpuszczał poprzez sugestię, że nie dopuszczał możliwości, że to on uśnie pierwszy. - Nie mów hop. Jest dobrze, ale od jutra będzie upierdliwie. Nie mów, że cię przed tym nie ostrzegałem - uprzedził.
Znowu świadomie uciekał od głębszych tematów. Nie dopuszczał do przemyśleń, które mogłyby popsuć ten wieczór. Chciał, żeby jeszcze przez chwilę mieli złudzenie spokoju w samym środku cyklonu. Co jak co. Ambroise był pewien, że burza zaraz znowu zaatakuje. To była ta cisza przed nią. Poznał to już wcześniej w swoim życiu.
- Raczej nie licz, że to się stanie niedługo -a najpewniej wcale, bo jeśli o niego chodziło to pewnych wspomnień i spostrzeżeń wolał nie wywlekać na wierzch.
Jak już sobie ustalił: zaczynał robić się lepszy w chowaniu się w swojej skorupie. Nigdy nie był przesadnie skłonny do zwierzeń, ale wiele dało się z niego wyczytać. Miał krótki lont, potrafił szybko wybuchnąć i wyrzucić z siebie pokłady żrącego jadu. Jego twarz nie była jak otwarta księga, ale oczy często mówiły więcej niż Ambroise chciał.
- Zawsze musisz dotknąć ognia, żeby upewnić się, że jest gorący? - Spytał z przekorą, unosząc kącik ust, ale nie zapominał o tym, o czym mówili.
Ostrzegał ją przed zbyt pokomplikowaną zażyłością dla ich wspólnego dobra, ale bardziej dla niej.
Ponadto teraz musiał uczyć się operować reakcjami, których nigdy wcześniej nie okazywało jego ciało. Mierzył się z ukryciem myśli i emocji dotykających innej sfery - płaszczyzny różnej od tej zazwyczaj.
- Nigdy nie jest za późno - zaprzeczył, ale bez zdecydowania, wręcz jakby bez przekonania.
A przecież to było domeną ludzi. Odchodzili w różnych momentach. Zazwyczaj nie potrzebowali wiele, żeby zdecydować się zniknąć z życia niewygodnej osoby. Byli zwierzętami stadnymi, lecz nie mieli problemu, żeby to stado zmienić. Ci w życiu Ambroisa wymieniali się falowo. Jasne. Miał przyjaciół i współpracowników a także swoją rodzinę, o którą dbał i dla której zrobiłby wszystko. Bez wahania. Natomiast doświadczył także zniknięć ludzi ze swojego otoczenia. Czasami z uprzedzeniem a czasami bez. Bywało, że znał powód. Jeszcze częściej go nie znał, bo prawdopodobnie powinien się domyślić.
Nie chciał, żeby Geraldine była kolejną taką osobą. Podświadomie wolał ją uprzedzić, że nie łatwo być jego przyjacielem. Wolał nie myśleć o żadnym innym kontekście, nawet jeśli to się nasuwało samoistnie. Gdyby śmiał ostrzegać ją przed byciem czymś więcej musiałby dopuszczać do siebie znajomą prawdę. Jeżeli przyjaciół potrafił utrzymać w życiu to wszystkie jego związki spierdolił. Nie było tego wiele. Większość relacji kończyła się na romansie. Miał swoje standardy. To nie tak, że znalazł chuja na śmietniku, ale łatwo mu przychodziło być czarującym tylko na chwilę. Jeśli znałby mugolski świat baśni, pewnie mógłby być bardziej pojebaną wersją Kopciuszka. Bez szczęśliwego zakończenia. Za to z iluzją trwającą jedną noc. Nic więcej ponadto.
Nic dziwnego, że nie chciał tego dla tej kruchej znajomości. Mógł jej zaoferować przyjaźń i postarać się, żeby nie była to relacja smutna i pełna niedopowiedzeń. Czuł, że tych jest zbyt wiele. Musieli znaleźć wyjście z sytuacji. Może wtedy będą w stanie ograniczyć podszepty. Nie wiedzieć czemu, ale chciał się postarać tego nie spieprzyć. Mógł udowodnić im obojgu, że są w stanie być przyjaciółmi, jeżeli Geraldine chciała spróbować. To było niełatwe, ale nie niemożliwe.
W przeciwieństwie do tego, co atmosfera mu nasuwała na myśl (naprawdę mocno powstrzymał się przed cięższym oddechem, świdrował dachy wzrokiem i w którymś momencie spiął ciało) koleżeństwo i współpraca były najlepszymi opcjami. Musiały być wystarczające, jeśli nie przyjmowała ostrzeżenia.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#16
26.09.2024, 13:01  ✶  

- Myślałam, że nic nie musimy. - Brała go pod włos, znowu. Tak naprawdę zdawała sobie sprawę, że muszą to zrobić, bo nie dało się tak ciągnąć na dłuższą metę. To nie było normalne. Wypadałoby pójść po rozum do głowy, ogarnąć cały ten syf. Oczywiście, że próbowali to robić, tyle, że nie było widać najdrobniejszych postępów. Próbowała szukać innych rozwiązań, ale nie miała pojęcia, w jaki sposób mogliby to naprawić. Zdawała sobie sprawę, że istotne w tym wszystkim było to, gdzie doszło do tego, co im się przydarzyło. Może sam dworek miał jakieś wyjątkowe moce? Nie sądziła jednak, że magia, która dotyczyła miejsca mogłaby się z niego ulotnić. To było dziwne, ale tak naprawdę chuja się znała na takich praktykach magicznych, więc tego też nie mogła być pewna. Może to ją nawet nieco irytowało, bo przecież gdyby w szkole przykładała wagę do wszystkich przedmiotów, to może chociaż wiedziałaby, gdzie szukać informacji. Niestety, nie należała do specjalnie sumiennych uczniów.

To, że wszystko zaczęło się w posiadłości było pewne, wydawało się więc, że faktycznie może warto było poszukać odpowiedzi tam. Ger jednak nie chciała wracać do tego miejsca, nie wzbudzało w niej ciepłych wspomnień. Wolałaby się ponownie nie narażać, kto wiedział, czy coś ich znowu nie opęta, i czy nie skończy się to gorzej? Mogło być różnie, a i tak swoje ucierpieli. Uwielbiała kłopoty, ale w odpowiednich ilościach.

Yaxleyówna pewnie byłaby gotowa spróbować wszystkich możliwych sposóbów, nie żeby chętnie sięgała po czarną magię, nie był to jej pierwszy wybór, ale czasem nie było innego. Musiałaby jednak w pełni sobie zaufać i mieć pewność, że będzie to jeden raz, że nie wyda jej się to atrakcyjne. Miała tendencje do autodestrukcji, wiedziała, że taka siła mogłaby ją pociągnąć na dno, z którego raczej nie byłoby już ucieczki. Oczywiście nie była, aż tak restrykcyjna, jeśli chodzi o innych pasjonatów tej dziedziny, bałaby się, gdyby ktoś z jej bliskich próbowałby się tym bawić, bo wiedziała, jak się może zakończyć taki romans, nie sądziła, że cokolwiek byłoby warte takiego ryzyka.

- Naprawdę myślisz, że wylanie komuś mleka na głowę zrobiłoby na mnie wrażenie? Musisz się bardziej postarać. - Wiedziała, jak wyglądał świat, kogo można na nim spotkać. Nie bez powodu zresztą sądziła, że najgorszymi z potworów są ludzie, ci pozbawieni sumienia i moralności, zabijający dla zabawy, niszczący wszystko wokół siebie dla odrobiny przyjemności. Kojarzyła i takich, niestety. Były to największe szumowiny, jakie plątały się po świecie. Od nich stała się trzymać z daleka, nielegalne interesy, czarny rynek - to było potrzebne do przetrwania, tego nie uważała za coś złego. Zapewne dlatego, że dzięki temu swoją działalność uważała za nieco bielszą.

- Nie dam ci tej satysfkacji. - Nie zamierzała się poddawać, szczególnie, że widziała, że myślał iż faktycznie wymięknie. To tylko zachęcało jej do pełnego zaangażowania się w sprawę, jak zawsze. Dla siebie pewnie by tego nie zrobiła, jeśli mogła dzięki temu cos udowodnić to całkowicie zmieniał się jej punkt widzenia.

- Upierdliwie to jeszcze nie najgorzej. - Nie, żeby przeszkadzało jej jakoś specjalnie, że jest dobrze, zresztą spodziewała się, że to pierdolnie prędzej czy później, bo zawsze tak się działo.

- Jestem bardzo cierpliwa. - Taaak, na pewno. Ona nie potrafiła czekać, ale jeśli to była jedyna opcja, jaką dostała to nie zamierzała jej odrzucić. Czuła jednak, że nigdy może się tego nie doczekać, Ambroise wielokrotnie pokazał jej przecież, że nie widzi potrzeby, aby jej się zwierzać. Zrobi jak będzie chciał.

- Oczywiście, jakbym inaczej miała się upewnić, że to nie jest chociażby iluzja? - Dotknąć, a najlepiej wejść po prostu w ogień, tak, żeby poczuć całym ciałem jak ją pochłania. To zawsze była najlepsza opcja, dostarczała najwięcej wrażeń.

- Mhm. - Mogło się wydawać, że mruknięcie, które z siebie wydała sugerowało, że się z nim zgadza, nie chciała jednak mówić, że myśli inaczej. Czasem nie było odwrotu i czuła, że jest to jeden z takich momentów. Zaangażowała się w ich relację, czy tego chciała, czy nie, zaczęła lubić jego towarzystwo. Zostali poniekąd zmuszeni, aby być w tym razem, ale bardzo szybko przestało jej to przeszkadzać. Nie miała pojęcia, na ile było w tym jej, a na ile jakiejś dziwnej siły, która siedziała w niej od czasu wizyty w dworku. Póki co była jednak pewna tego, że nie zamierzała się dystansować. Jej zdania nie zmieniły te jego wszystkie ostrzeżenia, strasznie jej jakim to nie jest okropnym człowiekiem. Nie tak łatwo było się jej pozbyć ze swojego życia, kiedy już się przylepiła trochę jak rzep do psiego ogona.

Sama nie była łatwa w obyciu, potrafiła zniknąć na wiele czasu, zupełnie bez słowa, później pojawić się jakby nigdy nic z butelką alkoholu w ręku. Nie potrafiła pielęgnować przyjaźni, potrzebowała czasu dla siebie, momentami bardzo dużo, ale nadal była w stanie znaleźć osóby, które nadal przy niej trwały.

Oparła się o balustradę, nie przestawała przyglądać się widokowi, który rozpościerał się przed nimi, bo naprawdę był wyjątkowo urokliwy. Nie mogli jednak stać tutaj cały wieczór, postanowiła, że czas wrócić do rzeczywistości, chociaż nie do końca podobała się jej ta perspektywa.

Zgrabnie wyrzuciła peta za balkon, to znaczy pstryknęła niedopałkiem przy pomocy swoich palców, po czym bez słowa odwróciła się na pięcie i wróciła do środka mieszkania. Ponownie ruszyła w stronę swojego fotela, gdzie zawinęła się niemalże w kłębek przykryta kocem, robiło jej się tam coraz bardziej wygodnie.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#17
26.09.2024, 15:07  ✶  
- To chyba wyjątek potwierdzający regułę - zasugerował.
To musiało być właśnie to. Ambroise wiedział, że w tym wypadku nie istnieje żadna inna opcja. To jedno musieli zrobić, żeby nie oszaleć. Należało naprostować to, co zepsuło się wtedy w pałacyku. Nie było innej możliwości. Potrzebował stanąć na własnych nogach bez wątpliwości, że należały do niego. Zakładał, że Geraldine również.
- Jasne, że nie - odparł miękko - gładko i z wyluzowanym rozbawieniem, po czym wzruszył ramionami. - Natomiast uważam, że chętnie mogłabyś coś takiego zobaczyć. Rozbawiłbym cię. Nie mam co do tego wątpliwości - skwitował.
Tak, był pewny, że podobny akt z jego strony wywołałby choćby słaby uśmiech na ustach Geraldine. Nie przypisywał sobie zbyt wiele, ale nie mogła mu odebrać rozrywki w postaci pomyślenia o podobnym scenariuszu. Zrobiłby na niej jakieś wrażenie. Pewnie niewielkie, ale by zrobił.
Mógł się tym zadowolić. Raczej nie miał zbyt wielu innych możliwości. Jak na ten moment oczywiście. Miał nadzieję, że kiedyś będą mieli okazję wypróbować to w realnym życiu. Nie jego prawdziwy mrok i brutalizm. Nie to. Miał na myśli to, czy mógłby jej czymś naprawdę zaimponować. Coś jak z dziewczynami w Hogwarcie. Może nawet równie głupio. Ale właśnie z nią. Kiedy już nie będą pogubieni i będzie wiedzieć, że przemawiają przez niego wyłącznie jego odczucia.
- Z zabrania cię do łóżka? - Uniósł brew świadomy wydźwięku słów. Dobór słów był celowy. Może nie powinien, ale za późno. Był jak najbardziej celowy. - Och, będę mieć satysfakcję z tego, że tam wylądujesz. Najpewniej sam cię tam przeniosę zanim zegar wybije drugą - śmiało założył, kiwnął głową w kierunku wspomnianego rzeźbionego drewnianego zegara, który ewidentnie był zatrzymany. - Szczególnie, że nie działa - zaczepnie parsknął pod nosem.
W gruncie rzeczy mógłby prowadzić z nią tę rozmowę przez cały wieczór. Ten ton mu odpowiadał. Niepotrzebnie dali się ponieść nostalgii, bo jeszcze kolejne kilka wypowiedzi wprawiło go wpierw w znacznie lepszy humor. Później to trochę spaprał.
- Jeszcze chwilę temu mówiłaś coś innego - niemalże wszedł jej w słowo a na dowód wyprostował nogę w stronę Geraldine.
Rana się zagoiła, nie była widoczna pod ubraniem, ale sugestia była jasna. Ponadto nie omieszkał otworzyć ust i wypowiedzieć na głos to, co jej właśnie insynuował.
- Postrzeliłaś mnie chwilę po tym, jak stwierdziłaś, że jestem upierdliwy, najgorszy - znów prychnął śmiechem.
Było w tym trochę goryczy, ale chyba poradzili sobie z wyrzutami sumienia po wypadku. Inne emocje szybko je przykryły.
- Jeśli to twoje przejawy cierpliwości to nie bądź dla mnie dłużej cierpliwa - zasugerował.
Nie chciał jej dopiec. To było jasne. To był element próby kontrolowania sytuacji między nimi. Zbyt łatwo byłoby mu pozwolić sobie na gesty i słowa, które nie byłyby w jego charakterze. Wystarczyło, że nie pilnował się przez chwilę i czuł jak zaczyna oddawać kontrolę komuś - czemuś innemu.
Nie mógł powiedzieć, że to nie chciało dobrze. Paradoksalnie jego niezamierzone odruchy nie były ani trochę toksyczne. Ta niepożądana siła w nim robiła coś niepojętego. Była bardziej delikatna i przyjazna od Greengrassa. Chciała lepiej dla niego i jego otoczenia. Ta pierdolona siła wręcz próbowała układać mu życie. To nie było miłe myśleć, że pozostałości po opętaniu mogłyby lepiej rozgrywać jego życie niż Ambroise sam sobie.
Między innymi stąd wzięło się jego mniemanie, że nie był zbyt dobrym człowiekiem. Kiedy rozsądniej byłoby oddać lejce od powodu zwanego inaczej swoim ciałem, sytuacja stawała się absurdalna i żenująca. Kiedy opętanie było lepsze i zdrowsze od świadomości i decyzji podejmowanych przez siebie. Coś mocno nie grało. Jeżeli zamotany i zaginiony stał się dla Geraldine bliższy niż kiedykolwiek, nic dziwnego, że czuł się z tym naprawdę kijowo. Miał wrażenie, że zaczęła go lubić tylko dlatego, że nie był w pełni sobą.
To rozpierdalało mu mózg.
- Mnie o to nie pytaj - krótko pokręcił głową, odwrócił wzrok, żeby nie widziała jak kiepsko przyjmuje jakiejkolwiek nawiązania do iluzji. - Czasami zastanawiam się czy nadal tam nie jesteśmy - powiedział cicho, prawie jak bezgłośny pomruk.
Nie wiedział czy miała go usłyszeć. Najpewniej nie. Może to i dobrze, bo wcale nie chciał tego poruszać. Nie dopuszczał jej do swojej głowy. Krył się tam zbyt duży burdel. Wbrew temu, o czym mówili Ambroise nie był taki pewien, że chciałaby się z nim zadawać, gdyby wiedziała wszystko. Oczywiście. Zauważył, że w pewnym kwestiach byli siebie warci, ale wciąż siedziało mu w głowie to, o czym pomyślał. Wielokrotnie o tym myślał.
Nie lubiła go zanim nie zaczął mieć mentalnych problemów z określeniem, co było prawdziwe.
Jasne. Początki ich relacji sugerowały inaczej, ale nawet wtedy nie było między nimi tak dobrze. Miewali spiny. Przerzucali się docinkami. Teraz był dla niej zdecydowanie czulszy i łagodniejszy a ona chyba polubiła tę część jego charakteru. Czarowną, zabawną, żartującą, ciepłą. Obawiał się, że polubiła kłamstwo. A on tylko chciał wrócić do swojego prawdziwego Ja. Co, jeśli miał stracić tę iskrę, skoro od początku nie należała do niego? Nie potrafił udawać kogoś, kim nie był. To na dłuższą metę było niemożliwe.
Czuł się z tym obrzydliwie. Zwłaszcza, kiedy stali razem na balkonie i wystarczyłby jeden gest, żeby tak naprawdę jeszcze bardziej skomplikować (a może rozplątać? to było równie prawdopodobne?) sytuację między nimi. Jeszcze nigdy wcześniej to nie było tak na wyciągnięcie ręki.
Ambroise nic nie zrobił.
Nie drgnął jeszcze przez kilka minut po tym jak Geraldine wróciła do mieszkania. Wypalił jeszcze dwa papierosy, choć nie było potrzeby. Potem cofnął się do wnętrza, zamykając za sobą drzwi.
- Pokazać ci z czym chcesz się zmierzyć? - Spytał zaskoczony naturalnością brzmienia swojego głosu.
Mówił gładko. Jakby słyszał kogoś innego, ale te usta opuszczały jego usta.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#18
26.09.2024, 17:12  ✶  

- W sumie, to może być faktycznie to. - Cóż, od każdej reguły musiało być jakieś odstępstwo, czyż nie? Był to idealny przykład na ten ich nicniemusizm. W tym przypadku przecież nie mogli tego zostawić, musieli zająć się tematem, szczególnie, że od tego zależała ich forma psychiczna. Kto wie, czy jeśli w tym nie utkną, to nie skończą w lecznicy dusz, jak ten, który przed nimi uciekł z dworku. Swoją drogą, może powinni zainteresować się również tym mężczyzną, podpytać, co takiego się wydarzyło, kiedy znalazł się w posiadłości, mogliby porównać, czy przytrafiło się im to samo. Każdy trop warto było ruszyć, nigdy nie wiadomo, który może przynieść odpowiedzi.

- To prawda, rozbawiłoby mnie to, oczywiście, gdyby to nie była moja głowa, wtedy mogłabym się nieco oburzyć. - Może nawet trochę bardziej niż nieco, nie, wkurwiłaby się tak naprawdę, i pewnie odwdzięczyła czymś znacznie gorszym. Oko za oko, ząb za ząb, czy jakoś tak.

Poczucie humoru Ger nie było szczególnie górnolotne, bawiły ją naprawdę mało ambitne rzeczy, więc nie było w tym nic zaskakującego.

Prawie zakrztusiła się śliną, kiedy usłyszała kolejne słowa, które padły z jego ust. Zabrzmiało to źle, znaczy może nie całkiem źle, bo nie mogłaby nie powiedzieć, że nie zastanawiała się czasem nad możliwością znalezienia się razem w łóżku, ale nie spodziewała się usłyszeć czegoś podobnego teraz. Jasne, wiedziała, że nie chodziło mu o to, o czym pomyślała, ale samo to, że w ogóle przeszło jej to przez myśl spowodowało, że się zawstydziła.

- To brzmi trochę, jakby naprawdę ci bardzo zależało na tym, żebym się tam znalazła. - Podejrzewała, że faktycznie skończy się na tym, że przegra te zawody, które sobie urządzili, ostatnio nie sypiała najlepiej, przez co była zmęczona, jeśli dalej będzie tak siedziała w fotelu zawinięta w koc to pewnie prędzej, lub później odpłynie. Niestety miała przeczucie, że może się to zdarzyć wcześniej niż by się tego spodziewała. Przeniosła jeszcze kontrolnie wzrok w stronę zegara, żeby upewnić się, iż faktycznie nie działa.

Wbiła w niego swoje spojrzenie i przyglądała się mężczyźnie dłuższą chwilę. No nie, to był cios poniżej pasa. Naprawdę jej teraz zamierzał to wyciągać? Myślała, że mają już ten temat przegadany. - Gdybym postrzeliła cię celowo, to by cię tutaj nie było, bo ja nie chybiam. - Od tego było warto zacząć. - Irytowałeś mnie wtedy strasznie, co mogę ci więcej powiedzieć, ale ta strzała nie znalazła się w twojej nodze z tego powodu. - Tak właściwie to nadal nie wiedziała dlaczego się tam znalazła, co ją kurewsko denerwowało, ale tego wolała nie dodawać, i tak mieli szczęście, bo w dworku nie była w najlepszej formie, więc dobrze, że to się skończyło tylko na takiej ranie.

- Myślisz, że możesz mieć wpływ na moją cierpliwość? Dobre sobie. - Nie nauczył się jeszcze, że jak powie jej jedno, to ona i tak zrobi drugie... Może była to całkiem niezła próba, no ale nie było szans, żeby to na nią zadziałało.  Nie wykonywała próśb, nie tańczyła jak jej zagrają, zawsze robiła to na co miała ochotę. Jeśli chciała być cierpliwa to będzie cierpliwa i nic mu do tego! Brakowało tylko, żeby tupnęła nóżką, jak przystało na odpowiedzialną, dorosłą kobietę.

Kwestionowali realność tego, co aktualnie działo się między nimi. Cóż, po tym, co razem przeszli właściwie nie ma się co dziwić, że do tego dochodziło. Ledwie dwa tygodnie temu mieli ochotę się pozabijać, a teraz Yaxleyówna najchętniej przesiadywałaby w tej jego jaskini całymi dniami. To było dziwne, nie miało żadnego sensu. Starała się jednak pamiętać, kiedy zesrało się między nimi na dobre, nie darli kotów na samym początku, paradoksalnie zaczęli to robić wtedy, kiedy połączyła ich wspólna tajemnica. Wiedziała, że sporo z tego to była jej wina, ona podeszła do niego w nieodpowiedni sposób, zachowała się trochę bucowato, kiedy chciała pomóc mu sobie radzić z chwilą słabości. Może gdyby wtedy inaczej do niego podeszła ich przyszła relacja wyglądałaby zupełnie inaczej, może teraz też byliby w innym miejscu.

- Może jedną nogą. - Nie zakładała, że całkowicie utknęli, to nie było możliwe, bo przecież pamiętali kim byli. Coś faktycznie namieszało ich w głowach i nie chciało pozwolić ruszyć do przodu, jednak nie na tyle, aby nie mogli chociaż trochę funkcjonować w świecie. Sama nie miała pojęcia, czy całkowity obłęd nie byłby lepszą opcją, przynajmniej nie musiałaby się przejmować tym, że nie myśli jasno. Zastanawiać nad tym, na ile może sobie pozwolić w jego towarzystwie, i czy w ogóle on czuje chociaż odrobinę to samo. To było irytujące, nie była to odpowiednia podstawa do pchania relacji w jakąkolwiek stronę, bo co jeśli uda im się znaleźć remedium na to co się działo i wtedy okaże się, że dalej za sobą nie przepadają?

Wybrali chyba bezpieczną opcję. Próbowali walczyć z tym, co chciało nimi zawładnąć, nie odpuszczali. Gerry zastanawiała się, co by było gdyby faktycznie pozwoliła sobie na jakiś gest. Czy by ją odrzucił, czy wręcz przeciwnie. Za bardzo jednak bała się tego odrzucenia, aby rzucać się na głęboką wodę. Wolała poczekać, zobaczyć, co jeszcze się wydarzy, nie chciała być prowodyrem niczego więcej, chociaż trudno jej było z tym walczyć.

Nie robiła nic ciekawego, kiedy wróciła do środka. Nie wysiliła się nawet po to, aby wziąć do ręki książkę i udawać, że szuka kolejnych informacji. Wpatrywała się w jego sylwetkę na balkonie i zastanawiała o czym myśli. Chciałaby móc wejść teraz do jego głowy, cóż, nie była jednak legilimentą, nigdy nie żałowała tego, że nie nauczyła tej sztuki tak bardzo jak w tej chwili.

Ziewnęła akurat w momencie, w którym wszedł do środka. Zakryła usta dłonią, żeby nie pokazywać zawartości swojej paszczy. - Mhm, pokazuj, jestem gotowa. - Dobrze by było wiedzić na co się pisała.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#19
26.09.2024, 18:55  ✶  
- Może nie powinienem ci tego mówić, żebyś nie czuła się zbyt pewnie, ale nie podnoszę ręki na kobiety. Masz tę przewagę - zapewnił zgodnie z faktycznym stanem rzeczy.
Macocha wytargałaby go za uszy, gdyby spróbował zrobić coś takiego. Wpoiła mu jasne, niepodważalne zasady. Jedne z nielicznych, które respektował - warto dodać. Nie korzystał z przewagi fizycznej, jaką mógłby mieć w konfrontacji z płcią przeciwną.
Nie wątpił, że gdyby musiał walczyć z Geraldine byliby na podobnym poziomie. Ona była zwinna i giętka jak łowczyni. On mimo choroby miał siłę tura leśnego, bo starał się dbać o sprawność fizyczną. Dużo to od niego wymagało, ale mógł się pochwalić większą wytrzymałością od niejednego całkowicie zdrowego człowieka (głównie przez to jak był uparty).
Nie miał trudności ze słownymi potyczkami. Oboje udowodnili w przeszłości, że nie mają z tym najmniejszego problemu. Był w stanie być tak samo okrutny w stosunku do kobiety, mężczyzny czy dziecka. Nie często wybierał prawdziwą paskudność. Zazwyczaj ograniczał się do inwektyw i pyskówek.
Fizycznie? Nie planował o tym myśleć (a najprawdopodobniej to doprowadziło do dalszych wypowiedzianych dwuznaczności) ale dałby jej co najwyżej klapsa w pośladek w sypialni. Nie był takim brutalem. Ostrzegał ją przed swoim trudnym charakterem. Nie przed pięściami, bo tych używał na równych sobie. Jeśli miałby jej wylać mleko na głowę niczym dzieciuch w Hogwarcie to raczej prosto z butelki, ale nie z butelką.
Tak czy siak teraz grała mu na emocjach bardziej niż by to dopuszczał, ale to on zaczął tę grę. Nie był do końca pewien jak powinien postępować. Tak właściwie to jeszcze nigdy nie czuł, że porusza się po grząskim gruncie albo karty na jego ręce są tak słabe, że jedyną opcją był blef.
- Wiesz, co mówią - zasugerował z czarującym uśmiechem. Blef po raz pierwszy. Mówili, ale to nie było zupełną prawdą. - Rozmawialiśmy o tym kiedyś - mógłby na tym zakończyć, żeby sama przypomniała sobie sytuację i znalazła odpowiedź. - Profesjonalnie zaciągam do łóżka - no przecież był uzdrowicielem.
Parsknął cicho, wzruszył ramionami. Akceptował to, że znowu trochę przesadził, ale powietrze było ciężkie od dymu i podtekstów.
- Jasne. Tak. Tylko pamiętaj, że do tej pory nie widziałem, żebyś celnie strzelała - uprzedził ją.
Jak dotąd było raczej odwrotnie do tego, co mówiła. Nie trafiła do celu. No, chyba że celem była jego noga. A to ustalili za nieprawdę.
- Testujesz mnie, Łowcza? - Potrzebował się upewnić, bo jej słowa brzmiały mocno jak zaczepka.
Jeżeli rzucała mu rękawicę to jak najbardziej mógł ją podnieść. Już sobie wzajemnie udowodnili i to parokrotnie, że nie mieli najmniejszych obiekcji wobec bycia swoimi najbardziej irytującymi, czepliwymi rozmówcami. Gdyby Ambroise się nad tym zastanowił to najpewniej doszedłby do wniosku, że nikt nie dawał mu aż takiego lustra. Być może miał młodszą siostrę, która była jego małym  charakterologicznym klonem. Nie wyszli z tej samej matki, ale podobieństwo było niepodważalne.
Natomiast nigdy wcześniej nie spotkał kogoś, kto poruszałby w nim te konkretne struny i dawał mu jego własne odbicie w taki sposób, że Ambroise tracił grunt pod nogami. Zbijała go z tropu. Teraz niemal z tym nie walczył, ale to nie było w jego stylu. Gdyby miał pełną władzę nad swoimi reakcjami i odczuciami najpewniej znów by się żarli.
Cichutki głosik w głowie, który odezwał się ponownie podczas ich wspólnego pobytu na balkonie wspominał też o tej drugiej możliwości. A skoro dawała mu lustro to czyż to nie byłoby najbardziej narcystyczną rzeczą, jaką mogliby zrobić?
- Nawet mogę ci powiedzieć, którą - oczywiście pił do postrzału.
Jeśliby miał powiedzieć, skąd brała się część jego dolegliwości to stamtąd. Nie mówił Geraldine o fantomowym bólu. Nie chciał, żeby próbowała to też analizować. Był niemal przekonany, że dolegliwość zniknie jak tylko uda im się zdjąć z siebie tę przeklętą klątwę.
Tak. Zgadza się. Nadal twierdził, że to klątwa. O ile łatwiej było tak uważać to tylko on wiedział. Przecież nie siedział w głowie Geraldine. Czasami chciałby poznać jej myśli. Być może byłoby im wtedy łatwiej. Mógłby czuć się przy niej swobodniej (a może nie?) być może bardziej jak on. Mniej jak swój upiór.
Kiedy nachodziły go podstępne myśli, zwykł poświęcać krótką chwilę na to, że być może takie porozumienie przyniosłoby im upragnioną ulgę. Gdyby wiedział, o czym myślała mógłby wiedzieć, jak powinien się zachowywać. Co mógł zrobić. Do czego mógłby się posunąć. Czego tak naprawdę od niego chciała.
Czy miał być jej tymczasowym towarzyszem niedoli, współpracownikiem od czasu do czasu, kompanem w zleceniach, znajomym, przyjacielem? Czy może chodziło o coś, co wystarczyłoby rozwiązać jednym gestem zanim odeszła z balkonu? Czuł na sobie jej spojrzenie. Paliło go, ale może to sobie wyobrażał. Nadinterpretacja nie była mu obca.
Dlatego milczał, bo nie wiedział, co powinien robić. W takim przypadku wybierał nie robienie niczego, bo to nic nie mogło zepsuć. Nie zaoferował jej knuta za myśli. Nie zażartował, że chciałby je poznać.
Wrócił do pomieszczenia, żeby zadać Geraldine neutralne pytanie. Oczekiwał takiej odpowiedzi, toteż pokiwał głową.
Bez słowa wyciągnął rękę w kierunku jednej ze stert książek. Cała była poświęcona właśnie temu: nowemu zajęciu Geraldine. Ambroise nie musiał wiele myśleć o tym, co jej przynieść na pierwszy ogień. Bez namysłu wybrał trzy różne książki i plik odręcznie sporządzonych notatek, po czym wyprostował się.
- Ostrzegałem - przypomniał, kładąc i przesuwając książki po stoliku między biurkiem a krzesłem.
Przy okazji zrzucił na podłogę wszystko, co tam wcześniej leżało. Nie przejmował się takimi durnotami. Miejsce tamtych śmieci i tak było na ziemi, może w koszu, ale go znowu zapełnił.
- Nie wiem czy notatki ci się przydadzą - uściślił odnośnie najbardziej chaotycznego pliku kartek zapisanych zamaszystym pismem.
Nie trudno było po nim zidentyfikować piszącego jako lekarza. Ponadto miewał problemy z drętwiejącymi palcami i choć przyjmował swoje eliksiry to w niektórych miejscach pismo Ambroisa było jeszcze trudniejsze do odczytania. Nie mówił jej o tym. Nie zwykł opowiadać o swoich dolegliwościach, bo nie był ofiarą ani nie potrzebował litości.
Mimo to prawdopodobnie łatwiej miało pójść zrobienie własnych świeżych notatek na podstawie jednej księgi i dwóch słowników. W razie czego już widziała, skąd je wziął. Miał tam tego więcej. Zupełnie, jakby obrobił bibliotekę narodową. Całe szczęście nie musiał się do tego posunąć.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#20
26.09.2024, 20:15  ✶  

Na jej ustach pojawił się uśmiech, całkiem szeroki. - Szkoda, że dopiero teraz mi o tym powiedziałeś. - Gdyby tylko wcześniej posiadała takie informacje, to może irytowałaby go jeszcze bardziej, nie na pewno by tego nie zrobiła. Nie skomentowała tego w typowy dla siebie sposób, że to niesprawiedliwe. Zazwyczaj miała problem z podziałem na płci ze względu na to czym się zajmowała. Mężczyźni traktowali ją lekceważąco, musiała im wiecznie udowadniać swoją wartość, pokazywać, że jest wystarczająca. Zdarzało jej się załatwiać to siłą. Nie ma się co oszukiwać, że przez lata treningów nauczyła się porządnie spuszczać wpierdol, no i miała braci, z nimi też musiała walczyć o swoje, często siłą. Jak na kobietę posiadała jej całkiem sporo. Greengrass mógł być odpowiednim dla niej przeciwnikiem bo był podobnego wzrostu, plus wydawał się mieć całkiem niezłą kondycję (zwróciła parę razy uwagę na zarys jego mięśni, oczywiście zupełnie przypadkowo, bo to nie tak, że się śliniła na jego widok, gdzie tam). Ona sama miała wprawę i w walce wręcz, w szermierce, mogłaby się zmierzyć naprawdę w wielu, różnych dziedzinach. Tyle, że cóż, nie do końca chciała z nim walczyć. Doceniała to, że nie podnosi ręki na kobiety, bo właściwie nie było to, aż takie oczywiste. Wiele nieprzyjemności działo się za zamkniętymi drzwiami nawet u rodzin czystokrwistych, miała tego świadomość. Dobrze, że Ambroise nie należał do tego typu mężczyzn.

- Cóż, zobaczymy, czy jesteś tylko mocny w gębie, czy faktycznie nie brakuje ci profesjonalizmu. - Oczy jej zabłyszczały. Wiedziała do czego zmierza, był uzdrowicielem, zaciąganie do łóżka było częścią jego pracy, a raczej zmuszanie ludzi do tego, by utykali tam na tygodnie, a nawet miesiące. Zresztą miała szansę przekonać się o tym, jak to wtedy wygląda, gdy sama uległa wypadkowi. Teraz było zupełnie inaczej, nie była już ranna, no i nie zamierzała odpuścić.

- Może dlatego, że tylko raz przy tobie strzelałam, do tego w momencie, w którym byłam w nie najlepszej formie? - Było to pytanie z serii retorycznych, przynajmniej dla panny Yaxley. Jak się wkurzy to niedługo zaciągnie go do lasu, żeby mu udowodnić, że jest z niej wspaniały strzelec, byleby tylko po raz kolejny tego nie podważał.

Wzruszyła jedynie ramionami. - Może testuję, a może nie. - Odpowiadały jej te niedopowiedzenia, bo nie musiała mówić jasno co miała na myśli. Mógł każde jej słowo odbierać dwojako, zresztą ona tak samo. Nic tutaj nie było jawne i proste, a ponoć każde z nich ceniło sobie właśnie prostotę. Te gierki wymagały skupienia, rozruszania umysłu. Nawet jej to służyło, bo musiała jeszcze szybciej myśleć, a do tego trafiać celnie w punkty, w które chciała uderzyć, tyle że w pokrętny sposób, aby nic nie było zrozumiałe dosłownie. Pojebana akcja, niezaprzeczalne jednak było to, że całkiem jej się to podobało. Ambroise bowiem okazał się być godnym przeciwnikiem, ba miała czasem nawet wrażenie, że byłby ją w stanie pokonać w tych słownych potyczkach.

- Kurwa, nigdy nie dasz mi zapomnieć o tym, że cię w nią trafiłam, co? - Ciągle wracali do tego, że go zraniła. Przeprosiła już za to i nie wydawało jej się, aby wymagało to jeszcze jakiegoś komentarza, naprawdę nie chciała tego zrobić, samo się kliknęło i nie trafiło. No, czasem tak bywa. Nawet najwspanialszym łowcom czasem zdarzają się takie sytuacje. Nie zmieniało to faktu, że nadal uważała się za wybitną łuczniczkę, czy tam kuszniczkę (nie mylić z koszatniczką).

W fotelu czuła się zdecydowanie bezpieczniej. Zachowywali dystans, dzięki czemu nie paliło jej w środku tak mocno, jak wtedy kiedy znajdowała się tuż obok niego. Mogła skupić się na czymś innym, niż myśleniu o tym, jak bardzo chciałaby go dotknąć, oraz tym, że nie może tego zrobić. Nie musiała kalkulować w głowie wszystkich za i przeciw. To nie tak jednak, że te myśli nie wracały co jakiś czas, kiedy znajdował się nieco dalej, nadal ją nawiedzały, ale nie tak intensywnie, no i przede wszystkim nie musiała się przejmować się tym, że przypadkowo zdecyduje się wykonać jakiś gest, czy ruch. Fotel był jej bezpieczną przystanią w tym pomieszczeniu.

Ostrzegał, ale się tym niespecjalnie przejęła, to nie mogło być aż takie straszne, czyż nie? Na pewno sobie z niej żartował. Zresztą póki co nawet nie miała pojęcia, w jaki sposób zacząć tę naukę, Ambroise jednak chyba już miał jakiś pomysł. Bardzo dobrze, bo sama by na pewno nie wiedziała, która książka ma pójść na pierwszy ogień. - Uroczo. - Skomentowała jeszcze przedmioty, które strącił na ziemię. Najwyraźniej niczym się nie przejmował, nie spodziewała się jednak, że aż tak bardzo, bo przecież żył w tym mieszkaniu, które faktycznie coraz bardziej zaczynało przypominać jaskinię.

Wychyliła się nieco z pozycji siedzącej, bo nie chciało jej się wstawać, udało jej się przesunąć w swoją stronę księgi bez większego problemu.

Pierwszym po co sięgnęła były właśnie te notatki, o których wspomniał, że nie wie, czy się jej do czegoś przydadzą. Rzuciła na nie okiem i próbowała przeczytać chociaż jedno zdanie, nie musiała długo zwlekać z odpowiedzią. - Nie przydadzą się, nie jestem w stanie tego odczytać, nie spodziewałam się, że to prawda, to co mówią o tym, jak piszą lekarze. - Te wszystkie żarty o niewyraźnym piśmie, szlaczkach, nie łykała tego, jak widać na załączonym obrazku była w tym jednak odrobina prawdy.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (19975), Geraldine Greengrass-Yaxley (17841)


Strony (5): « Wstecz 1 2 3 4 5 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa