• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 … 16 Dalej »
[Litha 1966] The summer night is like a perfection of thought | Geraldine & Ambroise

[Litha 1966] The summer night is like a perfection of thought | Geraldine & Ambroise
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#11
10.10.2024, 14:55  ✶  

- Nie masz innego wyjścia, Najdroższy. - Wyczuła lekkie rozczarowanie, ale nie zamierzała mu ulegać. Nie mogła się zgadzać na każdą prośbę, to byłoby zdecydowanie zbyt nudne. No i nie do końca leżało w jej charakterze. Jak na nią i tak dosyć często naginała swoje zdanie po to, żeby sprawić mu przyjemność.

To jednak nie było w jej stylu, wolała go trochę poirytować, nawet jeśli miało się skończyć na jego. Zabawnie wyglądał, kiedy próbował stawiać na swoim. Miała swój temperament, i musiał się z tym pogodzić, bo rzadko kiedy była w stanie nad nim zapanować. Często mówiła zbyt wiele, bez zastanawiania się nad treścią, prowokowała bo taka była jej natura. Nie wydawało jej się jednak jakoś specjalnie przeszkadzać w tej realcji. On również się nie hamował, tacy już byli. Pewnie dzięki temu tak do siebie pasowali, trudno jej byłoby być z kimś uległym, zapewne bardzo szybko by się znudziła taką relacją. Zdecydowanie wolała nieprzywidywalność i te przekomarzanie się między nimi.

Cieszyło ją to, że zauważył, że to posunięcie było zdecydowanie zbyt niskie. Dobrze, że zdał sobie z tego sprawę dosyć szybko. Jasne - mogła przyjąć wyzwanie, tyle, że ono nie miało żadnego sensu.

Nie wydawało jej się to być potrzebne. Nie miała pojęcia, czy kiedykolwiek brakowało mu matki, nie rozmawiali nigdy szczególnie na ten temat, ale to chyba nie był odpowiedni moment, aby szukać z nią kontaktu. Pokazała mu, gdzie go ma już dawno temu, więc lepiej było to zostawić za sobą. Zresztą akurat ona sama nie do końca radziła sobie z relacją matka - dziecko, więc nieszczególnie wydawało jej się, że powinna mu cokolwiek sugerować, z tym nie mogła mu pomóc.

- Nie mogę się nie zgodzić. - Tak, też za nimi nie przepadała, chociaż w jej wypadku to wilkołactwo jeszcze bardziej wzbudzało jej niechęć. Yaxleyówna raczej nie miała problemu z akceptacją większości rodzin czystokrwistych, miała znajomych w wielu z nich. Były oczywiście wśród nich takie, z którymi utrzymywała cieplejsze relacje, jednak niewiele rodzin do nich należało. Z Longbottomami była kiedyś na wakacjach, całkiem miło to wspominała. Jej ojciec stał się popularny, gdy objął ciepłą posadkę w ministerstwie, wtedy nagle wszyscy zaczęli mu włazić w tyłek. Na szczęście Gerardem nie tak łatwo było manipulować, więc w sumie trzymał ich nadal na dystans i skupiał się przede wszystkim na swojej rodzinie.

Uśmiechnęła się, kiedy nazwał ją kochaniem, pewnie nawet tego nie zauważył, ale dla niej wiele to znaczyło. - Nie wiem dlaczego typom zawsze jest łatwiej. Też byłam gwiazdą drużyny, ale nas dwóch nie lubiano, pewnie przez to, że byłyśmy dziewczynami. Faceci nam zazdrościli, a laski myślały, że sypiamy z naszymi kumplami. - Pamiętała, że wtedy z Mills dosyć często wdawały się w bójki, bardzo często z członkami innych drużyn. Miały tendencje do obracania się wśród dziwnych ludzi, przez co często kończyly z obitymi mordami, a ponoć dziewczynkom nie wypadało... Tak. Spędziła sporo czasu po lekcjach sprzątając najróżniejsze zakamarki Hogwartu.

Zupełnie nie przeszkadzało jej to, że w przeszłości korzystał z tych profitów, aby zaliczyć, jak najwięcej dziewczyn, to było chyba typowe zachowanie u większości chłopaków. Jak w ogóle mogłaby mieć pretensje o to, co robił w przeszłości, sama nigdy nie była święta i nie zamierzała nigdy za to przepraszać. Młodość rządziła się swoimi prawami, czy coś.

- Kto by się spodziewał, że tak racjonalnie do tego podchodziłeś, nie wszyscy tak robili. - Dobrze było wiedzieć, że unikał młodszych dziewcząt. Sama pamiętała, że kiedyś naprzykrzał jej się jeden z typów kilka roczników wyżej i musiała mu pokazać bardzo dosłownie, że nie interesują ją takie zabawy. Od zawsze była nieco wyrośnięta i niektórzy chyba nie zdawali sobie sprawy ile faktycznie ma lat, co bywało dosyć mocno problematyczne, może też dzięki temu bardzo szybko nauczyła się bronić przed większymi i starszymi od siebie.

- Uwierz mi w szkole byłam uznawana za dzikusa, na pewno byś nie zwrócił na mnie uwagi. - Miała świadomość, jaka opinia krążyła o niej wśród uczniów Hogwartu, szczególnie kiedy pojawiała się w pakiecie z Millie, która była drugą wariatką. Często prowokowały uczniów i pakowały się w bójki, nie były tymi dziewczętami, za którymi chłopcy mieli w zwyczaju się odwracać, szczególnie gdy zaczęły grać w quidditcha, dlatego też trzymały się głównie z chłopakami z drużyny, co było całkiem dobrym rozwiązaniem. Traktowali je bowiem jako najlepszych kumpli. No i były nietykalne, bo nikt nie chciał z nimi zadzierać.

- Czy ja wiem, czy tak ciężko... - Odparła z rozbawieniem, bo przecież nie robiła nic nietypowego. Była sobą, a jakoś udało jej się wpasować w ten jego typ. To było dla niej coś niesamowitego, nie sądziła wcześniej, że takie dopasowanie jest możliwe i to bez praktycznie żadnych sztuczek.

- Zdejmiesz ją przecież, tylko musimy odegrać swoją rolę w tym przedstawieniu. - Mógł być tego pewien, to stanie się prędzej, czy później, w zależności od tego ile czasu zejdzie im na to, aby się tu odpowiednio zaprezentować. Miała wrażenie, że szło im całkiem nieźle, przy okazji nawet dobrze się bawiła. Nie było tak źle, jak się spodziewała.

Westchnęła cicho, gdy poczuła ciepło jego dłoni na swoim kręgosłupie. Nie powinien tego robić, wystarczyła chwila, żeby zapragnęła czegoś więcej, a przecież mieli się zachowywać, to zdecydowanie nie był dobry pomysł.

- Nie testuj mojej cierpliwości Roise, bo nie ręczę za siebie. - Powiedziała cicho, odwracając jedynie głowę w jego stronę, mogłaby się odsunąć i przerwać to co właśnie robił, ale najwyraźniej nie chciała, żeby przestawał. Nikt nie powinien zauważyć tego gestu, a był całkiem przyjemny.

- To się zdarza. - Rzuciła jeszcze spoglądając na Bonesa. Nie potrafiła może zrozumieć tego, co ich łączyło, ale najwyraźniej było to dosyć silne, skoro nie potrafili bez siebie żyć, mimo, że nieraz widziała też, że potrafili się bardzo mocno kłócić. Może lubili takie życie, kto ich tam wiedział...

- Nie są szczególnie szkodliwi, ale jeden z nich bardzo mocno chciał mi zademonstrować swoją poezję, a ja cóż, nie jestem specjalną fanką poezji. Musiałam się chować przed nim w krzakach, bo nie chciałam go znokautować przy wszystkich. - To nie byłoby mile widziane w tych kręgach towarzyskich. - Nawet nie wiesz, jakie to żałosne spędzać Beltane pod krzakiem modląc się do Matki, żeby nikt cię nie widział. - Szczególnie pośród par, które wydawały się być bardzo zajęte sobą, obawiała się, że mogłaby być wzięta za podglądacza.

- Tak, Pettigrew, ale mu się akurat należy. - Wydawała się nie mieć ku temu żadnych wątpliwości.

- Skoro tak mówisz, to pozostaje mi wierzyć w tę twoją pewność. - Nie zauważyła od razu tej jego chwilowej zmiany nastroju, akurat skupiła się na ognisku, które znajdowało się niedaleko i płomieniach, które wydawały się tańczyć w rytm muzyki, to było niesamowite. Przeniosła jednak wzrok na Ambroisa i zauważyła, że się w kogoś wpatrywał, przesunęła wzrok w stronę mężczyzn. - Kto to i dlaczego zabijasz go wzrokiem? - Jak zawsze lubiła wiedzieć, co się dzieje, zadawanie pytań wydawało jej się odpowiedniejsze od domysłów. Ścisnęła mocniej dłoń mężczyzny, żeby pamiętał, że jak coś jest tuż obok niego.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#12
10.10.2024, 16:46  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.10.2024, 18:40 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Klasnął językiem o podniebienie, po czym od razu wyraziście pokręcił głową, rozchylając usta i mówiąc to, czego mogła się od początku spodziewać:
- Wiesz, że nie lubię być stawiany pod ścianą, panienko Yaxley - w teorii mówił lekko i żartobliwie, ale w praktyce w żadnym wypadku nie kłamał, wręcz żartobliwie ostrzegał ją przed konsekwencjami zbyt ochoczych prób wciśnięcia go pod pantofel.
Co prawda nie sądził, aby Geraldine to planowała, ale nie wahał się przed powtarzaniem, że nic nie musi, nic nie powinien, zawsze ma inne wyjście, tylko czasami mniej kulturalne i wygodne. Byli partnerami, traktował ją jak równą sobie i z tego względu pozwalał jej na wiele więcej niż komukolwiek innemu. Czy to wcześniej, czy to w dalszym ciągu. Miała na niego dużo większy wpływ niż prawdopodobnie sobie uświadamiała, ale to nie znaczyło, że zamierzał dać sobie założyć kaganiec i skrócić łańcuch, na którego dobrowolne przypięcie się zdecydował.
Potrzebował mieć upragnioną swobodę. Dokładnie tak jak ona. Wolność w całkowitym znaczeniu tego słowa już go aż tak nie interesowała. Wybierał oddanie części kontroli w ręce kogoś, kogo z dnia na dzień zaczynał darzyć coraz głębszym uczuciem. Złagodniał mimo woli, stał się bardziej skory do kompromisów, bez problemu się ustatkował. To było wystarczająco. We własnych oczach i tak zmieniła go w kogoś, kim nigdy nie planował być.
Czuł się z tym zadziwiająco dobrze. Nie musiał wracać w puste ściany, spędzać godzin na zabijaniu czasu między szpitalem a miastem i przypadkowymi miejscami. U jej boku sypiał lepiej i spokojniej, a gdy już zdarzały mu się te bezsenne noce to przynajmniej miał kogo obdarzać łagodnym spojrzeniem, gdy siedział w fotelu niedaleko łóżka czytając książkę lub zajmując się przebieraniem zebranych roślin przy biurku. Był szczęśliwszy niż kiedykolwiek wcześniej, to było nie do podważenia. Mimo to dobrze wiedział, że powinni ostrożnie badać wzajemne granice i niektórych po prostu starać się nie przekraczać.
Mieli to szczęście, że odnajdowali porozumienie nawet w chwilach zupełnej ciszy. Ba. Gdy się odzywali, otwarcie nie przepadali za tymi samymi ludźmi, co było trochę zabawne. Natomiast to wciąż było delikatne i nie chciał przekonywać się jak kruche. Chciał to wzmacniać. Taki miał zamiar.
- Niestety nie mogę służyć wyjaśnieniem - odpowiedział, tym bardziej, że nigdy nie zastanawiał się nad perspektywą, o której mu mówiła Geraldine. - Nie to, żebym nigdy nie dostał od zazdrosnego przyjaciela jakiejś dziewczyny. Szczególnie w Hogwarcie, ale później też. Nie powiem, że nie, ale tak... ...chyba nigdy nie było jakoś przesadnie trudno - wzruszył ramionami, bo czemu miałby ukrywać coś tak trywialnego i nie mającego teraz wpływu na nic?
Przeszłość była za nimi. Obecnie wszystko się wyklarowało, było bardzo stabilne i nie wymagało zatajania jakichś mało znaczących wydarzeń. Nie mieli sobie wzajemnie z przyjemnością opowiadać o wszystkich potencjalnych niewygodnych kwestiach. Bez przesady, ale teraz był tu z nią, ona z nim. To miało znaczenie.
- Sama mi mówiłaś, że jestem dobrą partią - zauważył z satysfakcją znów nawiązując do tego, o czym poprzysiągł nie zapominać. - Poza tym w Quidditcha nie grają tylko karki, kobieciarze i bezmózgi. Od czasu do czasu zdarza się ktoś, kto wykorzystuje procesy myślowe do czegoś poza machaniem pałką i machaniem pałką - skwitował znacząco. - Nie zmieniłbym ścieżki kariery zawodowej, gdybym nie podchodził racjonalnie do obmacywania znacznie młodszych czarownic... ...zanim nie skończą przynajmniej tych dwudziestu trzech lat - zasugerował, unosząc kącik ust.
W końcu na to mogło wyglądać, skoro zaczęli się do siebie bardziej zbliżać właśnie po tamtej konkretnej dacie i pamiętnych urodzinach, kiedy (teraz to było już żenująco jasne) strzeliła na niego focha, bo nie rozumiał sugestii, że mogą spędzić wieczór na ogniskach takich jak te. W sposób niemal taki sam jak ten. Tylko znacznie, znacznie szybciej i bez zbędnych miesięcy wypełnionych sugestiami i grą w podchody. No cóż. Nie zawsze błyszczał pod tym względem, czasami był nierozsądnie rozsądny - nie mówił, że nie.
- Wiesz, że lubię wyzwania - odmruknął z ręką błądzącą po jej plecach i błyskiem w zielonych oczach odbijających światła ognisk. - Lubię twoją dzikość. Tak się składa, że ten temperament najwidoczniej jest całkiem przyciągający - stwierdził znacząco, po czym nachylił się ku niej jeszcze bardziej, żeby bez słowa poprawić chabrowy wianek na miękkich włosach, wykorzystując to jako pretekst (dla otoczenia, rzecz jasna, bo przy niej nie musiał się do tego posuwać), żeby niemalże złączyć ich usta. - Ciężko - zaprzeczył tym samym usłyszanym słowom, odsuwając się bez pocałunku.
To była jego część odpowiedzi na to, że musieli wrócić wpierw do domu, żeby pozwoliła mu pomóc sobie z sukienką, która mogłaby wyglądać naprawdę dobrze na leśnym poszyciu. Może nawet lepiej niż na drewnianej podłodze.
Zgadza się. Testował jej cierpliwość. Swoją przy okazji również, kwitując to cichym parsknięciem, ale grzecznie zabierając dłonie z jej skóry. Nie przez to, że go upominała. Przez to, że było jeszcze zbyt wcześnie, aby jawnie przekraczać granice. Wieczór był zbyt młody, nawet jeśli części czarodziejów ani odrobinę to nie przeszkadzało.
- Wobec tego cieszmy się, że raczej już nigdy nie będziesz zmuszona do tego, żeby kryć się przed poezją - rzucił rozbawiony.
No cóż. To było całkiem zabawne, choć z pewnością w tamtym momencie Geraldine wydawało się inaczej. Nic dziwnego, że ostatecznie trafiła na kogoś, kto nie mógł mieć mniej wspólnego z poezją. Słowa w żadnym razie nie były mocną stroną Greengrassa. To nie miało ulec znaczącej zmianie, nawet jeśli próbował być trochę bardziej wylewny. Raczej jak dziurawa rynna kilka minut po deszczu niżeli wartki górski potok.
W gniewie zazwyczaj przychodziło mu to paradoksalnie łatwiej, choć bywały również chwile takie jak ta, kiedy robił się zimny, sztywny i wrogi. Właśnie tak jak teraz, kiedy dopiero pytania Geraldine uświadomiły mu jak zapewne to wygląda z zewnątrz.
- Po prostu - zaczął cicho przez niemalże zbyt mocno zaciskane wargi, ważąc przy tym każde kolejne słowo i kątem oka nadal wpatrując się w grupkę - cokolwiek robisz, o czym mi nie mówisz - nic jej nie zarzucał, było to jasne, ale jednocześnie tak naprawdę pierwszy raz nawiązał do tego na głos - postaraj się trzymać od tych ludzi jak najdalej, dobrze? Swoich gorzej urodzonych przyjaciół i znajomych również - uprzedź, zdecydowanie nie chciał zagłębiać się w ten temat, szczególnie nie teraz, ale pewne rzeczy należało jednoznacznie zaznaczyć przy pierwszej adekwatnej okazji.
Nie miał do tej pory okoliczności, aby poznać grono znajomych Yaxleyówny. Nie przeszkadzało mu to w żadnym stopniu, a wręcz raczej się do tego nie kwapił, więc nie zamierzał pytać o ich dostępność. Mimo to miał świadomość, że choć była równie neutralna, co on to jednocześnie z ich dwójki raczej wypadała na tą bardziej tolerancyjną, mniej zakorzenioną w konserwatywnych poglądach odnośnie czystości krwi. Teoretycznie nie obchodziło go to, z kim się zadawała, dopóki mieli wobec siebie klarowne plany i byli szczęśliwi.
Ambroise nie miał zamiaru wchodzić z butami w jej bliskie wieloletnie znajomości, natomiast jeśli mógł mieć jakiekolwiek prawo do wypowiadania się w temacie kontaktów biznesowych to właśnie w tym momencie je sobie nadał i był w tym jawnie nieprzejednany. To nie byli ludzie, z którymi należało dobijać jakichkolwiek targów, nawet tych najbardziej z pozoru korzystnych.
Greengrass mógł mieć o tym całkiem dużo do powiedzenia - to było wyrysowane w całej jego postawie: w zaciętym spojrzeniu, sztywności ciała, nacisku dłoni na rękę Geraldine, który mimowolnie znów zwiększył, wykrzywionych ustach, a gdy oddychał - sposobie, w jaki unosił górną wargę, ukazując zaciśnięte zęby.
- Jestem przy nich liberalną małą hipiską - skwitował z czymś na kształt wisielczego uśmiechu nie angażującego oczu, przerywając tę niechcianą interakcję i bez słowa pociągając Geraldine w przeciwnym kierunku.
Tym razem zdecydowanie, żeby jak najszybciej odejść w stronę, gdzie pobliska rzeka łączyła się z jeziorem, gdzie przygotowano namioty z różnorodnością atrakcji. Spróbował się przy tym rozluźnić, po kilku chwilach zatrzymując się, żeby posłać Yaxleyównie już łagodniejsze spojrzenie. Może nawet nieznacznie przepraszające, choć przecież kajanie się nie było dla niego niczym zbyt naturalnym.
- Mają wróżbitę - zauważył lżej, kiwając głową w stronę jednego z malutkich, kolorowych namiotów - jeszcze go tu nie widziałem. Masz chęć zobaczyć, co nam szykuje los? - Spytał z lekkim uśmiechem, ewidentnie całkiem zaciekawiony tą możliwością.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#13
10.10.2024, 19:54  ✶  

- Wiem, wiem. - To nie było dla niej nic nowego, żadne z nich za tym nie przepadało. Zresztą tylko się z nim droczyła, czasem lubiła to robić, aby zobaczyć, jak zareaguje. Oczywiście zachowałaby się w odpowiedni sposób, jednak co sobie pogada to jej, czyż nie?

Nie zamierzała go wsadzić pod pantofel, nie potrzebowała kogoś kim mogłaby manipulować, nie oznaczało to jednak, że nie chciała czasem zobaczyć na co może sobie pozwolić. Lubiła przekraczać granice tylko po to, żeby sprawdzać możliwości. Nie oszukujmy się, miała świadomość, że Ambroise potrafił się jej postawić, właśnie to było w tym najlepsze. Ta iskra, którą widziała w jego oczach, kiedy zaczynała przeginać.

Nigdy nie spodziewała się, że tak łatwo przyjdzie jej dostosowanie się do nowego życia. Jej głównym celem zawsze była całkowita wolność, na wszystkich możliwych płaszczyznach. Nie chciała być od nikogo uzależniona pod żadnym względem. Zabawne, że teraz całkiem pasowało jej to, że ktoś miał na nią wpływ, że gdy podejmowała jakiejkolwiek decyzje, to zastanawiała się, co pomyślałby o tym Ambroise, czy zaakceptowałby jej wybór. To było niby nic, bo i tak robiła swoje, ale zawsze, gdzieś z tyłu głowy miała jego. Wiedziała, że zaczęło jej na nim bardzo mocno zależeć. Nigdy bowiem nie martwiła się niczyim zdaniem, to nie było w jej stylu, nie miała zamiaru podważać słuszności tej zmiany. Tak miało być, może dzięki niemu też nieco dojrzała i przestała być taką egoistką, bo zazwyczaj patrzyła tylko na siebie, a teraz było zdecydowanie inaczej. Myślała o nich, jako o całości, jednym bycie, myślała o wspólnej przyszłości, co dla niej było naprawdę czymś bardzo wyjątkowym. Nie zamierzała tego spierdolić, bo miała świadomość, że mogłoby się to nigdy nie powtórzyć.

Miała dla kogo żyć, to też było dosyć ważne. Dzięki czemu jej decyzje podczas polowań był zdecydowanie dużo bardziej racjonalne, sama świadomość o tym, że ktoś czeka na nią w domu wiele zmieniała. Nie chciała sprawić mu zawodu, co by się nie działo - myślała o tym, że musi wrócić do domu, bo miała do kogo. Zresztą starała się też dbać o niego, próbowała to robić, chociaż nie do końca miała doświadczenie, nadal się tego uczyła, ale na pewno było to zauważalne. Może nie nauczyła się jeszcze gotować (tego raczej nigdy nie udało jej się osiągnąć), ale zaczęła kupować jedzenie dla ich dwójki, a to był już spory sukces, bo wcześniej żywiła się głównie kawą i szlugami, nic więcej nie można było znaleźć w jej mieszkaniu.

- Cóż, pewnie nigdy się nie dowiem jak to właściwie działa. - Świat był w ten sposób stworzony, mężczyźni zazwyczaj mogli więcej, miała tego świadomość. Oczywiście, że próbowała udowodnić wszystkim dookoła, że to nie jest prawda, chociaż wiele ją to kosztowało, ale warto było.

- Przyjeciele nie powinni być zazdrośni. - Bardzo dobrze wiedziała na jakiej zasadzie działał ten typ realcji, w końcu sama kiedyś miała takiego przyjaciela, o którego była cholernie zazdrosna. Na całe szczęście udało im się zakończyć tę przyjaźń, chociaż w sumie nie do końca, bo nadal mogła mu opowiedzieć o wszystkim, dyskutować na wszystkie tematy, tyle, że teraz nie musiała trzymać rąk przy sobie, co zdecydowanie było ogromnym plusem.

- Morgano, ile będziesz do tego wracał. - Nie mogła się nadziwić, że ciągle zaznaczał, że kiedyś mu wspomniała o tym, że jest idealnym kandydatem na kawalera. Chyba nigdy jej tego nie zapomni.

- Wiem, bo przecież sama byłam graczem i nie miałam pałki... - Odparła, jakby to było coś oczywistego. Tak właściwie to jej kumple z drużyny byli całkiem w porządku i nie wszystkich uważała za bezmózgów, nie to co Ślizgonów, bo tutaj miała o nich zdecydowanie inne zdanie. - Och, magiczna granica, to dlatego musiałam tyle czekać. - Uśmiechnęła się do niego, jakby wreszcie do niej dotarło dlaczego tak długo im zajęło zbliżenie do siebie.

Na szczęście udało im się w końcu wszystko wyjaśnić, gdyby zroblili to wcześniej, to zapewne mieliby już dawno za sobą debiut towarzyski, który teraz przechodzili. Mniejsza o to, bo w końcu udało jej się trafić na sabat w odpowiednim towarzystwie, nie zamierzała przejmować się tym, że zajęło im to trochę dłużej niż powinno mimo jej prób sugerowania mu, że powinni to zrobić w ten sposób. Była to przecież po części jej wina, bo też się okropnie miotała i nie potrafiła się wprost określić. Niby byli dorośli, ale nie do końca potrafili sobie radzić z takimi rzeczami.

- Obawiam się, że trochę oszukujesz podczas tego wyzwania, a ja nie jestem w stanie nic z tym zrobić. - Tak, nie potrafiła się opanować, kiedy czuła na swoim ciele jego dotyk i miała tego świadomość. Przegrałaby z kretesem.

Nachylił się nad nią, przymknęła oczy, bo była niemalże pewna, że w końcu ją pocałuje, ale tego nie zrobił. Odetchnęła ciężko, bardzo rozczarowana. Nie zdawał sobie chyba sprawy, co potrafił z nią robić. Po chwili w końcu otworzyła oczy, w których mógł zobaczyć lekką irytację. Nie była zadowolona z tej zabawy.

Tak, nie powinni sobie pozwalać tutaj na zbyt duże spoufalanie, bo mieli przecież pokazać, że są ponad to. Nie spodziewała się jednak, że to będzie takie trudne, szczególnie kiedy nastrój naprawdę zachęcał do zbliżenia się do siebie dużo bardziej. Musiała nieco popracować nad swoją silną wolą, tak - zdecydowanie.

- Nigdy jej nie rozumiałam, zresztą artyści nie byli w kręgu moich zainteresowań. - Raczej w drugą stronę, uważała ich za odklejonych i niepraktycznych, nie potrafiłaby chyba zrozumieć żadnego z nich. Nawet nie zamierzała sprawdzać, czy jej opinia jest prawdziwa, bała się do nich zbliżać, bo byli nieprzewidywalni i gadali głupoty, których nie potrafiła zrozumieć.

Nie sądziła, że będzie się kiedykolwiek wtrącał w jej sprawy zawodowe. Bo to był tylko i wyłącznie jej interes, którym zajmowała się raczej z doskoku. Miała różnych klientów, zdarzały się wśród nich naprawdę okropne mendy, ale to oni chcieli czegoś od niej, nie ona od nich. Była usługodawcą, potrafiła załatwić to, czego nie umiał dostarczać nikt inny. To działało raczej na plus, bo często ci, którzej do niej trafiali byli bardzo zdesperowani i raczej woleli nie palić za sobą mostów, bowiem kto wie, kiedy będą od niej czegoś ponownie potrzebowali. Nie bała się nawiązywać tych relacji biznesowych, wręcz przeciwnie, czuła się bardzo pewnie, kiedy to robiła, bo to oni byli od niej zależni. - Wiesz, że nie mam w zwyczaju szczególnie przyglądać się moim klientom? Przyjmuje zlecenia, realizuje je i znikam. - To nie było nic trudnego. Dlaczego miałaby uprzedzać swoich znajomych? Czy to byli jacyś czarnoksiężnicy? Wspominała Greengrassowi, że ma znajomych o różnym pochodzeniu, więc może o to chodziło. Zupełnie przypadkiem ponownie przeniosła wzrok na tych mężczyzn, aby zapamiętać jak najwięcej szczegółów, skoro miała ich unikac, dobrze było wiedzieć, jak wyglądali. Wcześniej nie przyglądała się im zbyt uważnie.

Yaxleyówna stała się bardzo tolerancyjna, kiedy zaczęła uczęszczać do Hogwartu, tam nauczyła się doceniać ludzi bez względu na ich pochodzenie. Jasne, wiedziała, że tacy jak ona są nieco wyżej w hierarchii, należało im się to, bo przecież od lat pracowali na swój status, ale nie wydawało jej się, aby powinni się do końca zamykać na inne możliwości. Wśród mugolaków przecież też zdarzały się perełki, które mogły sporo wnieść do magicznego świata. Nie wydawało jej się dobre ograniczanie ich.

- Całkiem słodka z ciebie hipiska. - Nie mogła się powstrzymać przy tym przed dotknięciem jego włosów. Przejechała po nich opuszkami palców i uśmiechnęła się do niego uroczo. Wiedziała do czego zmierza, powinna uważać na tamtych mężczyzn, zrozumiała.

Ulotnili się dosyć szybko w zupełnie przeciwnym kierunku. Nie przeszkadzało jej to zupełnie. Znaleźli się przy namiotach, też dosyć mocno obleganych podczas sabatów.

- Uch... - Nie pamiętała, czy wspominała mu już o tym, co myśli o wróżbitach. - Jak dla mnie to ściema. - Nigdy im nie ufała i wydawało jej się, że gadają farmazony i naciągają ludzi. - Co jeśli wywróży nam rychły koniec? - Zdecydowanie wolała nie słuchać takiego gadania, bo jeszcze przypadkiem zacznie wątpić w słuszność ich relacji.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#14
10.10.2024, 21:17  ✶  
Chciał dla nich bezpiecznej, spokojnej przyszłości pełnej świadomości, że należą do siebie, więc wszystko będzie dobrze. Przeszli razem naprawdę sporo. Wiele więcej niż niektórzy tutaj na polanie. Coś, co ich łączyło wydawało się być naprawdę wyjątkowe. Wystarczyło, że oboje włożą chęć w utrzymanie tego, żeby rozrosło się jak zielny ogród. Już teraz miał wrażenie, że jej obecność leczyła go jak magiczne rośliny. Nawet mimo tego, że jednocześnie potrafiła w jednej chwili rozpalić go do czerwoności - czy to z pożądania, czy z gniewu. Całe szczęście raczej z tego pierwszego.
- Oboje dobrze wiemy, że niektórzy przyjaciele są mniej przyjacielscy niż inni - przypomniał w razie, gdyby bardzo szybko zapomniała jak to wyglądało w dobrze im znanym przykładzie.
Jako jej przyjaciel również mógł dać komuś w mordę. Ba, niemalże parokrotnie to zrobił. Szczególnie podczas tego ostatniego wydarzenia, na którym pojawili się jeszcze jako dwie indywidua a które opuścili wspólnie, wyjaśniając część podtekstów i niedopowiedzeń, dzięki czemu mogli sięgnąć po to, czego oboje pragnęli. Tak czy inaczej, kwestionował to, że przyjaciele zawsze mieli śnieżnobiałe intencje. Będąc jednym z nich, raczej nie czuł się zbyt czysto - był zaborczy i terytorialny nawet na długo przed oficjalnym byciem jej. Bez wątpienia to dostrzegała.
- Wiele razy. Kilka miesięcy? Parę lat? Już zawsze? Szczególnie, jeśli będziesz mnie nazywać Morganą - zażartował, bo oczywiście zdawał sobie sprawę z tego, że to był dla niej odpowiednik tego Merlina wplatanego jako wyraz politowania i pobłażliwości.
- Stąd ta biała sukienka - skwitował jeszcze w następnej drobnej przycince, unosząc oba kąciki ust ze swojego wybitnego żartu, który uzupełnił o jednoznaczne. - Będziesz ją miała później. Zapewniam cię - mrugnął jednym okiem.
Tak, czasami nie umiał się przed tym powstrzymać, dając dziewczynie do zrozumienia, że musi ważyć przy nim niektóre słowa, bo on sam może nie jest już w Hogwarcie, ale w dalszym ciągu zdarzało mu się śmiać z twojej starej mającej tak obwisłe cycki, że musi zarzucać je na ramiona, żeby nie wpadały do kociołka z eliksirem albo tak wybitnych porównań seksu i Quidditcha jak to padło obecnie. W szczególnie wyśmienitym humorze bywał dużo bardziej odprężony i wyluzowany.
- Jesteś numerologiczną piątką. To normalne, że z urodzinami też warto było do tego zaczekać - stwierdził, choć wymyślił to raczej na poczekaniu, żeby nie musieć przyznać, że po prostu stresował się możliwością zostania posłanym przez nią tam, gdzie pieprz rośnie - niespecjalnie lubił tak ciepłe rejony.
Prócz tego wzruszył ramionami, żeby dać jej do zrozumienia, że nie powinna dochodzić, skąd wiedział o takim detalu. Zresztą przecież niespecjalnie krył się z tym, że w przeciwieństwie do niej (tak, co nieco usłyszał o jej podejściu do wróżb i zabobonów) raczej podchodził znacznie przychylniej do wróżbiarstwa, analiz liczb i tak dalej. Miał na to całkiem otwarty umysł.
- Nie - zaprzeczył szelmowsko, kontynuując tę delikatną, subtelną pieszczotę, choć w każdej chwili mógł spróbować przestać. - Ja świadomie korzystam z przewag. To co innego - nie sądził, żeby to było oszustwo, że umiał sobie poradzić z rozproszeniem jej uwagi. - Sama robisz to każdego ranka - mruknął, otulając jej szyję ciepłym oddechem.
Te koszulki zakładane na nagie ciało i nic więcej, szczególnie gdy czytała coś wyciągnięta na kanapie z nogami w powietrzu. Kradzione koszule znikające ze swoich miejsc, żeby pojawić się razem z nią wracającą do domu. Bardzo dyskretny kobiecy zapach pozostawiany u niego w mieszkaniu na poduszkach i w pościeli. Przemycona szczotka do włosów, której później nie używała, bo brała tę jego, plącząc ich energię i losy. Wiele małych drobnostek, a to on grał nieczysto?
Skoro tak to ujmowała to odsunął się od niej na pokaz. Nie za daleko, ale reagując cichym urywanym śmiechem na irytację w pociemniałych niebieskich oczach. Była w tym całkiem urocza. Jak dziewczyna, o której pisało się poezję. Całe szczęście nie był poetą i nie miał jej tym męczyć, zmuszając do ucieczki w krzaki. Wolał podziwiać, nie opisywać.
Naprawdę wolałby móc stać z nią w ramionach jak jeszcze chwilę wcześniej zanim weszli na polanę. Zresztą nawet na początku spaceru było naprawdę miło a wieczór jawił się dobrze. Nawet lepiej niż Ambroise przewidywał. Nie sądził, że coś mogłoby im to zepsuć. I oto pojawił się dowód na to, że nigdy nie należy mówić nigdy.
Greengrass poczuł narastającą frustrację.
- To co innego - odezwał się bardziej ostro niż planował. Twardo i dobitnie. - Ja też nie odrzucam okazji bez potrzeby, Geraldine, wiesz o tym tak samo, ale kiedy mówię, że to nie jest dobry pomysł, to nie jest dobry pomysł - nie chciał być apodyktyczny, nie próbował jej kontrolować, nie wtrącał się w sprawunki, które załatwiała, raczej po prostu wygodnie milczał na ten temat.
Oboje mieli swoje interesy w tak zwanych nieciekawych środowiskach. Ambroise był względnie spokojny o to, że umiała tam sobie poradzić. Oczywiście wmieszałby się, gdyby to było niezbędne albo gdyby go o to poprosiła. Dał jej to raczej jasno do zrozumienia. Tak samo jak to, że nie planował ingerować w nielegalne lub półlegalne sprawki, które załatwiała. Szczególnie, że jak do tej pory ona również nie czyniła mu wyrzutów.
Nokturn inne podejrzane miejsca miały być lokacjami, w których nie planują wspólnego debiutu towarzyskiego - a tak przynajmniej założył Greengrass, bo przecież nie rozmawiali na te tematy. Podświadomie założył, że zostawią te tematy w prywatnej sferze, natomiast to nie oznaczało, że miał zamiar tolerować bagatelizowanie tego, co jej mówi.
- Możesz? - Zapytał krótko, posyłając jej bardzo poważne, badawcze spojrzenie, pomimo wyraźnego niezadowolenia z tego, co mu sugerowała.
Dostosowywał swoje życie do tego, co teraz mieli. Znacząco zmniejszył liczbę dodatkowych dyżurów, odbywał mniej wizyt domowych, na Nokturnie i w okolicach nie bywał już tak często jak przedtem, a swoje sprawy starał się załatwiać w najmniej problematyczny sposób. Przez co często kosztowały go znacznie więcej niż mogłoby, ale nie uciekał się już do tylu potencjalnie niebezpiecznych negocjacji, co wcześniej, bo miał do kogo wracać i kogoś, komu nie chciał sprawiać nerwów.
Nie miał zbyt wielu oczekiwań prócz wzajemności związanej z tym, kim dla siebie są. Nie twierdził, że musiała rzucić wszystko, co ryzykowne. Akceptował nawet to, o co na ten moment nie pytał. Dając Yaxleyównie przestrzeń do tego, żeby sama się tym podzieliła w odpowiednim czasie. Mimo to poczuł rozdrażnienie zmieszane z obawą na widok spojrzenia, jakie posłała w kierunku grupy mężczyzn. Może wyłącznie mu się wydawało, ale odebrał to tak, jakby wyłącznie pobudził jej zainteresowanie. A to potraktował jak potwarz.
Dokładnie tak samo jak ten komentarz na jego próbę rozluźnienia atmosfery - o zgrozo, bo sam skwitował to w taki sposób. Nazwał się tą liberalną hipiską, ale w obliczu pierwszej reakcji ze strony Geraldine, nie podobało mu się to, że nie wzięła jego ostrzeżenia na poważnie. Nadal był sztywny i spięty, kiedy dotknęła jego włosów. Nie odwzajemnił uśmiechu. Nie czuł się zapewniony, że przyjęła jego zaniepokojenie i troskę.
Powstrzymał się przed strząsnięciem kobiecej ręki z głowy, ale nie zrobił tego, co normalnie najpewniej by uczynił - nie ujął jej dłoni i nie ucałował palców. Nie pokusił się o kolejny komentarz ani o odpowiedź. Postanowił odciągnąć ją z tego miejsca, próbując odzyskać niedawny dobry humor, ale w dalszym ciągu czuł głównie podminowanie.
Usiłował zrobić coś, żeby przywrócić wewnętrzny spokój. Całkiem ochoczo postarał się znaleźć coś ciekawego, w czym mogliby wziąć razem udział przed późniejszymi zadaniami. Ba, nawet usiłował brzmieć na chętnego, żeby wejść do namiociku i posłuchać tego przypadkowego wróżbity. Co mogłoby się stać? To była tylko zabawa. Niestety, jego partnerka zdecydowanie nie wyrażała podobnego entuzjazmu.
Co gorsza jej słowa zabrzmiały w jego głowie tak, jakby dodatkowo strzeliła go w twarz. Przeniósł na nią spojrzenie, usiłując odczytać jej myśli i intencje.
- Masz wątpliwości? - Odezwał się poważniej niż przed chwilą, kiedy chciał zaciągnąć ją do atrakcji i najpewniej posłuchać kilku całkiem miłych słów o tym, co los miał im podarować.
Natomiast w tym momencie poczuł się znacznie mniej rozbawiony i skory do wygłupów, bo takich rzeczy raczej nie mówiło się komuś, wobec kogo miało się niezmąconą pewność. On ją wobec niej miał, ale ona sugerowała mu coś przeciwnego.
- Chcesz mi coś powiedzieć? - Ścisk znowu zagościł Greengrassowi w gardle, ale tym razem był wywołany czymś gorszym niż widok nielubianych ludzi.
Oto przed chwilą śmiali się i dokazywali a teraz stał się poważniejszy i bardziej ostrożny wobec rozmów, których nie chciał prowadzić.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#15
10.10.2024, 22:28  ✶  

Wcale nie tak łatwo było być z kimś ich pokroju. Miała tego świadomość, wiele razy zdarzało im się spierać, przynajmniej w przeszłości, teraz trochę zeszli z tonu, wiedziała jednak, że prędzej, czy później dojdzie między nimi ponownie do ostrzejszej wymiany zdań. Byli za bardzo przyzwyczajeni do tego, że wszystko szło po ich myśli. Będzie musiał się pojawić moment, w którym każde z nich będzie chciało postawić na swoim.

- Albo bardziej przyjacielscy. - Jak zwał tak zwał. Oni zdawali sobie sprawę z tego, że przyjaźń nie była równa przyjaźni, bez względu na to, że nazywali ją jednym i tym samym słowem. Miała wielu przyjaciół, żaden z nich jednak nie stał się jej tak bliski jak on, nigdy nie spoglądała na nich z takim zainteresowaniem, serce nie biło jej szybciej w ich towarzystwie. Też się o nich troszczyła, jednak to był zupełnie inny rodzaj troski.

Nie przejmowała się tym, z kim jej przyjaciele przychodzili na przyjęcia, w jego przypadku bardzo się tym interesowała, zresztą pamiętała nawet tą dziewuchę z którą pojawił się dwa lata wcześniej na Yule, była wtedy bardzo ciekawa, kim jest dla niego. Ulżyło jej gdy dowiedziała się, że była tylko kuzynką, nie wiedzieć czemu, przecież wtedy się praktycznie nie znali. Jak widać już wtedy okazywała nieco większą ciekawość niż powinna.

Jedyne, co mogła zrobić to przewrócić oczami. Nie miała pojęcia, czy wytrzyma, jeśli będzie do tego wracał zawsze. Zawsze to bardzo długi przedział czasowy. - Pożegnam się więc z Morganą, jeśli to może pomóc. - Zamierzała skorzystać z wszystkich metod, żeby sprawdzić, czy faktycznie zadziałają.

- Potraktuję to jak obietnicę? - Zapytała niepewnie, bo nie do końca wiedziała, co innego może zrobić. Nie spodziewała się po nim tego rodzaju humoru, ale próbowała się dostosować, tak jak to robiła w towarzystwie chłopaków kiedy grali razem w drużynie, tyle, że teraz nie do końca była kumplem, a dziewczyną do której się zwracał. Mniejsza o to, nie ubódł ją jakoś specjalnie ten żart, nie miała [i[kija w tyłku[/i].

- Czy ty sam sobie to wyliczyłeś? Te liczby mają jakieś większe znaczenie? - Wolała o to zapytać, bo to była kolejna z dziedzin, którymi zupełnie się nie interesowała. Nigdy nie fascynowało ją to znaczenie liczb, nie lubiła numerologii i chodziła na nią jak na ścięcie. Nie miała zresztą pojęcia o tym, że Ambroise wykazywał zainteresowanie takimi rzeczami. Cóż, nie wiedziała o nim jeszcze wszystkiego, jak widać.

- Dla mnie to praktycznie to samo. - Grał nieczysto bez względu jak to nazywał. Wiedział, jak reaguje na jego dotyk i to była bardzo, ale to bardzo nieodpowiednia zagrywka.

- Ja to robię zupełnie nieświadomie, w przeciwieństwie do ciebie... - Tak, zamierzała mu udowodnić, że jeśli o to chodzi była bielsza od niego. Może zupełnie niepotrzebnie, bo przecież miała świadomość, że te drobne gesty potrafiły zdziałać cuda. Pojawiła się w jego życiu dosyć znienacka i rozgościła się w nim całkiem szybko. Potrafiła znaleźć sobie miejsce i wykorzystywać bardzo drobne przewagi, chociaż nie miała w tym doświadczenia, przychodziło jej to raczej naturalnie, może siedziało w niej to do tej pory bardzo głęboko, a teraz wreszcie wypłynęło na wierzch.

Nie do końca była zadowolona z takiego obrotu sytuacji, zdecydowanie wolałaby się znajdować bliżej niego, ale wiedziała, że póki co to nie było wskazane, nie miała pojęcia dlaczego jej to zrobił, może chciał zobaczyć, że faktycznie nie potrafi się mu oprzeć? Kto tam wiedział, co mu chodziło po głowie. Musiała być silna. Odsunęła się jeszcze o krok, aby mieć pewność, że dzieli ich odpowiednia odległość. Tak powinno być dobrze, nie będzie jej więcej wodził na pokuszenie, była pewna, że nie potrafiłaby nie zareagować na kolejny gest.

Przystanęła na moment i uniosła głowę, aby spojrzeć mu w oczy. Nie spodziewała się, że tak go zirytuje tym stwierdzeniem. Przecież zdawał sobie sprawę, że współpracowała z różnymi ludźmi, nie oceniała ich, po prostu załatwiała pewne sprawy i znikała, nie spoufalała się z nimi, zazwyczaj nawet praktycznie nie rozmawiała, też ich nie prowokowała. Wiedziała, że to bez sensu i że mogło się skończyć różnie. Nie była głupia.

- Jasne, może zrobisz mi listę osób od których mam się trzymać z daleka? - Powiedziała niezbyt przyjemnym tonem. Wtedy będzie miała pewność do kogo powinna się zbliżać, a do kogo nie. O, wyciągnie ją kiedy znajdzie się na Nokturnie i nim zacznie z kimś współpracę będzie to weryfikować na podstawie rzeczonego karteluszka, ewentualnie odpowie, że przeprasza, ale jej chłopak stwierdził, że niestety nie może dobić targu. Tak, to naprawdę zapowiadało się świetnie.

Nie zdarzyło im się jeszcze rozmawiać o tych szemranych interesach, które prowadzili. Zdawali sobie sprawę o tym, że ta strefa istniała w ich życiach, zdecydowanie wybrali nieodpowiedni moment do dyskusji na ten temat. Bardzo szybko zmienił jej się nastrój, czuła, że próbuje wymusić na niej zmianę. Nie do końca to rozumiała. Jasne, mógł się o nia martwić, ale przecież robiła to od lat, wiedziała, w jaki sposób załatwia się takie interesy, to nie było nic nowego.

- Jeśli ci tak na tym zależy, to mogę. - Powiedziała nieco uniesionym tonem głosu. Jeśli miała to zrobić to tylko i wyłącznie dla niego i chciała, żeby o tym wiedział. Dawna Yaxley nie odmawiała żadnej współpracy, ta aktualna najwyraźniej mogła nieco nagiąć swoje zasady.

Nie miała pojęcia kim byli ci ludzie, nie chciała jednak, żeby niepotrzebnie się na nią złościł, bo przecież nawet ich nie znała. Kłócili się o propozycję współpracy, która mogła nigdy nie mieć miejsca. To było bezsensowne, i to bardzo. Nie miała pojęcia po co to robią.

Nie łatwo było ją wystraszyć, powinien sobie z tego zdawać sprawę. Jeszcze niedawno miała tak, że im coś wydawało się bardziej niebezpieczne, tym chętniej w to wchodziła. Kochała chaos i adrenalinę, ostatnio ograniczyła bardzo mocno swoje wybryki, nie wyjeżdżała na te długie wyprawy, unikała większości niebezpiecznych sytuacji, naprawdę się starała nie dawać mu powodu do niepokoju, ale nie mogła zrezygnować ze wszystkiego, to by ją unieszczęśliwiło.

Nie spodziewała się, że nastrój będzie spadał niczym po równi pochyłej. Najwyraźniej to jednak nie był ich wieczór. Może ostatnio było między nimi zbyt dobrze? Może faktycznie tak nie mogło być.

Westchnęła ciężko. Sięgnęła po papierosa i zapaliła go swoją zapalniczką, szlugi miała schowane pod sukienką, całkiem zgrabne przyklejone do uda przy pomocy drobnego zaklęcia. Miała pewność, że ich nie zgubi. Zaciągnęła się dymem, zrobiło się dość nerwowo, a w ten sposób radziła sobie ze stresem, dopiero kiedy zaciągnęła się kilka razy zaczęła mówić.

- Nie mam żadnych wątpliwości. - Od tego chyba było warto zacząć. Nie widział, że za nim szalała? Po co w ogóle o to pytał. Bała się po prostu tego, co może wyśpiewać im wróżbita, nie chciała słuchac tych dyrdymałów, bo jej zdaniem nie miały żadnego sensu.

- Ten ich cały wróżbita zapewne domyśli się kim jestem, oni zawsze to robią, trudno ukryć, że pochodze od Yaxleyów, wiedzą, czym się zajmujemy. Za każdym razem robią to samo, sugerują, żebym uważała na swoje życie, bo może się szybko zakończyć. - Jej wzrost sugerował z jakiej rodziny pochodzi, nie była w stanie tego ukryć, w końcu jej rodzina nie bez powodu była nazywana najwyższymi czarodziejami w Wielkiej Brytanii. Martwiło ją, że Ambroise jeszcze by się tym przejął i sobie pomyślał, że może nie ma sensu jakoś specjalnie się w to angażować i postanowi jednak zająć się sobą, bo ona może nie dożyć do kolejnego sabatu.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#16
10.10.2024, 23:43  ✶  
- To jest ten paradoks przyjaźni: przez bycie przyjacielskim zyskujesz przyjaciół, ale przez bycie za bardzo przyjacielskim ich tracisz, ale jednocześnie wciąż możesz być pozytywnie niezbyt przyjacielskim nieprzyjacielem i wyjść na tym bardzo dobrze - błysnęły mu oczy a zęby zabieliły się w uśmiechu.
Możliwe, że to brzmiało skomplikowanie, ale w perfekcyjny sposób opisywało tę ich złożoną nieprzyjaźń, na której rozwój przeznaczyli wiele miesięcy, żeby z satysfakcją nie być przyjaciółmi. Choć czasami wciąż czuł się w pewnym sensie przyjacielem Yaxleyówny. Mogli ze sobą w ten sposób rozmawiać - w dalszym ciągu się to nie zmieniło. Po prostu wcześniej lub później zrzucali przy tym ubrania.
- Bo to jest obietnica. Szczególnie, jeśli zrezygnujesz z tej Morgany - przytaknął, ochoczo kiwając głową.
Może był trochę zbyt mało poetycki w tej drobnej pałkarskiej sugestii, ale ten wieczór sprzyjał rozprężeniu. W dymie ognisk kryła się jakaś zapowiedź fascynującego wieczoru. Ciężki zapach mieszanki płonącego drewna, ziół i słodkich ciast z zamkniętym wewnątrz nadzieniem z pobliskiego stołu wypełniał nozdrza, choć to zapach skóry Geraldine i jej włosów doprowadzał go teraz do fal gorąca, które najpewniej całe by go ogarnęły, gdyby mogli sobie na to pozwolić i zniknąć już z tego miejsca.
- Mhm - odmruknął bez skupienia. Ani krzty zastanowienia. - Lubię takie rzeczy. Spytaj mnie o nie kiedy indziej - prawdopodobnie machnąłby ręką, gdyby nie miał znacznie lepszego zajęcia dla dłoni i nienasyconego spojrzenia, którym nadal ją obdarzał, kiedy już odsunęli się od siebie.
Zresztą nie na długo. Moment później instynktownie dorównał przesadnie zrobiony przez nią krok, gubiąc ten niepotrzebny dystans.
- Nie wiem czy powinnaś się chwalić, że nieświadomie wodzisz mnie na pokuszenie - skomentował miękko, kręcąc głową. - Szczególnie, że nie wierzę w te zapewnienia. Wiem, że jesteś świadoma tego, co potrafisz wywołać - stwierdził.
Nawet bardzo nieświadoma i niepewna osoba zyskałaby nowy punkt widzenia po tych ostatnich tygodniach wypełnionych wzajemnym poznawaniem siebie nawzajem na naprawdę różne sposoby. Średnio uświadomiona kobieta musiałaby zaktualizować posiadaną wiedzę, aby móc w taki sposób korzystać z doświadczenia, zachowując się przy tym w tak niewymuszony, że aż całkowicie celowy sposób. Wytykał Geraldine smocze łajno - wiedziała, że jest urodzoną kusicielką.
Kwestią pozostawało to, na ile była świadoma tego, jak bardzo go sobie owinęła wokół palca. Jak mocno Ambroise przyzwyczaił się do jej obecności, nie chcąc wiele więcej od tego aspektu życia. Układało im się na tej płaszczyźnie. Wreszcie mogli mieć namiastkę domu nie tylko w postaci nadmorskiej chatki. Na polu zawodowym również osiągał sukcesy. Trochę przystopował z promowaniem się do awansu, ale był zadowolony z kariery. Wszystko było niemal idealnie.
Rzecz jasna, że musiało się spierdzielić w kilku słowach podczas ich pierwszego prawdziwego wspólnego debiutu jako para.
Czy czuł rozgoryczenie i miał wrażenie, że to był jakiś (auto)sabotaż?
Jasne.
Czy z jego strony?
Tego nie dostrzegał. Nie obwiniał o to Geraldine, ale był zły o jej podejście.
- A wtedy będziesz wiedzieć, z kim robić interesy? - Spytał prowokacyjnie z uniesioną brwią, uśmiechając się pod nosem, jednakże w rozgoryczonym wyrazie twarzy. - Ode mnie też radziłem ci trzymać się z daleka i patrz, gdzie jesteśmy - zasugerował w jawnie niepoważny, ironiczny sposób, bo w żadnym razie nie próbował dawać jej do zrozumienia, że mógł tego żałować.
Wręcz przeciwnie. Zajebiście mocno cieszył się, że go nie posłuchała i dzięki temu zostali współpracownikami, przyjaciółmi, kochankami. Bez wątpienia Greengrass chciał, żeby byli także kimś więcej - jeszcze dalej, choć raczej w dłuższej perspektywie. Była dla niego idealna. Nie miał co do tego wątpliwości...
...ale była też idealnie irytująca, gdy robiła to, co w tej chwili. Zachowywała się jak jego damskie odbicie, choć to raczej było poza świadomością Ambroisa. On widział w niej upór, niepokorę, sarkastyczność, palący żar. Chciała żyć swoim dotychczasowym życiem, ale jednocześnie prowadzić też takie z nim. On również tego pragnął, ale jeszcze bardziej chciał, żeby spróbowała zrozumieć jego intencje zamiast czynić mu wyrzuty. O to najwidoczniej nie mógł prosić. Zresztą wcale tego nie robił. On po prostu oczekiwał wysłuchania. Tego też nie zrobiła.
- Zrobisz co zechcesz, nic nie musisz - odburknął patrząc na nią nie jak ktoś, kto się poddał tylko jak ktoś, kto nie chciał dalej dyskutować o czymś tak spornym.
Wbrew pozorom wcale nie chciał się z nią kłócić. Usiłował być zrozumiały, wyjaśnić jej wątpliwości, jeżeli to byłoby potrzebne. Spytała go o tych ludzi, więc wypowiedział się zgodnie z tym, co myślał. W zgodzie ze swoimi przekonaniami. Nie potrafił zamknąć ust w przypadku, w którym chodziło o coś, co było dla niego bardzo istotne. Nie przyznałby tego, ale w wielu momentach istotniejsze od jego własnych interesów i wygód, bo...
...tak, zmieniał się. Wydoroślał wręcz, chcąc wieść trochę spokojniejsze życie u boku kogoś, kto żyłby bezpieczniej. Nie w stu procentach bezpiecznie. Przecież znał różne aspekty życia Geraldine i akceptował je, mimo że mógłby zacząć je kwestionować. Uważał, że to byłaby jednak głupota, ponieważ wiedział na co się pisze. Dlatego nawet w myślach używał zwrotu bezpieczniej w tej formie. Nie robił problemów z niczego, co mogło mu w rzeczywistości nie pasować. Ani razu do tej pory nie odniósł się do jej pracy i wyborów jak do czegoś niewłaściwego.
Miał się za naprawdę cholernie wyrozumiałego faceta i we własnych oczach tylko on wiedział, ile zmian i kompromisów to od niego wymagało. Szczególnie, że miał na wyciągnięcie ręki dowód, dlaczego mógłby niepokoić się o jej życie i prosić ją (tak - na swój skrzywiony sposób bez słowa proszę i pewnie w niewłaściwym tonie) o to, żeby nie robiła głupot, przed którymi ją ostrzegał.
Mógł dotknąć ten dowód ręką, wymacać go pod palcami. Wieczorami i nie tylko zdarzało mu się wodzić po nim ustami czy językiem, pieścić ją i mówić, że to wyłącznie czyniło ją bardziej atrakcyjną, bo wyjątkową. Tyle tylko, że... ...kurwa... ...to wymagało od Ambroisa zapominania o tamtych dniach i godzinach. O tym, ile czasu spędził na niepewności i świadomości, że mógł się starać a i tak znacznej części skutków i konsekwencji nie mógł kontrolować.
Był uzdrowicielem. Cholernie dobrym uzdrowicielem. I już raz leczył swoją kobietę na pograniczu śmierci. Czy tak ciężko było zrozumieć, że nie chciał tego znowu robić? Tym razem nawet nie wiedział czy by mógł. Oczywiście zapewne by próbował, zaparłby się, zrobiłby wszystko, co w jego mocy - zupełnie tak jak wtedy, ale tym razem już mając świadomość; okropne określenie na darzenie kogoś uczuciami, które rozdarłyby mu przy tym serce na drobne kawałki.
Nie myślał o tym tak daleko i szczegółowo, nie chciał być aż tak samoświadomy. Jednakże podświadomość robiła swoje. Tak samo jak chwilę później, kiedy dodatkowo podsunęła mu interpretację niechęci Geraldine. Instynktownie przyjął to konkretne wyjaśnienie, patrząc na dziewczynę bykiem, kiedy zaczęła mówić.
- To są niewi - uciął, bo to jednak nie były niewinne wróżby - rozrywkowe przepowiednie przygotowane z okazji Lithy. Nie zobaczyłabyś ponuraka na dnie filiżanki - nie, ponurak zdecydowanie był tutaj pod postacią Greengrassa niechętnego już do tego, aby dalej próbować ją namówić.
- Co dalej? - Spytał zamiast tego; miało wyjść neutralnie, wyszło wieloznacznie.
Co dalej z ich rozmową? Co dalej z wróżbitą? Co dalej z kompromisami? Co dalej z ludźmi, przed którymi ją ostrzegał? Co dalej z nimi? Co dalej z wątpliwościami, których niby to nie ma, ale on jej w to nie do końca wierzył, bo się zdystansowała?
Oczywiście nie dostrzegał, że on także to zrobił - założył ręce na piersi i stanął sztywno, dołączając z nią do grona sabatowych kłótni między parami zamiast flirtów i zabawy.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#17
11.10.2024, 00:39  ✶  

- Całkiem ciekawa teoria panie specjalisto od przyjaźni i nieprzyjaźni, nie wiedziałam, że jesteś w tym aż taki biegły. - Całkiem gładko mu szło mówienie o tym wszystkim, szczególnie w tej chwili, kiedy moment przyjaźni mieli już dawno za sobą. Widać wyciągał całkiem niezłe wnioski ze zdobytego doświadczenia. Ambroise potrafił ubierać myśli w słowa, kiedy się postarał. To był właśnie jeden z takich razy. Niemalże gwizdnęła z podziwem, kiedy usłyszała tę teorię. Wiedział do czego zmierza, mówił o tym, co ich spotkało. Cóż, aktualnie była bardzo zadowolona z tego, że to nie była zwyczajna przyjaźń, a coś więcej. Pewnie nie dałaby rady się z nim przyjaźnić, gdyby nie potrafił na nią spojrzeć w ten sam sposób, w który ona na niego spoglądała. Na szczęście ten problem ich nie dotyczył, mogli wznieść się na wyższy, jeszcze bliższy etap znajomości, który tak właściwie był zbudowany na całkiem silnych fundamentach. W końcu dzięki temu, że się przyjaźnili, to znali się naprawdę dobrze i wiedzieli o sobie wiele, nie wchodzili w nieznane, wręcz przeciwnie, po prostu do dotychczasowej znajomości dorzucali pewne profity.

- Potrafisz być bardzo przekonujący. - Zdecydowanie, nie mogła mu tego odmówić. Wiedziała, że niewiele potrzebował, aby jadła mu z ręki. Jednak nie potrafiła się oprzeć tym obietnicą, wiedziała, że były warte ich składania i dążenia do tego, aby faktycznie się spełniły. Ambroise nie rzucał słów na wiatr, więc warto było od czasu do czasu dostosować się do niego i jego próśb. Szczególnie, że nagroda mogła być całkiem satysfakcjonująca. Jasne, droczyli się tym jedynie, bo wiedziała, że co by się nie wydarzyło, to i tak skończą w tym samym miejscu - najprawdopodobniej łóżku, a może nawet nie zdążą do niego dotrzeć. Szczególnie, że tutaj bardzo mocno powstrzymywali się od typowych dla siebie nawyków, i starali się trzymać ręce przy sobie, a przynajmniej ona z tym naprawdę mocno walczyła.

- Postaram się o tym nie zapomnieć. - Było spore prawdopodobieństwo, że akurat ten fragment rozmowy nie wryje się jej jakoś specjalnie w pamięć. Cóż, nie oszukujmy się numerologia naprawdę nie należała w szeregu jej zainteresowań. Nie podejrzewała, żeby to się miało szybko zmienić.

Nie udało jej się od niego uciec nawet o krok, bo po chwili znowu znalazł się tuż obok niej. Strasznie utrudniał jej w miarę odpowiednie funkcjonowanie wśród tych wszystkich ludzi. Myślała, że chociaż na chwilę uda się jej przestać myśleć o tym, co będą robić, kiedy wrócą do domu. Cóż, niestety tak się nie stało.

- Ja wcale się nie chwalę. - Postanowiła to sprostować, po prostu próbowała walczyć z jego zarzutami. - Tak, świadomie coraz bardziej owijam sobie ciebie wokół palca, aby móc cię niegodziwie wykorzystywać, zadowolony? - Zmarszczyła nos, kiedy te słowa padły z jej ust. Nie do końca o to jej chodziło, chociaż może faktycznie tak było? Potrafiła go podejść, to prawda, podczas tych dwóch miesięcy nauczyła się do niego docierać poprzez pewne drobne czynności. Dostała potwierdzenie, że to działa i próbowała kolejnych metod. Nie robiła to jednak po to, aby osiągnąć jakiś nie do końca właściwy cel, po prostu wydawało jej się, że właśnie na tym powinno polegać to, co razem tworzyli. Musiała mieć świadomość, że się do niej przywiązał, że mu na niej zależy, bo sama wpadła po uszy i zdecydowanie zależało jej na tym, aby to było z obydwu stron tak samo silne.

- Nie wiem dlaczego podważasz to z kim robię interesy, z tego co się orientuję, ci ludzie przed którymi mnie ostrzegałeś, to byli twoi znajomi, nie moi, więc nie do końca zdaję sobie sprawę gdzie leży problem, Ambroise. - Nie dawała mu póki co ku temu żadnych przesłanek. Odkąd byli razem naprawdę starała się działać najrozsądniej jak tylko potrafiła. Nie zamierzała oczywiście całkowicie porzucić Nokturnu, bo to była spora część jej dodatkowego zarobku, tego o którym nie wiedzieli rodzice z racji na to, że było to bardzo nieoficjalne. Nie mogła sobie pozwolić na porzucenie tej części życia, czy tego chciał, czy nie.

W jej oczach pojawiły się iskry zwiastujące sporą irytację. Sięgnął po bardzo, ale to bardzo nieodpowiedni argument i ją tym okropnie rozdrażnił. - W ten sposób chcesz ze mną rozmawiać? - Naprawdę ją wkurzył, czy faktycznie tego chciał, żeby trzymała się od niego z daleka? Na to chyba było już trochę za późno, jeśli to było to, na czym mu zależało to mógł nie zaczynać się z nią przyjaźnić.

Jej myśli zaczeły krążyć po naprawdę nieprzyjemnych miejscach, aktualnie nie potrafiła sobie wyobrazić swojego życia bez niego, a ten wyskoczył jej z tym tekstem.

- Och jasne, zróbmy te kilka kroków w tył. - Jej zdaniem nie miało to większego sensu, przecież wiedział, że naprawdę starała się dostosowywać swoje wybory do tego, na czym mu zależało. Próbowała mu to pokazać, jak widać to nie do końca działało. - Chcę, żebyś też był zadowolony, tylko nie lubię, kiedy ktoś mi coś narzuca. - Wystarczyło odezwać się do niej nieco innym tonem, nie zabraniać jej wybierania swoich przyszłych klientów, może bardziej mógł zasugerować jej, aby zaczęła weryfikować osoby z którymi miała nawiązywać interesy zamiast wchodzić we wszystko w ciemno? To mogłaby rozważyć, ale nie te śmieszne zakazy. To bardzo, ale to bardzo uderzało w jej ego, poczuła się trochę jak głupiutka dziewczynka, która nie wiedziała co robi. Może i była młoda, ale radziła sobie na Nokturnie od kilku lat, wiedziała, jak wyglądają interesy w tym miejscu, nie musiał jej przed nim ostrzegać.

- Może dla ciebie to są rozrywkowe wróżby. - Zbyt wiele razy słyszała to samo i bała się, że znowu się to powtórzy. Nie chciała, żeby przy tym był, szczególnie po tym, jak zrobił jej wykłada o tym Nokturnie, czy to się nie spinało w idealną całość? Geraldine Yaxley najprawdopoodbniej nie dożyje końca roku - wspaniała wróżba, nie ma co. To nie byłoby nic nowego, tyle, że przez to mógłby znowu zacząć się zastanawiać nad tym, czym się zajmowała. Wiedziała, że nie jest łątwo żyć ze świadomością, że ktoś niemalże codziennie naraża swoje życie, ale wiedział o tym, jak wygląda jej praca. Nie ukrywała tego przed nim, to nie był czas na dyskutowanie o tym, czy podążała słuszną ścieżką.

Pociągnęła ostatnią chmurę dymu, po czym dosyć nerwowo rzuciła niedopałek na ziemię. Przydeptała go od razu swoim ciężkim butem, żeby przypadkiem nie podpalić polany, chociaż czuła, że niedługo może zapłonąć przez jej irytację. Nie spodziewała się, że ten całkiem miły wieczór zamieni się w to.

- Mamy iść szukać tego całego kwiatka. - Taki chyba był plan na ich dalszy wieczór? Właściwie to sama nie wiedziała, nie sądziła, żeby wyjście do lasu było konieczne, bo humor zdecydowanie jej się popsuł, ale obiecała mu przecież, że to zrobią, a zawsze dotrzymywała słowa. Wpatrywała się więc w niego i czekała na decyzję, jeśli nie będzie chciał tam pójść, to zmyje się do domu, nie była pewna, czy będzie miał ochotę pójść tam z nią, co jeszcze bardziej ją irytowało, bo wyobrażała sobie zakończenie tego wieczora i wyglądało ono zupełnie inaczej.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#18
11.10.2024, 01:54  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.10.2024, 02:22 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
No cóż. Uśmiechnął się znacząco spod uniesionych brwi, bo rzeczywiście był niezłym specjalistą w zakresie trudnych przyjaźni. Mimo to jakoś im się udało i nie trzeba było ponownie zagłębiać się w robienie dodatkowych specjalizacji z krążenia wokół siebie w idealnych, niezazębiających się kółkach. Całe szczęście teraz mogli lecieć do siebie jak ćmy do światła. Byleby nie otwartego ognia. Chciał mieć z nią długie, jasne życie.
- Jak bardzo niegodziwie? - Spytał od razu, unosząc kąciki ust i posyłając znaczące spojrzenie.
Chyba mógł z tym żyć.
Przez chwilę naprawdę uważał, że ten wieczór im się udawał. Znacznie bardziej niż przewidywał a w swoich wizjach był całkiem optymistyczny. Mógł wyobrazić sobie to wykorzystywanie, szczególnie wieczorne i jeśli to także miało być zgodne z przypuszczeniami, to odrobina okręcania go sobie wokół palca była do przeżycia.
Za to co nie było?
Ewidentnie wytrącanie go z równowagi i próby zrobienia z niego kogoś, kto nie powinien mieć swojego zdania ani tym bardziej go wypowiadać. Z takim manipulowaniem Greengrass nie zamierzał siedzieć cicho.
- Dobrze wiesz, że to nie są moi znajomi - zacisnął szczękę, bo celowała nisko i to nie w ten zabawny, droczący się z nim sposób, który mógłby tolerować a nawet lubić. - Podważam. Zgadza się. Mam do tego prawo, nie zauważyłaś? Sama mi je wręczyłaś. Jestem za ciebie odpowiedzialny. Chcesz czy nie - oznajmił wprost, szczególnie że już nawet odbył o tym nie jedną a dwie odrębne rozmowy z ludźmi niebędącymi Geraldine i tam również dał swoje słowo.
A on nigdy nie rzucał słów na wiatr. Zgadza się - wiedział, że Yaxleyówna jest sobie w stanie radzić sama. Niemalże bezbłędnie, skoro tyle przeżyła i nadal była w stanie ciskać w niego gromy spojrzeniem. Mimo to przyjął na siebie część odpowiedzialności, bo to było nieodzownym elementem i warunkiem bycia czyjąś drugą połówką. Być może nigdy wcześniej nie był zaangażowany w coś takiego, ale miał jasne przekonania odnośnie własnych obowiązków.
Nie. Nie jej ograniczeń. Nie chciał i nie próbował ograniczać Geraldine. Nie posunąłby się do tego, bo wiedział, że to nie miałoby dobrych konsekwencji. Albo by ich zniszczyło, albo zabiłoby jej płomień, który wolał wyzwalać i podsycać, nie tłumić i gasić. Tym samym patrzył na to w kontekście własnej odpowiedzialności za to, żeby być dla niej kimś równorzędnym. Kimś, na kim może polegać i kto spróbuje ochronić ją przed zrobieniem czegoś, co mogło być dla niej fatalne w skutkach.
Wolał znosić jej wściekłość aniżeli później widzieć ją rozpadniętą na drobne kawałki. Nie chciał być przez nią oceniany i wciskany w rolę kogoś, kim nigdy nie był i nie miał zamiaru być - nie chciał jej zamykać w złotej klatce. Jedynie zainterweniować tam, gdzie miał pewność, że to konieczne.
- Nie, nie chcę. Nie dajesz mi wyboru - wiedział, że dolewa oliwy do ognia, który zaraz może zapłonąć wyżej niż najwyższe ogniska na polanie - czyli w dwóch słowach: cholernie wysoko.
Nie uważał też, żeby wina leżała wyłącznie po stronie Geraldine. Nie była również jego. Nie czuł się winny, skoro próbował ją chronić i nie powiedział nic złego. Wolał uznać neutralność przewinienia. Przynajmniej jeszcze w tym momencie. Na siebie tego nie brał. Nie mógł być nieszczery ani z nią, ani z samym sobą - nie będzie przepraszać za coś, czego nie czuje.
- No ja na pewno nie będę stać w miejscu i patrzeć jak dzieją się jakieś rzeczy, których mogliśmy uniknąć - zrewanżował się tym jakże pięknym i poetyckim (lubiła poetów, nie?) porównaniem. - A ja nie lubię, kiedy coś mi się zarzuca - zripostował dodatkowo, nie dodając już, że jemu również od dawna zależało na tym, żeby była szczęśliwa i zadowolona.
To powinno być logiczne. W innym wypadku nie skomentowałby potencjalnego zagrożenia, nie dałby jej do zrozumienia, że toleruje wszystkie jej szemrane sprawki a w zamian prosi ją wyłącznie o to jedno - trzymanie się z daleka od takich elementów. Był zły, bo nigdy nie dał jej do zrozumienia, że w nią nie wierzy (no, może ze dwa czy trzy razy w ostrej wymianie zdań, gdy byli sobie nieprzychylni; aczkolwiek jednocześnie miał wtedy palącą ochotę sprowadzić ich relację do tego obecnego poziomu, więc to się chyba zerowało). Tymczasem czuł się jak ostatni wariat. Robiła z niego człowieka, którym nie był, bo nie chciała zaakceptować jego udziału w również tym elemencie życia.
To także irytowało Greengrassa. Chowała przed nim znaczną część swojej działalności i oczekiwała, że on w dalszym ciągu będzie to pomijać. To było niedorzeczne. Nie to, by on robił to samo.
- Nawet nie dajesz im szansy - sam nie wiedział czemu tak uparł się przy obronie tych bzdurnych wróżb, ale teraz drażniło go to, że tego również nie chciała z nim łączyć. - Dostaje mi się po dupie za to, że z kimś innym brzmiały dla ciebie niekorzystnie? Wyśmienicie. Wydawało mi się, że nasza sytuacja jest inna.
Nie musiał tego mówić. Oj. Nie musiał, bo on nic nie musiał, ale chciał. W tym momencie żywił przekonanie, że mogło być więcej takich pozornych drobnostek, które robiła z wszystkimi innymi tylko nie z nim, dając mu do zrozumienia, że były głupie. Z tym, że nawet nie mogli się o tym wspólnie przekonać. A poszukiwania kwiatu paproci chciała ewidentnie odbębnić na siłę. Przyzezował w kierunku nieba, furcząc przez zęby.
- Słońce dopiero zaszło. Mamy jeszcze dwie i pół godziny. Lekką ręką - oznajmił całkiem biurokratycznie, jakby przed chwilą spojrzał na zegarek - nie musiał tego robić, Geraldine najpewniej też nie.
To była niewątpliwa zaleta życia blisko natury. Po położeniu Słońca lub Księżyca mógł stwierdzić z niezłą trafnością, która jest godzina. Co prawda w tym momencie było to raczej irytujące, bo nie mogli udawać, że już zaraz idą do tego lasu po kwiat, który miał zacząć kwitnąć równo o północy i przekwitać przez następne godziny.
Zresztą to byłoby dziwne, gdyby już to zrobili. Nie to, by Ambroise przejmował się spojrzeniami innych ludzi. Zresztą, gdyby zwracał na to uwagę to ich sprzeczka, choć cicha to z pewnością zwróciła uwagę kilku par oczu. Miał to gdzieś. Powinni bawić się tu wspólnie, emanować szczęściem. Tymczasem zaliczyli pierwszą kłótnię odkąd zaczęli mówić o sobie w kontekście pary. Idealne okoliczności na coś takiego.
Szczególnie, że nawet nie mogli tego obrócić w coś, o czym już kiedyś rozmawiali - nie mógł jej zamknąć ust swoimi i udać, że temat został tymczasowo zawieszony. Wpatrując się przez chwilę w światła za plecami Geraldine, wciągnął powietrze głęboko w płuca, po czym zwrócił się do niej oficjalnie.
- Oddajmy to pod ocenę Wizengamotu - stwierdził poważnie, zdecydowanie wyciągając rękę w stronę dziewczyny, jakby chciał zawrzeć tymczasowy rozejm do czasu, kiedy magiczny sąd postanowi przychylić się do rozpatrzenia wniosku o wyznaczenie terminu rozprawy.
Dzięki temu odrobinę, tylko odrobinę mógł podejść do tematu z większym dystansem, bo w końcu zrobił wszystko, co w jego mocy, żeby postawić na swoim. Do tego stopnia, że teraz należało włączyć w to neutralną stronę, która była znana z długiego rozpatrywania wniosków i jeszcze dłuższego wyznaczania bardzo odległych terminów.
Spojrzał na Geraldine od góry do dołu, znacząco zezując na swoją dłoń. Nie mogła być bardziej uparta od niego, prawda? Chciał to zakończyć, żeby móc spędzić te najbliższe godziny w taki sposób, jaki planowali od początku. Kompromisował.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#19
11.10.2024, 10:08  ✶  

- Mogę cię zapewnić, że tak bardzo niegodziwe, jak się tylko da. - Tak, ten wieczór zdecydowanie powinien zakończyć się odpowiednią celebracją trwającego święta. Wszystko ich ku temu prowadziło, szczególnie, że naprawdę próbowali zachowywać się odpowiednio i nie przekraczać granicy przy ludziach, bo przecież byli ponad to, a przynajmniej starali się być. To wcale nie było takie łatwe, bo ci, którzy przygotowywali sabat potrafili sprawić, aby trudno było ignorować atmosferę jaka unosiła się w powietrzu.

Nic nie powinno pójść nie tak. Nie spodziewała się, że tak szybko będzie musiała zweryfikować swoje plany. Cóż, powinna się spodziewać, że zbyt długo nie będzie trwała ta ich sielanka i prędzej, czy później dojdzie między nimi do spięcia.

- Dobrze, nie są to twoi znajomi, ale wiesz kim są i czym się zajmują. Dotarło do mnie, że mam się trzymać od nich z daleka, nie spojrzałabym na nich, gdyby nie ty. Zapewne nasze drogi zawodowe też nigdy by się nie skrzyżowały. - Nigdy nie mów nigdy, jednak w tym przypadku faktycznie wcale nie musiało do tego dojść. Westchnęła ciężko, kiedy zaczynał tę gadkę o odpowiedzialności. No nie, jeszcze tylko jej teraz brakowało, aby zaczął jej to wyrzygiwać. Nie musiał się o nią martwić, jakoś sobie radziła, kiedy nie było go obok. Nie zajmowała się tym od wczoraj. - Jasne, masz do tego prawo, jak najbardziej. - Nie do końca wierzyła w swoje słowa. Starała się zrozumieć tę przesadną troskę, ale wydawało jej się, że póki co nie dała mu do zrozumienia, że pakuje się w coś, z czym nie byłaby sobie w stanie poradzić. Naprawdę starała się działać odpowiedzialnie, bo wiedziała, że nie jest już sama, i nie powinna niepotrzebnie ryzykować.

- Naprawdę próbuję do tego przywyknąć, ale to też jest dla mnie zupełnie nowe. - Miała nadzieję, że rozumie o co jej chodzi. Nie przywykła do tego, że ktoś się o nią martwił i weryfikował to, czym się zajmowała. Od zawsze miała wolną rękę, przynajmniej jeśli chodzi o tę część interesów.

- Staram się nie włazić w żadne gówno, przynajmniej ostatnio. - Z tym bywało różnie, w przeszłości, aktualnie była zdecydowanie ostrożniejsza i ograniczyła ilość zleceń tylko po to, żeby był spokojniejszy.

- Nie mów tak, zawsze jest wybór. - Nie stawiała go przecież pod ścianą, nie sięgała po takie zagrywki. Nie wydawały jej się one potrzebne. Przecież tylko sobie dyskutowali i próbowali dojść do konsensusu.

Ta rozmowa zupełnie nie sprawiała jej przyjemności, czuła, że może faktycznie powinna nieco zejść z tonu, bo miał prawo rzucać takiego uwagi, tworzyli coś razem, już nie była całkowicie wolnym człowiekiem, który nie musiał się na nikogo oglądać. Naprawdę starała się wszystko uporządkować, jednak nadal niektóre dziedziny życia nie do końca działały tak jak powinny. Oczywiście, że nie zamierzała się pakować w ramiona tych typów i na przekór mu nawiązywać z nimi relacji biznesowych.

- Nie mówię, że masz stać w miejscu, cieszę się z tego, że się w to angażujesz, obiecuję brać pod uwagę twoją opinię. - To mogła zrobić. Nie mogła jednak mieć pewności, że czasem nie postawi na swoim. Nie zamierzała rzucać słów na wiatr, bo zawsze dotrzymywała słowa.

Miała wrażenie, że ta rozmowa prowadzi ich donikąd. Trochę przerzucali się argumentami i nic poza tym. Nie chciała zresztą tego ciągnąć, na pewno nie dzisiaj, to miał być przyjemny wieczór, miał jej odczarować nastawienie do sabatów.

Zastanawiała się, czy w ogóle powinna mu mówić o tej nie do końca legalnej części swojej pracy, jasne byli razem, nie powinni mieć przed sobą tajemnic, ale czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal, może tak byłoby łatwiej? Czuła jednak, że to byłoby w stosunku do niego nie w porządku, a nie chciała tak postępować. Będzie musiała znaleźć jakieś rozwiązanie, ale aktualnie nie miała do tego głowy.

Nie spojrzała na to z tej strony. Jej dotychczasowe doświadczenie zwiazane z podobnego typu aktywnościami faktycznie może nie było najlepsze, ale Ambroise miał rację. Nigdy nie robiła tego z nim. To trochę zmieniło jej punkt widzenia. Była uparta jak osioł, ale czasem dało się jej otworzyć oczy, oczywiście dzięki odpowiedniemu przedstawieniu swojego punktu widzenia.

- Masz rację, jestem uprzedona, nie powinnam być. - Nie zdarzało się to zbyt często, ale czasem potrafiła przyznać się do błędu. - Jest inna, może faktycznie to dobry moment, aby wreszcie się do tego przekonać. - Powiedziała już nieco spokojniejszym tonem. Yaxleyówna może lubiła stawiać na swoim, ale czasem naprawdę potrafiła z tego zrezygnować. Nie sądziła, że tak mu będzie zależało na tej wspólnej wróżbie, w sumie wiedziała, że nie chodzi tylko o nią, chyba chciał z nią po prostu przeżywać te wszystkie rzeczy, których jeszcze razem nie robili.

Tak, chciała mieć z głowy ten spacer po lesie i jak najszybciej wrócić do domu. Nie znosiła nerwowej atmosfery, szczególnie, kiedy wokół nich znajdowało się tyle ludzi. Wiedziała, że bardzo łatwo będą mogli wyczuć tę aurę, która ich otaczała, a aktualnie była bardzo nieprzyjemna. Kłopoty w raju, czy coś.

- Dobrze, w jaki sposób więc chcesz spożytkować ten czas? - Ona najchętniej poszłaby po alkohol i trochę ukoiła nerwy, chociaż wiedziała, że to nie było długotrwałe rozwiązanie. Prędzej, czy później będzie musiała się z tym wszystkim zmierzyć. Nie miała zamiaru tańczyć przy ognisku, ogólnie odechciało jej się tego całego świętowania.

Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę zmrużając oczy. Chciał uzyskać tymczasowy rozejm, ciekawe. To do nich wróci, ze zdwojoną siłą, była tego pewna. Nie da się zamiatać takich rzeczy pod dywan, tak samo jak trzymać trupów w szafie.

Nie miała jednak ochoty się z nim dłużej kłócić, przystanięcie na to było najprawdopodobniej jedyną opcją, która mogła mieć sens. Wyciągnęła w jego kierunku lewą rękę. - Zgoda. - Tak, niech Wizengamot to oceni, najlepiej nigdy.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#20
11.10.2024, 12:51  ✶  
Bardzo charakterystyczny, usatysfakcjonowany uśmiech przemykający mu po wargach był wystarczającym potwierdzeniem tego, że Ambroise przyjął i w pełni zaakceptował tę kuszącą deklarację. Co prawda mając przez to trudności ze skupieniem się na bieżących wydarzeniach, ale za to już myśląc o tych przyszłych, które miały być znacznie lepsze.
Szczególnie od tego, co mimowolnie wkradło się w ich rozmowę jak podstępny cień kładący się nad ciemnym lasem...
- Nie powiem ci, że wolałbym nie wiedzieć, nawet jeśli nie odpowiada mi to, co robią. Wiedza to potęga - stwierdził bez owijania w bawełnę. - Za to życzyłbym sobie, żebyś nie musiała mieć pełnej świadomości, co to są za ludzie. Szczególnie, skoro mam coś do powiedzenia i skoro staramy się szanować swoją wzajemną opinię - podkreślił.
Z jego ust nie słyszała deklaracji, że o siebie dba, natomiast Ambroise uważał to raczej za dosyć jasne, szczególnie skoro spędzali ze sobą naprawdę dużo czasu. Było to całkiem możliwe, że nawet więcej niż wcześniej, bo teraz wracał z nią do łóżka zamiast wychodzić późnym wieczorem. Mieli dla siebie wiele godzin więcej, nawet jeśli spędzonych na śnie. Ograniczył nocki w Mungu do niezbędnego minimum, nieczęsto wychodził bez słowa gdzieś, nie mówiąc jej, gdzie dokładnie. Też się pilnował.
- Ta. Jasne - od razu uniósł ręce wnętrzami w jej stronę, wykonując tym samym niezbyt otwarty, bo stosunkowo nieznaczny gest obronny. - Wiem, że jesteś dużą pannicą i umiesz sobie radzić, okay? - Stwierdził całkiem spokojnie jak na niemal niezauważalnie drżący z irytacji głos.
Czy to wymagało jakiegoś podkreślenia? Ambroise w tym momencie naprawdę nie miał już żadnej pewności. To również cholernie go drażniło. Miał wrażenie, że znowu się nie rozumieją. Tak jak to już bywało w przeszłości, a przecież jeszcze kilka chwil temu szczycili się wspólnym porozumieniem bez słów.
- Nie mam zielonego pojęcia jak zbieżne są wasze drogi zawodowe. Zamiast pić do tego, że mogłabyś mi o tym powiedzieć -ta, jasne, bo on też jej wszystko mówił o swojej działalności poza szpitalem - po prostu chcę, żeby moja kobieta trzymała się... ...i swoją ferajnę, jeśli to wskazane... ...z daleka od takich elementów - podkreślił, ciężko wypuszczając powietrze z płuc.
Jasne. Może rozumiał... ...no, usiłował rozumieć punkt widzenia Geraldine. To nie był nawet najbardziej dogodny moment na rozmowę o takich rzeczach. Nigdy nie miało być całkiem dogodnych okoliczności, ale te były raczej jednymi z bardziej fatalnych. Powinni zostawić to na kiedy indziej, prawdopodobnie wcześniej wyjaśniając sobie kilka dodatkowych kwestii. Na jego nieszczęście raczej z gatunku tych, o których również nie potrafił za bardzo rozmawiać, czego był już nieprzyjemnie świadomy.
- Możemy zostawić to na jutro rano w domu? - Stwierdził w końcu niechętnie rzucając konkretną datę, a nawet porę dnia - więc to była deklaracja z jego strony, jeżeli jej potrzebowała; mieli poruszyć ten temat, byleby poza oczami i uszami ludzi.
Teraz raczej nie powinni tego robić. Nie tylko z uwagi na parszywy humor, bo już i tak dawali co poniektórym pożywkę ze swoich kłopotów w raju (a teoretycznie pierwszy raz razem wystąpili, co mogło sugerować nietrwały romans bardziej od poważnych planów), lecz bardziej przez wzgląd na to, że Greengrass był zbyt prywatnym człowiekiem. Wyciąganie takich rzeczy na wierzch podczas wielkich spędów wprawiało go wyłącznie w jeszcze większy dyskomfort.
- W tym momencie moim głównym wyborem jesteś ty, więc nie utrudniaj mi, jeśli możesz, życia w zgodzie z nim - stwierdził, ostatecznie poddając się i wyciągając rękę w kierunku kobiety, ale nie na zgodę, tylko spojrzeniem prosząc ją o papierosa z paczki, którym się niemal od razu zaciągnął.
Krzywiąc się przy tym znacząco i niesmakiem rzucając fajkę na ziemię, żeby przydeptać ją butem. Może tego nie powiedział, ale całą swoją postawą pytał ją Co to za gówno?! z odrazą odnotowując w głowie, żeby spróbować jej wcisnąć coś lepszego, bo to musiał być najgorszy syf. Na nieszczęście zapomniał własnych fajek, dostrzegając trzęsące się dłonie, które od razu wsunął w kieszenie w związku z tym.
- Nie, Geraldine. Masz prawo - zaprzeczył, przez co wyglądało, jakby sam przez chwilę poplątał się w zeznaniach, bo z jednej strony przed chwilą zarzucił jej to uprzedzenie a teraz poprawiał ją, kiedy mówiła, że nie powinna być zamknięta na powtarzanie doświadczeń.
Tak, zgadza się. Poniekąd nie trzymał jednego frontu w rozmowie. Nie umiał tego przy niej robić, szczególnie że usiłował mieć bardziej otwarty umysł niż zazwyczaj, zgodnie z obietnicą dopuszczając do siebie niektóre argumenty. Wybiórczo i wyłącznie co poniektóre, nie wszystkie całkiem logiczne, ale w dalszym ciągu uważał, że to znacząca poprawa wobec tego, co robił przez całe życie.
- Nie chodzi mi o to, że nie możesz mieć obiekcji i wątpliwości - zaczął starając się wyjaśnić i podkreślić to, że nie zjechał nagle całkowicie z poprzedniej opinii, tylko to było znacznie bardziej złożone.
On jednak taki był? Uważał się za prostego człowieka. Skąd nagle musiał tyle wyjaśniać i nieoczekiwanie uważać na dobierane słowa? Cholera. To ona była skomplikowana. Na pewno chodziło właśnie o to, nie o jego trudny charakter i terytorialność - również w stosunku do doświadczeń, które chciał z nią łączyć. Bo dzielić było niewłaściwym słowem. Nie lubił go.
- Ale właśnie - w tym momencie mógłby przyklasnąć jej niechętnemu przyznaniu mu racji; zresztą zrobił to poprzez sposób, w jaki twardo podkreślił to jedno słowo. - Nawet jeśli coś pójdzie do bani to co? Wyjdziemy, pójdziemy gdzieś indziej, zrobimy coś innego. Chodzi mi o korzystanie z możliwości. Ze mną - nie odpowiadało mu, że mogła chcieć bazować wyłącznie na jakichś idiotycznych poprzednich doświadczeniach z jeszcze bardziej idiotycznymi innymi ludźmi.
Oni nimi nie byli. Wielokrotnie podkreślali, że to coś innego. Nawet nie próbował kryć przed nią (co było już dużym otworzeniem się), że też robił z nią niektóre rzeczy po raz pierwszy i nie zawsze właściwie (o tym już niechętnie wspominał, najlepiej wcale), ale chciał zbierać wspólne wspomnienia. Zarówno te dobre, jak i te mniej warte celebracji. Próbował nie być zamknięty na żadne.
Usiłował rozmawiać. Chyba średnio mu to szło.
Ujął ją za rękę, ściskając na zgodę, ale na tym nie poprzestając. Nie chodziło o ludzi dookoła i o to, co wypadało zrobić, ale bardzo przemyślanym gestem uniósł dłoń Geraldine, składając pocałunek na wierzchniej części, przenosząc go w kierunku palców, które również delikatnie musnął wargami. Tyle byłoby z konwenansów, bo zaledwie kilka sekund później zdecydowanym ruchem przyciągnął ją do siebie za rękę w lekkim ćwierćobrocie, obejmując dziewczynę blisko, zanim przeszedł do normalnego pocałunku - już nie ukradkowego. Wręcz przeciwnie, świadomie wydłużonego i całkiem skutecznie mogącego przekazać blondynce, że rozejm był dyktowany pragnieniem utrzymania wizji tego wieczoru i następnego poranka. No - może również trochę tym, że po prostu nie chciał się kłócić.
- Napijemy się czegoś? Może coś zjemy? Później zobaczymy czy dasz się zaciągnąć... ...do tańca - mruknął do ucha Geraldine, uśmiechając się nieznacznie, bo sądził, że to przyzwoity plan.
Odpuścił wróżby, nawet jeśli dała mu znać, że może się do tego przemóc a on był ich w dalszym ciągu ciekawy. Spojrzał jedynie przelotnie w kierunku namiotu i wrócił wzrokiem do dużego ogniska z suto zastawionymi stołami obok. Nic na siłę.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (19435), Geraldine Greengrass-Yaxley (17889)


Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa