Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Letnie powietrze było ciężkie i zadziwiająco ciepłe niczym osobliwie tropikalne przypomnienie o nadciągającej chłodnej jesieni. Zbliżał się okres żniw. Słońce stało nisko chyląc się ku zachodowi, a przyjemny wiatr poruszał nadmorskimi trawami przynosząc ulgę od niezwykłej jak na te rejony temperatury i całkowicie typowej, jednak przez to bardziej uciążliwej wilgoci.
Gdzieś w głębi ogródka - w wysokich ozdobnych trawach, kłębowisku źdźbeł i kwiatów rozlegało się niemal nieprzerwanie cykanie owadów. Raz na jakiś czas nad głową odzywała się mewa swym nagłym skrzekiem wyrywając Greengrassa z zamyślenia, lecz tylko na krótką chwilę. Jeszcze nie do końca przyzwyczaił się do brzmienia tej okolicy. Każde połączenie dźwięków było typowe dla swojej okolicy. Ta nadal nie była mu tak znana jak Londyn czy Dolina Godryka, toteż mimowolnie zastygał, nasłuchując przez chwilę.
Zaraz znowu pogrążał się w tym dziwnym skupieniu bez skupienia - w stanie niemal całkowitego samoczynnego poruszania rękami. Wyrywania drobnych chwastów odcinających się na tle wypielęgnowanych ziołowych grządek, przy których kucał od kilku godzin wykonując te same rutynowe i powtarzalne czynności. Z kolanami brudnymi od piasku, ziemi i przypadkowo roztartych roślin, motyczką w spieczonej słońcem dłoni i małym sierpem leżącym gdzieś z boku przy koszyku ściętych plonów, gdzie nienaumyślnie porzucił także czapkę. Nie po raz pierwszy w tym sezonie, co już na pierwszy rzut oka było widać po pojaśniałych, bardziej białych niż zazwyczaj włosach silnie kontrastujących z mocną opalenizną wynikającą ze spędzania wolnego czasu na doprowadzaniu zewnętrza domu do porządku.
Nadal było przy tym wiele do zrobienia, mogło się wydawać, że pracy nie było końca, szczególnie przy tak zarośniętym ogrodzie i zapuszczonym kawałku plaży, jakie im zostawiono. Mimo to był zadowolony z efektów. Podwórko stopniowo zaczynało przypominać o dawnej świetności chatki, nabierając przy tym subtelnie magicznego wyglądu przez różnorodne mniej spotykane zioła i rośliny, drobne akcenty w postaci wietrznych dzwonków z muszelek, żeliwnych dekoracji, kilku niezbyt starannie, ale z właściwą intencją wyciętych w drewnie symboli.
Wnętrze domu oddał głównie pod decyzje Geraldine. Nie stronił od wymiany myśli, ale raczej dając jej przy tym wolną rękę. Odpowiadało mu to, co robiła, żeby nadać pomieszczeniom akcent pasujący do ich całkiem spokojnego, przyjemnego życia, w którym powoli zaczęła gościć upragniona stabilność. Nie rutyna - ta pojawiała się u Ambroisa głównie w chwilach takich jak ta, kiedy zajmował się czymś, co towarzyszyło mu od lat. Po prostu większe poczucie porządku jak dotąd nieuporządkowanego życia.
Bywały jednakże takie chwile jak ta, kiedy to poczucie naprawdę miłej przewidywalności było zakłócane przez któreś z nich. W dalszym ciągu oboje potrzebowali czasu, żeby przystosować się do konieczności zmian - szczególnie tych na tle zawodowym, o których już kiedyś rozmawiali, ale od tamtej pory mimowolnie znów zdążyli zamieść temat pod dywan.
Całkiem wysoka kupka brudów zaczęła wysypywać się spod krawędzi i ozdobnych frędzelków. Stopniowo rosła pośrodku salonu. Za każdym razem obsypując się coraz bardziej. Poprzedni wieczór był tym, kiedy ilość kurzu, piasku i zdechłych much wreszcie przerosła możliwości dywanu. Wraz z późnym powrotem Greengrassa i jego bardzo średnim stanem wizualnym a także równoznacznym fatalnym humorem, cały ten syf wzbił się w powietrze.
Zawisł tam na stanowczo zbyt długo wraz z ostrymi słowami o spóźnieniu na istotne wydarzenie, na które przez niego nie poszli, wyrzutem dotyczącym jego prezencji i choć to wszystko było podszyte troską, uczuciem i niepokojem to te szwy nie były w stanie naprawić uszkodzonego dywanu. Pod resztki nie dało się już z powrotem zamieść brudów, które od tamtej pory osiadły na meblach, usypując również całkiem nieprzezierną barierę pośrodku nagle twardego i niewygodnego łóżka.
Rano obudził się z nim sam z kartką o zleceniu i niczym więcej. Od tamtej pory upłynęło wiele godzin, prawie zapadł zmierzch a Ambroise niemal cały dzień spędził na pieleniu ogródka, zacięcie wyrywając chwasty i próbując odgonić niewygodne myśli. Nawet nie wiedział czy wróciła do domu. Jeśli tak to nie pojawiła się przy tylnym wejściu, nie dała mu znać o swojej obecności i o powrocie. A on nie upewniał się jak wygląda sytuacja. Nie czuł się gotowy na kolejną konfrontację a nie było szans, aby udawali, że wszystko jest w porządku. Na to było trochę za późno.
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down