• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 9 Dalej »
[12.07.1972] That's all I ask for: love me, love me | Roselyn, Ambroise

[12.07.1972] That's all I ask for: love me, love me | Roselyn, Ambroise
Czarodziej
Każde drzewo, to okruch wieczności.
wiek
24
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Magibotanik
Szczupła, wysoka dziewczyna (175 cm) o długich ciemnych włosach i dużych, niebieskich oczach. Na pierwszy rzut oka miła i dobrze wychowana, z nienagannymi manierami i pięknym, przyjemnym uśmiechem.

Roselyn Greengrass
#31
11.10.2024, 21:49  ✶  

Nie mogła powstrzymać się od cichego parsknięcia, gdy rzucił swój pierwszy komentarz. Próbowała go zamaskować jakkolwiek, bo absolutnie nie chciała mu dać satysfakcji z tego, że ją rozbawił - była to jednak próba wybitnie nieudolna i nieudana, bo parsknięcie poleciało prosto w szklankę z alkoholem. Ten wysmyknął się ze szklanych objęć z gracją i tak samo pięknie spłynął po dłoni Roselyn. Oraz ustach i Ambroise mógłby przysiąc, że co najmniej dwie krople znalazły się na nosie jego siostry.
- A czy ty słuchasz, co ja do ciebie mówię? - odpowiedziała pytaniem na pytanie. W jej głosie przebrzmiewał zniecierpliwiony ton, bo miała wrażenie, że kręcą się w kółko i nic z tego nie wynika. - Wiem, kogo miałeś na myśli, ale ja pokazuję ci, że mogło być gorzej. Zawsze może być gorzej. Poza tym to nie tak, że zrobiłam to celowo, mówiłam ci już.
Westchnęła, nagle czując się cholernie, cholernie zmęczona. Przetarła nawet nasadę nosa szczupłymi palcami, na chwilę odstawiając szklankę na podłokietnik fotela. Ciągle mówił o tym cholernym małżeństwie, zafiksował się na nim jak nie wiadomo co i jej słowa o tym, że ona wcale nie ma zamiaru za nikogo wychodzić, odbijały się od jej brata jak piłeczka od ściany.
- Trudno. To już się stało, Roise, nie odkręcimy tego teraz w żaden sposób tak, by mi uszło na sucho - powiedziała, mrużąc oczy. Nie wiedziała, czego od niej oczekiwał i chyba zaraz wybuchnie, jeżeli nie powie wszystkiego wprost. - To chodzi o mnie czy nie chodzi o mnie?
Powoli przestawała go rozumieć. Gubił się w tej nienawiści, która zdawała się go całkowicie pochłaniać. Kręcił się w zeznaniach i nie odpowiadał prosto na jej proste pytania. A co najgorsze: wcale jej nie słuchał.

Gdy powiedział, że próbuje się o nią troszczyć, prychnęła. I bezczelnie przewróciła oczami. Po co to robił? Po co te podchody? Po co taki ton? To był chyba pierwszy raz, gdy zachowywał się w ten sposób więc nic dziwnego, że Roselyn próbowała się bronić, bo kompletnie nie wiedziała, co się do cholery odkurwiało.
- Ambroise. Jak już mówiłam: mamy plan, by to zakończyć. Nie dzisiaj, nie jutro, ale we wrześniu? Najpóźniej w połowie. Nie wiem dokładnie kiedy, bo nie pozwalasz mi się nawet zastanowić. Jeżeli jest tak jak mówisz i troszczysz się o mnie, dlaczego podsuwasz mi plan, który nie może zostać zrealizowany w tej chwili? Przecież mówiłam ci już, że nie możemy zerwać po kilku dniach, bo odbije się to na mnie, sam dobrze wiesz jak to by wyglądało. Nie uwierzę też, że nie słyszałeś plotek o tym, jak zniszczyliśmy przyjęcie zaręczynowe. Być może w przyszłości, naprawdę dalekiej, chciałabym mieć męża. I to nie geja, wyobraź sobie. Nie chcę palić za sobą tego mostu - kolejny papieros został wypalony zbyt szybko. Nie sięgnęła jednak po trzeciego, bo uznała że jeszcze jej się niedobrze zrobi od nadmiaru nikotyny. Obie dłonie więc oplotła o szkło, nie spuszczając oczu z brata. - Chodzimy w kółko, Roise. Widzisz to? Widzisz ten absurd? Jeżeli naprawdę chcesz mi pomóc, to daj mi rozwiązanie lepsze od mojego, które nie pogrzebie mojej przyszłości, nawet jeżeli miałaby nastąpić ona za trzydzieści lat. Bo znalezienie sobie teraz kolejnej partii będzie ciosem nie w Borginów, a we mnie samą. Już nie chodzi nawet o naszą rodzinę, a o mnie samą. Więc?
Mimo że wciąż była zła, to alkohol zaczynał powoli na nią działać. Nie mówiła już tak szybko, jak na początku. Ruchy również stały się bardziej płynne i mniej chaotyczne. Trucizna płynęła w żyłach z zadziwiająca prędkością, a nikotyna spotęgowała jej działanie. Była zmęczona tą walką, przyszła tutaj żeby się wytłumaczyć, bo go kochała. Chyba nawet mocniej niż swojego ojca czy matkę. Ale jeżeli będzie robił dalej to, co robił, to... Wolała o tym nawet nie myśleć. Roselyn pokręciła głową.
- Dasz bucha, czy nadal jesteś obrażony do tego stopnia, że zaraz wypieprzysz mnie przez to okno? - zapytała nieco znużonym tonem, głową wskazując na uchylone okno.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#32
12.10.2024, 03:31  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.10.2024, 03:51 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
- Myślę - machnął ręką w odpowiedzi. - Cały czas myślę, jak to odkręcić, Rosie. W taki sposób, żebyś nie dostała przy tym rykoszetem ani żebyś nie musiała angażować w to nikogo z rodu - zaznaczył, żeby nie było co do tego wątpliwości, bo ostatnio (tak, zdecydowanie wyłącznie ostatnio - echem) ewidentnie nie był zbyt dobry w klarownej komunikacji, skoro tak ciężko mu przychodziło dogadanie się ze znaczącymi dla niego osobami.
Nie miał ich zbyt wielu. Całkiem świadomie stronił od brania sobie na głowę zbyt wielu bliskich przyjaźni, bo miał bardzo stanowcze, określone podejście do tego, kogo nazywał bliskim i do obowiązków (a profitów dla tej osoby) jakie z tego wynikały.
Można było wiele o nim powiedzieć, ale był oddanym kompanem. Możliwe, że nie najłatwiejszym, ale starającym się pomagać w każdym smoczym łajnie, w jakie ktoś wpadł. Czasami z irytacją i niewybrednym komentarzem, ale nie zwykł odmawiać prośbom o pomoc czy sugestiom, że był potrzebny. Także w tym momencie, choć był podminowany, starał się rozważać wszystkie możliwości.
- Nie spytał ojca o pozwolenie. To oczywiste, bo byśmy tu nie siedzieli. Natomiast nie sądzę, żeby to wchodziło w grę jako powód do anulacji układu - nieznacznie się skrzywił, zaciągając się dymem i kręcąc głową. - Co innego, gdyby to były mniej publiczne oświadczyny i od razu poszlibyście z tym do niego. Wtedy mogłabyś zasłonić się brakiem zgody ze strony głowy rodziny. Borgin pozabiegałby o ciebie jeszcze chwilę pod publiczkę. Banalnie proste - z tym, że nie było; nie w tym wypadku - ale teraz, po takim czasie ta odmowa oznaczałaby potwarz dla Borginów i zerwanie sojuszu, który samowolnie zawarliście między rodzinami. I tu jest testral pogrzebany.
Tak właściwie to nie było żadnej jednoznacznie dobrej możliwości. Każda mogła prowadzić do bardzo znaczących konsekwencji. W oczach Ambroisa głównie dla Roselyn i ich rodziny, bo los Borginów naprawdę miał głęboko w dupie. Problem leżał bardzo głęboko, wcale nie był powierzchowny. Ciągle odnosił wrażenie, że Roselyn nie zdaje sobie z tego sprawy a przecież powinna.
Szczególnie jako dziedziczka i przyszła głowa rodziny, bo on osobiście już jakiś czas wcześniej podjął decyzję, że mimo bycia najstarszym męskim potomkiem uznanym przez ojca wcale nie zamierza wyciągać rąk po rodzinny majątek. Lubił władzę i kontrolę - w tym momencie stanowiły niemalże główną istotę jego życia, szczególnie gdy nie było w nim już miejsca na planowanie delikatniejszej, czułej przyszłości u boku kochanej kobiety.
Natomiast z tego wszystkiego zależało mu wyłącznie na byciu związanym z Knieją. Całą resztę jednoznacznie ignorował. Nie chciał budynków, dodatkowych tytułów, odpowiedzialności, której chyba nie był w stanie udźwignąć, patrząc na to, że dosyć spektakularnie zawalał większość testów na dbanie o siebie czy innych.
Nie przyznałby się do tego, co prawda, ale takie były realia - przez jakiś czas panował nad własnym życiem, później utracił część kontroli na rzecz otworzenia serca przed kimś, kto miał tam zagościć na stałe. Później ta pozostała resztka kontroli zaczęła przesypywać mu się przez palce niczym piasek na plaży w Piaskownicy - jedynym stuprocentowo świadomie wybranym nadmorskim domu, który rok w rok przez kilka cieplejszych miesięcy łączył (wtedy nie lubił słowa dzielić; wydawało mu się nacechowane zbyt pejoratywnie) z jedyną dziewczyną, co do której miał wtedy bardzo długotrwałe zamiary mające się skończyć w klarowny sposób - ślubem i szczęśliwym życiem...
...nie za cholerę. Nie mogło być tak dobrze. Zaczął się ślizgać, stracił panowanie nad własnym losem. Próbując nadal brać odpowiedzialność za swój związek, podjął decyzję o odejściu i uwolnieniu jej od wszystkich konsekwencji, jakie miały nadejść. Nigdy nie powinien oddawać tej części kontroli. W ostatnich dniach widział to znacznie bardziej niż chciałby widzieć. W dalszym ciągu miał przyjaciół i rodzinę, ale odpowiedzialność? Ta rozmowa jasno wskazywała na to, że nieważne, co by zrobił, nie mógł jej brać za wszystkich. Chciałby, ale nie umiał zadbać o siebie. Jak miał zapobiegać tragediom ukochanych ludzi? To go mentalnie roztrzaskiwało, sprawiając, że rzeczywiście czuł się zamotany i wściekły o brak kontroli.
A teraz w dodatku jeszcze o to, że kiedy on dobrowolnie wycofywał się z chęci przejęcia odpowiedzialności za rodzinne biznesy, mimowolnie przyjmując, że Roo jest w stanie sobie z tym doskonale poradzić, ona robiła coś takiego. Nie mogła zasłaniać się wiekiem. Sama mówiła, że nie jest już dzieckiem. Potrzebowała dorosnąć a także znaleźć sobie kogoś odpowiedzialnego, kto nie byłby dziedzicem tak jak ona nim była. To był kolejny absurd. Nieważne, że upierała się przy zerwaniu związku za jakiś czas, dwóch dziedziców w jednym związku było powodem do zgrzytów.
- Oczywiście, że tak - burknął na nią, bo to pytanie było całkowicie zbędne.
Jasne, że chodziło o nią. Tak, o dobro rodu też, bo na ojcu Ambroise'owi również zależało, poniekąd tak jak na Evelyn, z którą w ostatnich latach osiągnął coś na kształt wstępnego porozumienia. Natomiast przede wszystkim chodziło o nią. Nie powinna tego podważać. Miał wrażenie, że pierwszy raz w życiu tak bardzo się nie rozumieją i nawet nie próbują tego zmienić. I że ta rozmowa jest po prostu bezsensownym zlepkiem słów rzucanych to tu, to tam. Obijającym się o ściany i wibrującym w resztkach butelek, ale omijającym uszy.
- Wiesz, że plotki mnie nie obchodzą - zaznaczył, wyłapując to z tego wywodu i przytrzymując się tej jednej myśli, bo nie spodziewał się, że ze strony Roselyn padnie nagle tyle słów; był już nieco otumaniony, nic zresztą dziwnego patrząc na okoliczności - wóda i trawa nie szły gładko w parze. - Myślę, okay? - W jego głosie wybrzmiało coś na kształt urażonej pretensji, choć przynajmniej już nie zgrzytał zębami tak jak jeszcze dosłownie chwilę wcześniej. - Nie oskarżaj mnie o próbę zjebania ci przyszłości, bo usiłuję ci pomóc, nie dopierdolić - to były naprawdę niskie zarzuty ubrane w stanowczo zbyt dużo słów, jak na jego obecny mentalny stan odurzenia.
Co gorsza, ona wcale nie wyglądała, jakby chciała przestać mówić. Sarknął instynktownie, obdarzając siostrę długim spojrzeniem, choć coraz trudniej było mu utrzymać je w jednym miejscu. Ona mówiła szybko, jemu już plątał się język. Idealne warunki do dogadania się.
- Już raz wymieniałem to okno. Jeśli dobrze pamiętam to w sześćdziesiątym dziewiątym. Jest dobrym oknem. To droga szyba. Takiej ramy okiennej już chyba nie robią - skwitował powoli, nie spiesząc się, wpatrzony we wspomiane okno, jakby rozważał czy wywalenie siostry przez nie było rozsądnym finansowo rozwiązaniem. Wzruszył ramionami: nie było. - Drzwi to co innego. Można je wypieprzyć - dodał w dalszym ciągu ze znacznie mniejszym skupieniem, zanim przeniósł wzrok na Roselyn i bez kolejnego słowa wyciągnął jointa w jej kierunku.
- Pytasz o radę dotyczącą zaręczyn kogoś, kto od półtora roku powinien być zaręczony. Nie widzisz w tym absurdu? - Odezwał się niechętnie, choć znacznie luźniej niż przedtem, łykając więcej alkoholu i wzruszając ramionami w sposób jasno świadczący o tym, że zaczynał być po prostu najebany i zjarany jednocześnie, nie tylko lekko wstawiony. Lekko wstawiony nie byłby tak szczery.
- Ty się zaręczasz z przypadku. Ja rzucam miłość przed zaręczynami. Ta, śmieszny fakt: jakaś była, niestety mam trochę serca. Miałem. Mam? Nie mam? Jesteśmy popierdoleni, Roo. Pojebassowie - nawet się uśmiechnął. Gorzko, ale szczerze, sięgając po więcej wysokoprocentowego otumaniacza w płynie, żeby zakryć tym jakoś swoją nagłą zgorzkniałą szczerość.
Ot co. Tu był ten testral pogrzebany.
- Mam zrobić aferę za ojca? Publicznie nie zgodzić się na to małżeństwo? Wiesz, że mogę - wystarczyłoby słowo. - Nie ruszy mnie już to, co powiedzą - dodał ponuro, ale zgodnie z prawdą.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Czarodziej
Każde drzewo, to okruch wieczności.
wiek
24
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Magibotanik
Szczupła, wysoka dziewczyna (175 cm) o długich ciemnych włosach i dużych, niebieskich oczach. Na pierwszy rzut oka miła i dobrze wychowana, z nienagannymi manierami i pięknym, przyjemnym uśmiechem.

Roselyn Greengrass
#33
14.10.2024, 21:01  ✶  

Kusiło odszczeknąć, żeby w takim razie albo myślał szybciej, albo żeby swoje dywagacje zostawił dla siebie. Bo ranił ją wszystkim tym, co robił, co mówił - ranił ją gestami i słowami. Ranił przypuszczeniami, że kiedykolwiek chciałaby zostać panią Borgin. Ranił tym, że w ogóle myślał o niej w takich kategoriach. Myślała, że wyraziła się jasno tych kilka razy podczas pełnej emocji rozmowy tam, na Pokątnej w kawiarni i tu, na Pokątnej w jego mieszkaniu, w którym tak naprawdę nie mieszkał. Musiała jednak wziąć na wstrzymanie - co zresztą przyszło jej zadziwiająco łatwo, patrząc na to, że alkohol na dobre rozsiadł się w jej organizmie tak, jak ona rozsiadła się w fotelu. Wodziła wzrokiem od okna do brata, a potem do szklanki z alkoholem i butelki, której nie zakręciła. Miała jeszcze trochę trunku w szkle, wiec postanowiła zwolnić, zdając sobie sprawę z tego jak na nią potrafił działać. Była drobna, na granicy niedowagi, głowę miała cholernie słabą i w zasadzie to nie powinna pić ale kusiło zbyt mocno. Całe szczęście, że potrafiła uwarzyć eliksir na kaca, a w domu zawsze miała kilka zapasowych buteleczek.
- Nie, raczej nie - odpowiedziała na pomysł anulacji zaręczyn tylko dlatego, że nie zapytał o pozwolenie. Skrzywiła się nieznacznie, bo teraz coś jej przyszło do głowy. A co, jeżeli Anthony postanowił posłać ojcu kwiaty z przeprosinami? Co, jeżeli uzna, że warto odwiedzić ich dom? Nie byli przecież ze sobą w kontakcie, mógł to zrobić. Ale nie podzieliła się tymi wątpliwościami z bratem, bo nie była pewna, czy Borgin byłby w stanie wyciąć jej taki numer. Sięgnęła po jointa, którego zdecydowanie nie powinna teraz palić. Zioło i alkohol to było naprawdę paskudne połączenie, ale w zasadzie to miała to teraz w dupie. Pieprzyć zdrowy rozsądek, pieprzyć wszystko. Zaciągnęła się mocno, tak mocno że dym nieprzyjemnie połaskotał jej gardło i płuca, zmuszając dziewczynę do kaszlu. - Mogłabym zmienić sobie twarz w magicznej klinice, a i tak gdyby nas postawili obok siebie, to zgadliby bez większego problemu, że jesteśmy rodzeństwem. Winię za to geny ojca.
Zachichotała. Pojebassowie. Cóż... Trafił z tym idealnie w punkt. Thomas nie miał absolutnie szczęścia do dzieciaków, to trzeba było przyznać. Może faktycznie coś było nie tak z tymi jego genami? Przekazał swoje popierdolenie aż dwóm potomkom. Całe szczęście, że nie było trzeciego, chociaż Ambroise pojawił się na horyzoncie dość późno. Może miał jakiś romans na boku zanim poznał jej matkę?
- Kurde, nie wiem, Roise. Naprawdę nie wiem - powiedziała szczerze, kradnąc jeszcze jednego bucha, zanim zdecydowała się oddać mu jointa. Wydmuchnęła dym nosem, teraz już nie zanosząc się kaszlem. - To wszystko jest okropnie pojebane. I wiem, że zrobiliśmy źle. I że ma to swoje konsekwencje. Ale... Przecież to dobry plan, prawda? Może we wrześniu jebniemy tym w cholerę. Wiesz, żeby dać sobie teoretyczny czas na to, żeby "odkryć" zdradę Anthony'ego. Pomyśl tylko - nie mam zamiaru się z nim spotykać więcej niż raz czy dwa, żeby ktoś nas zobaczył. A potem okaże się, że mnie zdradził. Czy to nie jest dobry pomysł? Spadnie na nich więcej szamba, niż na nas. Nikt nie obwinia zdradzonej kobiety... Prawda?
Oczywiście że obwiniają, ale ona żyła w złotej klatce. Pod kloszem, bo ojciec zawsze powtarzał jej, że kobiety mogą wiele osiągnąć. Poza tym do jasnej cholery mieli Ministrę Magii. Roselyn była karmiona tymi głodnymi kawałkami od małego. Nie przyszłoby jej do głowy, że ktoś mógłby w takiej sytuacji obwinić zdradzaną osobę. Według niej to był plan idealny, no przecież.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł. Wyjdziesz na narwanego pojeba, który nie pozwala się nikomu zbliżyć do siostry, a tę sztuczkę przecież próbowaliśmy zrobić kilka razy i jakoś efektu nie przyniosła - powiedziała ponuro, bo przecież tak już kombinowali. Amanci powinni się go bać, a wydawało się że przyniosło to odwrotny skutek i dostawała więcej liścików. Na tyle dużo, że przestała je odbierać.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#34
15.10.2024, 02:50  ✶  
- To nie czy raczej nie? - Nie mógł nie skorzystać z okazji i nie przyczepić się słówek tak jak ona wcześniej to zrobiła.
Był w tym całkiem można powiedzieć ugodowy - z nutą prowokacji, ale bez uszczypliwości i pasywnej agresji sprzed chwili.
- Zaczekaj z tą zmianą aż będziesz zmuszona uciekać przed ślubem - prychnął unosząc brwi i jednocześnie kącik ust. - A wtedy profilaktycznie złóż śluby milczenia, bo faktycznie. Niewyparzoną gębę masz po Greengrassach - w sumie miała rację.
Chyba pierwszy raz tego popołudnia... ...wieczoru?... ...nie wiedzieć kiedy zaczęło się robić trochę ciemniej, ale rzut oka w kierunku okna wystarczył, żeby przewalić to na nadciągającą letnią burzę a nie utratę poczucia czasu. Idealny klimat im się tu tworzył. Naprawdę. Adekwatnie dramatyczny do wszystkiego, co już zdążyło paść, teraz opadło wraz ze stopniową zmianą atmosfery, ale zaraz znowu mogło wybuchnąć, bo z nimi naprawdę nigdy nic nie było wiadomo. Ojczulek miał naprawdę mocne geny.
- Nie sądziłem, że to kiedyś powiem, ale masz - odchrząknął znacząco, szykując się na tę rewelację - Rowle są jeszcze całkiem przyzwoici. Oczywiście poza wiadomą tendencją do wydawania młodocianych panienek za starych dziadów - oczywiście, że pił do małżeństwa jego ojca i jej matki - niby to nie było nic niestandardowego, ale musiał się o coś przywalić.
Nie byłby sobą, szczególnie teraz w tym stanie, gdyby tak po prostu stwierdził przynajmniej chujowe geny Thomasa są u ciebie równoważone przez trochę mniej pochrzanionych Rowle'ów. Nie. To byłoby nazbyt dużo komplementów w kierunku Evelyn jak na jego standardy, nawet jeśli najgorsze epizody wzajemnej antypatii były już za nimi.
- Mulciberowie to są dopiero elementy. Ciesz się, że masz tylko połowę zjebania. Z drugiej strony to wygodne mieć je pełne. Mogę sobie wybierać czy być dziś pojebany jak tatuś czy popierdolony po mamusi - ni to prychnął, ni to zaśmiał się szczekliwie. - Znasz mnie. Są we mnie dwa wilki. Jeden konfrontuje się i żre o najmniejszą pierdołę. Drugi dogodnie spierdala i pali mosty - rozłożył ręce, jakby chciał podkreślić niewypowiedziane, ale mocno brzmiące weź tu nadążaj.
Tak właściwie to w tym momencie był całkiem samoświadomy jak na niego. Otwierał sobie umysł tym bardzo średnim połączeniem odurzaczy albo ki cholera. Nie analizował tego, bo zbyt mocno wiercił dziurę wzrokiem w swojej jakże światłej rozmówczyni dopóki nie oddała mu jointa. A wtedy też szybko wrócił do obdarzania jej badawczym (a może po prostu zjaranym?) spojrzeniem.
Dalej mówiła banialuki, ale próbował rozumieć tę pokrętną logikę. Nie rozumiał.
- Dla większości bogatych, wpływowych skurwysynów... ...damskich i męskich, nieistotne... ...żaden stary dziad nie jest tak zawistny w stosunku do młodej panny... ...no, dla większości wpływowych skurwysynów to naprawdę nie ma żadnego znaczenia, Roo - skwitował może trochę się przy tym plącząc, ale raczej niespecjalnie zwracając uwagę na to, że przekroczył pewną granicę upojenia alkoholowego a w dodatku przytępił sobie zmysły jointem, który przekazał Roselyn.
- Szczególnie czystokrwiści jaśniepanowie niekiedy nawet nie próbują się z tym przesadnie kryć. To jest powszechnie tolerowane w milczeniu - przyznał bez ogródek.
W żadnym razie nie chciał niszczyć nadziei siostry na to, że uda jej się zostać tą całą skrzywdzoną narzeczoną. Ze swoim urokiem osobistym i naturalnym czarem być może była w stanie wywołać kilka smutnych westchnień i dostać parę pocieszających uścisków, ale raczej niezbyt dużo wyrozumiałości ze strony większości zdradzanych żon i zdradzających mężów, którzy od wielu lat żyli w takich układach. Ścielili sobie wspólne łoże albo już nie, bo dogodnie przestali ze sobą sypiać. To była przykra rzeczywistość. Szczególnie w wielu aranżowanych małżeństwach dla wyższych korzyści.
- Co innego, gdybyś to ty go zdradzała na prawo i lewo. Wtedy mogłabyś wywołać skandal. Zniszczyć sobie reputację - przypomniał i choć nie przywoływał żadnych przykładów, co najmniej kilka cisnęło się na myśl.
Co prawda niekiedy takie sprawy unikały publicznego osądu. Jeżeli obie rodziny chciały pójść na układ, rozwiązania porozumień były możliwe nawet na długo po zawarciu związku małżeńskiego. Narzeczeństwa zrywano z różnych powodów. Ba. Przykładem byli jego właśni rodzice, którzy przez bardzo krótki czas byli ze sobą zaręczeni. Tyle tylko, że bardzo nie polecał siostrze konieczności wyjazdu zagranicę i osiedlenia się jak najdalej, aby uniknąć pokłosia swoich decyzji. Nie chciał tego dla niej.
- O nim najpewniej poplotkują, wyśmieją twoją naiwność, ponazywają cię biednym dziewczątkiem a potem przyślą prezent zaręczynowy - był brutalny?
Możliwe, ale znacząco spuścił z tonu odkąd z ironicznym rozbawieniem wypowiadali się o dziedziczonej skłonności do robienia sobie w życiu pod górkę i sabotowania wszystkich swoich szans na święty spokój. No i po prostu, nie można było tego ukrywać, emocjonalnego popierdolenia. I to nie tylko na punkcie Kniei, rodzinnych przekonań i takich innych. Ogólnie chyba na każdej płaszczyźnie życia.
- Chuja ich obchodzi czy będziesz szczęśliwa, dopóki to nie ty jesteś problemem. Tobie wytkną złe zagięcie na falbance sukni ślubnej, w którą cię wsadzą - stwierdził sam nie wiedząc, odkąd to zrobił się taki poetycki w porównaniach.
Może to był ten alkohol, może joint, który wziął od Roselyn i teraz w dalszym ciągu bezwiednie wypalał. Ignorując tą powszechnie znaną prawdę, że alkohol i trawa, szczególnie w tej kolejności nie były zbyt dobrym połączeniem. Chwilowo czuł się raczej całkiem przyjemnie. Na pewno lepiej niż jeszcze przed chwilą. Ponurakiem ewidentnie był z natury, bo mu to nie przeszło, ale przynajmniej już nikogo nie żarł.
- No. Borginowie mają trochę mniejsze poważanie, ale nie sądzę, żeby to było łagodzące w tych okolicznościach - kląsnął językiem o podniebienie, wypuszczając całkiem ładne kółeczko w kierunku sufitu pociemniałego od tych wszystkich papierosów (i nie tylko) jakie tu kiedyś wypalił. Wypalili.
Gdyby przejmował się stanem tego mieszkania, pewnie stwierdziłby, że konieczne jest odświeżenie farby. Co najmniej to. Natomiast miał to w poważaniu niezależnie od momentu, w którym o tym myślał. Miał znacznie poważniejsze problemy niż zabrudzenia na suficie. Teraz jeszcze kolejne do dopisania na listę. Czemu nie.
- To beznadziejny plan, ale nie wiem, co mam ci powiedzieć. Jeśli chcesz to wziąć na klatę w ten sposób, kim jestem, żeby ci tego zabraniać? Będzie tak jak mówisz. Szambo. Rzadkie smocze łajno wybije wszędzie - dołożył swoje trzy knuty do wizji roztoczonej przez Roselyn, kręcąc głową z nagłą posępną powagą. - Spróbuj się w nim nie utopić - tu ci nie pomogę, nie planował tego dodawać.
Konkluzja była jasna. Miał swoje przekonania. Zasady i reguły. Od dekad szczerze nienawidził Borginów. Jeszcze od czasów wczesnoszkolnych. Raz wbrew logice zbliżył się do tamtej rodziny. To skończyło się raczej w taki sposób, że nie dopuszczał możliwości kolejnego zaangażowania się w sprawy emocjonalnie powiązane z tamtą bandą.
Kochał młodszą siostrę, chciał dla niej wszystkiego, co najlepsze. Uchyliłby jej nieba, przyniósł gwiazdkę, ale tu musiał postawić granicę. Nie chciał kręcić żadnych interesów z rodziną jej udawanego narzeczonego. Najlepszym rozwiązaniem było, żeby trzymał się z daleka od tego tematu. W tym od poznawania Borgina wybrańca.
- Właściwie to czasami zastanawiam się, jakim cudem jeszcze na niego przy tobie nie wyszedłem - skwitował parsknięciem.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Czarodziej
Każde drzewo, to okruch wieczności.
wiek
24
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Magibotanik
Szczupła, wysoka dziewczyna (175 cm) o długich ciemnych włosach i dużych, niebieskich oczach. Na pierwszy rzut oka miła i dobrze wychowana, z nienagannymi manierami i pięknym, przyjemnym uśmiechem.

Roselyn Greengrass
#35
17.10.2024, 17:43  ✶  

Roselyn machnęła ręką. Pewnie w normalnych okolicznościach najeżyłaby się jak kotka, gdy tylko złapał ją za słówko, ale teraz... Teraz, gdy w jej żyłach płynął alkohol, a oczy powoli robiły się kurewsko czerwone, emocje zostały skutecznie przytłumione. Ruchy Greengrassówny zrobiły się zadziwiająco szybko miękkie i płynne, tak jakby jej jaźń została przeniesiona na miękki obłoczek, na którym postanowiła ułożyć się do snu.
- I kto to mówi, hm? Mistrz ciętej riposty, Król Pyskówek. Powinni cię nazwać Pyskówka, wiesz? - parsknęła śmiechem, chociaż wcale nie powinna, bo to co mówiła było szczere. Ambroise zawsze pyskował, zawsze kłapał tym dziobem jak pojebany i trafiał swoimi słowami idealnie w sam środek tarczy. Gdyby tylko chciał, mógłby rozwalić każdego przeciwnika na same słowa, gdyby tylko był pewny, że nikt mu nie przyjebie za to, co gada. - Mulciberowie... Ostatnio cośtam głośno o nich było, chyba się rehabilitują? Ale ja nie wiem, mylą mi się dni. Mało sypiam ostatnio.
Roselyn poczuła, że zapada się. Zapada w miękki fotel, rozpływa się na nim jak plama oleju. Powoli, ale metodycznie. Gdy wspomniał o dwóch wilkach w sobie, które walczą o to, który chciałby mieć pierwszeństwo w gadaniu i robieniu, kiwnęła głową. Znała ten stan, też miała je w sobie. A może miała ich nawet ze trzy? Zachichotała, wyobrażając sobie brata z wielkim, puchatym ogonem, sterczącym z tyłka.
- Wiesz, śmiesznie byś wyglądał z psimi uszami i ogonem - powiedziała, lecz jakoś tak powoli. Jej głos osłabł, a gniew całkowicie się rozpłyną pod wpływem mieszanki alkoholu i zioła. - Nie mogłabym zdradzić nikogo.
Powiedziała nadzwyczaj szczerze, wydymając usta w zamyśleniu. Bo jak można było kogoś zdradzić, gdy się nie było w żadnym związku? Ona w ogóle miała gdzieś facetów, była samowystarczalna w tej materii. Kobiety też jej nie interesowały. Interesowała ją nauka. Czy miała jakiś popęd seksualny? Oczywiście, jak większość osób, ale jej niechęć do związków była zbyt silna, by mogła go tak po prostu pokonać.
- Jeżeli się boisz, że wrócę z brzuchem, to cię uspokoję, Roise. Nadal jestem dziewicą - pewnie gdyby nie była pijana i zjarana, to nigdy nie zwierzyłaby się z tego małego sekreciku. Na pewno nie jemu, bo co mu do tego było.

Roselyn ześliznęła się miękko z fotela i odstawiła szklankę. Bezczelnie usiadła obok brata i wtuliła się w niego jak mała dziewczynka, a przecież zarzekała się, że nie jest małą dziewczynką. Cała ta rozmowa, wszystkie te oskarżenia, pyskówki, krzyki i łzy - wszystko to rozmyło się w oparach psychodelicznych ziół, zmieszanych z ich perfumami.
- A pobiłeś kogoś? Nie? No to widzisz - wymruczała zaczepnie. Nie pamiętała czy dał komuś w mordę, chociaż znając jego charakter - pewnie to zrobił. Ulokowała się wygodniej w jego ramionach, tak jak kiedyś, gdy byli faktycznie dziećmi. Dawno się do niego nie przytulała, ale teraz... Teraz po prostu tego potrzebowała. Po tym wszystkim co mu powiedziała, co on powiedział jej - po tym wszystkim co sobą zaprezentowała i co on zaprezentował, potrzebowała restartu. - Wezmę to na klatę, a jak przyjdzie mi pływać w gównie, to wezmę takie zatyczki do nosa.
Zachichotała znowu, pierdoląc kompletnie od czapy.
- Kocham cię, Ambroise. Jesteś wrzodem na dupie, ale jesteś moim bratem. Zawsze będę cię kochać, wiesz? Nawet jak mam ochotę cię udusić - zaszczebiotała rozmarzonym, słodkim głosem. - Czasem mnie wkurwiasz, ale jesteś moim drugim jedynym przyjacielem, wiesz?
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#36
17.10.2024, 21:53  ✶  
- A to nie któreś ze znaczeń mojego imienia? - Spytał gładko z uniesieniem brwi, po czym niemal od razu podrapał się po brodzie. - A nie, poczekaj. Chyba twoje - odgryzając się z błyskiem w oku, chyba trwałe porzucił wcześniejsze napięte zachowanie, czego nawet nie zauważył.
Bycie pod wpływem miało swoje plusy. Bycie pod podwójnym wpływem, który chwilowo nie odbijał się w żaden zły sposób było chyba jeszcze bardziej pozytywne. Przynajmniej tak mu się obecnie wydawało, bo sam również wreszcie przestał rzucać gromy. Rozsiadł się całkiem wygodnie, usiłując nadążyć za słowotokiem Roselyn, która w jego uszach brzmiała jak nakręcona. Nic dziwnego, że wyłapał informację o bezsenności, całkowicie ignorując przy tym rehabilitację Mulciberów. On osobiście chyba dbał o to, by im się nie powiodło, bo w ostatnim czasie staczał się zamiast wznosić na wyżyny. No cóż.
- Chcesz jakiś eliksir na sen? - Spytał pomocnie, bo nawet w tym mieszkaniu zostawił coś na własne problemy ze snem. - Mam całkiem spory zapasik skitrany gdzieś tutaj w biurku - zakomunikował.
Co prawda były to raczej mocne środki, ale działały z przyjemnym opóźnieniem wprawiającym w miłej rozluźnienie na długo przed tym jak usypiały.
Może powinien sam je zażyć? Szczególnie po tym, co wyłapał z kolejnej salwy słowotoku, mając wrażenie, że halucynuje z niedospania. Ostatnio też za cholerę się nie wysypiał. Bezsenność wróciła wraz z powrotem do starego trybu życia.
- Miło, że mnie o tym informujesz - stwierdził z uniesionymi brwiami, wcześniej prawie krztusząc się śliną, kiedy z opóźnieniem dotarł do niego sens wypowiedzi siostry.
Nie, za cholerę nie chciał wiedzieć nic na temat meandrów jej życia erotycznego (albo najwyraźniej braku takiego). To była strefa, w którą wolał nie ładować się z buciorami. Nie miał najmniejszego problemu z niewybrednymi żartami w każdym towarzystwie, ale w tym wypadku zamrugał dwukrotnie w bardzo szybki sposób i odchrząknął znacząco.
- Nie szalej z tym za bardzo i nie dawaj mi aktualizacji z łaski swojej - machnął ręką, żeby odegnać dalszy temat.
No, bo przecież to wystarczało, żeby przegnać wizję jego siostry z Borginem i tysiącem zasuszonych główek przyglądających się z sufitu jak ta dwójka idzie w horyzontalne tango. Bez słowa zaciągnął się jointem, zapijając jeszcze tę wizję mimo woli.
Ja pierdolę.
- Naszej rodzinie wystarczy jedna dziwka - to on, on ewidentnie był tą dziwką.
Przynajmniej przez bardzo dużą część świadomego życia. Z początku głównie dla szpanu i zazdrości w rówieśnikach, bo cieszył się naprawdę zbyt dużym powodzeniem, żeby nie wykorzystywać swojej pozycji. Później po to, żeby korzystać z życia, ale nie musieć angażować się emocjonalnie w związki, które nie miały wypalić na dłuższą metę ze względu na to kim był i co robił poza Mungiem.
Nieoczekiwanie ustatkował się na całkiem długi czas - szczególnie jak na kogoś z niechybną łatką starego kawalera, której pozbył się (w opinii niektórych plotkar i harpii) zatrważająco blisko tej magicznej granicy. Aż nazbyt dobrze zdawał sobie sprawę z tego, co powinno być dalej zgodnie z ogólnie przyjętymi wzorcami układania sobie życia.
Nawet mu to nie przeszkadzało. Nie planował unikać tych norm. Wydawały mu się całkiem naturalne i słuszne w tym konkretnym przypadku. Wręcz nie sposób byłoby zaprzeczyć tej konieczności, domykając wszystko w oficjalny sposób i dalej ciesząc się poukładanym dorosłym życiem (przynajmniej w tej materii).
Więc spierdolił. Zarówno w przenośni, jak i w realnym życiu. Nie potrzebował zbyt wiele czasu, żeby wrócić do starych nawyków. Tym razem, żeby wypełnić pustkę i nie popełnić błędu, którego by nie chciał. To nie był kolejny raz, kiedy mógł pozwolić sobie na słabość i wrócić z podkulonym ogonem. Metaforycznie i to nawet bardzo, bo za każdym poprzednim razem po prostu powracał bez pardonu - oto był w całej swojej krasie; tym razem sytuacja była poważniejsza i wykluczała tę możliwość - przynajmniej w oczach Greengrassa.
Nie chciał o tym myśleć, szczególnie w stanie, w którym ciężko było panować nad połączeniem mózg - myśli - język - wypowiedzi bądź przemilczanie. Czasami coś wydawało się myślą a było wypowiedzią i na odwrót. Na przykład teraz, gdy parsknął szczekliwie (o ironio) uśmiechając się niepoważnie.
- Wyglądałbym zajebiście - stwierdził nagle na wspomnienie czegoś o psach, co usłyszał od niej dobre lata świetlne temu, ale pominął to, bo przywaliła mu wizją swojego zakładania małej czarnoksięskiej rodziny.
Naprawdę wyglądałby zajebiście, nie było wątpliwości co do tego, natomiast jeśli miał się nad tym głębiej zastanowić, dochodził do niechętnego wniosku.
- Z tym, że nie mam ochoty być psem. Niczyim - poinformował Roselyn w nagłym przypływie... ...a może raczej w zaniku? Zaniku połączenia mózg - myśl - wypowiedź bądź nie na rzecz połączenia myśl - wypowiedź, co jakoś mu umknęło, bo momentami już nie miał pewności, co opuszcza jego usta a co zostaje niewypowiedziane.
- To ryje mózg, wiesz, Roo? Bycie czyimś Braque de l'Ariège - ładne psy, swoją drogą, mogły być całkiem użyteczne w przypadku polowań, co sprawiało, że jeszcze bardziej nimi gardził. Gardził wszystkim, co nasuwało mu niechciane skojarzenia. - Z ciebie byłby raczej Epagneul Picard - zawyrokował, skupiając swoją uwagę na tym, żeby przyjrzeć się twarzy siostry i spróbować ocenić, jakim tak właściwie psem mogłaby być, gdyby jej to polecał.
Na pewno gończym. To była ich rodzinna cecha. Po prostu musieliby być gończymi psami. Czymś o bardzo wyrazistym charakterze, wyjątkowo zadaniowym wręcz fiksującym się na zwierzynie. Poniekąd atencyjnym i zabiegającym o uwagę, nawet jeśli wyłącznie niektórych, to tym bardziej łasym na głaskanie spod pańskiej ręki. Szczekliwymi - to jasne, ale umiejącymi dać głos z godnością i w konkretnym celu. Co z tego, że na siebie nawzajem darli dziś mordy niemalże dla sportu?
Mimo to nie umykał mu tak bardzo sens, który miał gdzieś tam z tyłu głowy. Wydawało mu się, że go wyjaśnił, ale w żadnym razie tego nie zrobił. Odhaczył w głowie informację o daniu jej znać, że świadome bycie komuś psio wiernym było chujowym pomysłem na życie (been there, done that) i nie powinno się budować relacji na chujowych pomysłach na życie a także chujowe pomysły na życie są właśnie takie - chujowe, ale nie zadbał o to, żeby potwierdzić czy to powiedział.
Zresztą miał na tyle przytępione zmysły, że ze znacznym opóźnieniem przyswajał informacje, mieszając kolejność wypowiedzi i odpowiadając na coś, co powiedziała niemalże całe wieki temu. Ambroise w swojej głowie łączył kropki nie w proste linie i symetryczne figury a w skomplikowane bezsensowne układy, które z powodzeniem były w stanie robić wszystko - od dawania mu powodu do nagłego parsknięcia śmiechem poprzez przywołanie demonów przeszłości.
Aktualnie zmarszczył czoło i posłał Roselyn bardzo pytające spojrzenie (no, miało takie być - w rzeczywistości może rzeczywiście wyglądał jak zagubiony wyżeł), kiedy ześlizgnęła się z zajmowanego miejsca. Nie był pewien, co to oznaczało. Czy gdzieś szli, czy miała coś w planach? Tak właściwie, dopóki nie wcisnęła się w jego bok, dopóty nie do końca łapał, co się dzieje. Mimo to zrobił jej dosłownie ciutkę miejsca (i tak była chudziutka, nie?) odruchowo obejmując ją ramieniem.
- Nie? - No, nie zabrzmiał zbyt pewnie, ale raczej odbijał tym sugestię Roselyn, że nigdy tego nie zrobił, która była nad wyraz błędna.
Nie chwalił się wszem i wobec niemal niczym, co robił. Dużo spraw załatwiał po męsku, a więc na osobności i pod groźbą powtórki z rozrywki, jeśli ta rozmowa gdziekolwiek kiedykolwiek wypłynie.
To nie były wyłącznie nawyki zawodowe. Przenosił je mimowolnie na swoje kontakty z adoratorami, którzy nie umieli zrozumieć słowa nie, choć zazwyczaj wystarczyło ustne upomnienie, żeby delikwent przestał. Same umizgi również musiały nosić znamiona natręctwa i szkodliwości, bo nie traktował tak każdego - wyłącznie te bardziej oślizgłe elementy, czym w żadnym razie się nie chwalił.
Przynajmniej do teraz?
- Zależy jak dawno? - Tym razem to było pytanie a zaraz po nim kolejne. - I co kwalifikujemy jako pobicie a co jest postraszeniem? - Zaznaczył potrzebę uściślenia tego, bo granica mogła być nie tak jasna jak można było się spodziewać.
Czy złapanie za fraki było już przemocą? Może stawało się nią dopiero po przyciśnięciu do muru? Albo po potrząśnięciu? A nie - po pstryczku w nos? Jawnym daniu w twarz? Precyzyjne określenie zakresu byłoby pomocne.
- Tak? - Stwierdził w końcu sam z siebie uznając, że granicą było przywitanie delikwenta ze ścianą. - Oczywiście, że tak - mimowolnie wzruszył ramionami, a więc również Roselyn, którą w dalszym ciągu ściskał w nietypowym dla siebie naprawdę uczuciowym uścisku.
Nie pamiętał, kiedy ostatnio byli tak blisko i niezaprzeczalnie wyrażali więzi ich łączące. To było... ...miłe? Może trochę się spinał, ale było nawet miło.
- Nott dostał zachowawczą lepę. Był też jakiś Sprout albo Skeeter, któryś Potter i Selwyn - wymienił ze zmarszczonym czołem, dochodząc do wniosku, że sporo tego było na przestrzeni lat.
I nie - nie czuł się z tym w żaden sposób źle. Nie to miał w głowie, za to obdarzył Roselyn badawczym (aka wyżeł zrobiony w chuja zaczynający orientować się, że coś nie gra w tym rzucie piłeczki) spojrzeniem.
- Kurwa, Roo, jakim cudem udało ci się uchować do... ...dwudziestki? - Spytał bez pardonu.
Dla siebie brzmiał bardzo rzeczowo. Całkiem świadomie wybrał bezpieczną dwudziestkę. W tej chwili za cholerę nie był w stanie doliczyć, ile tak właściwie skończyła lat. Nawet nie próbował. Natomiast ważniejsza była myśl, że przy tylu adoratorach już dawno powinna zostać wepchnięta w jakiś układ a tak nie było. Zamiast tego trafiła na kurwa dwukrotna, zwłaszcza że podwójnego imienia Borgina. Wyjątkowe wieloletnie unikanie, bardzo duża wpadka. Głębokie szambo.
- A nie lepiej zaklęciem? - Skwitował mimo to wyłącznie tym prostym komentarzem, bo jakoś odechciało mu się w dalszym ciągu poświęcać czas na teoretyzowanie o czymś, co miało się stać i najpewniej już dawno było bardzo określone w skutkach.
Tak. Poniekąd wierzył w ustalone koleje losu. Oczywiście, zazwyczaj chciał zmieniać domniemane przeznaczenie. Ni kija od miotły nie godził się być częścią jakiegoś planu niewiadomego bytu czy siły. Natomiast sądził, że wstępne wydarzenia już były nakreślone. Szczególnie ostatnio wierzył jasnowidzom, choć nie wszystkim. Większość tym mocniej zaczął uważać za krętaczy, im mocniej sam zagłębiał się w temat trzeciego oka.
Tak czy inaczej, los miał swoje koleje - jeśli robiło się coś, żeby je zmienić to były zmienialne. A on, jak już wspomniał, nie planował mocniej się zagłębiać w temat tego narzeczeństwa. To nie było na jego nerwy, nawet jeśli miał uczucia, które nakazywałaby mu dalszą ingerencję.
- Rozumiem - odmruknął zmieszany tym miłym akcentem w rozmowie.
Tak. Powinien odpowiedzieć coś podobnego, ale nie był mistrzem rozmów o uczuciach. Wręcz przeciwnie. Skrzętnie je zamykał w sobie. Raczej trudno mu było dobierać odpowiednie słowa i choć wielokrotnie próbował to zmienić, w dalszym ciągu wychodziło mu to sztywno i nienaturalnie.
- Po prostu... ...jeśli coś by ci się stało... ... cokolwiek... ...musiałbym wywołać wojnę - stwierdził zamiast tego, mocniej ją ściskając.
To wystarczyło, prawda?
No, może powinien uściślić, toteż tak właśnie zrobił.
- Mogę pałać do nich szczerą niechęcią, ale nie chcę otwartego konfliktu - czuł potrzebę podkreślenia tego, choć sam nie do końca znał przyczynę - po prostu czuł, że powinna być spokojna; nie zamierzał sam dowalić Borginowi a przynajmniej nie w tym stanie świadomości, który był całkiem błogi.
- Rozsądnie z mojej strony. Wiem - dodał jeszcze, posyłając Roselyn szelmowski uśmiech i kręcąc głową na to, co następnie powiedziała. - Czasami naprawdę cię nie rozumiem, ale doceniam szczerość. Drugi jedyny przyjaciel brzmi źle i dobrze. Szczególnie, że pierwszy to ten człowiek Kniei, dobrze zgaduję? - Tak, postawą wskazywał na to, że też ją kochał. Choć w słowach bywał upośledzony.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Czarodziej
Każde drzewo, to okruch wieczności.
wiek
24
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Magibotanik
Szczupła, wysoka dziewczyna (175 cm) o długich ciemnych włosach i dużych, niebieskich oczach. Na pierwszy rzut oka miła i dobrze wychowana, z nienagannymi manierami i pięknym, przyjemnym uśmiechem.

Roselyn Greengrass
#37
24.10.2024, 17:57  ✶  
- Możesz być Pyskówka numer jeden, a ja mogę być Pyskówka numer dwa. Ambroise Pyskówka Greengrass - roześmiała się w odpowiedzi na to odgryzienie się. Docinki docinkami, ale chemikalia krążące w jej żyłach sprawiły, że nie mogła wziąć tego na poważnie. Naprawdę powinni byli od tego zacząć, wtedy ta rozmowa potoczyłaby się zupełnie, zupełnie inaczej. Gdy wspomniał o eliksirze nasennym, machnęła ręką. Tak mocno, że się zachwiała, ale jeszcze utrzymała pion. - Daj spokój. Mało sypiam, bo wlewam w siebie hektolitry kawy. I to celowo, wiesz? Bo nie mogę teraz spać bo mam rzeczy do robienia, a nie dlatego, że coś nie pozwala mi spać. Gdybym miała problem z zaśnięciem, to przecież byłbyś pierwszą osobą, która by się o tym dowiedziała.
Powiedziała odrobinę z wyrzutem, bo przecież jak on mógł o tym nie pomyśleć? Zawsze był pierwszym, który się dowiadywał o... Cóż, praktycznie wszystkim. A teraz co? Nagle zaczynał wątpić? Nie była w stanie jednak się na niego gniewać, nie teraz gdy dopiero co udało im się spuścić z tonu i wywalić negatywne emocje przez okno. Dobre okno z dobrą ramą, co słusznie zauważył Ambroise.
- Ale dlaczego? Wydajesz się być bardzo zainteresowany moim życiem miłosnym, prawda? A przecież to nieodłączna sfera związku, nie? Tak przynajmniej wnioskuję po książkach, które wertowałam - wzruszyła ramionami. O co mu chodziło? To jakiś temat tabu był dla niego? Zmrużyła oczy, widząc reakcję brata na te rewelacje, a na ustach Roselyn pojawił się chytry, lisi uśmieszek. - Wiem skąd się biorą dzieci, wiem też że nie żyjemy tylko po to, by się rozmnażać. Ale po prostu mówię ci, że możesz być spokojny. Seks jest brudny i okropnie niehigieniczny, na dodatek pocałunki... Naprawdę ludzie lubią wymieniać się śliną i czerpią z tego przyjemność?
Nie żeby ona nie wymieniała się śliną z innymi przy okazji picia z tej samej szklanki, butelki czy przy okazji palenia tego samego papierosa lub jointa, ale to było zupełnie co innego. Wzruszyła ramionami. Oczywiście, że będzie go informować o swoim życiu seksualnym - kiedy w końcu je będzie miała. Ale Ambroise mógł być spokojny, z takim podejściem długo, długo nie zostanie wujkiem. Powinno mu chyba ulżyć.
- Pewnie, że być wyglądał zajebiście. Ale nie musisz być psem z ładną obróżką, możesz być wilkiem. W sumie trochę przypominasz wilka, ale nie takiego który szwenda się w stadzie, tylko łazi własnymi drogami - Roselyn wydęła usta w zastanowieniu, a potem potrząsnęła głową, pozwalając by ciemne pukle rozsypały się wokół jej twarzy, na której pojawiły się alkoholowe wypieki. - Chociaż to chyba opis kota, co nie?
Gdy wypowiedział słowa, których nie rozumiała, przekrzywiła głowę. Zupełnie jak ten spaniel, do którego ją przyrównał. Patrzyła się tak samo jak piesek, który wpatruje się we właściciela, gdy ten mówi idziemy na spacer?.

Wtuliła się w brata i słuchała tego, co mówił. Co kwalifikujemy jako pobicie? Nie miała pojęcia, ona nie była agresywna. Nie biła ludzi, ale w zasadzie nie musiała bo... Miała od tego jego. Nawet jeżeli bił ludzi tylko metaforycznie.
- Każdy Nott powinien dostać prewencyjną lepę na ryj - odpowiedziała, parskając z rozbawieniem. - Nie lubię ich. Strasznie szpanują. Uuu patrzcie na mnie, mamy swoje radio. A to przecież gówniany mugolski wynalazek. Mogliby już zrobić coś lepszego, nie? Bardziej... Twórczego. Jak my robimy.
Oświadczyła z przekonaniem, graniczącym z buńczucznością. Najwyraźniej uważała, że ich rodzina była o niebo lepsza od takich Nottów, którzy mieli kija w dupie i między nogami. Uniosła jednak głowę, gdy zapytał jak jej się udało dożyć takiego a nie innego wieku. Zamrugała, nie rozumiejąc o co chodzi.
- O co ci chodzi? Nie wiem sama, może to twoja i ojca zasługa - odłożyła głowę z powrotem na jego ramię i przymknęła oczy. Cholera, była zmęczona, pijana i zjarana, a w towarzystwie brata czuła się tak dobrze. Jakby te wszystkie lata i konflikty, które się wydarzyły, nie miały miejsca. Jakby cofnęli się w czasie o metaforyczne wieki - do czasów, kiedy było jeszcze wszystko w porządku, a ich jedynym problemem było to, że muszą napisać pracę domową na obronę przed czarną magią. - Tak. Samuel McGonnagal. Jest... Inny. Wiesz, każdy patrzy na mnie jak na kawałek mięsa. Jakbym kiedyś miała być ich własnością. A ja nie chcę być ich własnością. Sam jest inny. Nie interesują go te rzeczy, poza tym jest trochę dziwny. Wiesz, że uważa, że jestem drzewem?
Zapytała z rozbawieniem, sięgając po jointa. Najpierw jednak z trudem otworzyła oczy. Bogowie, jak jej się chciało spać - ale nie mogła się powstrzymać przed pociągnięciem tej konwersacji.
- Ma jakiś dziwny kink naszej rodziny. Pewnie dlatego, że wychował się w Kniei. Sprawdziłam w dokumentach papy, jego rodzina ma pozwolenie. To znaczy teraz tam nie mieszka, odkąd Knieja została zamknięta, ale wychował się właśnie tam. Mam wrażenie, że gdyby cię poznał, to poczułbyś się co najmniej niekomfortowo od uwielbienia, którym by cię obdarzył.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#38
25.10.2024, 02:24  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.10.2024, 02:25 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Wywrócił oczami. Tym razem nie powstrzymał tego odruchu, unosząc wzrok w kierunku sufitu i bezgłośnie poruszając wargami gaduła - była gadułą, pyskówką, jak zwał tak zwał. Szczególnie teraz, gdy wszystko zaczęło na nią działać niemalże w tej samej chwili (on był całkiem trzeźwy i logiczny, rzecz jasna).
- Kawy? Kawa jest dla - nowicjuszy i leszczy dodałby najpewniej, ale zreflektował się zanim to opuściło jego usta; czyżby stał się bardziej uwrażliwiony na uczucia innych ludzi?
Otóż nie. Najpewniej nie. Raczej to była nieświadomość tego, co mówił na głos a co już nie.
- Naprawdę rozważnych osób, Roselyn. Tak trzymać. Idzie ci świetnie. Nie odkrywaj siły odpowiednio parzonej mocnej herbaty, bo wyjebie cię z butów, hehe. Tak serio to szacunek za to, że nie nadużywasz mocniejszych substancji. Szczególnie, że masz do nich jawny dostęp. A nawet, gdyby czegoś zabrakło to przecież mogłabyś poprosić, bo wiesz, że bym ci nie odmówił. Cholera. O senności i bezsenności mógłbym napisać książkę, ale sama wiesz jak wyglądają moje odręczne notatki a samopiszące pióra uważam za gówno, które w szpitalu potrafi notować nam niestworzone rzeczy, ale nie sposób go nie używać. Musiałbym zabrać skrzatkę spod skrzydeł twojej matki, żeby notowała moje przemyślenia, czego nie zrobię, bo twoja stara to jędza i smoczyca, ale mamy chwilowy rozejm, więc nie chcę go łamać i słuchać jak to sobie spierdoliłem życie, przy okazji zabierając jej ulubioną część mojego związku, bo ja to chuj, ale lubiła Geraldine. Wolałaby, żebym to ja zniknął z radaru, ale co zrobisz jak nic nie zrobisz - bardzo konkretnie rozwinął temat, płynnie i gładko odpowiadając siostrze na informację dotyczącą ilości pracy i braku czasu na sen a potem płynnie przechodząc do innych tematów.
Tak. Zdecydowanie. Na pewno.
- Yyyyyyy... ...tak. W porządku. Jasne - burknął zamiast tego, kwitując tym swoją wypowiedź, która w jego głowie (a raczej w pamięci?) brzmiała zgoła inaczej, była pełna inteligentnie dobranych słów i z całą pewnością opuściła usta Ambroisa.
W żadnym wypadku nie zwrócił uwagi na to, że mogła być poirytowana, miała do niego wyraźny wyrzut o zwątpienie w jej możliwości i cholera wie, co jeszcze. Była skomplikowana. Niby podobna do niego, ale siebie potrafił zrozumieć. Sam nierzadko przeciągał się przez więcej godzin niż było to rozsądne, bo doba miała dla niego zdecydowanie zbyt mało godzin.
Tym bardziej czuł, że nie potrzebuje tracić cenny czas na słuchanie o poziomych tańcach młodszej siostry z kawalerami. Nie obawiał się o to, że Roselyn nie poradzi sobie z tą częścią dorosłego życia. Przynajmniej do dwóch dni wstecz, bo dzisiaj zaczął mieć wątpliwości. Szczególnie po tym, co usłyszał a co niestety nie było tak łatwe do wyparcia.
- Jeśli to książki twojej matki to uwierz mi, że nie powinnaś czerpać z nich żadnej wiedzy - skomentował kąśliwie, tym razem pełny świadomości tego co mówi. - Wyciąga je z sekcji z dupy w podsekcji dla kur domowych pod b jak bez bolca - zazwyczaj nawet on byłby trochę bardziej kulturalnie wymowny, bo wnikanie w życie łóżkowe ojca i macochy raczej również nie było dla niego przyjemnością.
Jednakże w tej chwili średnio panował nad językiem i wypowiadaniem myśli. Tak się składa, że od lat miał teorię dotyczącą tego, czemu ta kobieta jest jednocześnie tak kochaniutka i nosi prawdziwie smoczą skórę pokrytą łuskami i kolcami, ziejąc na niego ogniem lub co najmniej toksycznymi oparami.
Doszedł do wniosku na podstawie książek widywanych w jej rękach - była po prostu niewyżyta. Dużo starszy mąż często wyjeżdżał i to praca była jego pierwszą naczelną kochanką. Ta druga siedziała sama w dużym domu. Dziw, że jeszcze nie miała jakiegoś kochanka tylko ograniczała się do płomiennych grafomańskich romansów.
Na podstawie tych czytadeł nie należało budować wiedzy o seksie, związkach romantycznych, właściwie to o czymkolwiek było niewłaściwie. Natomiast, jeżeli Rose sądziła, że zagnie go swoimi następnymi słowami to sromotnie się myliła. Szczególnie, że dostrzegł ten chytry uśmieszek i pokręcił głową na ten widok.
- Jeśli mógłbym mieć jakieś wątpliwości odnośnie twojej szczerości to teraz już ich nie mam - zmrużył jedno oko, przypatrując się siostrze, jakby oceniał kwestię jej trzeźwości psychicznej. - Ty nawet wysławiasz się jak dziewica. Cnotka niewydymka - można rzec. Jesteś pewna, że matka nie hoduje cię na ofiarę dla tych ich smoków? - Tak naprawdę wcale nie chciał w to wnikać a odwdzięczyć się pięknym za nadobne.
To było względnie popularne połączenie motywów literackich: smoki - dziewice. Nie dało się temu zaprzeczyć. Poza tym nie zamierzał być osobą wyjaśniającą komukolwiek kwestie tego, co było miłego i przyjemnego w seksie, wymianie płynów fizjologicznych, zbliżeniach fizycznych. Jak zwał tak zwał. To nie było coś co dało się opisać w paru słowach. Nawet takich jakże specjalistycznych. Nie miał także zamiaru sugerować badania tego w praktyce zamiast gadania o teorii. To byłoby posunięcie się za daleko, szczególnie w tym stanie upojenia, gdzie wolał nie wnikać tak głęboko, bo wyobraźnia podsuwała mu naprawdę niesmaczne obrazy.
Już wolał te psy. Choć...
...NIE.
Mimowolnie skrzywił się, przecierając oczy wierzchnią częścią dłoni i usiłując skupić się na słowach dziewczyny.
- Nie? - Cofnął brodę, marszcząc nos w odrazie do tego, co powiedziała Roselyn; to nie tak, że nie lubił kotów - miał bliskie przyjacielskie stosunki z Figgami, ale w żadnym razie nie przyrównałby się do tego zwierzęcia. - Mogę być wilkiem, weź nie rób ze mnie kota. Nie mam aż takiego pierdolca - tylko w tym momencie, bo zazwyczaj uznałby ich porównania za głupie, uważał się za uosobienie czegoś psowatego. - Jeśli ja miałbym być kotem to ty będziesz papugą - zagroził.
Był to sobie w stanie wyobrazić. Łaziłaby po kontuarze kiwając się w przód i do tyłu. Uderzałaby dziobem o szklanki. Robiłaby wokół siebie naprawdę dużo szumu. Latałaby wszędzie dookoła. Z pozytywów może srałaby na opinie starych, zgorzkniałych tetryków w badawczym gronie. Uważał, że Roselyn ma do nich stanowczo zbyt dużo szacunku jak na to, co sobą reprezentują i jak bardzo blokują wszystkie świeże pomysły, które przez nich nie mogą przysłużyć się nauce.
Jednakże rzut oka na jej minę wystarczył, żeby znowu zakwalifikował siostrę do psów, o których rozmawiali. Nie kanapowych. Łowczych. Energicznych i pełnych życia a także wierności. Czasami nazbyt dużej, ale nie do podważenia.
- Touché. Jak dla mnie to tyczy się wszystkich pseudoreporterów i pismaków - nie mógł nie zgodzić się ze słowami Roselyn, bo tym razem były bardzo trafne i chyba jedne z bardziej rzeczowych, jakie tego wieczoru padły spomiędzy jej wydętych usteczek. - Nottów, Skeeterów... ...może też Lockhartów i innych takich - pewnie mógłby z powodzeniem wymienić całkiem sporo nazwisk, ale to było niepotrzebne.
Z tak bliska z pewnością mogła dostrzec to, że sam sobie przytakiwał głową i był przekonany o tym, co mówi. Ponadto nie dało się ukryć, że ta drobna inscenizacyjna pokazówka rozbawiła Greengrassa. Ton głosu Rose był idealnie w punkt. Tak samo jak cała reszta.
- Może. Nie wykluczam - odrzekł bez zastanowienia i ani krzty wyrzutów sumienia, jeśli to tak wyglądało sedno sprawy. - Nie mielibyśmy problemu, gdyby na horyzoncie pojawił się ktoś sensowny, wiesz, ale o takich ciężko. Większość to chwasty. Kolorowe, ale chwasty - niektóre pozornie nieprzydatne rośliny były bardzo potrzebne, ale Ambroise w tym wypadku miał na myśli te, z którymi musieli notorycznie walczyć, żeby móc hodować znacznie cenniejsze gatunki.
Rzecz jasna nie wątpił, że każdy element flory ma swój cel bycia w przyrodzie. Tak właściwie nie dało się powiedzieć, że coś jest zupełnie niepotrzebne. Szkodliwe dla innych ziół - tak. Ekspansywne - tak. Nie mające zbyt wiele zastosowań - również tak. Natomiast każda roślina miała jakieś przydatne cechy. To nie było takie zero-jedynkowe jak wydawało się większości ludzi.
Nawet ci ludzie. Niedoszli kawalerowie kręcący się w otoczeniu młodszej Greengrassówny na pewno mieli swoje zadanie na tym świecie - stanowili przeciwwagę dla ludzi rozsądnych, oczytanych, mających (na ogół) dobre zamiary i słuszne intencje.
Zaś wspominając o tym, Roise wysłuchał zadziwiająco szczegółowego opisu sytuacji z Samuelem McGonagallem, coraz bardziej marszcząc brwi, ale (chyba) trzymając język za zębami do momentu, kiedy uznał, że skończyła. Nie wiedział czy powinien to zwalić na karb jej dostrzegalnego zmęczenia, czy na coś jeszcze innego, ale musiał skomentować jedną konkretną wypowiedź.
- Rożyczko, pamiętaj, do kogo mówisz - przypomniał całkowicie pewien, że powinna pamiętać, jak trudno go było zbić z tropu; całą swoją fasadę zbudował na byciu niewzruszonym i spoglądaniu z wyższością na ludzi, którzy starali się wywołać w nim jakąś reakcję. - Wiesz, że któregoś dnia uda mi się doprowadzić cebulę do płaczu, prawda? A od uwielbienia nie stronię. Bardzo przyjemnie mieć połechtane ego. Tylko w tym wypadku to byłoby zbyt gejowskie, więc trzymaj go ode mnie z daleka - stwierdził ze wzruszeniem ramion, ciężkim ruchem opierając zesztywniały kark na zagłówku tak, żeby móc spojrzeć na przydymiony sufit i przymknąć oczy. - Masz okropny gust do mężczyzn. Ok rop ny - zaznaczył, bo wpierw był Borgin, teraz ten lekko homoseksualny i jednocześnie aseksualny buszman z Kniei.
Ambroise naprawdę nie chciał wiedzieć, kto będzie kolejny. Byle nie żaden łowca czarnoksiężników, Moody czy inny, bo mieliby przesrane.
Bardzo, bardzo przesrane.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Czarodziej
Każde drzewo, to okruch wieczności.
wiek
24
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Magibotanik
Szczupła, wysoka dziewczyna (175 cm) o długich ciemnych włosach i dużych, niebieskich oczach. Na pierwszy rzut oka miła i dobrze wychowana, z nienagannymi manierami i pięknym, przyjemnym uśmiechem.

Roselyn Greengrass
#39
29.10.2024, 17:12  ✶  
- ROISE! - krzyknęła z oburzeniem, podrywając głowę. Trzepnęła go w ramię, ale to wszystko co się zadziało, to... Cóż. Nie było w żaden, ale to absolutnie żaden sposób gwałtowne czy nawet szybkie. Ba, jej ruchy i słowa w ogóle nie stały obok tych określeń. Gdy "podniosła głos", brzmiało to bardziej jak szept. Nieco bełkotliwy, warto zaznaczyć. A gdy uniosła głowę, to zrobiła to tak ślamazarnie, że Ambroise nie tylko zdążył wydukać swoje Jeśli mógłbym mieć jakieś wątpliwości odnośnie twojej szczerości , ale nawet dalszą część. Dopiero wtedy jego ramię dotknęło głasknięcie dłoni Roselyn, okraszone wysokim chichotem. Panna Greengrass, całkowicie pijana i zjarana, zmieniała się w leniwca. To było absolutnie idealne porównanie. - Jakoś mnie urodziła, więc musiała to robić z naszym ojcem.
I dopiero po kilku sekundach dotarło do niej, co powiedziała. Momentalnie zrobiła się zielona i jej się cofnęło. Tym razem również udało jej się przełknąć żółć, podchodzącą do gardła. Widać było, że chyba za bardzo zabrnęli w tych pijackich rozważaniach, skoro Roselyn dosłownie zzieleniała na twarzy. Przełknęła głośno podchodzącą do góry zawartość żołądka i odkaszlnęła, chcąc mieć pewność, że wszystko wróciło na swoje miejsce.

Papuga. Skup się na papudze a nie dupie własnej matki.

- Mogę być i papugą. Byle nie gęsią. Co do facetów... - wzruszyła ramionami, zanim zdecydowała się wstać w końcu z fotela, dając bratu odrobinę przestrzeni. Polała sobie więcej alkoholu, pytająco unosząc butelczynę w górę w niemym geście "chcesz?". - Jebać ich. Bez obrazy dla ciebie i dla ojca, ale nie są mi do niczego potrzebni.
Nie była to do końca prawda, sama przecież radziła się mężczyzn w wielu sprawach. Sama teraz rozmawiała z facetem. I na pewno w końcu będzie chciała znaleźć takiego, na którym będzie mogła się oprzeć. Ale czy na pewno? W całej tej pokrętnej logice Roselyn naprawdę wydawała się być jako tako samodzielną osobą. I chyba naprawdę dążyła do tego, by być jeszcze bardziej samodzielną, tylko efekt był cóż... Daleki od idealnego. Nadal mieszkała z rodzicami, owszem, ale miała chyba na tyle pieniędzy z wypłaty i na tyle stabilną pensję, że mogłaby się wyprowadzić. Może oszczędzała? Albo - co bardziej prawdopodobne - tak jej było wygodnie. Sama też powiedziała, że tego cholernego Borgina "przygarnęła" żeby inni się odpierdolili. Przecież gdyby była taką wielką samodzielną damą, to dałaby radę sobie z tym sama, bez pomocy Antka czy Ambroisego.
- Chciałabym zobaczyć płaczącą cebulę. Myślisz że dałoby się taką stworzyć? - absolutnie nie wyciągnęła z jego wypowiedzi tego, co najważniejsze. Jej zjarany umysł skupił się na płaczącej cebuli tak bardzo, że wylała trochę whisky. - Ach, kurwa...
Nachyliła się, by spić menisk wypukły. Tu był i tak taki syf, że na pewno podłodze czy stolikowi to nie zaszkodzi, ale oblała sobie przy okazji rękę. Trudno, będzie się lepić: jej także chyba już niewiele powinno zaszkodzić, a przynajmniej dzisiaj.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#40
03.11.2024, 23:42  ✶  
Nawet nie pokusił się o ustną odpowiedź. Zamiast tego zrobił jednoznacznie nieprzejętą minę kogoś, kto w żadnym wypadku nie czuł wyrzutów sumienia w związku z tym, co powiedział. Niezależnie od tego jak bardzo to było niewłaściwe, niepoprawne a szczerze mówiąc również całkiem obrzydliwe. Po prostu zamachał uniesioną otwartą dłonią w geście uzupełniającym no cooo?, które miał wypisane na twarzy - w rozszerzonych zamglonych oczach, wydętych wargach, uniesionych kącikach ust i brwiach będących niemal jednością z linią włosów.
Czy mógł się powstrzymać przed roztoczeniem takiej a nie innej wizji?
No niby tak, ale nie byłoby w tym żadnej zabawy. Poza tym aktualnie trochę nie panował nad swoim językiem, przez co tak właściwie miał pewność, że coś powiedział dopiero wtedy, kiedy dostrzegał na to reakcję. Dokładnie tak jak w tym wypadku: to ewidentnie nie były wyłącznie jego bardzo głośne myśli. Gdzieś po drodze zmieniły się w poplątane słowa, które raczej trafiły w punkt.
No żadne z tamtej dwójki nie wyglądało, jakby mogło mieć wybitnie ciekawe życie erotyczne. Prawdę mówiąc to, jakby mogło mieć jakiekolwiek, bo ich ojciec najpewniej mógłby być nawet dendrofilem (tak, to brzmiało bardzo niepokojąco, ale trochę prawdopodobnie), który tak bardzo kochał swoją pracę, że wykształcił w sobie podobne upodobania zamiast cieszyć się bliskością fizyczną młodej żony.
Natomiast ta była...
- Auć, za co to? - Zareagował niemalże minutę po fakcie, przerywając ten szalony tok rozumowania po to, żeby rozmasować sobie ramię.
Całkiem mocno go w nie trzepnęła jak na takie chucherko. Tak właściwie to miał ochotę cofnąć wcześniejszą reakcję, żeby nie nakarmić jej ego tym jak bardzo była skuteczna. Natomiast chyba nie mógł tego zrobić, więc powoli, bardzo znacząco wywrócił oczami w wyrazie politowania wobec tej nagłej przemocy fizycznej.
W kolejnej chwili zmienionej w głaskanie go po ramieniu i śmiech, który sprawił, że on sam również się roześmiał. Cholera wiedziała, z czego dokładnie, ale dołączył do niej, choć w przeciwieństwie do chichotu Roselyn, Roise raczej śmiał się nisko, urywanie, na swój sposób szczekliwie - w klimacie całej ich dyskusji o psach, papugach i gęsiach.
- Cholerne gęsi - skrzywił się bezwiednie.
Jeśli ona nie chciała rozmawiać o dupie swojej matki to on zdecydowanie nie planował zagłębiać się w temat gryzących skurwysynów. Ani najlepiej w ogóle skurwysynów. Nawet tych kręcących się wokół jego siostry, na których wspomnienie wyłącznie machnął ręką.
- I cholernie dobrze, że nie chcesz mieć z nimi do czynienia - zapewnił świadomy tego, że choć nie znał genezy tego podejścia to prawdopodobnie było najwłaściwsze z możliwych.
Wszelkie relacje damsko-męskie kończyły się dokładnie tak samo, przynajmniej w jego oczach. Były trudne, chaotyczne, przynosiły zawód i rozczarowanie. Miały trwać wiecznie, mamiły ciepłem i rozkoszą, domem, lepszym życiem. A potem się kończyły. Pozostawiały tylko pustkę nie do wypełnienia żadnymi innymi osobami. Nie, gdy wydawało się, że już się miało tę jedną szansę na miliard. Wtedy cała reszta była wyłącznie marnym wypełniaczem.
Równie dobrze można było to sobie darować i skupić się na pracy. Praca nigdy nie zawodziła. A nawet, jeśli już tak to pchało go to do dalszych prób. Jak z tą nieszczęsną cebulą. Cholera, to brzmiało dobrze.
- Jasne, że tak - odpowiedział niemalże od razu, jakkolwiek niehumanitarne i niemoralne by było tworzenie czegoś tylko po to, żeby miało tak smutny los to od razu przyklasnął temu pomysłowi. - Może gdyby wziąć smutolistka i połączyć go z ożywieńczą cebulą? Zobaczyć, co z tego wyjdzie a potem dorzucić do tego na przykład płaczącego kropelnika? - Zasugerował starając się mówić nie od rzeczy, choć raczej nie przychodziło mu to teraz wybitnie łatwo.
Natomiast to chyba miało sens? Skoro ożywieńcza cebula sama w sobie zachowywała się już całkiem logicznie. Potrafiła porozumiewać się z botanikami poprzez delikatnie wibracje w różnym stopniu natężenia. Natomiast smutolistek wydawał z siebie melancholijne dźwięki, gdy ktoś dotykał jego listków a płaczący kropelnika był rośliną, która codziennie rano wydaje kropelki gęstej, lepkiej cieczy przypominającej łzy. Wszystko razem mogło się udać. Przynajmniej teraz to miało sens.
Tak właściwie to wszystko miało obecnie bardzo dużo sensu. Nieważne, o czym mówili i co robili. Nawet rozlanie kolejnej porcji alkoholu miało jakiś tam sens (oblewali coś, nie? cholerne zaręczyny) tym bardziej, gdy mógł skorzystać z okazji i również uraczyć się porcją alkoholu. W końcu po to go tu mieli, aby korzystać z tego aż do upragnionej odcinki. Tak. Chyba to było potrzebne.
Pierwszy raz w życiu właśnie w takim towarzystwie, ale teraz już mu to wcale nie przeszkadzało.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (16358), Roselyn Greengrass (10077)


Strony (5): « Wstecz 1 2 3 4 5 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa