Geraldine wsparła się na barku Ambroise'a, wokół nich zrobiło się ciemniej gdy ich różdżki zgasły. Głos brata , obrzydliwe wrażenie dłoni, ból, skrobot pazurów o kościec czaszki... to wszystko zniknęło pozostawiając nieprzyjemne swędzenie. Jego słowa nie były zaklęciem imperiusa, wciąż miała swoją wolę, wciąż miała wybór, a przynajmniej tak mogło jej się wydawać. Zatrzymali się w mroku, a czas nieubłaganie kapał, jak lśniące krople wody ze stalaktytu.
With insufficiency my heart to sway?
Geraldine wsparła się na barku Ambroise'a, wokół nich zrobiło się ciemniej gdy ich różdżki zgasły. Głos brata , obrzydliwe wrażenie dłoni, ból, skrobot pazurów o kościec czaszki... to wszystko zniknęło pozostawiając nieprzyjemne swędzenie. Jego słowa nie były zaklęciem imperiusa, wciąż miała swoją wolę, wciąż miała wybór, a przynajmniej tak mogło jej się wydawać. Zatrzymali się w mroku, a czas nieubłaganie kapał, jak lśniące krople wody ze stalaktytu.
Come to take me home
I'm lost in the woods and I wander alone
Światło na końcu jego różdżki zgasło niemal równocześnie z końcem zaklęcia u Yaxley. W tym momencie nie miał jak ponownie spróbować oświetlić jaskini. Musiał skoncentrować się na otoczeniu w tej bladej, rozmytej odrobinie światła jakie im zostało, co samo w sobie nie było łatwe a wrażenie wewnętrznego niepokoju, które cały czas dyszało mu w kark wcale nic nie ułatwiało. W pierwszej możliwej chwili miał podjąć próbę przywrócenia swojego źródła światła.
To było przeklęte miejsce. Cholerna pułapka, w którą dobrowolnie powędrowali. Nie to, żeby mieli jakąkolwiek inną możliwość. A jeśli nawet to teraz już nie. Resztki kontroli nad sytuacją zaczęły wyparowywać tak szybko, jakby byli pod rozgrzaną soczewką. Tyle tylko, że wokół było przejmująco chłodno i wilgotno.
Zacisnął dłoń na talii Geraldine, ściskając ją wyczuwalnie. Trzykrotnie puszczając nacisk i ponownie go intensyfikując w próbie przeniesienia na siebie chociaż części uwagi kobiety, mimo ciemności wyraźnie poszukując jej spojrzenia. Kiedy wreszcie je odnalazł, wbił spojrzenie w oczy Yaxleyówny, biorąc głęboki wdech przez nos i wypuszczając go przez dotychczas mimowolnie zaciskane usta.
Jeśli to przeżyją, kiedy to przeżyją (należało to wyraźnie zaznaczyć) będzie mógł napisać własną wersję poradnika jak nie wypierdalać prawie dwóch dekad przyjaźni do kosza. Nie bawiło go to, o nie, tylko przerażało. Jeszcze godzinę, może trochę więcej temu cieszył się z widoku przyjaciela. W tym leżała ironia losu.
Chujem był, nie przyjacielem, zdrajcą, mendą najgorszego sortu - w tym momencie nie żywił do siebie nic prócz czystej odrazy. Nawet on ze swoją skłonnością do tłumaczenia własnych uczynków przed samym sobą w taki sposób, aby nie ucierpiało na tym jego ego, teraz nie był w stanie tego zrobić.
Nie mógł znaleźć dla siebie żadnego wytłumaczenia ponad to, że nie mógł iść, nie mógł nie zostać. Jednocześnie w głębi duszy nie mógł nie iść, ale to oznaczałoby coś równie złego.
Tu nie było właściwej decyzji. Niezależnie od tego, co by zrobił. Wszystkie decyzje były złe. Nie widział żadnej trzeciej alternatywy. Sądził, że jest przygotowany na podejmowanie trudnych decyzji, jednakże w swoim zacietrzewieniu i wynikającym z niego zamroczeniu umysłowym nie wziął pod uwagę tego, że wybór miał tyczyć się nie jego losu a kogoś mu bliskiego. Innego niż Geraldine, bo tu sprawa była brutalnie jasna.
- Obiecałem, że cię nie zostawię. Idziemy w to razem - odezwał się twardo przez zaciśnięte gardło - słowa jakimś cudem przedostały się przez palącą gulę śliny i wyrzutów sumienia.
Nie brzmiały dobrze. Odbijały się echem w jego głowie. Każdą falą w bardzo przytłaczający sposób, który tylko potęgował gorzkie wrażenie zamiast je zagłuszać. To było nie do uniknięcia. Tym bardziej, że nie mogli stąd wyjść. To było jasne. Greengrass ani przez chwilę nie wątpił w to, że nie zostaną wypuszczeni. Gdyby chodziło o niego, pewnie podjąłby próbę przeciwstawienia się wpływowi, ale wiedział, że nie zasugeruje tego Geraldine. Nie chciał pogarszać sytuacji.
- Stoisz? - Musiał usłyszeć wyraźne przytaknięcie, żeby w ogóle wziąć pod uwagę odsunięcie się w gotowości ponownej interwencji. - Dasz radę iść sama czy wesprzeć cię jeszcze chwilę, póki możemy sobie na to pozwolić? - Starał się mówić miękko i cicho, przezornie, żeby nie drażnić uszu kobiety.
Choć atak przeżyła wewnątrz głowy to wszystkie mocne dzwięki rozchodzące się na zewnątrz mogły pogorszyć wrażenie mentalnego bólu. A echo mogło je niepotrzebnie podbijać. Coś o tym wiedzieli, nie? To nie było ich pierwsze mentalne rodeo.
Dopóki mieli taką możliwość, sugerował nie unoszenie się honorem i udawanie, że wszystko jest w porządku, jeśli ewidentnie nie było jeszcze moment wcześniej. Wbrew napięciom cel był jasny.
Zbyt jasny.
- Nie powinniśmy się jeszcze bardziej rozdzielać - odezwał się brzmiąc źle nawet dla siebie, nawet jeśli nadawał tym słowom stanowcze brzmienie.
To było ze wszech miar niewłaściwe, ale znaleźli się w tym miejscu z jednego powodu i jeżeli nie mogli cofnąć się razem to nie powinni cofać się wcale.
Nienawidził się za to. Jak on się za to nienawidził. Samoświadomość była przekleństwem nie do uniknięcia. Nie tym razem.
- Nie możemy się cofnąć, jeśli Geraldine nie jest w stanie. Thomas wiedział na co się pisze - czy aby na pewno? - zasłanianie się świadomością podejmowanego ryzyka było domeną Greengrassa, ale to też w tym momencie sprawiło mu trudność. - Musimy doprowadzić sprawę do końca - stwierdził.
Nie powinni zatracić świadomości, dlaczego się tu znaleźli. Nie chciał brać tego pod uwagę, ale tym bardziej, jeśli jedno z nich już poniosło koszt poświęcenia się dla sprawy. Musieli ruszyć dalej.
Mimo to decyzja należała do Crowa. On zamierzał zawrócić kolejny raz i ruszyć dalej wgłąb korytarza za Geraldine lub obok niej.
Kształtowanie (••) na ponowne oświetlenie jaskini przy użyciu różdżki - zakładam, że to ten moment, gdzie rzut może być konieczny.
Sukces!
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
Nothing happens in the dark
Are you still afraid?
- „N-nie możemy się rozdzielać” to TWOJE słowa Geraldine. Co-okolwiek cię tam ściaga może za chwilę zabić człowieka ty debilko. T-to jest t-to, k-kiiim jesteś? Kim po-ozwolisz mu się uczynić? - Napiął się, wyprostował, zacisnął zęby, mierząc dwójkę wielkoludów wzrokiem i wyglądał na zdegustowanego. - Ge-Geraldine, którą znałem, wysłała m-mi worek szmalu w ramach rekompensaty za za to, coo się stało-o. On już cię zabija, a t-ty naw-et tego nie widzisz. Tylko kupa gówna by go nie ratowała, bo wIeDziAł nA cO sIę PiSzE. J-jesteśmy tu w roli jej przyjaciół, nikt nam za to szmato - obelgę skierował do Greengrassa - orderu nie da.
Splunął na ziemię.
Nic tutaj nie osiągnęli, nic tutaj nie mieli. Nie rozwiązali żadnej wielkiej pierdolonej zagadki, która kazałaby im zagłębiać się w te korytarze tu i teraz.
- Skoro ten Thoran jest na dole to po prostu wysadźmy te korytarze, przestańcie się kurwa zachowywać jak wariaci. Niic ci niee k-każe rozwiązać tego w jeden dzień. NIE JESTEŚ KURWA ZWIERZĘCIEM ANI DZIECKIEM, NIC NIE MUSISZ, PO PROSTU JESTEŚ JEBNIĘTA. Mam nadzieję, że tymczasowo. - Wydawszy z siebie burknięcie odwrócił się i wyraźnie oczekiwał tego, żeby blondynka wybrała ścieżkę ratowania Figga. Jeżeli tego nie robi, Edge odłącza się od drużyny i idzie szukać go sam - pozostanie z kimś, kto nie chce walczyć o życie przyjaciela jest sprzeczne ze wszystkim, w co wierzy.
That's why it's fun.
Odetchnęła z ulgą. Zniknął. Głos w jej głowie przestał do niej mówić, to okropne uczucie, które się pojawiło również odpuściło. Czuła, że jej ciało znowu należy tylko i wyłącznie do niej, tylko na jak długo? Skoro mógł to zrobić raz, to na pewno skorzysta z kolejnej okazji. Pozostało tylko swędzenie, bardzo nieprzyjemne, którego nie mogła się pozbyć.
Kiedy się potknęła zaklęcie, przy pomocy którego oświetlała sobie drogę zniknęło, to samo stało się z tym Ambroisa. Mieli więc ograniczoną widoczność. Wiedziała, że to nie wróży nic dobrego.
Skoro głos przestał pierdolić jej w głowie, to chyba oznaczało, że odpuścił, być może? Nie mogła być tego pewna, nie miała pojęcia, czy za chwilę to do niej nie wróci.
To nie był łatwy wybór, nie miała w zwyczaju zostawiać swoich kompanów chuj wie gdzie, ale tym razem decyzja nie należała do niej, nie w pełni.
Ambroise nie zamierzał odpuścić, chciał iść z nią, to było całkiem pocieszające, bo nie została skazana na samotną walkę, właściwie może to byłoby lepsze, gdyby faktycznie poszła w głąb jaskini bez nikogo. Mogliby się skupić na odnalezieniu Figga, a ona zajęłaby się swoją sprawą. bardzo szybko odsunęła od siebie te myśli, Thoran miał nad nią zbyt dużą władzę, gdyby w jego obecności powtórzyła swój wyczyn sprzed chwili zapewne nie dożyłaby poranka.
- Stoję. - Mruknęła cicho do Greengrassa i odsunęła się od niego o krok. Nie potrzebowała wsparcia, już nie. - Dam radę iść sama. - Nawet gdyby nie dała, to i tak nie okazałaby przed nim swojej słabości.
- Crow, kurwa mać, próbuję wszystkich ocalić. - Wysyczała przez zęby, bo miała wrażenie, że nie do końca potrafi zrozumieć jej położenie. Nie czuł tego, co ona, nie miał świadomości, jak ten demon mieszał jej w głowie.
Wiedziała, że nie jest dobrze, czuła napięcie, które wisiało w powietrzu. Mogła spróbować ruszyć się dalej, to było jedyną opcją, nie mogła doprowadzić do tego, aby zaczęli przemieszczać się w pojedynkę.
Stała między mężczyznami, oddzielała ich od siebie, żeby przypadkiem któryś nie zrobił czegoś głupiego.
- To nie zadziała, wysadzenie tych korytarzy nic nie da, on wyjdzie i dalej będzie próbował mnie zabić. - Gdyby to było takie proste, jak sugerował Edge na pewno zdecydowałaby się na to posunięcie, wiedziała jednak, że nic z tego. Zignorowała jego sugestię na temat tego, że jest jebnięta, chociaż powieka jej drgnęła, a ręka zacisnęła się mocniej na różdżce. Wiedziała, że nie jest sobą, że Thoran nią manipulował i odbierał jej powoli jej własne życie, to nie było dla niej nic nowego.
- Spróbujmy pójść dalej. - Tak, zgodziła się na to posunięcie, ale nie miała pojęcia, czy to się uda. Chuj jeden wiedział, czy ten głos w jej głowie znowu się nie odezwie. Zamiast tego próbowała się skupić na otoczeniu, aby usłyszeć cokolwiek, może uda jej się zlokalizować Figga.
Akcja nieudana
With insufficiency my heart to sway?
– ZA...KNIJ knij knij KURrrrrrrrr....A siEeeeEeEE– echo niosło, odbijało się, ale mieli niemal stuprocentową pewność, że okrzyk ten dobiega... zza ich pleców...
Rzucili się biegiem w drogę powrotną, wyczulone zmysły Geraldine bez problemu odnalazły ścieżkę prowadzącą w jedno słuszne miejsce, którego nie mieli okazji jeszcze dokładniej sprawdzić, a które teraz zdawało się jaśniejsze mdlistą, pulsującą błękitną łuną grzybów. Mimo emocji analityczny umysł Ambroise'a doniósł mu bez pudła, że zmieniły one swoje ułożenie, a korytarz którym wracali nie wygląda tak jeszcze chwilę temu. Łepki nachylały się w jednym kierunku, widmowa maź niemal ściekała z nich, niespiesznie tworząc zacieki.
– AMBROISE, TUTAJ! SZYBKO! – kolejny rozpaczliwy krzyk Thomasa, dotarł do nich na moment przed tym gdy wpadli do środka podziemnej komnaty. Zobaczyli na jej środku klęczącego Thomasa, który trzymając na rękę półnagą, pokrwawioną dziewczynę. Zobaczyli jak próbuje nieudolnie spleść zaklęcie, wyciągnąć z siebie widmową energetyczną nić, która jak na złość nie chciała się pojawić, choć Ci, którzy nie mieli pojęcia o nekromancji mogli nie rozpoznać w tych gestach ni cienia sensu. Parę otaczała na skalistym podłożu ciemna maź, cieknąca i gęsta, formująca się w runiczny krąg.
- Thomas, prosiłabym Cię o cierpliwość i odpisanie na końcu kolejki, już bez spoilera;
- W każdym poście poza kośćmi Akcji i kością Wiedzy poproszę Geraldine, Ambroise'a i Edga o pojedynczy rzut 1d100;
- Nie musicie rzucać na lumos;
- W jamie panuje półmrok (jest jaśniej niż poprzednio), ale część jej sekretów jest przed Wami wciąż poukrywana.
Come to take me home
I'm lost in the woods and I wander alone
W jednej chwili wyprostował się i napiął całe ciało, przenosząc spojrzenie z Geraldine, którą przy okazji puścił zgodnie z jej życzeniem, na piszczącego szczurka wyrzucającego z siebie kolejne słowa jak zacięte radio przeskakujące z audycji Nottów na homilię Macmillanów.
P-ppp-pp-tt-t-t-tt.
Sens przekazu powinien być jasny. Motywacja kierująca ich trzecim towarzyszem była słuszna. To przekaz stanowił problem. Nie. Nawet nie problem a pretekst do tego, żeby Ambroise ponownie pomyślał o wcieleniu w życie tamtych wizji złożenia tego człowieka w ofierze skalnym korytarzom.
Crow trafiał w sedno. Poruszał w nim jeszcze bardziej te nadwrażliwe, ledwo trzymające się przed pęknięciem struny. To było kurewsko trudne bez tego. Żadne z wypowiedzianych słów nie było beztroskie i bezbolesne, wszystkie kosztowały go stanowczo zbyt wiele a teraz ktoś śmiał głębiej rozdrapywać ten temat.
W. T-t-ten. Sp-p-popoposób.
Greengrass już wcześniej miał trudność zdzierżyć Crowa. Nawet jeśli ten człowiek miał rację to...
- Jeśli u-u-ww-a-żżasz, ż-że t-to takkie p-pross-tte t-to moż-że pp-rzyjeb-biemmy c-ci m-mentalnym cz-czarem w t-twój mąddru-t-tki łeb i zobaczymy jak cz-czołgasz się po ziemi, szmato - spytał p-prześśmmiewcz-czo p-przećciąg-gając g-głoski (niskie zagranie, szczególnie jak na niego, ale nie był nawet w jednej trzeciej swojej szczytowej formy; tu się nie dało) choć jego prawa ręka mimowolnie zacisnęła się na różdżce.
Głowa Ambroisa była aż nazbyt ciężka od trudnych myśli, wniosków, których nie chciał wyciągać, wyrzutów sumienia na myśl, że miałby ot tak porzucić jedną z bliższych sobie osób, wściekłości na siebie, na sytuację, na otoczenie. W tym momencie był bardziej niż chętny przelać to wszystko na wkurwiającego jąkałę, posyłając w jego stronę (o tak - wcale nie groził bez pokrycia ani nie próbował żartować) jedno z repertuaru zaklęć, o których wspomniał przed chwilą. Duże, małe, krótko czy długotrwałe. Obojętnie. Na pewno samo znalazłoby ujście na ustach i w ruchu różdżki. Znalazłoby się jakieś właściwe.
Przetarcie skalnego sufitu i gruntu niewyparzoną mordą tego typa byłoby niemalże satysfakcjonujące. Szczególnie, że Crow chwilę wcześniej tak ochoczo rozprawiał o ukształtowaniu tuneli, więc przyjrzenie im się z bardzo, bardzo bliska byłoby naturalną kolejnością rzeczy.
Choć pod wpływem uderzenia zaklęciem prawdopodobnie nie zobaczyłby zbyt wiele. Może wnętrze własnego mózgu? Mógłby zakosztować tej upragnionej samoświadomości, dając im realny pokaz prawdziwego heroizmu wbrew przytłaczającemu wrażeniu niecielesnego bólu, którego nie dało się wydrapać spod skóry, zapić eliksirem, zakleić plastrem.
Nie musiał wyrokować jak się zachowa. Mógł skorzystać z szansy przekonania się o tym na własnej skórze. Jeszcze zanim jakiś kurewsko silny byt wjedzie mu w czaszkę bez wazeliny. Ot przedsmak własnych słów i gestów, bo jeśli ta szmata mogłaby obejść się bez odwetu to cała reszta wraz ze splunięciem sprawiała, że Greengrassowi naprawdę trudno było się pohamować.
Śliski skurwiel miał więcej szczęścia niż rozumu. Stali zbyt daleko od siebie. Dodatkowo rozdzieleni pierwotnym układem grupy i tym, że mieli między sobą Geraldine. Ambroise inaczej nie ręczyłby za siebie. Nie miał już niemal krzty opanowania. Nie po tym, do czego dochodziło. Postawiony przed wyborami, musiałby je podjąć. Już to zrobił, nie szukając dla siebie wymówek ani poklasku. Zdawał sobie sprawę z tego, że siebie nie trawi teraz znacznie bardziej niż Crowa, ale na Crowie mógłby wyżyć się fizycznie. Siebie maltretował w bardziej wysublimowany sposób.
Ponadto wiedział jedno: gdyby chodziło o niego, oczekiwałby brnięcia do przodu, bo tak - wierzył w świadome podejmowanie ryzyka i priorytetyzacje dobra misji nad dobro jednostki. Szczególnie takiej, która nie była tą najistotniejszą mogącą wszystko zakończyć. Cel uświęcał środki. Zawsze tak było, zawsze miało być.
Rzecz jasna z wieloma subiektywnie wyjątkowymi wyjątkami - szczególnymi odstępstwami od reguły wynikającymi z nieuświadomionej albo raczej: niedopuszczanej do świadomości hipokryzji, ale to nie była jedna z chwil, w których to miało znaczenie.
- Po co w ogóle się tu wpierdalałeś? - Tym razem panował nad agresywnie prześmiewczym tonem głosu, znowu wrócił do chłodnego, lodowatego spokoju, świdrując mężczyznę wzrokiem w ciemnościach.
Prócz szczególnej umiejętności wbicia szpili na oślep tam, gdzie już była niewidoczna bolesna dziurka, Crow był niedoinformowanym idiotą. Wszystkie dalsze słowa i sugestie na to wskazywały. Były pozbawione sensu za to przykryte absurdalną ilością szczurkowatych piśnięć.
Geraldine uprzedziła go w odpowiedzi sraluchowi. Crowa w dalszym ciągu nie opuszczało szczęście.
To były te słynne ostatnie słowa?
Szczęścia nigdy z nimi nie było. Finalna decyzja została podjęta. Ruszyli dalej mimo wszystkich obaw i doświadczeń sprawiających, że droga była jeszcze gorsza. A potem jaskinię przedarł krzyk, który sprawił, że wszystkie włosy na ciele stanęły mu dęba, puls przyspieszył (jeśli to było możliwe) a ruchy instynktownie kierujące ich w tył stały się szybsze.
Zgroza. Ta sama, ale inna.
Wszystko zaczęło łączyć się w obraz rodem z koszmarów. Krzyk Thomasa wnikał mu we wnętrze głowy i pozostał tam na długo po tym jak ucichł na zewnątrz. Był przeraźliwy, przejmujący i przede wszystkim przenikał jak precyzyjny ostry skalpel przez skórę, tnąc na wskroś. Szczególnie, że Ambroise miał świadomość własnego postępowania, którego nie zmieniały żadne gwałtowne ruchy i pośpiech.
Mimo tego ostatniego nie sposób było nie dostrzec zmian w otoczeniu aż zbyt mocno zbieżnych z wrzaskami. Jaskinia reagowała na wydarzenia mające miejsce gdzieś tuż za rogiem. Niemal na ich oczach. Potrzebowali wyłącznie kilku chwil.
- UWAGA na grzyby - ledwo mógł cokolwiek wydusić, ale musiał to zrobić, bo naprawdę łatwo było zagapić się w stanie, w którym wszyscy byli.
Miał ściśnięte gardło. Nie chodziło o zadyszkę. To było głębsze. Leżało...
...leżało.
Klęczało i leżało. Łączyło się, przelewało, wibrowało jak w makabrycznym rytuale. Krew, która najpewniej rozlewała się po ziemi, być może łącząc się z mazistą wydzieliną grzybów (nie był w stanie dostrzec tego z pewnością, instynktownie zakładał obie opcje) rysowała wzory, powietrze drgało, przejmujące wrażenie...
...nie - nie wrażenie a przeświadczenie wyło.
- THOMAS - jebany chuju, co ty wyrabiasz?! - NIE RUSZAJ SIĘ!
Mógłby zareagować czymś innym niżeli huknięciem na przyjaciela, ale w kolejnej chwili instynktownie zamachnął się własną różdżką, usiłując wytrącić różdżkę Figga przy pomocy pospiesznie rzuconego zaklęcia. Powinien, nie powinien - nie zastanawiał się, ocena sytuacji była instynktowna. Nie zamierzał podejmować próby przekonania Thomasa do zaniechania tego, co ten starał się uczynić.
Translokacja (•) - usiłuję z odległości wybić różdżkę z ręki Thomasa, raczej nie za daleko, prawdopodobnie nie poza krąg, ale to zostawiam do interpretacji, jeśli w ogóle wyjdzie
Sukces!
Sukces!
Wiedza o Świecie (•••) zgodnie z ustaleniami - czy jest te 0,00000666% szans, że coś podobnego kojarzę, mogę połączyć jakieś kropki, ponad to, o czym mogę wnioskować
Sukces!
Rzucik dla MG na wiadomo
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
That's why it's fun.
Szli, to był jakis sukces, zważając na to, że jeszcze przed chwila nie byli pewni, czy uda im się zrealizować taką prostą czynność, to znaczy ona nie była pewna, czy da radę ruszyć się z miejsca. Niczego nie mogła być pewna, bo ten stwór miał nad nią zbyt wielką władzę. Okropnie ją to wkurwiało i chciała to zakończyć, pozbyć sie problemu ze swojej głowy, na szczęście akurat tego mogła się pozbyć.
Nie zamierzała kontynuować tej zbędnej dyskusji między Ambroisem i Crowem, to było zbędne i mogło doprowadzić do niepotrzebnych kłótni, jakby aktualnie nie mieli większego problemu. Brakowało im tylko tego, żeby zaczęli się wykańczać między sobą.
Dlatego też Geraldine milczała, podążała przed siebie nie odzywając się ani słowem. Tak było prościej. To nie tak, że słowa Edga dosyć mocno jej nie zraniły, wkurwiła się strasznie, że miał ją za wariatkę (coż, nie on pierwszy i nie ostatni), ale to nie był odpowiedni czas na to, aby wyjaśnić mu co nią kierowało.
Zdecydowali się ruszyć dalej, więc szli, gęsiego, szukajac zagubionego Figga. Nadal nie mogła zrozumieć jakim cudem udało mu się zniknąć tak, żeby nikt nie zauważył samego momentu zniknięcia, może miał jakies ukryte talenty o których nie wiedziała, czy coś.
Wtedy w końcu usłyszała coś więcej, ktoś się darł. Zakładała, że to musiał być Thomas, no bo kto kurwa inny, chyba nie jej zły brat bliźniak.
Ruszyli więc, żeby uratować swoją zgubę. Cóż, może wreszcie uda im się wleźć głębiej i rozwiązać problem, skoro zlokalizowali Figga. Oczywiście nic nie mogło być takie proste, jakby się mogło wydawać.
Usłyszała, że ma uważać na grzyby, chuj wie czemu, ale nie zamierzała zadawać teraz zbędnych pytań, więc po prostu odsunęła się od ściany, żeby przypadkiem ich nie dotknąć.
Wpadli do tej podziemnej komnaty, gdzie znaleźli wreszcie Thomasa. Nie miała pojęcia, co on właściwie tam robił, ale wydawało jej się, że widzi tam dziewczynę, skąd ona się kurwa wzięła? Czy ten pojeb ją też tutaj sprowadził? Kto to właściwie wiedział.
Dostrzegła jednak, że siedział w kręgu, tylko kto go nasmarował? i co właściwie oznaczał, znowu chuj jeden wiedział.
Co zrobiła Yaxleyówna? Sięgnęła po różdżkę, chciała wyczarować wielką łunę światła, która oświetliłaby całe to pomieszczenie, chciała obejrzeć całą tą komnatę, żeby nic im nie umknęło. Miała wrażenie, że w mroku może kryć się coś jeszcze.
Nie ruszyła w stronę Figga, bo zrobił to Ambroise i podejrzewała, że lepiej się stało, zważając na to, że to on był bardziej doświadczony w podobnych sprawach.
Sprawdziła jeszcze, czy Edge jest z nimi, chujowo by było zgubić teraz kolejną osobę.
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Sukces!
Nothing happens in the dark
Are you still afraid?
To wszystko powinno wyglądać inaczej, tak. Gdyby tylko mógł to rozplanować, gdyby mógł zająć się tym sam...
I cisnął to w sobie, dusił. Na moment gniew stłumiło głębokie przerażenie związane z pojawieniem się za jego plecami echa szaleńczego krzyku, który zmotywował go do biegnięcia, ale potem Ambroise otworzył mordę i to wszystko wróciło. Crow słyszał w uszach pisk. Ostatecznie, chociaż naprawdę nie lubił tak o sobie myśleć, wciąż był człowiekiem obłąkanym. Skrajnie obłąkanym. I to było widać - złapał się za głowę, stęknął, jakby tłumił w sobie wrzask i odparł:
- Jesteś skurwiałym debilem. Jedyny grzyb, którego tutaj widzę to ty prawDZIWKu.
Przecież właśnie mu powiedział, dlaczego tutaj był. Bo mu zależało na Geraldine! Ale Geraldine się za nim nie wstawiła. Może gdyby ktoś się za nim wstawił, to nie miałoby miejsca, ale tak się przecież nie stało.
Nie jąkał się, ale mówił bardzo niewyraźnie, był na granicy własnej wytrzymałości, bo Greengrass mógł spuścić z tonu, otulić swoje jestestwo wymuszonym chłodem, ale zdążył już wbić mu szpilkę, a natura Crowa kazała mu reagować na tę prześmiewczość agresją. W tej sytuacji, kiedy znajdowali się w tym ciemnym jak pizda korytarzu, największym wrogiem drużyny okazał się członek wykazujący się do tej pory największą porcją empatii i zrozumienia. Pełen gniewu pchnął Ambroise'a na ścianę. Tak, żeby się wypierdolił na podłogę, żeby go zabolało, żeby cierpiał. Żeby ten pisk w uszach minął.
Akcja nieudana
Sukces!
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
- Działaj kurwa, to nie czas na fochy! - jęknął w stronę swojej różdżki, przecież cyprysowa różdżka powinna być szczęśliwa i skora do poświęceń.
Jak zawsze zbyt słaby, nigdy nikogo nie uratujesz
Był słaby, nie potrafił nawet rzucić zaklęcia, która mogłoby ja uratować, dać jej szansę na dotrwanie do właściwej pomocy. Ale nie mógł się poddawać, nie mógł się rozklejać, musiało być co mógłby zrobić. Dlaczego
- Millie błagam... Wytrzymaj jeszcze trochę, zostań ze mną... Nie odchodź! - błagał łamiący się głosem szukając sposobu na to, żeby w jakiś sposób jej pomóc, ulżyć w bólu.
Nawet jej nie powiedziałeś prawdy o uczuciach
To nie był czas na słuchanie podszeptów głosu, ale co jak nigdy jej tego nie powie? Dlaczego musiał być tak powolny w rozumienie uczuć. Musi jej powiedzieć. Otworzył oczy, nie mógł ich zamykać, musiał na nią patrzeć, ją obserwować... Musiał patrzeć w jej oczy, kiedy powie co czuje. Zamarł i gdyby nie fakt, że trzymał ją kurczowo przy sobie to odskoczyłby do tyłu w szoku. To nie była ona, to nie była drobna kobieta, która wyciągnęła go z bezbrzeżnej głębiny na brzeg i pozwolił odetchnąć po raz pierwszy od wielu lat. To była Geraldine. Nie wiedział co się dzieje? Ktoś miesza mu w głowie i podmienia obraz Millie na Ger, ale w jakim celu? Gdzie kryje się prawda. Poczuł pustkę. Czy to faktycznie była Millie? Czy to była Ger czy może sztuczka Doppelgangera. I wtedy usłyszał głos, to nie był głos Millie, brzmiał jak Ger. Ale... Czyżby demon sobie z nim pogrywał? Ale kiedy, teraz czy wcześniej. Przecież Millie nie Miałą żadnego powodu, żeby tu się pojawić, Myśl Thomas, myśl. Czuł jak ból zmienia się w coś innego, jak zaczyna w nim wzbierać w falami inne uczucie. Nienawiść i furia, miał ochotę dorwać tego demona i się na nim wyładować, zadać mu ból, zgnębić... Czy to była faktycznie Moody czy nie, pokazując Figgowi zranioną bliską osobę sprawił, że obudziła się w nim ta druga, bardziej mroczna część, która łaknęła krwi. Sprawa stała się personalna. Jak wcześniej był tu jedynie by pomóc poskromić tego stwora tak teraz czuł czystą nienawiść, chciał widzieć jego strach, chciałem poczuć jego krew...
- Nie nie mów, oszczędzaj siły, zajmiemy się nim - powiedział gorączkowo do kobiety, bo nie powinna marnować ani krztyny energii. Nadal nie wiedząc co się do ciężkiej kurwy dzieje, chciał rzucić zaklęcie rozpraszające. Ale wtedy różdżka wypadła mu z ręki. Rozejrzał się dopiero teraz zdając sobie sprawę, że tak skupiony na trzymanej w ramionach kobiecie zupełnie ignorował otoczenie.
- Czy ciebie już do reszty pojebało?! - zapytał widząc, że to nie inny jak Ambroise wytrącił mu różdżkę z dłoni. Miał przez to mieszane uczucia na widok przyjaciela. - Lepiej pomóż, ona ledwo żyje, potrzebuje twojej pomocy - rozum podpowiadał mu, że to nie mogła być Millie, to było to w co chciał wierzyć. Zerknął na podłogę i niebieską lunę, która ich otaczała. Musiał oddać kobietę pod opiekę przyjaciela i samemu odnaleźć różdżkę, bez której czuł się niezbyt pewnie.
To czego się nie spodziewał, to zobaczyć scenerii jak z jakiegoś dennego mogolskiego przedstawienia. Edge szarpiący się z Ambroise i obok nich Gerldine rzucająca zaklęcia jak gdyby nigdy nic. W normalnej sytuacji by mu odebrało mowę i gapiłby się z rozdziawioną gębą na to wszystko. Ale dzisiaj kumulujący w nim gniew nie pozwalał mu stać jak ostatnia sierota.
- Edge, Ambrois! Do jasnej kurwy! - wrzasnął w ich stronę i zwrócił się do Geraldine. - Ogarnij ich, bo zaraz Thoran to przyjdzie na gotowe - nie gryzł się w język, w tej chwili potrzebował ujścia, a że nie mógł wyżyć się na demonie...
Wyniesienie kobiety z kręgu i oddanie jej pod opiekę Ambroise
Aktywności fizyczna ◉◉○○○
Sukces!
Sukces!
Rozpoznanie kręgu
Wiedza o świecie ◉◉◉○○ + Pieczętowanie, Klątwołamanie
Akcja nieudana
Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Thomas