Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
To było długie popołudnie i choć Ambroise nie spodziewał się niczego innego to możliwość oddalenia się na chwilę, gdy mu to bardzo znacząco zasugerowano była...
...nie, nie zrobił tego zbyt chętnie, ale raczej nie miał zbyt wiele do powiedzenia, nie chcąc podpaść od razu przy pierwszym spotkaniu tego typu. Okoliczności nakazywały zacisnąć zęby, wykrzywić wargi w uśmiechu i oddalić się we wskazanym kierunku przed powrotem na deser. Co też zrobił, obdarzając Geraldine wspierającym spojrzeniem zanim wyszedł z salonu i skierował swoje kroki w znane miejsce - do biblioteki, w której już wcześniej bywał z uwagi na interesy.
Po chwili spędzonej na rozglądaniu się po pomieszczeniu i namyśle, co tak właściwie powinien ze sobą zrobić w tym czasie, w którym jego dziewczyna niechybnie przechodziła rodzinne przesłuchanie ze szczegółowymi pytaniami, postanowił sięgnąć po pierwszą książkę z brzegu z góry jakiegoś zawalającego się stosiku.
Już po samym tytule wiedział, że to nie będzie zbyt pasjonująca lektura. Prawdę mówiąc, jeśli nie było w niej żadnych rycin ani kolorowych obrazków to nie mógł liczyć na zbyt wiele. Mimo to, mając do wyboru albo to, albo gapienie się w ścianę, wolał choć sprawiać wrażenie właściwego człowieka we właściwym miejscu.
Tego dnia panowała znacznie większa szarówka niż kiedykolwiek, kiedy tu przedtem bywał. Natura prezentowała się znacznie bardziej dziko i nieokiełznanie. Pierwszy raz mógł podziwiać tę okolicę w pełnej krasie od tej mroczniejszej, surowej strony, o której dotychczas wyłącznie słyszał.
Co prawda wielokrotnie wcześniej zdarzyło mu się przybywać tu nie tylko w pełnym słońcu i przy pięknej pogodzie. Pamiętał zamiecie śnieżne, strugi deszczu i grad uderzający w twarz, jednakże nigdy wcześniej w powietrzu nie dało się wyczuć takiego elektryzującego napięcia. Iskry niemalże przeskakiwały po skórze.
Góry majaczące na bliskim horyzoncie - ciemne, ostre kolosy kładące się cieniem na zalane mgłą pagórki i połacie lasu, gdzie sięgnąć okiem. Pierwsze elektryzujące podmuchy porywistego wiatru. Echo grzmotu, które przetoczyło się nad doliną poniżej. Pierwszy rozbłysk przeciął niebo.
Przez wysokie szyby na ostatnim piętrze dało się dostrzec ciemne burzowe chmury pędzące po ciemnoszarym niebie. Nadciągała jedna z tych letnich burz, której zapach dało się czuć w nozdrzach na samą myśl o jej nadejściu.
Miał całkiem sporo miejsca, gdzie mógłby wygodnie usiąść, ale instynktownie wybrał szeroki parapet pod jednym z okien wychodzących na ciemny las rozciągający się we wszystkie strony. To było przedstawienie, którym nie należało pogardzić.
Usadowił się w nim tak wygodnie jak tylko było możliwe, opierając jedną zgiętą w kolanie nogę na kamieniu a drugą trochę niżej na wysokiej listwie przypodłogowej, po chwili zastanowienia szeroko otwierając skrzydło okna obok, żeby dać się omieść ciepłym, wilgotnym podmuchom wiatru.
Spokojnie palące się płomienie świec rozjaśniających wnętrze pomieszczenia gwałtownie zafalowały. Do nozdrzy Ambroisa dotarł woskowy zapach dymu, gdy kilka z nich zgasło pod wpływem porywu wiatru wdzierającego się do pomieszczenia. Świst przeciągu niemalże zlał się z kolejnym głośnym grzmotem.
Zrobiło się znacznie ciemniej, gdy atramentowe chmury całkowicie zakryły szare niebo a blask ognia już nie rozświetlał całego pomieszczenia. Mimo to nie machnął różdżką, by spróbować ponownie podpalić świece. Byłoby to bezskuteczne, bezcelowe przy otwartym oknie, którego nie miał zamiaru zamykać, mimo że wichura coraz bardziej szarpała wszystkim, co stało na jej drodze.
Rozwiewała mu włosy, łopotała rozpiętymi mankietami rękawów, gdy podniósł rękę, żeby osłonić zapalanego papierosa. Wpatrzony za okno nie sięgnął ponownie po książkę, po prostu czekał.
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down