• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 … 16 Dalej »
[06.1966] boed i'ch ffrindiau gael diwrnod braf yn eich claddu || Roise & Geraldine

[06.1966] boed i'ch ffrindiau gael diwrnod braf yn eich claddu || Roise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#11
05.11.2024, 02:50  ✶  
Uśmiechnął się znacząco. Nie planował tego komentować. Nie mówiąc tak ani nie, co prawda, w dalszym ciągu dawał Geraldine do zrozumienia jaka jest odpowiedź, ale przynajmniej nie robił tego jawnie. Nie mogła mu nic więcej zarzucić. Nie to, aby mogło ją to powstrzymać. Jeśli czegoś chciała to była w stanie stworzyć sobie dogodne okoliczności a wtedy drżyjcie światy.
Na ten moment nie rozwijał tego tematu, bo rzeczywiście - nie zamierzał odrzucać takiej wyśmienitej karty ze swojej ręki. Preferował mieć coś w zanadrzu. Nawet wtedy, kiedy wcale nie chciał tego wykorzystać w złym celu. Raczej zwykli droczyć się między sobą aniżeli wyciągać ciężkie działa.
Tym bardziej, że oboje wiedzieli do czego są zdolni. Gdyby nie splot okoliczności, własna duma, stare nawyki i wiele innych czynników to prawdopodobnie od samego początku mogliby być dla siebie silnymi sojusznikami. Przy niej nie czuł, żeby istniała jakaś rzecz, której nie są w stanie zrobić. Mogli podołać każdym trudnościom byleby tylko stać po jednej stronie.
Choć jednocześnie nie mógł zaprzeczyć, że poznając późniejszą ukochaną od tamtej strony mógł żywić do niej szacunek. Nie wiedział czy większy niż byłoby to w przypadku, w którym od razu przyjęliby wspólny front, ale nie wykluczał, że tak. Ostatnie miesiące wyraźnie dawały mu do zrozumienia, że wszystko dzieje się w swoim tempie, ma swoje miejsce i czas. Nawet, jeżeli czasami chciałoby się to przyspieszyć.
Zresztą to wszystko, co działo się między nimi miało swój całkiem intensywny, zawrotny rytm. Zupełnie tak, jakby w przeciągu tygodni nadrabiali miesiące a w miesiące lata. Czuł to niemalże za każdym razem, gdy ją całował i niemal cieleśnie zapadali się w siebie nawzajem, bezwiednie szukając ujścia dla tęsknoty, o której istnieniu nie wiedzieli zanim nie została zatarta.
To był ten brak, którego nie odczuwał dopóki samoistnie nie został wypełniony. A gdy tak się stało to ciało samo zareagowało na bliskość zaś umysł wypełnił się spokojem, poczuciem niefizycznego spełnienia.
Oczywiście, że wszystko inne było równie klarowne. Nie wyobrażał sobie niczego innego od tego, o czym rozmawiali planując wspólne życie. Nie dostrzegał tempa, w którym się ze sobą wiązali a gdy to robił, szybko dochodził do wniosku, że tak właściwie to wcale nie działo się tak nienaturalnie.
Orbitowali wokół siebie na tyle długo, że gdy (niemal) wszystkie karty zostały wyłożone na stół po zakończeniu wojny, nie chciał dogrywki. Nikt nie wygrał, ale nie było przegranych. Choć może oboje zwyciężyli?
Te małe starcia sił jak dzisiejsze popołudnie nie były już tak straszne, dopóki współdziałali we wspólnym interesie. Tym bardziej, że w żadnym momencie nie czuł się zobowiązany czy naciskany do tego, żeby odbyć tę wizytę.
To była ich wspólna sprawa. Niekoniecznie mogli tego uniknąć. To akurat nie była do końca ich decyzja, bo wymagały tego okoliczności zewnętrzne, ale jak do tej pory szło im przyzwoicie.
- Dobrze. Skoro tak to przedstawiasz - odrzekł, powoli kiwając głową.
Nie miał żadnych podstaw, żeby odrzucać taki podział. Ten układ sił mógł mu odpowiadać, byleby nie usiłowała przerzucać tego całkiem na siebie, bo w takim wypadku miał się stanowczo unieść.
Byli partnerami nie tylko w zbrodni. Może nie znał jej rodziny tak dobrze jak Yaxleyówna, ale miał z nimi jakieś swoje doświadczenia. Potrafił wyciągać wnioski. Uczył się je słusznie weryfikować.
Jeśli starał się w związku z czymś to potrafił zaprzeć się i dopiec swego. Nie wątpił, że jego dziewczyna również, bo przekonał się o tym na własnej skórze. Nie to, żeby mu to jakoś specjalnie przeszkadzało, gdy przynosiło obopólne korzyści a przekonywanie go niosło za sobą...
...również same satysfakcjonujące zalety. Natomiast raczej chodziło o to, że nie sądził, że muszą przejmować się jakimikolwiek naciskami. Nie, skoro rozegrają to po swojemu w taki sposób, aby osiągnąć wspólny cel, którym w tym wypadku był święty spokój i jedynie prywatne zobowiązania, obietnice i intymności.
Choć z tym Beltane bez wątpienia próbowała go zbić z tropu. Rozłożył ręce w płynnym geście no cóż.
- Sądzę, że do maja uda mi się znaleźć właściwy kamyk - nawet nie drgnęła mu powieka, gdy to mówił.
Naturalnie próbował odpowiadać iskrą na iskrę. Jeśli Geraldine sądziła, że da mu do zrozumienia, że w przypadku tego konkretnego sabatu będą musieli trzymać się z daleka od najlepszej części świętowania to grubo się myliła.
Nie sądził, żeby to miało stanowić aż taki problem w przyszłości, bo mieli do tego jeszcze prawie rok i mogli dostatecznie mocno podkreślić wspólną pozycję bez uciskania się do czegoś, o czym wspominał. Natomiast nie musiał tego mówić. Bawiło go to niedopowiedzenie.
Poza tym odrobina kontrowersji zawsze przewijała się przez ich niezależne życia, więc wcale nie musieli z tego rezygnować. Chyba dostatecznie dobrze dawał to teraz do zrozumienia, nie potrafiąc trzymać rąk przy sobie nawet w takich okolicznościach jak te. Choć przecież byli sami i dorośli.
- U całej twojej rodziny - zapewnił bez krzty skupienia, przez co tak właściwie pewnie dopuścił się przekoloryzowania, ale miał to gdzieś. - To dobrze, bo zamierzam mocno korzystać z twojej... ...pomocy... ...w innych przypadkach. Nierozsądne byłoby, by ten zaprzątał ci głowę - przyznał w dalszym ciągu leniwie skupiony na reakcjach na jego dotyk.
Podobały mu się. Dziś w tym miejscu były trochę inne.
- Sama zasugerowałaś, że powinienem sobie policzyć ekstra za fatygę - przypomniał, mimo że tak naprawdę nie pamiętał czy coś takiego padło w ich żarliwej wymianie zdań.
Wydawało mu się, że tak. Albo bezpośrednio w celu dopieczenia mu, albo jako równie kąśliwa sugestia. W każdym razie miał zamiar upierać się przy swoim: sama dała mu do zrozumienia, że stawka powinna być adekwatnie wysoka do poniesionych kosztów emocjonalnych. A wtedy zdenerwowała go jak chyba nigdy.
- Poza tym pamiętaj, że to były trzy dni. To wyczyn postawić kogoś na nogi w siedemdziesiąt dwie godziny do tego stopnia, żeby mógł zacząć dziamdziać od razu po otwarciu ocząt - w jego słowach nie było za knut skromności, szczególnie gdy jednocześnie unosił podbródek, wyginając wargi w jednoznacznym uśmiechu.
Lekkość, z jaką mówił o całej sytuacji zadziwiała nawet jego samego. W tych warunkach nie miał żadnego problemu z żartowaniem o ich trudnej przeszłości. Zazwyczaj nie robił tego tak ochoczo, ale atmosfera panująca w pomieszczeniu sprzyjała poufnym mrugnięciom i nawiązaniom do tego ostatniego momentu, kiedy tu wspólnie byli. W końcu tak wiele zmieniło się od tamtego czasu.
Nieustannie posuwali się do przodu, odkrywali siebie nawzajem. Nie powinien mieć trudności, aby przyznać się do czegoś, z czego może nie był wyjątkowo dumny we wszystkich aspektach, ale z drugiej strony nie zachował się wtedy jak ostatni dupek. Co najwyżej jak przedostatni, może trzeci w kolejności do niechlubnego podium.
Nieznacznie poddając się atmosferze półmroku i bliskości, burzy coraz bardziej szalejącej za oknem i porywom wiatru wdzierającego się przez drugie skrzydło, po prostu wzruszył ramionami mówiąc to, co było jasne.
Uniósł się honorem a teraz podstępem próbował uzyskać trochę zaległych benefitów. W żadnym razie nie takich związanych z ekwiwalentem finansowym.
- Tak właściwie to miałaś u mnie rabat za piękne oczy. Mógłby być większy, ale te obelgi - oj tak: te obelgi.
Nie to, że pozostawał dłużny. W żadnym wypadku. Miał aż nadto wkładu w rozwój tamtej sytuacji. Chyba nigdy wcześniej ani zdecydowanie nie później nie zachował się w tak nieprofesjonalny, skrajnie urażony sposób. Nie to, że miał wobec siebie jakiekolwiek wyrzuty. W żadnym wypadku. Najzwyczajniej wiedział, że mógł to załatwić inaczej. Obecnie jako ta osoba, którą się przy niej stał, bo jego wcześniejsza wersja nie byłaby w stanie tak łatwo odpuścić.
Szczerze wątpił, żeby jego dziewczyna również była w stanie zakopać z nim wtedy topór wojenny. Zmieniali się. Racja nie była dla Ambroisa już tak istotna. Przynajmniej nie w przypadku tej jednej relacji. Choć to nie oznaczało, że przestanie zachowywać się jak on. Na przykład w tym momencie całkowicie jawnie wywrócił oczami, wzdychając pobłażliwie.
- A to nie jedno i to samo? Myślałem, że było was jedenaścioro i wszyscy sypialiście w jeziorze - głupie, zaczepne pytanie wymagało jeszcze głupszej i bardziej zaczepnej odpowiedzi, ale postanowił ograniczyć się wyłącznie do tej pierwszej części.
Zaczepiał ją w inny znacznie bardziej skuteczny sposób, obserwując gęsią skórkę na odkrytych ramionach, choć przez myśl przeszło mu, że powinien coś zrobić, żeby podmuchy wiatru tak w nią nie uderzały. Wsłuchując się w odpowiedź, na którą zareagował mimowolnym uniesieniem kąciku ust, sięgnął za plecy, żeby zsunąć z siebie marynarkę.
- Czyli to wieczór wodzenia za nos? - Spytał, powoli nachylając się ku niej, żeby okryć jej ramiona marynarką, po czym na chwilę zawisając nad nią w oczekiwaniu na pocałunek.
Jednakże zaraz znowu oparł się o swoją część ściany i okna, wzdychając ciężko na odpowiedź o winie. Nawet nie planował tego komentować. Uniósł wzrok w kierunku sufitu i kląsnął językiem o podniebienie.
Nie wiedział skąd wzięło się to zdziwione dwukrotne mrugnięcie ani dziwnie zamyślony, skonsternowany wyraz twarzy. To było raczej coś, co miał okazję wielokrotnie powtarzać, nie wiążąc tego ani z żadną konkretną sytuacją ani tym bardziej z osobą. Nawet z tą mu najbliższą.
Nie miał pamięci do przelotnych interakcji. Nawet do tak stosunkowo niedawnych jak tamta ich pierwsza późnym wieczorem w Mungu. Każdą kolejną pamiętał już bardzo wyraźnie, ale nie tamtą.
Ani tym bardziej nie coś, co nawet nie przemknęło mu przez myśl, gdy spojrzał zdziwiony na swoją dziewczynę i dopowiedział coś, co dziesiątki, jeżeli nie setki razy opuszczało jego usta.
Tak właściwie to uważał to za oczywistość, bo sam to kiedyś zasłyszał z ust któregoś z kuzynów, gdy był jeszcze całkiem młody. Szczególnie jak na to, żeby palić.
- ...jak fujary? - To nie było pytanie a wyłącznie uściślenie, no, może sugestia skierowana do niej w taki sposób, żeby już nie miała nawet cienia wątpliwości. - Bez wątpienia doceniam tę subtelną dwuznaczność, przyjmuję zaproszenie, ale takie parapety okienne rządzą się swoimi prawami. Szczególnie, gdy tak bardzo wieje - skwitował pokrótce z szelmowskim błyskiem w oku. - Nasz mały teatrzyk nie uda się bez ciebie. Jeśli dostaniesz zawrotów głowy i będę cię musiał cucić, wszystko strasznie się przeciągnie i nie zdążymy wrócić do domu przed nadejściem nocy - to mówiąc, zaciągnął się własnym papierosem (powoli i metodycznie z rozleniwieniem) przenosząc wzrok na wierzchołki drzew w dole łagodnie opadającej skarpy.
Burza jeszcze nie pokazała wszystkiego, na co ją było stać. Istniała możliwość, że jeżeli wszystko się przeciągnie to zdecydowanie będą zmuszeni do przedłużenia swojego pobytu w okolicy.
Zapewne dokładnie w tym domu, choć Ambroise wolałby zmyć się do nieodległej miejscowości, jeżeli to miałoby umożliwić im normalne spędzenie nocy bez konieczności głośnego mówienia sobie dobranoc w drzwiach. A potem, naturalnie, zachowywania się jeszcze bardziej jak szczeniaki konspirujące jak przemknąć się do jednego pokoju pod osłoną ciemności.
Nie przeczył, że to byłoby całkiem ekscytujące. Przynajmniej przez chwilę. Natomiast wolał jawne czyny. W ostatnim czasie miał dosyć dużo okazji ku temu, aby wyrobić sobie zdanie o podchodach i niedopowiedzeniach. Rzecz jasna to nie było coś, co powinno paść na pierwszym oficjalnym obiedzie, ale nietrudno było wyrokować, że stosunkowo szybko miało im się odechcieć tej grzecznej szopki.
Tym bardziej, że cierpliwość, jak wymownie pokazywały jego nietrzymane przy sobie ręce, nie była cnotą Ambroisa.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#12
05.11.2024, 23:07  ✶  

Słowa nie były tu potrzebne. Geraldine wiedziała, jak wygląda sytuacja, nie potrzebowała ani potwierdzenia, ani zaprzeczenia. Spodziewała się tego, że prędzej, czy później wyciągnie tę kartę. Pokiwała jedynie głową przewracając przy tym oczami. Cóż, wiedziała też, że on wie, że ona wie. Jakoś tak. To też nie było nic nowego, całkiem dobrze rozumieli się bez słów. Nie zawsze były one im potrzebne do tego, aby wyciągać wnioski, wręcz przeciwnie. Miała wrażenie, że sporo im dał ten czas spędzony razem. Kiedy się tylko przyjaźnili, poznali się wtedy bardzo blisko, sporo o sobie dowiedzieli, nic ich nie rozpraszało. Mieli czas na to, aby nauczyć się pewnych zachowań drugiej strony. To było całkiem przydatne doświadczenie, chociaż może trochę trudne, bo nie mogła nie myśleć o tym, że ta przyjaźń to za mało. Na szczęście jakoś sobie w końcu wszystko ułożyli, chociaż nadal  uważała go za swojego przyjaciela, tyle, że zdecydowanie wolała taką formę przyjaźni w której nie musiała trzymać swoich rąk przy sobie. To było coś specyficznego, nigdy nie połączyła z nią równie silna więź, jakby ich serca i dusze były ze sobą połączone niewidzialną więzią. Może faktycznie było coś w tych historiach o tym, że można spotkać na świecie kogoś, kto jest dopasowany idealnie do tej drugiej osoby, była skłonna w to uwierzyć, chociaż jeszcze całkiem niedawno twierdziła iż są to farmazony. Jak widać punkt widzenia mógł się bardzo zmienić w zależności od okoliczności...

a te mówiły jej, że nie było lepszych. Dostała więcej niż się spodziewała. Jej życie zmieniło się dosyć mocno w przeciągu tych kilku miesięcy, uważała jednak, że to wywrócenie do góry nogami tego co miała, do czego przywykła było całkiem ciekawym doświadczeniem. Lepszym niż to, czego mogła się kiedykolwiek spodziewać. Zakładała raczej, że przyjdzie jej spędzić życie w samotności, że będzie się z dala trzymać od jakichkolwiek zobowiązujących relacji, a teraz doceniała to, że znalazła swoją kotwicę. Miała do kogo wracać, miała po co żyć, to było zupełnie nowe.

Zmieniali swoje życia dosyć szybko, dostosowywali do sytuacji w jakiej się znaleźli, ale nie widziała w tym nic złego. Chyba właśnie w ten sposób powinno się żyć, brać od życia to, co dawało i czynić to jeszcze lepszym. Planowanie wspólnej przyszłości okazało się być całkiem miłym doświadczeniem, zaskakującym na pewno, ale przy tym pozytywnym. Nie sądziła, że tak łatwo jej będzie przywyknąć do tych zmian w jej poglądach i nastawieniu do życia.

Razem mogli osiągnąć naprawdę wiele, była tego świadoma, mieli dość specyficzne charaktery, które w zgodzie ze sobą przynosiły dużo możliwości. Byleby tylko mieli chęć nadal patrzeć w tym samym kierunku. Nie zakładała, że szybko się to im odmieni, wręcz przeciwnie, czuła, że z czasem może być tylko lepiej.

- Tak, po prostu jesteśmy w tym razem. - Nie sugerowała broń Merlinie tego, że by sobie sam nie poradził z tym, żeby utrzymać sytuację taką, jaka im odpowiadała. Czuła jednak, że jeśli zaangażują się w to razem, to może uda im się uzyskać lepsze efekty. Zresztą po prostu sama też chciała mieć na to wpływ. Byli partnerami, więc wydawało jej się, że zainteresowanie będzie mile widziane.

Nie sądziła, że w ogóle mogłyby się pojawić jakiekolwiek naciski, na pewno nie szybko. Podzielenie się tym, że się sobą zainteresowali i tak było sporym krokiem, na pewno w przypadku Yaxleyówny, która raczej stroniła od pokazywania się z kimkolwiek. Jej rodzina miała tego świadomość. Zdawali sobie sprawę, że to musi być coś co faktycznie ma dla niej znaczenie. To powinno im wystarczyć na sporo czasu. Jasne, kiedyś będą musieli pomyśleć o sformalizowaniu tej relacji, również dla siebie samych, ale na pewno nie chciała tego robić w najbliższej przyszłości. Nigdzie im się przecież nie spieszyło.

- To będzie musiał być wyjątkowy kamień, nie wiem, czy dasz radę do maja znaleźć taki, który faktycznie by się mi spodobał. - Skoro chciał ją dzięki niemu zbałamucić nie mógł to być pierwszy, lepszy kamyk (nie, żeby udało mu się to bez żadnego kamienia, ale to nie było w tej chwili istotne). Dalej ciągnęła temat i próbowała udawać bardzo, ale to bardzo niedostępną.

- To prawda, mam wrażenie, że wredna jędza też cię lubi. - Była jedna osoba, która zawsze stanowiła dla niej ciężki orzech do zgryzienia, ale w sumie Ambroise i z nią sobie radził. Jennifer nie ostrzyła na niego swoich pazurów, ani nie strzępiła języka. Cóż, może miało tak pozostać, chociaż Geraldine podejrzewała, że na pewno będzie się zastanawiała jak właściwie do tego doszło, była kurewsko ciekawska i lubiła wsadzać nos w nieswoje sprawy. - Interesujące, nie mogę się doczekać, aż pokażesz mi te wszystkie przypadki, w których będę mogła ci się do czegoś przydać. - Jej myśli niestety zmierzały ku jednemu przez to, że jego palce nadal błądziły po jej kolanie.

- Miło mi, że pamiętasz o tym, że próbowałam hojnie wynagrodzić twoje ogromne zaangażowanie. - Wtedy robiła to w złości, chciała się go jak najszybciej pozbyć ze swojej sypialni i na pewno zdawał sobie z tego sprawę. Jak zawsze jednak wiedział, kiedy sięgnąć po którą kartę.

- Podejrzewam, że jestem jedną z tych osób, które nawet podczas snu potrafią gadać bez sensu, więc może jednak nie był to, aż taki wielki wyczyn? - Nie do końca tak myślała, ale chciała się z nim dalej nieco podroczyć. Zdawała sobie sprawę, że wtedy było naprawdę blisko tego, by zakończyła swój żywot. Przypominała jej o tym blizna ciągnąca się przez plecy, nie chciała się jej pozbywać, aby nie zapominać o tym, że nie jest nieśmiertelna. Potrzebowała tej lekcji, aby nieco się ogarnąć, chociaż odrobinę, bo wtedy faktycznie dosyć mocno przesadzała i była bardzo lekkomyślna.

Jej duma była wtedy urażona. Odrzucił dłoń, którą do niego wyciągnęła, zabolało ją to dosyć mocno, zdecydowanie bardziej niż się spodziewała. Do tego to właśnie on musiał jej uratować życie, to było trochę jak policzek, bycie zależnym od kogoś, z kim nie chciało się mieć doczynienia. Musiała się na czymś wyładować, a że akurat on znalazł się wtedy pod ręką, to cóż, postanowiła skorzystać z okazji. Nie, żeby była dumna z tego zachowania, wręcz przeciwnie, wypadało okazać chociaż odrobinę wdzięczności, jednak jak zawsze dała się ponieść emocjom.

- Nie sądziłam, że zasłużyłam sobie na rabat... - Ich relacja była wtedy bardzo mocno skomplikowana, nie dało się temu zaprzeczyć. Skakali sobie do gardeł bez większego powodu. Na szczęście udało im się pozbyć tego rozdrażnienia, właściwie to zastąpił je zupełnie inny rodzaj napięcia. Zdecydowanie wolała tę aktualną wersję.

Nie można było jednak nie zauważyć, że od zawsze reagowali jakoś na swoją obecność, były to najsilniejsze z emocji, może gdyby nie była wtedy tak zadufana w sobie, to mogłoby się skończyć dużo szybciej i przekształcić w coś innego. Właściwie dobrze, że w ogóle udało im się zmienić nastawienie, zabawne, że do zbliżenia się do siebie potrzebowali wizyty w nawiedzonym dworze i postrzelenia Ambroisa z kuszy, cóż prawdziwa łowcza w swoim żywiole.

- Nie wiem, jakie macie tam u siebie zwyczaje... ale tutaj chyba nie do końca jest to jedno i to samo. - Kontynuowała, chociaż powoli zaczynało jej brakować argumentów, nie zamierzała jednak odpuszczać, nigdy tego nie robiła. Był to bardzo zły nawyk.

- Może trochę? Dawno tego nie robiliśmy w ten sposób. - Znajdowali się w końcu w nieco innym otoczeniu niż zazwyczaj, co mogło przynieść im nieco inne doznania. Całkiem podobało jej się to w jaką stronę zmierzali. Odsunęła się nieco od swojej części ściany, kiedy sięgnął po swoja marynarkę, aby łatwiej było mu ją narzucić na ramiona. Nie zamierzała oponować, bo miała świadomość, że gdyby wspomniała o tym, że ten gest jest zupełnie niepotrzebny to by nic nie dało. Zresztą faktycznie robiło się nieco chłodno, burza dopiero się zaczęła. Kiedy ich twarze znalazły się blisko siebie była bliska tego, żeby musnąć jego usta swoimi, tyle, że najwyraźniej wziął do siebie to, że był to wieczór wodzenia się za nos i się od niej odsunął. Wymsknęło jej się mruknięcie, które świadczyło o niezadowoleniu z takiego rozwoju sytuacji.

Westchnęła głośno kiedy bardzo bezpośrednio powiedział o co dokładnie mu chodziło. Sama się o to prosiła, ale nadal mogła jednak odpuścić ten temat.

- Nie spodziewałam się, że parapet może być dla ciebie takim problematycznym rozwiązaniem, ale skoro tak mówisz, to nie zamierzam nalegać. - Może dość opatrznie odebrał jej słowa, ale nie miała zamiaru się teraz z tego wykręcać, w sumie to sam jej to umożliwił. - Nie możemy sobie pozwolić na to, żeby nie wrócić do domu, tak właściwie to już bym się chciała tam znaleźć. - Wcale nie dlatego, że bała się tego, jak przebiegnie dalsza część dnia. Zdecydowanie jednak chciała się z nim aktualnie znaleźć w jakimś ustronnym miejscu, tak, najlepiej jak najszybciej.

Jasne, mogli zostać na noc w Snowdonii, ale to wiązałoby się z pewnymi komplikacjami do których nie byli przyzwyczajeni. Nie zamierzała się do niego skradać, jakby wcale do siebie nie należeli. Zresztą wydawało jej się, że przy kilku następnych wizytach będą mogli nieco zmienić to w jaki sposób kreowali swoją relację. Nie miała zamiaru zbyt długo trzymać rąk przy sobie, to było zupełnie niepotrzebne, no i lepiej, aby jej rodzina szybciej przywykła do tego, co faktycznie ich łączy.

Odsunęła dosyć szybko od siebie te myśli, które się pojawiły. Pewnie kiedyś jeszcze wróci do tego tematu, ale nie chciała tego robić teraz. Powinna przypomnieć sobie więcej z tego dnia do którego doprowadziły ją jego słowa, nie chciała teraz czegoś przeinaczyć.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#13
06.11.2024, 13:15  ✶  
- Jesteśmy - potwierdził bardzo powolnym, oficjalnym kiwnięciem głową.
Raczej nie wyobrażał sobie, by nie mieli być. Praktycznie od samego początku ustalili jasno, że nie zamierzają narzucać sobie wzajemnie czegoś, co byłoby trudne do zaakceptowania. Nie chciał jej ograniczać ani tym bardziej nie odczuwał przy niej konieczności zachowywania się jak samiec alfa. Co nie znaczyło, że zamierzał betować w tym związku - to również było niedopuszczalne, na samą myśl brało go obrzydzenie. Po prostu byli w tym razem.
- Wiesz, że jestem w stanie potraktować to jako wyzwanie, prawda? - Zasugerował zaczepnie całkowicie świadomy tej przekornej, wielowymiarowej groźby, która wybrzmiała w jego słowach.
Sama go do tego prowokowała, więc nie zamierzał dać jej zapomnieć o tym, że mógł być równie dobry w grze, którą prowadzili. Nawet mając pełną świadomość tego, że nie zrobiłby czegoś takiego bez obopólnej chęci nadania ich relacji nowego biegu.
Może był bezczelny, ochoczo wyciągał ręce po swoje, ale dopóki mogli żyć według własnych upodobań i nie robić z tego publicznej sprawy, dopóty nie uważał, żeby musieli aż tak bardzo wybiegać w przyszłość i rzucać się na nieznane wody. Szczególnie dla opinii publicznej, którą ogólnie mieli daleko gdzieś.
- Natomiast zapewniam cię, że będzie - dodał już znacznie mniej prowokacyjnie, jedynie stwierdzając fakt ze wzruszeniem ramion.
Był człowiekiem przykładającym dużą uwagę do detali. Nie bez powodu jego konikiem były eliksiry, w których warzeniu liczył się każdy drobny kroczek. Co prawda mógł sprawiać zupełnie inne wrażenie, ale było ono mylne. Często robił rzeczy po łebkach, machał ręką na szczegóły uważane za zbędne, nie przejmował się opinią innych ludzi. Natomiast cenił sobie znaczenie tych wszystkich istotniejszych gestów. Nie zwykł traktować tego po łebkach.
Gdy już był w coś zaangażowany, chciał osiągać spektakularny efekt. Być może wszystkie obecnie wypowiadane słowa padały w żartach, ale w tym jednym mogła mieć pewność. Nie potraktowałby tego wyłącznie jako temat do odhaczenia, żeby mieć go z głowy i móc ją zbałamucić na sabacie. Zwłaszcza na takim, na który wcale nie musieli iść. Litości.
Tak zachowywali się wyłącznie ludzie nie mający jednej z dwóch rzeczy lub obu na raz: kasy albo klasy. Oba te elementy były niezbędne, aby w ogóle rozważać podjęcie dalszych oficjalnych kroków, szczególnie jeśli miało się więcej niż dwadzieścia jeden lat.
Poniżej tej magicznej granicy można było jeszcze spojrzeć łaskawszym okiem na młodych, zapalczywych kawalerów z wielkimi ambicjami, do których jeszcze brakowało im trochę wpływów czy możliwości. Szczególnie takich, którzy nie dysponowali rodowym majątkiem. Wzbudzali raczej pobłażliwą sympatię niżeli pogardę. Mieli w sobie trochę specyficznej klasy.
Natomiast starsi? W tych czasach trudno było sobie wyobrazić kogoś starszego, kto nie dysponowałby właściwymi funduszami, żeby ponieść ten pierwszy z licznych wydatków związanych z zakładaniem domu i rodziny. Wbrew pozorom jeden z mniejszych. To bardzo źle wyrokowało na przyszłość, szczególnie jeśli jednocześnie składali piękne deklaracje i nie byli w stanie niczym ich nie przypieczętować. Zero kasy? Puste słowa? Zmuszanie partnerki do przyjmowania czegokolwiek, gdy była warta wszystkich poświęceń? Zero klasy. Już zdecydowanie lepiej było nic nie robić.
Szczególnie w poważnym towarzystwie takim jak ich, gdzie wszystko poddawano bardzo szczegółowej, ostrej ocenie. Nie wątpił, siedząc teraz z Geraldine w bibliotece, że właśnie każdy ich krok był szczegółowo analizowany. Dokładnie tak samo jak on pod kątem bycia tym wyśmienitym kawalerem, na którego usiłował pozować.
Nie przez Gerarda a przez jego małżonkę. Ona bez wątpienia była w stanie drążyć i gdybać, biorąc pod uwagę wszystkie najdrobniejsze szczegóły i szukając dziury w całym. Być może sądził, że go lubi, ale w tym wypadku nie chodziło już tylko o okazjonalne wizyty medyczne.
Miała znacznie większą władzę w ręku. Z pewnością bardzo jej to odpowiadało. Wręcz był w stanie wyobrazić sobie ten zadowolony uśmieszek tłustego pająka obserwującego nadlatującą muchę, która tak właściwie już wplątała się w sieć.
- Oczywiście, że tak. Tym bardziej, że uważa to za swoją zasługę - wzruszył ramionami. - Nie ma możliwości, by nie była zadowolona ze swojego knucia, które jej się powiodło - zauważył bez jakiegokolwiek zakłopotania tym, że dawali starej do zrozumienia coś, co w żadnym wypadku nie było prawdą.
Tyle tylko, że w rzeczywistości sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. To oni mieli tę rozgrywkę w garści. Nie mógł powiedzieć, że nie sprawia mu to satysfakcji. Lubił grać graczami. Bawiło go sprawianie, że cieszyli się z czegoś, co nigdy nie było w zasięgu ich wpływów.
Jennifer z pewnością od dawna mogła rozważać próby zeswatania go ze swoją córką, zwłaszcza że w przeszłości parokrotnie słyszał o nieobecnej dziewczynie w dalekim Londynie. Później ta sprawa z wypadkiem przy polowaniu...
...wszystko ułożyło się po myśli starej, nawet jeśli w gruncie rzeczy nie miała w tym nic do powiedzenia.
- Przynajmniej kilka z nich mogłoby mieć miejsce już dziś wieczorem, gdyby tylko - urwał znacząco, uśmiechając się pod nosem, gdy jego dłoń zabłądziła z kolana na wnętrze ciepłego, miękkiego uda, cofając się po kilku chwilach wbrew temu, co nakazywałaby fala gorąca buzująca w żyłach.
Wrócił do tych swoich delikatnych kółeczek na skórze wokół kolana ukochanej, robiąc przy tym całkowicie neutralną minę kontrastującą z rozszerzonymi źrenicami, pociemniałymi oczami i językiem bezwiednie przesuwanym po wewnętrznej stronie dolnej wargi.
- Nie dasz mi o tym zapomnieć - nie pytał, jedynie stwierdzał fakt. - We śnie bywasz zdecydowanie bardziej przyjemna. To wręcz twoja najbardziej współpracująca, kompromisowa wersja, więc nie. W dalszym ciągu uważam za olbrzymi wyczyn to, że po obudzeniu nie chciałaś, żebym cię tulił, jak to mają w zwyczaju pacjenci po tych wszystkich środkach, tylko wolałaś udusić mnie wzrokiem i dziamdziać na mnie jęzorem - skwitował bez najmniejszego wahania.
Tak właściwie to go wtedy dosyć mocno zaskoczyła. Naprawdę spodziewał się większego rozluźnienia, jakichś nie do końca rozsądnych słów, rozleniwienia i rozprężenia typowego dnia osób pod działaniem lekko narkotycznych eliksirów przeciwbólowych. Tymczasem praktycznie od razu wskoczyli w sam środek przerwanego konfliktu.
To nie był jego najbardziej światły i godny pochwały okres. Prawdę mówiąc wręcz przeciwnie. Oboje zachowywali się nieracjonalnie. Cieszył się, że udało im się w jakiś sposób wrócić na te właściwsze tory. Zwłaszcza, że obeszło się bez jakichś przesadnych trudności, lat chowania urazy i tak dalej. Rozwiązanie konfliktu nie przyszło łatwo, ale mogło być znacznie gorzej.
- Cóż - naprawdę miał słabość do tych niebieskich oczu.
To była jedna z pierwszych rzeczy, które zauważył, co ogólnie nieczęsto miało miejsce. Zazwyczaj nie zwracał uwagi na takie detale, patrząc na ludzi raczej w kategoriach ogółu. Gdyby miał przywołać z pamięci nawet to, w jakim kolorze były oczy jego młodszej siostry, strzelałby, że szare albo szaroniebieskie (na pewno inne niż jego i nie brązowe), co było... ...wymowne. Zresztą żadne inne nie ciskały w niego aż takich gromów.
- Nie - prawie niedostrzegalnie pokręcił głową. - Nie podoba mi się ten pomysł - oznajmił, spuszczając wzrok na jej pełne usta i przez chwilę po prostu świdrując je spojrzeniem.
Były chwile, w których odrobina wyczekiwania brzmiała całkiem kusząco. To nie był jeden z takich momentów.
- To zależy, czego rozwiązaniem miałby być ten oto parapet - wsunął sobie papierosa między zęby po to, żeby poklepać chłodny kamień, unosząc przy tym jedną brew. - Jak myślisz, ile to zajmie? - Tym razem odrobinę spoważniał, zaciągnął się dymem i przeniósł wzrok na drzwi, jakby spodziewał się, że w każdej chwili może zobaczyć w nich kogoś kto przerwie im rozmowę.
Nie ukrywał, że wizja pozostania w Snowdonii niespecjalnie mu odpowiadała. Z pewnością miały nadarzyć się okoliczności zmuszające ich do tego, żeby nocować w domu rodzinnym Geraldine. Natomiast wolał, żeby wszystko było wtedy jasne i klarowne.
Szopka z szykowaniem dwóch sypialni mogła być całkiem zabawna, zważywszy na to, że oboje byli dorośli i zdecydowanie nie było takiej konieczności. Pod tym kątem bez wątpienia nie prowadzili się przyzwoicie. Nie dało się tego ukryć na dłuższą metę, toteż najlepiej byłoby wcale się w to nie bawić. Tyle tylko, że nie do końca wiedział, na ile konserwatywni byli pod tym względem jego przyszli teściowie.
W tym wypadku nie był w stanie o niczym wyrokować. Szczególnie, że chwilowo podtrzymywali złudzenie bycia całkiem ułożoną, dopiero poznającą się parą. Tymczasem o ile rzeczywiście w dalszym ciągu dowiadywali się o sobie nowych rzeczy, o tyle tak właściwie w żadnym momencie tej relacji nie było w nich ani grama powściągliwości.
Od samego początku mieli tendencję do bujania się to w jedną, to w drugą stronę, intensywnie przeskakując od stanu do stanu, przez jedną skrajną emocję w drugą. Powstrzymanie tych instynktów zdecydowanie zbyt dużo kosztowało. Mieli okazję przekonać się o tym dość dobrze w początkowych miesiącach tego roku, co mówiło samo przez siebie.
Jeśli musieliby tu zostać na noc, zrobiliby to, ale nie w taki sposób, jakiego można było po nich oczekiwać. Tu nie było wątpliwości.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#14
06.11.2024, 21:53  ✶  

- Jak we wszystkim. - Dodała jeszcze, bo właściwie tak to właśnie widziała. Mieli być wspólnikami we wszystkim co działo się w ich życiu, w końcu wreszcie stało się ono czymś co tworzyli razem. Geraldine nie zamierzała pozwalać mu decydować o wszystkim, brać odpowiedzialności za każdą decyzję, nie była takim typem człowieka, na szczęście Roise zdawał sobie z tego sprawę i na to przystał. Raczej musieli zacząć dążyć do kompromisów, nauczyć się wymieniać opinie, szukać najlepszych rozwiązań dla ich dwójki. Takich, które spodobają się każdej ze stron. Żadne z nich nie było raczej skłonne do ustępowania, nie byli takimi typami osób. Właściwie to ją cieszyło, chyba nie potrafiłaby się odnaleźć w życiu z kimś, kto nie miał swojego zdania, bardzo szybko by jej się to znudziło. W tym przypadku życie było pełne niespodzianek, a przy okazji tę dyskusje potrafiły otwierać oczy, pokazywać inny punkt widzenia, to było całkiem wartościowe i wiele ją mogło nauczyć.

- Zdaję sobie z tego sprawę, Mój Drogi. - Miała świadomość, że Roise potrafił się fiksować na punkcie różnych rzeczy, szczególnie jeśli traktował je jako wyzwania. Wolałaby, żeby w tym przypadku tak nie było, bo nie do końca jej na tym zależało, to była tylko głupia gra i prowokacje, bez sensu aby marnował na coś takiego swoją energię. Nie potrzebowała tego do szczęścia, na pewno nie teraz, kto wie, może kiedyś jej się odmieni, ale aktualnie była naprawdę zadowolona z tego, co mieli.

Była zadowolona z tego, w jaki sposób układała się ich relacja, robili wszystko po swojemu, nie przejmowali się zdaniem innych i bardzo by chciała, aby tak pozostało. Zdecydowanie odpowiadało jej to, że tylko i wyłącznie oni byli odpowiedzialni za ich wspólny los. Nikt inny nie miał się w to mieszać, co pozwalało im kontrolować wszystko, co się między nimi działo, każdy następny krok, a to było przecież dla nich bardzo ważne.

- Może kiedyś się o tym przekonam. - Mruknęła teraz nieco ciszej. Nie była przecież w stanie przewidzieć co stanie się ich celem w przyszłości, nie zakładała, że przez całe życie będą omijać te bardziej oficjalne zobowiązania, to mogło się im odmienić, kto wie, może faktycznie kiedyś przyjdzie jej ocenić kamyk, jaki wybierze dla niej Ambroise?

Nie zakładała, że stanie się to tak szybko, musieli odpowiednio nacieszyć się tym stanem rzeczy, chciała wykorzystać to wszystko co zostało im danej jak najbardziej, nie wchodziły w grę półśrodki. Nie po tym trudnym okresie przyjaźni, kiedy niemalże chodziła przez niego po ścianach. Mogli nadrobić stracony czas, chociaż właściwie, czy aż tak stracony? Nie wydawało jej się, żeby tamten okres zupełnie nie miał sensu. Sporo się o sobie dowiedzieli, poznali się naprawdę bardzo blisko, chociaż teraz mieli szansę eksplorować te jeszcze niezbadane odmęty, poznawać się na zupełnie innej płaszczyźnie. To podobało jej się jeszcze bardziej.

- Bardzo dobrze się składa, na szczęście sami zainteresowani wiedzą, jak to faktycznie było. - Cóż, nie miała zbyt wielkiego wpływu na to, jakim człowiekiem była jej matka, wręcz przeciwnie, przez wiele lat nawet próbowała jej zasugerować, że jej zachowanie nie do końca powinno być akceptowalne, ale kobieta jakoś niezbyt specjalnie się tym przejmowała. Yaxleyówna więc nieco się od niej odsunęła, bo nie chciała, żeby ta za bardzo ingerowała w jej życie. Nie bez powodu niemalże od razu po Hogwarcie poprosiła ojca, aby kupił jej mieszkanie w Londynie, chciała trzymać matkę na dystans. Gdyby została w Snowdonii pewnie by się pozabijały, prędzej, czy później. W takiej sytuacji widywały się od święta, kiedy Ger wpadała tutaj z niezapowiedzianymi wizytami to raczej tylko po to, aby porozmawiać z ojcem. Zresztą nawiedzała go przede wszystkim w Londynie, w ministerstwie. To, że tam pracował było całkiem wygodne, bo miała go na wyciągnięcie ręki, a dosyć często czegoś od niego potrzebowała.

Była zadowolona z tego, że udało jej się zaskoczyć matkę, która pewnie nie raz myślała o tym, że mogłaby spróbować namówić Ambroisa do spotkania ze swoją córką, tyle, że gdyby Yaxleyówna dowiedziała się o takim pomyśle na pewno bardzo szybko posłałaby ją w diabły. Nie znosiła, kiedy ktoś ingerował w jej decyzje i próbował układać jej życie. Nic jej tak nie wkurwiało, jak to.

W tym wypadku jednak sami jakoś na siebie trafili, przeznaczenie zdecydowanie chciało tego, aby ich losy się splotły, nie pojawili się w swoich życiach przypadkowo, mimo dosyć lekkiego podejścia do wiary, to w to naprawdę wierzyła.

Zagryzła dolną wargę, gdy poczuła, że jego dłoń zmierzaj coraz wyżej, w stronę jej uda. Tak, to było bardzo przyjemne, ale nie powinien jej teraz tego robić, to zdecydowanie nie był odpowiedni moment, wiedziała, że jeszcze kilka takich zagrywek, a faktycznie zamknie się z nim w swojej sypialni, co mogłoby wzbudzić może nawet drobne kontrowersje. Mogłaby to jakoś przeżyć, byleby móc się w tym zatracić. Nieszczególnie się przejmowała opinią innych na swój temat, zresztą jej rodzicom powinno zależeć na tym, żeby inni myśleli, iż jest przyzowita, więc pewnie woleliby o tym nie mówić, a z nimi jakoś by sobie poradziła. Poopowiadała by bajki o tym, że młodość rządzi się swoimi prawami, jak zawsze.

- Gdyby tylko co? Jak tak dalej pójdzie to nie wtrzymam do wieczora. - Wolała go uprzedzić, żeby miał świadomość, że może mieć problem z tym, aby utrzymać ręce przy sobie.

- Zanudziłbyś się, gdybym była taka przyjemna przez cały dzień, nie może być zbyt prosto. - Miała świadomość, że życie z nią nie było lekkie, ale dzięki temu mieli trochę rozrywki, zresztą on też nie należał do najprostszych w obyciu osób - byli siebie warci. - Cóż, być może reakcja zależy od charakteru, jak widać, ja nawet po takim przeżyciu byłam gotowa do walki. Myślę, że bardziej głupio by mi było mimo wszystko, gdybym jednak wybrała te pokojowe rozwiązanie. - Tak, gdyby postanowiła się wtedy do niego przytulić, to na pewno byłoby dla niej jeszcze gorszym doświadczeniem. Wolała sobie radzić z tym, że była odebrana jako rozpieszczona gówniara, która nie doceniła uzdrowiciela odpowiedzialnego za to, że udało jej się przeżyć. To na pewno było prostsze od tej pierwszej wersji.

- Cóż, skoro ci się nie podoba ten pomysł, to oznacza, że go odrzucamy. - Tak, nie zamierzała robić nic przeciwko niemu. Mieli się razem w tym dobrze bawić, to miało sprawiać przyjemność ich dwójce, a nie tylko jej.

Yaxleyówna poczuła ciepło na swoich ustach kiedy przysunęła do nich papierosa, aby po raz kolejny zaciągnąć się dymem. Paliła filtr. Tak się zagadali, że nie zauważyła, kiedy skończyła jej się fajka. Pstryknęła niedopałkiem przez okno. W taką pogodę nie powinna spowodować pożaru, który mógłby spalić ich rezydencję. Deszcz bowiem zaczynał padać coraz bardziej. Pioruny też pojawiały się bliżej, a grzmoty stawały się zdecydowanie głośniejsze. Silny podmuch wiatru wdarł się do pomieszczenia. Cóż, chyba właśnie zaczynał się punkt kulminacyjny tego spektaklu.

- Myślę, że ten parapet może być rozwiązaniem wszystkich palących problemów. - Niby taki niepozorny, a jednak, gdyby go odpowiednio wykorzystać, to cóż, można by opatentować dla niego nowe zastosowanie.

- Wydaje mi się, że niezbyt długo, zejdziemy do nich zaraz, pouśmiechamy się przez chwilę, później przekażemy, że bardzo nam się spieszy, bo trafił ci się jakiś pilny przypadek w Mungu i niestety nie możesz dłużej zostać w Snowdonii, wyjdę z tobą i będziemy mogli znaleźć się w domu. - Mung wydawał się być całkiem dobrą wymówką, nie wydawało jej się, żeby ktokolwiek raczył to kwestionować, a ona po prostu zniknie razem z nim, żeby się nie zgubił po drodze, czy coś. Plan idealny.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#15
07.11.2024, 02:07  ✶  
Z wolna skinął głową. Nie zamierzał kwestionować tego, co powiedziała. To było jasne od samego początku. Nawet wtedy, kiedy jeszcze orbitowali wokół siebie starając się podtrzymać złudzenie czysto platonicznej przyjaźni. Wiedział, że jakiekolwiek próby wymuszenia na niej czegoś, czego tak naprawdę nie chciała byłyby prawdopodobnie najgłupszą rzeczą, jaką mógłby zrobić.
Zresztą nigdy nie szukał kogoś, kto cały czas przytakiwałby mu na wszystko, co mówił i robił. Ignorując fakt, że w ogóle nikogo nie szukał stroniąc od zaangażowania, które same go podstępem ogarnęło (choć niewątpliwie to był przyjemny podstęp) czuł się poirytowany i znużony uległością, brakiem własnego zdania, tym przesadnie ugodowym podejściem w imię dobrego wychowania.
Akceptował rolę ukochanej w swoim życiu. Z całym dobrem inwentarza - również tym bardziej upierdliwym, poniekąd odzwierciedlającym jego własne meandry charakteru.
- Trudno byłoby, byś tego nie widziała - tym razem mimochodem zakpił z naprawdę oczywistej oczywistości - między innymi stert książek w mieszkaniu przy Pokątnej z czasów, gdy dał jej bardzo jawny pokaz własnych możliwości i fiksacji na temacie, który był cóż - po miesiącach wiedział, że bezsensowny.
Zwrócił uwagę na zmianę tonu głosu Geraldine, jego cichsze brzmienie i coś, co przyjął za całkowity brak przekonania, jeśli nie odrazę. Mimowolnie zmarszczył czoło, starając się wybadać ją spojrzeniem, ale szybko dał sobie z tym spokój. Równie dobrze mógłby próbować dostrzec kawałek błękitnego nieba między gęstymi czarnymi chmurami. To było równie prawdopodobnie jak wyczytanie z twarzy Yaxleyówny tego, co miała na myśli.
- Rozumiem - odmruknął w podobnym tonie, bardzo lekko wzruszając ramionami. - Bez obaw - zapewnił z mrugnięciem oka, uznając, że chyba potrzebowała właśnie to usłyszeć, żeby mieć stuprocentową pewnością, że to wszystko w dalszym ciągu było wyłącznie żartami.
Raczej nie przewidywał, aby jakoś specjalnie szybko poczuli ten zew podporządkowania się tradycjom. Wręcz przeciwnie. W jego oczach to brzmiało wprost idiotycznie, zupełnie nie jak oni, bo przecież od samego początku wielokrotnie dyskutowali na temat wolności i życia na własnych zasadach.
Chciał z nią być. Nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Z dnia na dzień coraz bardziej. Nie miał problemów z tym, aby próbować nagiąć dla niej niektóre swoje przyzwyczajenia, nawet jeśli latami zarzekał się, że dla nikogo tego nie zrobi, bo to one tworzą jego oryginalny charakter. Mimo wszystko wcale nie czuł się mniej sobą, gdy robił coś, co zbliżało ich do siebie.
Wbrew temu, co na początku uznał za pewnik, poszukując przyczyn swojego odmiennego stanu w czynnikach zewnętrznych, wrogim wpływie, klątwach, działaniu magii i tak dalej. To nigdy nie było nic takiego. Obecnie raczej wywracał oczami na tamte przekonania, bo choć ostatecznie nic im nie popsuły to trochę namieszały.
Ale czy koniecznie na złe? Znali się od tej strony, od której mogliby się nie poznać, gdyby od samego początku przyjęli aktualną postawę. Bowiem mimo bycia przy niej sobą, nie podejmowania żadnej dalszej gry, raczej przedstawiania (niemalże) wszystkiego takim jak było, nie mógł powiedzieć, że się nie starał. Usiłował być chociaż trochę lepszy, bardziej kompromisujący, łagodniejszy w obyciu.
Wcześniej zdecydowanie nie próbował. Nawet wtedy, kiedy próbowali utrzymać swoją znajomość na przyjacielskiej stopie. Bez wątpienia wtedy bywał dużo mniej ugodowy. Ona również. To mniej więcej naprowadziło ich na właściwe tory - wiedzieli wzajemnie, do czego są w stanie się posunąć i podejmowali decyzję, aby tego nie robić. Przynajmniej mieli (ponownie: niemalże) całkowitą świadomość.
- Tak. Poza tym myślę, że ta sfabrykowana wersja jest dużo łatwiejsza do przetworzenia. W prawdziwą mogliby nam nie uwierzyć - parsknął cicho, bo prawdę mówiąc sam by sobie w to nie uwierzył, gdyby kiedyś miał okazję spotkać jakąś wersję siebie sprzed kilku lat i uświadomić ją o tym wszystkim.
Abstrahując od tego, jakie to miałoby konsekwencje dla czasoprzestrzeni, bowiem Ambroise nie znał się na podobnych tematach, działaniu zmieniaczy czasu albo innych podróżach w czasie. Po prostu by się wyśmiał albo zakwestionowałby czy faktycznie rozmawia ze sobą a nie z kimś, kto się za niego podszywa. A w tym drugim przypadku pewnie mogłoby być jeszcze nieprzyjemnie.
Tak naprawdę do ostatniego roku był święcie przekonany o tym, że nigdy nie da się usidlić, omotać, złapać w pułapkę - jak zwał tak zwał. Istota była zawsze ta sama: miał się za człowieka, na którego nie działają dziewczęce sztuczki.
Uważał, że ma jasną wizję na przyszłość, w której nie ma miejsca na nic poza niezobowiązującymi, przelotnymi romansami. Miłość to nic więcej niż działanie hormonów i instynktów mających przedłużyć gatunek. W przypadku ludzi ich pokroju najczęściej wcale nie występowała, bo wszystko było aranżowane, ustalane w dokładnie tym samym celu z zachowaniem czystości czarodziejskich linii.
Tymczasem z naprawdę racjonalnego człowieka zrobił się kimś komu pod wpływem zaledwie delikatnego dotyku krew była w stanie zawrzeć w żyłach. Ponownie delikatnie nachylił się ku Geraldine. Na tyle blisko, by ich oddechy przeniknęły się na moment a blask świec odbił się w jego oczach podkreślając drgający w nich wewnętrzny płomień.
- Gdyby tylko - powtórzył powoli, zawieszając spojrzenie na wardze, którą pociągnęła zębami, samemu przesuwając językiem po górnym rzędzie zębów - cholera - biorąc głęboki oddech, zaciągnął się chłodniejszym powietrzem i wyprostował plecy, opierając się o zimną ścianę.
Mimo że zdecydowanie nie planował zgadzać się na wprowadzanie w ich wieczór tych wszystkich elementów, nie mógł opędzić się od wrażenia, że one już tu były i postanowiły wyprowadzić go z cielesnej równowagi. Dawał im wodzić się na pokuszenie. Naprawdę trudno było nie dać się ponieść chwili, szczególnie że klimat sprzyjał zapomnieniu.
- Nie powiem, że nie - mieli się nie okłamywać, prawda? - Czyli w dalszym ciągu nie jest ci głupio za to, co jednocześnie chcesz mi wynagradzać. Dobrze rozumiem? - Zaśmiał się z jej słów, nieświadomie ponownie kładąc dłoń na jej kolanie, tym razem nie planując już ponownie cofać ręki - pasowała tam.
Tak jak sama Geraldine pasowała przy nim... ...na nim... ...pod nim... ...obecnie coraz mniej obok niego.
Nie. Nie podobał mu się pomysł przeciągania tych wszystkich chwil, które mogli mieć. Być może miał nadejść taki czas, ale obecnie wcale tego nie doceniał.
W oddali nad górami grzmoty burzy zaczęły przybierać na sile, ich echo odbijające się od skalistych zboczy przetoczyło się salwą głośnych huków niemalże wstrząsających posadami budynku. Wystarczyło zaledwie kilka chwil, aby intensywne, wielkie jak galeony krople uderzyły o ziemię, bębniąc o dach i parapety. Wkrótce z nieba spadł potok wody z impetem spływający na ziemię.
Wszystko wokół zaczynało się zmieniać. Powietrze, które do tej pory pachniało latem, teraz wypełniło się intensywnym aromatem wilgoci i błota. Po ciemnym niebie przeskakiwały błyskawice, malując na niebie złote zygzaki, które znikały niemal tak szybko jak się pojawiały.
Wiatr huczał a gałęzie i wierzchołki starych, mocarnych drzew wyginały się, jakby miały poddać się porywom pękając niczym zapałki.
Gwałtowny podmuch wdarł się do pomieszczenia, gasząc pozostałe świece i wypełniając bibliotekę ciemnością. Potężny piorun uderzył gdzieś w oddali na chwilę rozjaśniając przestrzeń blaskiem zakłócającym mrok.
- Myślisz? - Patrzył na nią przez chwilę z błyskiem zaskoczenia w oczach, podczas której wyraz jego twarzy płynnie przeszedł od zdziwienia do figlarnego uśmiechu, którym ją obdarzył.
Nie mógł powstrzymać tego przewrotnego wyrazu twarzy, który sugerował więcej niż zamierzał powiedzieć. Gdyby mieli dla siebie odrobinę więcej czasu, zdecydowanie posunąłby się dalej aniżeli do pożerania Geraldine spojrzeniem.
W tym momencie był gotowy zignorować część niezbyt wygodnych faktów, zupełnie tak jak to zwykł robić, byleby tylko usłyszeć coś więcej. Najlepiej jawną propozycję nagięcia kilku zasad dobrego wychowania. Jeszcze lepiej w formie tego otwartego gestu, któremu zdecydowanie nie byłby teraz w stanie nie ulec.
Ciemność panująca w bibliotece wyłącznie wyostrzała zmysły. Intensywność zapachu burzy wypełniała nozdrza. Ciepło miękkiej kobiecej skóry pod jego palcami paliło opuszki, szczególnie że podmuchy chłodniejszego wiatru nieustannie wdzierały się przez otwarte okno. Ktokolwiek powiedziałby, że ostudzając falę wewnętrznego gorąca srogo by się pomylił. Wręcz przeciwnie. Cała ta atmosfera wyłącznie przyczyniała się do szybszego oddechu.
- Mhm - zdobył się na kiwnięcie głową, wierzchem dłoni odruchowo odgarniając włosy z twarzy, choć całkowicie bezcelowo; mocny podmuch wiatru znów wdarł się do środka wraz z zacinającymi kroplami deszczu. - To... ...dobry pomysł. Mhm. Wyśmienity - nie trudno było dostrzec, że chociaż sam zadał wcześniej to pytanie, w tym momencie daleko było mu do skupiania się na odpowiedzi i jasnym planie dalszego postępowania.
Jego spojrzenie powędrowało od jej oczu do ust a następnie niżej na dekolt, a na twarzy Ambroisa pojawił się kolejny z tych jawnie niebezpiecznych, jednoznacznych uśmiechów. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie powinni, ale nie odmówiłby, gdyby jeszcze tego samego wieczoru, najlepiej całkiem niedługo postanowiła oprowadzić go po swoich komnatach. Szczególnie tym jednym pokoju, z którym oboje mieli dotychczas nieszczególne wspomnienia warte stopniowego zatarcia.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#16
07.11.2024, 12:38  ✶  

Cieszyła się z tego, że nie ma przesadnych chęci do tego, aby demonstrować, kto ma tutaj więcej do powiedzenia, odpowiadało jej to, że przyjęli do wiadomości to, iż są na równi. Mogli angażować się w sprawy na podobnym poziomie, nie próbował jej na siłę udowadniać, że to powinno być po jego stronie. Doceniała to, bo właściwie to nie było, aż tak oczywiste. Niektórzy mężczyźni lubili demonstrować, że to oni noszą spodnie w związku i są panami i władcami wszystkiego, co dzieje się wokół nich. Yaxleyówna by sobie nie poradziła z taką demonstracją męskości, to nigdy nie było coś, czego pragnęła dla siebie i swojego życia. Właściwie to nigdy nie sądziła, że będzie je dzielić z kimkolwiek, więc to, że w ogóle postanowiła wejść w coś stałego było dla niej sporą odmianą. W przypadku Ambroisa jednak nie miała wątpliwości, że to jest odpowiednie i naprawdę chce tego, aby faktycznie tworzyli parę.

- To prawda, miałam już prawdziwy pokaz twoich umiejętności. - Nie wyprze pewnie nigdy z pamięci jego obrazu, kiedy fiksował się na tym, żeby wyjaśnić co się między nimi wydarzyło pewnego pięknego zimowego dnia. Zastanawiała się czasem nad tym, jaką ilość książek wtedy przeczytał, i czy ona w ogóle przeczytała ich tyle przez całe swoje życie. Pewnie nie, Geraldine nie należała do osób szczególnie cierpliwych, wolała uczyć się poprzez praktykę.

To nie tak, że miałaby coś przeciwko temu, żeby kiedyś w ogóle brać pod uwagę to, że faktycznie mogliby zająć się tymi oficjalnymi sprawami związanymi z uregulowaniem ich relacji, ale póki co, zdecydowanie wolała tego uniknąć. Może i były to żarty, ale niosły ze sobą deklaracje, na które aktualnie chyba nie była jeszcze gotowa. Yaxleyówne przerażało takie ograniczenie jej wolności. Była pewna uczuć, jakimi darzyła Ambroisa, jednak to na ten moment byłoby dla niej trochę za dużo.

- To nie tak, że się obawiam, ale sam wiesz. - Nie chciała, żeby opacznie zrozumiał jej słowa, bo naprawdę jej na nim zależało, ale nad takimi oficjalnymi i tradycyjnymi krokami powinni zastanowić się zdecydowanie później. Zresztą i tak aktualnie dosyć szybko brnęli do przodu.

Nie przeszkadzało jej to wcale, podobało jej się to, jak zaczęli ze sobą współgrać, gdy wreszcie zrozumieli, że jest to spowodowane czymś więcej. Mieli jednak szansę naprawdę poznać się na różnych płaszczyznach nim odkryli, co zaczęło ich łączyć. To również pomagało w pewien sposób odnaleźć się w aktualnej sytuacji, dostosować do tego, że ta relacja była czymś więcej. Tamten czas nie był stracony, mogła się choć trochę nauczyć tego, jak reagował na najróżniejsze momenty w swoim życiu. Wiedziała w jaki sposób powinna się zachować, żeby nie wzbudzać w nim zupełnie niepotrzebnych reakcji.

- Tak, ta prawdziwa wersja jest nieco skomplikowana. - Nie dało się tego ukryć, była to droga pełna zakrętów i zwrotów akcji, aczkolwiek idealnie pasowała do ludzi takich jak oni. Nie byli typowi i to, co przeżyli ze sobą również nie należało raczej do potocznych sytuacji. Może dlatego wydawało się, że to jest tak bardzo ich, coś dziwnego, nie do końca przewidywalnego, tak samo jak oni.

Raczej nie zakładała, że kiedykolwiek uzależni się od jakiejkolwiek osoby tak bardzo. Czuła, że tak bardzo przyzwyczaiła się do jego obecności, że nie umiała sobie aktualnie wyobrazić siebie w przyszłości bez niego. To było dla niej dosyć sporo, duża zmiana, zważając na to, że zawsze uważała, że każda, kolejna bliska relacja jest słabością. O ich związku nie myślała w ten sposób, wręcz przeciwnie wydawało jej się, że razem mogą zdziałać naprawdę wiele, że staną się silniejsi, nie chciała być dłużej jednostką, ten duet wynagradzał jej wszystkie lata, kiedy musiała walczyć o siebie w samotności. Dotarło do niej, że tak właściwie przez całe swoje życie była sama, otaczała się wianuszkiem ludzi, ale nigdy się do nikogo tak naprawdę nie zbliżyła. Nie miała osoby której mogłaby powierzyć swoje najbardziej skrywane tajemnice, teraz się to zmieniło. Nie miała oporów przed tym, aby podzielić się z nim każdym, nawet najmniejszym szczegółem ze swojego życia.

Znowu ich twarze znalazły się bardzo blisko siebie, to było niebezpieczne, miała tego świadomość, ciężko jej było trzymać emocje na wodzy, gdy znajdował się przy niej. Miała ochotę zbliżyć się jeszcze bardziej, w końcu złączyć ich usta w pocałunku, ale obawiała się, że mogłoby się to zakończyć sporym wybuchem żądzy, nad którą nie byłaby w stanie zapanować. Dlatego też wstrzymała oddech, bała się chociażby ruszyć, żeby nie spowodować tego, że zmierzy to w kierunku, w którym bardzo by chciała, żeby poszło.

Dostrzegła, że on również toczy ze sobą wewnętrzną walkę, czy to faktycznie było teraz potrzebne? Nie wydawało jej się, mogli rozsądnie zarządzać czasem, zapewne nikt by nawet nie zauważył, że ich nieco poniosło. Nie powinni ich tu nawiedzić, usłyszeliby gdyby ktoś się zbliżył do biblioteki, może więc to wcale nie był taki głupi pomysł. Bez sensu było zastanawiać się nad tym, czy w ogóle powinni do tego dopuszczać, bo niepotrzebnie tracili cenne minuty.

- Czy to głupie? Wspomniałeś o galeonach, a ja nie lubię mieć długów, wypadałoby więc się ich pozbyć, za swoje zachowanie nie zamierzam przepraszać, ani się odpłacać. - Próbowała mu wyjaśnić swój tok rozumowania, który chyba nie należał do najprostszych, dzisiaj nic zresztą nie miało być łatwe. Szczególnie, kiedy ponownie poczuła dotyk dłoni mężczyzny na swojej nodze.

- Nie myślę, raczej mam pewność. - Był to chyba moment, w którym stwierdziła, że ma gdzieś te wszystkie zasady, których usilnie próbowali przestrzegać, przecież to i tak nie było im potrzebne. Nie musieli udawać kogoś kim nie są, to nie miało większego znaczenia. Wszyscy już wiedzieli, że się sobą interesują, mogli więc przekraczać granice, te które dla niektórych nie powinny być przekraczalne, za późno jednak było na to w ich przypadku, przecież należeli do siebie.

Jego spojrzenie, wzrok którym ją przeszywał tylko upewnił Yaxleyówne w tym, że nie ma innego wyjścia. Nie odpowiadała mu na kolejne słowa, wyciągnęła dłoń i złapała go za brzeg ubrania, aby w końcu przyciągnąć do siebie i nie wypuszczać. Miała w głębokim poważaniu to, czy ktoś ich na tym przyłapie. Odczuwała silną potrzebę, z którą nie zamierzała walczyć, wolała zdecydowanie ją zaspokoić.

Jej usta wpiły się w jego, łaknęła tej bliskości, nie mogła się powstrzymać przed tym, aby go nie całować. Zresztą zbyt długo się opierali temu uczuciu, które pojawiło się, gdy tylko usiadła na tym parapecie obok niego. Próbowała nie zrobić mu krzywdy, ale jej zęby haczyły o jego usta, nie do końca była w stanie zapanować nad tym, że chciała jak naintensywniej doświadczyć tej bliskości.

Zdawała sobie sprawę, że teraz nie będzie już odwrotu, tak już mieli, że kiedy zaczynali się do siebie zbliżać, to nie potrafili powstrzymać tego pragnienia, musieli je ugasić do końca.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#17
07.11.2024, 16:03  ✶  
- Niczego nie żałuję - uniósł ręce w obronnym geście, przy czym wzruszył ramionami pozwalając sobie na szerszy uśmiech. - Przynajmniej dzięki temu masz jasność, kogo sobie wzięłaś - nie mogła za jakiś czas wytknąć mu tego nadmiernego fiksowania się na niektórych tematach, bo stosunkowo wcześnie ją o tym uprzedził.
Co prawda wcale nie planował tego robić, ale mieli jasność. Po tym wszystkim, co się między nimi wydarzyło w dalszym ciągu chcieli budować wspólne życie. Nie przepłoszyli się nawzajem, co raczej zwiastowało dobrze. Szczególnie, że cele i oczekiwania również mieli wspólne. Szybkiego ślubu w nich, całe szczęście, nie było. Choć żarty Ambroise w dalszym ciągu uznawał za przednie, szczególnie dostrzegając wyraz twarzy Geraldine.
- Bzdury. Wewnątrz na pewno trzęsiesz się jak osika - odbił prowokacyjnym szeptem, nachylając się ku Geraldine i mrugając do niej porozumiewawczo. - Panienka Łowcza bojąca się maleńkiego kamyka - oczywiście, że w jego intencji nie było wyśmiewanie jej reakcji, bo samemu Greengrassowi również nie było wyjątkowo spieszno do tego, żeby dać się oficjalnie zaszufladkować.
Tym bardziej, że poniekąd i tak nie zamierzali kryć się z tym, co wywiązało się między nimi. Nie miał problemu z tym, aby pojawiać się z nią wszędzie tam, gdzie należało to robić. Nie miał zamiaru umykać przed sytuacjami, w których mógłby podkreślić jej rolę przy sobie bądź swoją przy niej.
Nie przerażały go te wszystkie sabaty, bale czy inne przyjęcia. Zresztą mieli okazję określić to w bardzo jasny sposób. To były wiążące ustalenia, na które się pisał i które szanował.
Natomiast bezpośredni angaż w to, by tradycji stało się zadość był zupełnie inną kwestią. Sprawy tego typu były dla niego czymś w dalszym ciągu abstrakcyjnym. Nie mówił, że to nie miało ulec zmianie za kilka lat, może odpowiednio wcześniej niż później. Nie wykluczał tego, bo przecież nawet na tym etapie miał pewność, że chce z nią spędzić resztę życia.
Chaotycznego wspólnego życia - nawet przez chwilę nie wątpił, że coś kiedyś zmieni się w tym zakresie i nagle postanowią stabilnie, wręcz nudno osiąść w jednym miejscu w jednej roli bez konieczności angażowania się w to, co obecnie przynosiło im tyle satysfakcji.
To nie było w ich stylu. Tym bardziej nie spodziewał się, aby mieli poddać się jakimkolwiek naciskom, które w jakimś momencie mogły (miały) zostać skierowane w ich stronę.
To oni mieli tu ostatnie słowo. Aktualnie było ono satysfakcjonująco zbieżne. Kontrastowało z wcześniejszymi tarciami, ale w bardzo przyjemny, kojący sposób.
Tak, prawdziwa wersja wydarzeń między nimi prawdopodobnie nawet nie dałaby się ująć w żadne słowne ramy. Byłaby poplątana i wzbudziłaby wiele niepotrzebnych pytań. Bez wątpienia lepiej, żeby trzymali się tej ugładzonej wersji. Całkiem przyjemnej dla ucha, choć jednocześnie zabawnie niewłaściwej.
- Teraz jest już prościej - uniósł kącik ust, obdarzając ją przeciągłym spojrzeniem, choć cholera wcale nie było prościej.
A przynajmniej nie w tym momencie.
Chociaż znajdowali się blisko siebie, odczuwał przemożną potrzebę zbliżenia się ku niej jeszcze bardziej, zagarniając ją sobą i poddając się buzującym w nich emocjom. Miał wrażenie, że każda kolejna minuta jest wyłącznie całkowicie zbytecznym zwlekaniem, bo ostatecznie i tak przy niej zupełnie nie potrafił się oprzeć pokusie.
Nawet teraz dawał temu pokaz, pochylając się ku ukochanej i spojrzeniem niemal namacalnie dotykając jej miękkich ust. Jego oddech stawał się coraz cięższy a spojrzenie ciemniejsze i bardziej pożądliwe. Spoglądał w jej oczy, szukając tam znaku, który pozwoliłby mu przełamać cienką barierę, którą sami narzucili sobie na tę okoliczność. Nadal między nimi była, choć mógł wyczuć tę kruchość, którą wystarczyło lekko naruszyć zbliżając ich usta do siebie, aby całkowicie pękła.
Mimo to w dalszym ciągu usiłował trzymać się w ryzach. Zamiast zagarnąć usta ukochanej, przesunął się w tył, odginając głowę i biorąc głęboki oddech, jakby chłód powietrza mógł go otrzeźwić (nie mógł, nawet nie próbował).
Zmusił się do wzięcia jeszcze kilku głębszych, przesadnie spokojnych oddechów w niemalże namacalnie wibrującej ciszy zanim postanowił odpowiedzieć.
- Galeony mnie nie obchodzą - odpowiedział cicho, kręcąc głową, bo choć tok rozumowania dziewczyny nie był dla niego całkowicie niejasny, to nie pieniędzy od niej oczekiwał. - Chyba już to ustaliliśmy, prawda? - znowu spojrzał na nią w ten prowokacyjny sposób, który nie pozostawiał wiele do analizowania.
Chciałby ją przy sobie, na swoich kolanach, tak blisko, by czuć jej ciepło na skórze, całując ją do utraty tchu. Ale jeszcze się powstrzymywał. Czuł szybkie łomotanie własnego serca, krew buzującą w żyłach, suchość w gardle. Żar zamieniał się w ogień pod wpływem jej spojrzenia.
Pragnęła go tak bardzo jak on jej - to było jasne, jednak oboje siedzieli uwięzieni w tej chwili pełnej wahania, gdzie każdy ruch mógł wywołać burzę. Nie tylko na zewnątrz, ale także między nimi.
Potrzebował na nowo skrócić ten dystans, bez wahania reagując na pociągnięcie go za ubranie i bez słowa sprzeciwu zagarniając jej usta w tak długo odwlekanym pocałunku.
Rozbłyski piorunów rozświetlały pomieszczenie na zaledwie ułamek sekundy, po którym biblioteka ponownie pogrążała się w niemalże całkowitym mroku i ciszy zakłóconej jedynie przez mocne, miarowe bębnienie kurtyny wody spadającej z nieba. Ciemne chmury tłumiły światło późnego popołudnia.
W powietrzu unosiła się intensywna woń deszczu, a towarzyszący burzy dźwięk grzmotów drżał w duszy, jakby świat zewnętrzny rytmicznie akompaniował ich coraz mniej powstrzymywanym emocjom. Słodki smak lekko wilgotnych od deszczu ust Geraldine wywoływał w nim falę pragnienia, której nie umiałby powstrzymać, gdyby przyszło mu teraz ponownie się od niej odsunąć.
Tym bardziej, gdy zbłąkana kropla wody przywiana wiatrem przyciągnęła jego spojrzenie, spływając po dekolcie dziewczyny, który zapragnął obsypać pocałunkami, ścierając wargami wilgoć i ogrzewając jej delikatną, wrażliwą skórę ciepłem oddechu. Tego, który tak ciężko było mu teraz złapać.
Przez otwarte okienne skrzydło wpadały kolejne chłodne podmuchy porywistego wiatru przynoszące wilgotne krople osadzające się na parapecie i powoli znaczące również ich własne ubrania.
W chwilach, gdy błysk pioruna rozdzierał niebo, Ambroise mógł dostrzec jej oczy. Pełne pasji, ciemnoniebieskie od pożądania jak letnie burzowe niebo, ale nie lodowato zimne -  wypełnione ogniem przeznaczonym tylko dla niego. To nie było coś, co dałoby się ująć w jakiekolwiek ramy. Przypisać po prostu zwykłym fizycznym żądzom spełnianym z kimkolwiek gdziekolwiek. Nie. To było wyłącznie ich.
Nie miał co do tego żadnych wątpliwości, unosząc kąciki ust w pełnym zadowolenia grymasie kogoś, kto w tej chwili pragnął wyzwolić w niej jeszcze więcej tego tłumionego żaru, który nareszcie trawił go we właściwy sposób.
Nie nienawistnie jak w te długie miesiące pełne ostrych wymian zdań i intensywnych, zagniewanych spojrzeń. To było już za nimi. Każdy pocałunek był jak zapewnienie, że nic ich nie rozdzieli.
Ciemność spowijająca pokój potęgowała doznania a świadomość tego, że przekraczali w tej chwili pewne niepisane granice zacierała się z chwili na chwilę, ustępując miejsca delikatnie wibrującej ekscytacji sięgania po swoje pomimo tego, co wypadało zrobić (choć może raczej, czemu nie wypadało ulegać).
Z każdą chwilą intensywność ich pocałunków rosła a ciała zbliżały się do siebie coraz bardziej, jakby pragnęły zlać się w jedno. Kiedy Geraldine przyciągnęła go bliżej za brzeg koszuli, z gardła Ambroise wydobył się cichy pomruk rozbawienia.
Tyle byłoby z trzymania rąk przy sobie. Jeszcze mniej z zachowywania jakichkolwiek pozorów, że byli jedną z tych spokojnych, nieśmiałych parek pragnących podążać za ogólnie przyjętymi zasadami, wyczekując aprobaty rodzin, formalizacji relacji i może wtedy sięgając po coś prócz niezręcznie ściskanej dłoni.
Jego palce delikatnie wplatały się w jej włosy, a ona odpowiadała mu najczystszym ogniem, który tak w niej uwielbiał, nieprzerwanie badając granice ich namiętności. Kolejny huk przeciął ciszę. Grzmot wstrząsnął górami przetaczając się echem przez dolinę, wprawiając szyby w drżenie. Podmuch wiatru przyniósł delikatny, ledwo wyczuwalny swąd dymu. Gdzieś tam poniżej błyskawica musiała uderzyć w stary wiąz porastający górskie połacie.
Fala deszczu miała ugasić go w kilka chwil pozostawiając wyłącznie popękane ślady na korze i wypalone wzory we wnętrzu pnia. Ten ich własny pożar, który rozgorzał w ich wnętrzach był  niemożliwy do stłumienia. Każdy pocałunek był jak ładunek elektryczny. Urywany, nagły, pełen intensywności, jakby nie istniało już nic dookoła. Tylko ich wspólna mała ukryta przestrzeń spowita aksamitnym, dyskretnym woalem mroku. Z dala od spojrzeń, które mogłyby ich przyłapać, nie potrzebowali wiele więcej, by poddać się namiętności.
Pragnienie stawało się coraz bardziej palące, wciągając ich w wir niewypowiedzianych obietnic. Ich usta napierały na siebie w żarliwym tańcu, jakby pragnęli zakląć czas, zamknąć się w tej chwili - z dala od burzy i wszelkich przeszkód. Czując zęby dziewczyny kąsające jego wargi, mimowolnie zamruczał, odpowiadając wyłącznie mocniejszym przyparciem ukochanej do parapetu w próbie odwzajemnienia tego ognia.
Jego ręce wędrowały po jej talii, jakby mógł zagarnąć ją całą dla siebie dokładnie tu i teraz, po prostu sięgając po to, czego oboje pragnęli i nie przejmując się konsekwencjami. Wyrzucił z umysłu myśli o ryzyku. Nie miały teraz najmniejszego znaczenia. Dotyk jego dłoni był pewny i pełen żaru, wcale nie zamierzał ustępować, odsuwać się, być racjonalny.
Ale Geraldine przecież doskonale to wiedziała. Sama pchała go ku utracie resztek kontroli, zając sobie sprawę z tego, jak łatwo było wciągnąć go w wir pożądania. Tylko jej. Nikomu innemu, choć nigdy nie powiedziałby tego na głos, zdając sobie sprawę z tego, że i tak zatrważająco niewymuszenie oddał Yaxleyównie tę część władzy. A ona z niej korzystała.
Wiatr szalał za oknem, burza rozpętała się na dobre, strugi deszczu zalewały podnóża gór a jego dłonie z odwagą prześlizgiwały się pod materiał sukienki. Kolejny raz odkrywał jej skórę, jakby eksplorował niezbadany ląd, a każdy dotyk był jednocześnie pytaniem i odpowiedzią. Uśmiech pełen niebezpiecznej satysfakcji raz po raz przemykał po jego twarzy kontrastując z chaosem na zewnątrz. W tym momencie nie miało znaczenia, że mogli zostać przyłapani. Istniała tylko ta chwila, ich chwila.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#18
07.11.2024, 23:20  ✶  

- Tak, nie będę mogła niczego zwalić na to, że nie wiedziałam. - Było to całkiem proste rozwiązanie, zresztą nie przeszkadzały jej w niczym te jego fiksacje, każdy miał jakieś swoje dziwactwa, a on całkiem uroczo wyglądał, kiedy się w coś mocno angażował. Bywało to trochę niebezpieczne, bo czasem zapominał o tak prozaicznych czynnościach, jak chociażby jedzenie, ale przecież od tego miał ją obok, aby mu o nich przypominała. Odpowiadała jej ta rola.

Nie byli szczególnie łatwymi w obyciu osobami, ale najważniejsze było to, że zdawali sobie z tego sprawę i chyba ich to jakoś mocno nie przeraziło. Nadal zamierzali trwać przy sobie i budować razem swoją przyszłość. Mimo tych wszystkich wad, które mogły być naprawdę upierdliwe. Tyle, że przynajmniej mieli szanse dowiedzieć się o ich istnieniu, nim zaczęli faktycznie tworzyć ten związek. Świadomie postanowili przenieść to na zupełnie inny poziom. Wiedzieli na co się piszą. To trochę ułatwiało wspólną egzystencję, wiedzieli gdzie mogli ustępować, w czym pomagać i w jaki sposób się wspierać.

- Nie trzęsę się! - Wysyczała przez zęby. Najwyraźniej strasznie bawiło go to, że Yaxleyówna się czegoś bała, cóż, był to pierścionek, czy tam kamyk, więc mogło być to uznane za całkiem zabawne. Zważając na to, że kreowała się na taką silną i nieustraszoną to faktycznie mogło wyglądać dosyć komicznie.

- Uważaj, niech mi tylko ten kamyk wpadnie w ręce, to się zdziwisz, co można zrobić z takim skarbem. - Tak, próbowała mu grozić, chociaż wiedziała, że to nie przyniesie żadnych efektów i było zupełnie bezsensowne, ale w ten sposób się broniła przed tym niewygodnym dla niej tematem. Najlepszą obroną był atak, czy coś, tym się chyba kierowała.

Nie wydawało jej się, żeby jemu było spieszno, aby podążać tą oficjalną drogą, po prostu zobaczył, że temat jest dla niej nie do końca wygodny (w sumie to trochę przez nią) i postanowił go drążyć, żeby widzieć jak się miota. Nieładnie.

Wyobrażała sobie ich wspólną przyszłość, tyle, że aktualnie wolałaby unikać wkładania tego w standardowe ramy, bo to nie było coś czego potrzebowali. Najważniejsze było, że mieli siebie nawzajem i mogli się wspierać na różnych płaszczyznach, naprawdę była w nim zakochana tak, jak w nikim wcześniej i to jej wystarczyło. Była pewna swoich uczuć i nie potrzebowała do tego żadnych innych deklaracji. Zresztą i tak zrobili spory krok mówiąc o tym innym ludziom. Nie chciała przed nikim ukrywać tej więzi, chociaż może nie chciała, żeby ktokolwiek dowiedział się, jak bardzo jej na nim zależało, zresztą nikt pewnie by tego nie zrozumiał. To uczucie w pewien sposób przypominało opętanie, nie bez powodu przecież szukali na ten temat informacji w książkach, pierdolnęło w nich znienacka tak mocno, że nie potrafili się pozbierać, miała wrażenie, że z dnia na dzień jest to jeszcze silniejsze, chociaż nie sądziła, że w ogóle jest to możliwe, jak widać jeszcze mało wiedziała o życiu.

Bardzo wiele się przy nim uczyła, o sobie, o nim, o wszystkim właściwie. Zaczeła nieco inaczej patrzeć na świat, była przed nią jeszcze długa droga, ale wszystko zmierzało ku lepszemu, przynajmniej takie poczucie jej towarzyszyło. Kto ją tam wiedział, może z czasem zmieni też swoje nastawienie do tych niepotrzebnych formalności, na pewno kiedyś dorośnie, aż tak, że będzie skłonna nagiąć swoje zasady.

- Tak, zdecydowanie prościej. Bardzo prosto... - Gdyby to tylko wydawało się faktycznie takie proste. Nadal nie do końca mogli pozwolić sobie na wszystko, na co mieli ochotę. Starali się być przyzwoici, tyle, że nie do końca im to wychodziło, wręcz przeciwnie. Cała to rozmowa potoczyła się w taki sposób, że jej myśli zmierzały w nie do końca odpowiednim kierunku. Do tego jego wzork, którym ją przeszywał, wyrażał zdecydowanie zbyt wiele. Czuła, że on też nie potrafi tego powstrzymać, po co więc było się ograniczać, nie musieli na siłę udowadniać, że są kimś, kim tak naprawdę nie byli. To zupełnie niepotrzebne i bezsensowne.

To, co ich łączyło było tak silne, że zupełnie nie umiała tego kontrolować, nie chciała się powstrzymywać, wręcz przeciwnie, wolałaby wyzwolić to, co znowu zaczynało wypełniać ją w głębi. Dać się ponieść, zapomnieć o otaczającym ich świecie, to było rozwiązanie, które miało ją usatysfakcjonować.

- Wiem, dług to dług, nie mówiłam o tym, że zamierzam go spłacać galeonami. - Sprostowała jeszcze, żeby faktycznie się zrozumieli. Zresztą jeśli chodzi o pieniądzę, to nigdy nie było dla niej problemem, była całkiem bogata jak na młodą damę, wyróżniała się statusem majątkowym nawet na tle arystokracji, to byłoby dla niej nic takiego. Chciała mu się jednak odwdzięczyć w inny sposób, w taki, który właściwie okazałby się opłacalny również dla niej, w końcu nie byłby jedyną osobą, której przyniosłoby to przyjemność. Całkiem niezłe rozwiązanie, to na pewno przyniosłoby oczekiwany efekt.

Burza za oknem idealnie odwzorowywała to, co działo się w niej. Yaxleyówna była pełna emocji, nad którymi nie potrafiła zapanować, również musiała się wyładować, niczym te pioruny. Dać upust temu wszystkiemu, co się w niej nagromadziło. Nie przejmowała się zbytnio tym, że znajdują się w jej rodzinnym domu, że jest to miejsce do którego może ktoś wejść w każdej chwili, zatraciła się po prostu w tym momencie, chciała go jak najlepiej wykorzystać, jakby znajdowali się sami bardzo daleko od otaczającego ich świata.

Wiedziała, że jeśli przyciągnie go do siebie, to nie będzie już odwrotu, przepadną w tym razem, utoną w swoich ustach i nie uda im się tego przerwać. Nie panowali nad tym, co się z nimi działo. Te uczucia były wyjątkowo silne, pragnęła go z całej siły i wiedziała, że jest w stanie zaspokoić to pragnienie. Tu i teraz. Tylko to się liczyło.

Czuła przeskakujące między nimi iskry, deszcz, który wpadał do pomieszczenia wcale nie przynosił ukojenia. Nie wydawało jej się, aby w tej chwili cokolwiek potrafiło ich zatrzymać, nie kiedy pragnęli siebie tak bardzo. Pocałunki były jak tlen, bez którego tonęli, tylko one się aktualnie liczyły. Usta zbliżające się do ust, splątane języki, przygryzane wargi. Chaos, który ich pochłaniał.

Wplotła mu dłonie we włosy, które były wilgotne, zaplatała sobie pojedyncze kosmyki wokół palców, kiedy nie odrywała swoich ust od ust mężczyzny.

Nie przeszkadzały jej pioruny, grzmoty, to wszystko, co działo się tuż obok. Liczył się tylko on. Chciała dac mu tego oczekiwał, w zasadzie to ona również tego potrzebowała. Pochłonęło ją to palące uczucie, które wypełniało niemalże całe jej ciało, nie tylko ciało, bo też duszę. Chciała, aby znowu stali się jednością, tego potrzebowała.

Odchyliła szyję do tyłu, aby łatwiej było mu się dostać do jej dekoltu, jego pocałunki pozostawiały na nim palące ślady, jej całe ciało zaczynało płonąć, z jej ust wyrwało się ciche mruknięcie, nie potrafiła zbytnio nad sobą panować, właściwie to nie chciała, wolała dać się ponieść, nie wydawało jej się, że tłumienie emocji mogłoby pomóc, wręcz przeciwnie, tylko opóźnialiby nieuniknione . W jej oczach pojawiły się iksry, podobne do tych błyskawic, które ciągle mieniły się na niebie. Opuszkami palców nie przestawała wędrować po jego karku, co chwila jej dłonie na przemian zmierzału ku miękkim włosom, a później wracały niżej.

Był to jeden z tych razów, kiedy wyjątkowo nie żałowała założenia sukienki, faktycznie one potrafiły ułatwić wiele spraw, po raz kolejny poczuła dłonie mężczyzny, które wędrowały po jej skórze, wiedziała, że tym razem tak szybko ich z niej nie zdejmie i bardzo jej to odpowiadało. Nie pozostawała mu dłużna, chociaż ubrania nie ułatwiały sprawy, jednak pozwoliła sobie wędrować swoim dłoniom po całym jego ciele, zatrzymały się dopiero przy jego brzuchu, gdy całkiem zgrabnie wsunęła je pod jego koszulę, zataczała palcami kręgi.

Usta nie skupiały się już na jego wargach, zatraciła się na tyle, że powoli sunęły po jego szyi, kąsała ją przy tym delikatnie, miała ochotę zostawić na niej ślady swojej obecności, chociaż wiedziała, że nie do końca było to rozsądne, aczkolwiek rozsądek już dawno został oddelegowany. Liczyło się tylko to, że znowu zamierzali ugasić pragnienie, które ich wypełniało.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#19
08.11.2024, 03:27  ✶  
Był w tym wszystkim (przewrotny) komfort. Niewiele osób mogło mieć tak szczegółowy obraz tego, z kim tak właściwie pragnęło łączyć życie. Większość czarodziejów wchodziła w relacje uczuciowe z zupełnie innego poziomu uświadomienia. Myśląc, że jest bezpieczny i uznając za wygodną wynikającą z tego możliwość podtrzymywania złudzeń. Zarówno swoich jak i tych o drugiej połowie.
Ambroise nie wierzył w budującą siłę idealizacji. Miał się za kogoś kto racjonalnie patrzył na świat. Nie bez powodu latami żywił przekonanie, że emocjonalne zaangażowanie nie jest czymś dla niego. Spotykając się z gierkami i złudzeniami sam również mimowolnie zaczął stosować dokładnie te same metody, aby zdobyć to, czego chciał.
Szybko, intensywnie, bez ryzyka sparzenia się, gdy kurtyna wyobrażeń spadłaby a rzeczywistość okazałaby się czymś nie spełniającym oczekiwań. Łatwo nie mieć żadnych, gdy nie oczekuje się niczego trwałego a na stałe brzmi równie odstręczająco jak do końca życia.
Co znowu przypominało o niechybnej śmierci a przecież on i jego towarzysze byli jeszcze młodzi i mieli całe życie przed sobą.
Jakim cudem bez chwili zastanowienia przestał reagować na to alergicznie? Nie wywracał oczami, nie unosił wzroku w kierunku nieba, nie parskał, nie prychał. To do końca życia nagle przestało brzmieć idiotycznie, gdy rzeczywiście dostrzegało się nowe aspekty towarzyszenia komuś w codzienności.
Budzenia się rano w ciepłej pościeli pachnącej drugą osobą, której można było dotknąć, przy okazji wyciągając sobie jej włosy z ust (bo cholera zostawiała je wszędzie) i zaczynając dzień słodkim, leniwym pocałunkiem. Przypatrując się jej w różnych momentach dnia, samemu starając się czytać coś ze zrozumieniem, ale łapiąc się na bezmyślnym przerzucaniu kartek.
Wracania do domu po długim dniu pracy i słuchania o czymś, czego kompletnie nie rozumiał, ale tak właściwie to nawet nie musiał, bo po prostu stawał się słuchaczem, powiernikiem spostrzeżeń i doświadczeń.
Dopóki nie kazała mu powtarzać wywodu, dopóty mógł przytakiwać jej tak intensywnie jak to było wskazane. W rzeczywistości cały czas wpatrując się w malinowe usta i nie myśląc zbyt wiele o czymkolwiek innym.
Miewali swoje wzloty i upadki. Szczególnie teraz - na samym początku wspólnej drogi wykraczającej poza ramy tego, co dotychczas znane.
W opinii Greengrassa szło im naprawdę przyzwoicie. Zwłaszcza jak na ludzi o tak podobnych wybuchowych charakterach przyzwyczajonych do życia na własną rękę i niezależności, którą musieli zamienić na znaczną dawkę poczucia wspólnoty.
To nie zawsze było tak łatwe jak mogłoby się wydawać. Czasami sądził, że robi coś właściwie tylko po to, żeby usłyszeć syk protestu albo parsknięcie pełne poirytowania, ale na ogół szło im naprawdę gładko.
Choć bez wątpienia wiedzieli jak sobie dopiec. Nawet teraz czerpał niewielką satysfakcję z podszczypywania Yaxleyówny, by wywołać u niej całkiem zabawną reakcję.
- Panikara - o tak, nie miał problemu, żeby ją tak nazwać, nawet jeśli miał tego gorzko pożałować; może nie teraz, ale kiedyś na pewno miała się zrewanżować. - Zobaczymy w listopadzie. Masz trochę czasu, żeby nie działać na poczekaniu - równie dobrze mógłby dodać nie dziękuj, ale bez tego ta odpowiedź w dalszym ciągu była bardzo satysfakcjonująca.
Nawet biorąc pod uwagę, że nie miała związku z rzeczywistością. Roise w żadnym razie nie planował aż takich wyskoków. Szczególnie, że byłyby nie tylko niepotrzebne co również szkodliwe. Napędziłyby spiralę czegoś, czego woleli unikać z uwagi na swoje podejście do prywatności.
Wspólne pojawianie się na wydarzeniach i przedstawienie się nawzajem rodzinom było dostatecznie dużym i oficjalnym krokiem. Tym bardziej, że już wywoływało zszokowane, niedowierzające reakcje.
To im wystarczało. Nie był w stanie powiedzieć na jak długo, ale z drugiej strony sam miał dwadzieścia siedem lat, gdy pierwszy raz oficjalnie przyprowadzał kogoś do domu nazywając ją swoją kobietą (prywatnie wolał określenie dziewczyna, ale żeby tradycji stało się zadość...), co raczej świadczyło samo za siebie.
Była przed nimi całkiem długa droga. Patrzył na to bardzo chętnie. Nie miał z tym najmniejszego problemu, nie zamierzając pospieszać faktów.
Choć i tak wszystko działo się szybko. Również tego wieczoru.
Każde wymienione spojrzenie stawało się coraz bardziej intensywne. Ich ciała zdawały się przyciągać nawzajem, korzystając z tych kilku chwil, jakie mogli dla siebie ukraść zanim nie spróbują doprowadzić się do porządku i kontynuować przedstawienie, którego od nich oczekiwano.
Mrok nie był ich wrogiem. Stał się ich sojusznikiem, pozwalając im zapomnieć o tym, gdzie się znajdują i kim powinni być a kim tak właściwie nigdy nie byli.
Także burza za oknem zdawała się być ich przyjacielem. Każdy kolejny dźwięk grzmotu stawał się tłem dla ich cichych westchnień i pomruków. Słyszał jak oddech Geraldine staje się coraz szybszy niemalże zlewając się z jego własnym. Szczególnie wtedy, kiedy nie był w stanie oderwać ust od jej ciepłych warg, świadomie pozbawiając ich oboje tchu niemal do tej ostatniej chwili, w której musieli ponownie zaczerpnąć powietrza.
Gdy tylko ich usta się rozdzieliły, spojrzał w oczy dziewczyny, dostrzegając w nich błysk dzikości spotęgowany światłem pioruna.
Każdy delikatny ruch jej dłoni sprawiał, że na jego plecach pojawiał się dreszcz a skóra stawała się wrażliwsza na dotyk. Opuszki Geraldine przesuwały się po jego karku, wywołując dreszcze i pomruki domagające się więcej tego, co z nim teraz robiła, wplatając palce we włosy i sprawiając, że nie był w stanie skupić się już na niczym innym. Tylko na niej.
Odegrał się, korzystając z pierwszej chwili, żeby odwzajemnić pieszczotę, choć na swój własny sposób. Sunąc wargami po jej dekolcie. Przesuwając po nim samym czubkiem języka. Powoli, niespiesznie, mimo żarliwości chwili, która sprawiała, że był bliski zapomnienia się, całkowicie nieświadomie pozostawiając na skórze dziewczyny ślady zaczepnych ukąszeń. Odpowiedzi na to, czym ona przyozdobiła jego szyję.
Tyle byłoby z resztek dyskrecji. Nie mówiąc o pomiętych ubraniach i rozbieganych, porozumiewawczych spojrzeniach.
Jego dłonie wędrowały wzdłuż jej pleców. Sunęły po kręgosłupie oddzielanym od opuszków palców jedynie cienkim, wilgotnym od deszczu materiałem przylegającym do skóry kobiety w taki sposób, że gdy kierował ku niej swoje łaknące spojrzenie, napotkany widok nie pozostawiał zbyt wiele przestrzeni dla wyobraźni.
Za każdym razem, gdy materiał pod wpływem jego błądzących palców ocierał się o jej ciało, zdawało mu się, że rozpalają się w nim nowe iskry. Powietrze wokół nich było ciężkie, gęste i skrzyło od napięcia.
Z pasją zjeżdżał dłońmi po jej ciele, starając się ogarnąć dotykiem każdy zakamarek, każdy mięsień, każdą linię, która niezależnie od tego, ile razy miał okazję naznaczyć ją swoim dotykiem, za każdym, każdym razem fascynowała go dokładnie tak jak wtedy, gdy zbliżyli się do siebie po raz pierwszy.
Z trudem powstrzymywał się od szaleńczego porywu namiętności, gdy wyciągnął dłoń i dotknął ramiączka jej sukienki. Jego palce po raz kolejny musnęły delikatny materiał, jakby badał granice, po których mógł się poruszać, choć oboje wiedzieli, że te praktycznie nie istnieją.
Tego wieczoru ponownie je przesuwali, nie bacząc już na otoczenie. Równie dobrze mogłoby nie istnieć. Liczyli się tylko oni. No, może również ten parapet, dla którego niewątpliwie znajdowali swoje własne wykorzystanie nie mające zbyt wiele wspólnego z czytaniem książek.
Nie myślał o konsekwencjach. Naprawdę planował spędzić ten wieczór jako przyzwoity mężczyzna. Tak jak Geraldine miała być grzeczną panną. Oboje powinni zachowywać się przykładnie. Być może dlatego tak bardzo chcieli, by było inaczej.
Pragnienie okazało się silniejsze. Nie dziwiło go to ani nie napawało zmieszaniem.
Czuł ją tak blisko a ich ciała lgnęły do siebie w taki sposób, że potrzebował, by była jeszcze bliżej. Ich ciała niemal stapiały się od ognia, który dawno przestał być żarem. Teraz tego płomienia nie dało się już powstrzymać.
Nie, żeby Ambroise zamierzał to robić. Było na to zbyt późno. Prawdę mówiąc już w pierwszej chwili, kiedy dostrzegł ją wychodzącą do niego z sypialni w tej sukience, było za późno. Zdjąłby ją z niej na długo wcześniej, gdyby nie konieczność pojawienia się na ustalonym spotkaniu i poczucie odpowiedzialności, które właśnie gdzieś wyparowało.
Każda chwila przeciągała się w wieczność. Nie było nic innego. Jedynie ta niewidzialna siła, która popychała ich ku sobie. Z każdą sekundą coraz bardziej nienasycona. Pragnienie narastało w niebezpiecznym tempie grożąc spopieleniem, jeśli jeszcze raz nie przesuną granicy, ostatecznie wyzbywając się resztek zahamowań.
Kiedy ich usta się zbliżały, ogarniała go fala gorąca. Kiedy umykała przed kolejnym głębokim pocałunkiem, aby musnąć wargami jego szyję, przesuwając po niej zębami, bezwiednie wydawał z siebie równie zadowolony, co rozczarowany pomruk, nie mogąc odwzajemnić pieszczoty Geraldine dopóki mu na to nie pozwoliła.
To sprawiało, że jeszcze gwałtowniej przyciągał ją do siebie za podbródek. Przerwa między nimi wydawała się nie do zniesienia. Każdy pocałunek był bardziej żarliwy od poprzedniego.
Dotyk jej warg był intensywny, wręcz elektryzujący, wyzwalając w nim uczucia, które od lat trzymał głęboko w sobie. To nie było zwykłe pożądanie. Czuł, że to, co ich łączy, jest głębsze niż cokolwiek, co kiedykolwiek doświadczył. Akceptował to. Byłby głupcem, gdyby w dalszym ciągu usiłował znaleźć na to jakieś racjonalne wyjaśnienie. Nie istniało. Nie musiało.
Nie mógł oderwać od niej intensywnego spojrzenia, które w szaleństwie pożądania zmieniało odcień zieleni w jego oczach na znacznie ciemniejszy, niemalże leśny jak wierzchołki drzew za oknami.
Stała się jego żywiołem. Iskrą, która wzniecała w nim ogień emocji tak silny, że gotów był zaryzykować wszystko. Nie tylko tu i teraz. Zawsze.
Szybkie, urywane oddechy wyrażały to, czego słowa nie mogły opisać ani odzwierciedlić. Jego ręce, które wcześniej próbował powstrzymywać, teraz stawały się coraz odważniejsze. Podwinął niecierpliwie materiał sukienki, czując jak serce bije mu coraz szybciej. Coraz odważniej muskał skórę jej ud, eksplorując granice, które rozwiewały się wraz z oddechami.
Gdy przeniosła dłoń bliżej jego podbrzusza, ani przez chwilę siłując się z koszulą, tylko zgrabnie radząc sobie z warstwą materiału, poczuł gorący dreszcz emocji, który przeszył go od wewnątrz wywołując gęsią skórkę na ciele.
Uśmiechnął się przy tym czując jak palce Geraldine wkradają mu się pod koszulę zataczając palące kółeczka i zostawiając niemal fizyczne ślady na skórze. Choć i te zdobiły już jego szyję i jej dekolt, wymownie dając do zrozumienia, że nie zajmowali się tu czytaniem wierszy przy blasku świec.
Jego spojrzenie przeszyło ją jak błyskawica odpowiadając na to, co sama mu teraz pokazywała. To, jaka była. Dzika, niepowstrzymana i niebezpieczna. Jego.
Czuł, że ta chwila należy wyłącznie do nich obojga. Niezależnie od tego, co działo się wokół, mieli sięgnąć po więcej, nie będąc w stanie nasycić się wyłącznie rozgorączkowanym dotykiem.
Nie zamykał oczu, chłonąc obraz ukochanej w każdym nawet najdrobniejszym szczególe. Z potarganymi, wilgotnymi od deszczu włosami. Sukienką, która aż prosiła się o to, by całkowicie ją z niej zsunąć, choć nie powinni aż tak ryzykować. Iskrzącymi się oczami jaśniejącymi nawet w mroku.
Jej niebieskie tęczówki, które zazwyczaj przypominały mu o rozbłyskach słońca odbijającego się w morskich falach, w tym jarzącym się i gasnącym świetle błyskawic lśniły intensywnością, jakby zamknęła w nich tę letnią burzę.
Obydwoje zdawali się być gotowi oddać się instynktom, które dziko paliły ich od wewnątrz, ale w dalszym ciągu przeciągali moment, w którym ostatecznie się w sobie nawzajem zatracą.
W miarę jak burza na zewnątrz nasilała się, sięgnął po ramiączko sukienki i delikatnie je zsunął. Pozwalając tkaninie samoistnie opaść w dół dopóki nie zatrzymała się tuż przed zgięciami łokci dziewczyny ukazując gładką, jasną skórę poniżej miejsc, które zdążył całować tego wieczoru.
Teraz zlaną bladym różem rumieńca, na którego widok rozszerzyły mu się powieki a oczy jeszcze bardziej rozbłysły pożądaniem.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#20
09.11.2024, 00:20  ✶  

Yaxleyównie trudno było siebie wyobrażyć wchodzącą w coś co niosło ze sobą jakiekolwiek zobowiązania. Pojawiała się i znikała, nie do końca umiała usiedzieć na miejscu, ceniła sobie wolność, którą to za sobą niosło. Nie wchodziła kilka razy do tej samej rzeki, nie odczuwała potrzeby, aby zbliżyć się do kogoś za bardzo. Nigdy tego nie potrzebowała, a przynajmniej tak się jej wydawało. Wiele się ostatnio zmieniło, co najciekawsze nie uważała tego za zmiany na gorsze. Kiedyś pewnie by oponowała, teraz z ogromną chęcią przyjmowała to, co zostało jej dane przez los. Zmieniała się, nie była już taka pewna tego, czy faktycznie wolność szeroko rozumiana była jej najważniejszym ideałem. Nie wydawało jej się problematyczne wejście w tę relację. Najwyraźniej musiała spotkać kogoś wyjątkowego, żeby się do niego zbliżyć, aż tak bardzo. Nie sądziła zresztą, że w tak młodym wieku będzie pewna, aż tak swoich uczuć, a nie dało się nie dostrzec, że naprawdę uważała, że chce być przy jego boku na zawsze. Był to raczej średni miernik czasu, ale tak właśnie to widziała. Nie wyobrażała sobie, że mogłaby się budzić bez niego u swojego boku, wychodzić gdzieś bez słowa, znikać na całe tygodnie - jak przecież jej się zdarzało. Teraz chciała czegoś zupełnie innego, i czuła, że nie jest w tym odosobniona. Znali się wyjątkowo dobrze, mieli szansę poznać swoje zachowania w naprawdę różnych sytuacjach, to powodowało, że była pewna, że tego właśnie chce. Łączyła ich wieź silniejsza od wszystkiego innego, taka której nie dało się zniszczyć. Była o tym przekonana.

Nigdy nie szukała takich doznań, nie marzyła o tym, że mogłaby się do kogoś tak przywiązać, marzyć o wspólnej przyszłości, zastanawiać się nad tym, czy będzie mu w stanie dać wszystko, czego oczekiwał, a chciałaby to zrobić, zdecydowanie zależało jej na tym, żeby Roise był z nią naprawdę szczęśliwy. To było aktualnie jej głównym priorytetem, co było samo w sobie bardzo dziwne, bo zazwyczaj myślała tylko i wyłącznie o sobie i o tym, żeby to ona była zadowolona.

- Wcale, że nie. - Jak mógł z niej tak szydzić? Widział, że zaczynała się miotać, jasne to było tylko przekomarzanie, ale nie oznaczało to, że się nim nie przejmowała. Trochę się bała tego, że może pomyśli sobie, że nie traktuje go poważnie, skoro durny kamyk wydawał jej się aktualnie kamieniem milowym, którego nie była w stanie przekroczyć, tyle, że po prostu nie chciała, żeby stało się to zbyt szybko. - Listopad to moment, w którym łowcy zazwyczaj wyjeżdżają z kraju i znikają na kilka miesięcy, żeby zająć się polowaniem na egzotyczne bestie. - Powiedziała bardzo rzeczowym tonem. Gdyby zapomniał to ona była łowczynią, więc zawsze miała jakąś alternatywę, mogło jej tu nie być w listopadzie, wtedy na pewno nie miałby szansy jej dopaść. Nie, żeby tego chciała, ale to zawsze było jakieś rozwiązanie, nieprawdaż?

- Nie chciałbyś chyba, żebym do nich dołączyła? - Zatrzepotała rzęsami wpatrując się w swojego chłopaka Zależało jej na tym, aby mieć ostatnie słowo akurat w tej wymianie zdań, była ciekawa, czy uda jej się doprowadzić go do momentu w którym spasuje. Miała zamiar sięgać po kolejne argumenty, byleby tylko wygrać tę niewielką bitwę słowną, która przecież tak naprawdę nie miała żadnego sensu. Nie spieszyło im się do tych wszystkich oficjalnych założeń, nie byli tacy, miała tego świadomość i wiedziała, że próbuje się z nią droczyć, ale nie był to do końca temat z którego jej się komfortowo żartowało.

Nigdy wcześniej nie przedstawiła nikogo swoim rodzicom, nigdy nie przyprowadziła do domu żadnego mężczyzny, czy chłopaka, podejrzewała nawet, że matka może myśleć, że woli dziewczyny (chociaż starała się jej dać dowody na to, że wcale tak nie jest). To był naprawdę duży krok w jej krótkim, aczkolwiek całkiem intensywnym życiu. Na ten moment jej to wystarczało, to znaczy wystarczało jej to i te wszystkie wydarzenia podczas których mogli wreszcie zacząć pojawiać się u swojego boku. Nie zniosłaby myśli, że Roise mógł zostać zmuszony do tego, aby pokazać się tam z kimś innym. Nie, kiedy ustalili już, że należą do siebie. Właśnie dlatego chciała powiedzieć o wszystkim rodzinie, aby stało się to oficjalne, ale na tym najniższym poziomie, przynajmniej jak na razie. To powinno im wystarczyć do tego, żeby nikt nie szeptał po kątach na ich temat, mogli na spokojnie pojawiać się u swojego boku, bo przecież byli parą, może bez konkretnie osadzonych w czasie dalszych planów, ale to powinno im wystarczyć.

Być może to było świeże, ale nie sądziła, że kiedykolwiek miałoby stać się mniej intensywne. Tak jak teraz, kiedy siedziała na przeciwko niego i nie mogła się powstrzymać przed tymi odruchami, których mieli się wystrzegać. Być może atmosfera ją do tego zachęcała, z drugiej strony to uczucie jej nie opuszczało, nigdy. Ciągle go pragnęła, zaczęło się to wtedy kiedy uważali się za przyjaciół, a może jeszcze wcześniej? Nie potrafiła tak naprawdę umiejscowić tego w czasie, nie miała pojęcia, kiedy wszystko się zaczęło i nie chciała tego wiedzieć, najistotniejsze było to, że trwało i to uczucie było odwzajemnione. Czuła to w jego spojrzeniu i tym jak łaknął jej dotyku. Potrzebowali siebie nawzajem i bardzo jej się to podobało.

Po raz kolejny mieli przekroczyć granicę przyzwoitości (kto właściwie je wyznaczał?). Nie byli w stanie panować nad tym palącym uczuciem, które się pojawiło, ona na pewno nie zamierzała tego robić. Nie chciała udawać tego, jaka to nie jest idealna - nie oszukujmy się nie była. Nigdy się nie ograniczała, nie zamierzała tego robić i teraz, gdy znajdowała się obok mężczyzny swojego życia.

Kiedy ich usta wreszcie się odnalazły - przepadła. Wiedziała, że nie będzie już odwrotu. Mieli się w tym zatracić i skorzystać z okazji która się nadarzyła, właściwie to może sami ją sobie stworzyli.

Nie chciała się od niego oddalić, nie zamierzała tego zrobić, skoro już postanowili się w sobie zatracić musieli to dokończyć, tego była pewna, chociaż rozsądek podpowiadał, że to nie było ani odpowiednie miejsce, ani odpowiedni czas, nie mogli nic z tym zrobić. Nie sądziła, aby ktokolwiek był w stanie zatrzymać to, co się między nimi działo.

Usta Yaxleyówny co chwilę szukały jego ust, pozwalała sobie na chwilę się od nich oderwać tylko po to, aby dotknąć nimi innych miejsc na jego ciele, szyja wydawała się jej najbardziej interesująca, bo nadal był ubrany, i nie wydawało jej się, że pozwolą sobie na całkowite pozbycie się ubrań.

Nie przeszkadzało jej to wcale, to znaczy chętnie dotknęłaby ustami w tej chwili każdej części jego ciała, ale sytuacja nie do końca była na to odpowiednia. Musieli jakoś sobie poradzić z tym co mieli. Jej dłonie nie przestawały wędrować po jego podbrzuszu, w końcu sięgnęła do guzika spodni, aby mieć nieco więcej przestrzeni, chwilę siłowała się z paskiem, ale udało jej się osiągnąć cel.

Nie przestawała przy tym go całować, nie mogła sobie na to pozwolić, nie była w stanie tego przerwać. Emocje, które nią kierowały były bardzo silne, już dawno przestała panować nad tym, co działo się z jej ciałem. Chciała ugasić pragnienie, teraz, nic więcej się nie liczyło.

Drgnęła, gdy jego usta wędrowały po jej dekolcie, było to bardzo przyjemne, nie przeszkadzało jej zupełnie to, że zapewne jego usta pozostawią ślady po swojej obecności na jej skórze, właściwie to cieszyła się, że ją naznacza, bo w końcu należała do niego.

Burza wydawała się być ich sprzymierzeńcem, w sumie to tłem tego, co działo się między nimi. Każde, kolejne uderzenie pioruna, powodowało, że jej serce biło jeszcze szybciej, krew buzowała jej w żyłach, paliła ją od środka. Musiała zaspokoić to silne pragnienie, bo nie byłaby w stanie zbyt długo tłamsić tego w sobie. Nie liczyło się nic więcej, nikt więcej, tylko Roise, jego usta i dłonie, które dotykały jej ciała.

Nie zamierzała dłużej zwlekać, szczególnie, kiedy poczuła, że ramiączka jej sukienki zostały zsunięte odsłaniając jej ciało. Przesunęła się na tym nieszczęsnym parapecie tak, żeby zrobić dla niego miejsce, chciała w końcu opleść go swoimi nogami i pozwolić im w pełni się w sobie zatracić. Potrzebowała tego teraz, w tym momencie. Nic więcej się nie liczyło, tylko to, że wreszcie znowu mogli stać się jednością i razem gasić to palące ich od środka pragnienie.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (18059), Geraldine Greengrass-Yaxley (15246)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa