• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 … 16 Dalej »
[06.1966] boed i'ch ffrindiau gael diwrnod braf yn eich claddu || Roise & Geraldine

[06.1966] boed i'ch ffrindiau gael diwrnod braf yn eich claddu || Roise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#21
09.11.2024, 03:24  ✶  
- Wcale, że tak - obdarzył ją już jawnie rozbawionym, prowokacyjnym spojrzeniem; brakowało tylko tego, by postanowił przy tym pokazać język, ale w kolejnej chwili jakoś mu to przeszło.
W pierwszym momencie nie do końca zrozumiał, co mu właśnie zasugerowała. Oczywiście. Rzecz jasna pojął te wszystkie słowa. Dotarły do niego, przemknęły mu przez głowę, na chwilę zagościły w umyśle a zaraz potem wyleciały w tym pełnym konsternacji, może nawet urazy spojrzeniu.
Wiedział, że to ta bezpośrednia odpowiedź na jego może nie do końca właściwe żarty, ale jednocześnie poczuł, jakby to ona tym razem uderzyła w bardzo niskie (a jednocześnie niezmiernie trafne) tony. Możliwe, że nie znał się na jej branży, ale miał znajomych siedzących w różnych podobnych dziedzinach.
Jego najlepszy przyjaciel (choć to brzmiało bardzo niedojrzałe i już wolał słowo brat) od lat siedział zagranicą. Ewidentnie nie zamierzał wracać na nic więcej, prócz kilka świątecznych dni przed najważniejszymi sabatami w roku.
Nie odpowiadała mu myśl o tym, że i jego dziewczyna miałaby pójść w te same ślady, idąc zgodnie z systemem postępowania łowców, o którym teraz mówiła. Nawet nie próbował ukrywać nagłego zaskoczonego wyrazu twarzy, który szybko przeszedł z konsternacji w gniew.
Choć może raczej w obawę starannie przykrytą gęstą, prawie namacalną urazą. Kiedy on uderzał w niskie tony związane z tym, że cholernie za nią szalał, ona postanowiła odegrać się na nim poprzez coś wręcz przeciwnego. Bo sugestię wyjazdu. Nie wątpił, że samotnego, bowiem miało go to ukłuć.
I ukłuło. Bardziej niż by się spodziewał. Sprawiło, że uraziła jego dumę. Tym bardziej, że nie przywykł do tego, aby ktoś jawnie sugerował mu, że przez kilka miesięcy pobawią się w budowanie wspólnej przyszłości a potem dziewczyna zniknie.
Nie miewał problemów z krótkotrwałymi albo jednorazowymi flirtami, ale to nie było to, na co się pisał. Mieli to jasne, więc czemu pogrywała sobie tak nisko?
Niby przedstawiła go rodzinie, on również zamierzał to zrobić, ale uderzenie w te tony nasunęło Greengrassowi na myśl skojarzenia z tymi długimi miesiącami niezdecydowania.
A od tego była prosta droga do myśli o tym, czy Yaxleyówna nie postanowiła się wycofać, właśnie dziś dochodząc do wniosku, że jednak nie - na tyle niespieszno jej było do zaangażowania, że postanowiła nadać ich relacji datę ważności.
- Zrobisz co zechcesz. Dałem ci słowo, że nie będę cię ograniczać i zamierzam go dotrzymać - ślad dawnego rozbawienia wyparował, Ambroise odezwał się całkiem rzeczowo, ale nie było w tym lekkości.
Mógłby machnąć na to ręką. W teorii doskonale wiedział, że to bardzo nieśmieszny żart i odgryzanie się za te wcześniejsze słowa. Znał ten charakterystyczny ton i trzepot rzęs, ale to nie zmieniało faktu, jak bardzo nie zamierzał udawać, że podoba mu się robienie z niego jednostronnie zakochanego idioty.
Kręcili się wokół siebie od dawna. Bardzo dawna. Sam nie był w stanie stwierdzić, kiedy pierwszy raz poczuł, że może być z tego coś więcej, bo czuje się przy niej jak przy nikim innym. Mimo tego to, co mieli oficjalnie było stosunkowo świeże.
Wiedzieli, z kim się wiążą. Poznali się niemalże od wszystkich stron. Tych pięknych, malowniczych I tych brudnych. Jednocześnie w dalszym ciągu nie poruszyli wszystkiego. Sam odruchowo wpychał część faktów pod dywan, bo nie wiedział jak Geraldine na nie zareaguje.
A nie chciał jej stracić.
Przede wszystkim miał tę świadomość. Wszystko inne mogło być plastyczne jak formowana glina pod palcami, ale tutaj zbiła go z tropu. Nie rozważył tej oczywistości.
Jego spojrzenie na chwilę zbłądziło w dal i zastygło na książkach na półce. Zmrużył oczy, jakby dostrzegał coś, czego nikt inny nie mógł dostrzec (tym bardziej chyba nie ona - widział tamto samozadowolenie).
Uśmiech zamarł na twarzy Ambroisa a w oczach mężczyzny pojawił się cień.
- Jeśli jest jeszcze coś, co planujesz robić a o czym powinienem wiedzieć - miał prawo tak mówić, sam je sobie nadał - to jest ten moment - kiedy wrócił wzrokiem do Geraldine, jego spojrzenie pozostało stoickie.
W milczeniu zastukał palcami o szybę, by przełamać nagłe napięcie. Powinni mieć naprawdę miły wieczór. Do tego momentu czuł się bardzo stabilnie osadzony w rzeczywistości. Nie obawiał się konieczności wejścia w rolę, w której go widziano. Przeciwnie: zachowywał się bardzo swobodnie, choć nie bez należytego wyważenia i tej salonowej kultury.
Przynajmniej do momentu, kiedy nie zostali całkowicie sami w pomieszczeniu pogrążonym w ciemnościach. Ostatnie świece zgasły, ale żar pozostał.
Zmoczone, zaparowane okna ciemnej biblioteki były jedynym świadkiem tego, co działo się w jej wnętrzu. Krople bijące o szyby wypełniały pomieszczenie miarowym szumem wzmaganym od czasu do czasu przez intensywniejsze podmuchy wiatru zacinające dreszczem o gładką taflę szkła.
Wyłącznie ta letnia burza zdawała się wiedzieć, co tak naprawdę maskowały jej gwałtowne grzmoty, dając im w sobie schronienie. Będąc dokładnie tym głośnym, ale dyskretnym sojusznikiem, którego teraz potrzebowali, by poczuć się tak, jakby świat poza tym pomieszczeniem wcale nie istniał.
Nie potrzebowali wiele, aby przylgnąć do siebie. Choć mogłoby się zdawać, że w którymś momencie powinni się od siebie odsunąć, dopuszczając do głosu ten przejaw racjonalności. To nie było w ich stylu. Oni tacy nie byli.
Nie, skoro każdy dotyk Geraldine budził w nim dławiące pragnienie zatracenia się w jej miękkości i zarazem dzikości. Pochłaniała sobą jego zmysły. Sprawiała, że nie mógł myśleć rozsądnie. Sposób, w który odpowiadała na jego ręce wędrujące po jej ciele wywoływały w nim falę dzikiego pożądania, która zdawała się nie mieć granic.
Wargi Ambroisa po raz kolejny spotkały się z miękkimi, ciepłymi ustami kobiety a pocałunek, początkowo jeszcze całkiem delikatny, szybko przerodził się w coś zupełnie innego.
Pomruk, jaki wydobył się z jego ust, kiedy muśnięcia ust i języków stały się coraz bardziej namiętne, zlał się z kolejnym grzmotem burzy. Przyspieszone oddechy plątały się ze sobą w ten sam sposób, w jaki Roise pragnął splątać ich ciała.
Palce ukochanej błądziły po jego karku, a on czuł, jak jego zmysły eksplodują pod wpływem jej dotyku. Każdy delikatny ruch był jak iskra przeskakująca między nimi i sprawiająca, że pragnienie stawało się jeszcze bardziej szaleńcze.
Całkowicie pochłonięty namiętnością miał wrażenie, że czuje coś znacznie więcej niżeli tylko ciepło ciała dziewczyny przenikające przez cienki, ale coraz bardziej wadzący materiał. Wiedział, że nie może sobie pozwolić na to, by całkowicie ją od niego uwolnić. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Nie w tym miejscu.
Powinni wrócić do domu, wcielając w życie tamten plan, o którym Greengrass niemalże zapomniał. Burza za oknem przestała mieć jakiekolwiek znaczenie. Nie powstrzymałaby ich przed powrotem do Londynu.
Wróciliby do domu, kończąc to, co tak impulsywnie i żarliwie zaczęli. Jednakże czy tak naprawdę byli w stanie przestać?
Nie. W tej chwili liczyło się tylko ich dwoje i każdy kolejny ruch będący obietnicą, każdy pocałunek coraz bardziej oddalający ich od rzeczywistości a przybliżający do siebie nawzajem i do tego, czego oboje pragnęli. Tylko oni mieli znaczenie, ich oddechy pełne niecierpliwości przelewające się na pomruki i syknięcia.
Za oknem przetoczył się kolejny burzowy grzmot. Błyskawica przecięła niebo na ułamek sekundy znów rozświetlając pomieszczenie. Wystarczająco, by Ambroise dostrzegł to, co sprawiło, że fala gorąca znowu przetoczyła się przez jego ciało.
Za każdym razem, gdy czuł na sobie dotyk ukochanej, miał wrażenie, jego mięśnie mimowolnie się napinają a przez ciało przechodzi intensywny dreszcz.
Czuł jak słodkie wargi kobiety wędrują po jego szyi zaś jego myśli bezwiednie kierują się ku temu, co mogłoby się wydarzyć, gdyby już teraz zdecydowali się przerwać palące wyczekiwanie.
Mimo to wiedział, że musieli być ostrożni. Nawet w tym stanie zdawał sobie sprawę z tego, że powinni zachować ciszę. Tym bardziej, gdy grzmoty burzy tak bardzo im sprzyjały.
Usiłował kontrolować sytuację, zwracać uwagę na otoczenie, ale było to niemalże niemożliwe już od tej pierwszej chwili, gdy pragnienie przekształciło się w pożądanie a pożądanie stało się żarem niecierpliwości.
Palce mężczyzny niemal bez ustanku błądziły po skórze ukochanej, podejmując starania wytoczenia ścieżki na jej ciele. Odkrywając znane mu, ale jednocześnie całkowicie nowe, fascynujące kształty, krawędzie kości pod miękką skórą i wypukłości drobnych pieprzyków przypominających konstelacje gwiazd na mapie wieczornego nieba.
Jej dotyk był niczym najsłodsza tortura, gdy smukłe palce zanurzały się w jego włosach a usta odnajdywały wargi spragnione pocałunków i odpowiadające tym samym ogniem.
Nie sądził, że może pragnąć jej bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, ale oto splatali się tu teraz ciało przy ciele a on marzył o każdym skrawku skóry, który mógłby oznaczyć pocałunkami.
Czuł jak łamie się coraz bardziej, gubiąc się w otumaniającym zapachu i kobiecej miękkości kontrastującej z tą samą dzikością, która sprawiała, że pożądał jej jeszcze bardziej. Jego dłoń zabłądziła niżej, oddech stał się jeszcze bardziej urywany a oczy bardziej błyszczące.
Nie potrzebowali słów. Miał wrażenie, że ich ciała same się ze sobą zlewają, lgnąc ku sobie w jednym rytmie i celu.
Poczuł jak dłonie Geraldine wślizgują się pod jego koszulę, odsłaniają mięśnie drżące od niestłumionego żaru, po czym sunął niżej. Palce dziewczyny przesunęły się po nagiej skórze, krok po kroku zbliżając się do paska, który w tej chwili sam by dla niej rozpiął, gdyby nie to, że nadal myślał trzeźwo - nie chciał odbierać jej satysfakcji.
Wszechogarniające pragnienie zatopienia się w znajomym ciepłe rwało go od środka, skłaniając Ambroisa do tego, by sam nie pozostał jej dłużny. Jego dłoń przesunęła się wzdłuż kręgosłupa Yaxleyówny, natrafiając wreszcie na miękki koronkowy brzeg (bezwiednie liczył, że nie miała na sobie bielizny, ale to mieli wkrótce zmienić), pod który wsunął palce, zaciskając je na pośladku dziewczyny.
Gdy rozpinała mu pasek, poczuł dreszcz emocji; ryzyko, przyjemność, wszystko naraz. Syknął cicho w wargi Geraldine, gdy zapięcie paska nareszcie puściło, przyciągając ją jeszcze bardziej do siebie.
Nie wystarczało mu już tylko gubienie się w intensywności tej chwili. Potrzebował więcej. Jej pocałunki również o tym świadczyły, gdyby gesty nie mówiły dostatecznie jasno za siebie. Poczuł, jak każdy mięsień w jego ciele odpowiada na to wezwanie.
Nie mogli już dłużej czekać. Każda sekunda, każdy oddech wydawał się jak wieczność. Zwlekanie nie przynosiło nic poza zniecierpliwieniem. Z każdym żarliwym pocałunkiem pragnęli coraz więcej, ich ciała były pełne napięcia, gotowe na wszystko, co miało nastąpić.
I właśnie wtedy, kiedy kolejny huk odbił się echem od skalnych ścian - w blasku błyskawicy, ich spojrzenia się splątały. Dotyk przeistoczył się w pełen pasji wyraz niewypowiedzianego pragnienia, które musiało znaleźć ujście.
Nie było już słów. Wyłącznie oddechy i ciała, które mówiły za nich. Przyciągała go do siebie, jakby cała przestrzeń wokół nich stawała się nieistotna, a jedynym celem było wypełnienie całkowicie innej palącej pustki.
Wysunął dłoń spod bielizny kobiety wyłącznie po to, by ściągnąć ją jednym zdecydowanym szarpnięciem, wyplątując się przy tym również z własnych spodni. Przynajmniej na tyle, by nie ograniczały im ruchów, bo przecież nie mogli sobie pozwolić na całkowitą nagość. Nawet pod miękką osłoną ciemnej letniej burzy.
Bez zbędnych słów, jedynie z intensywnością spojrzenia, pochylił się nad nią, gdy przesunęła się na parapecie, zagarniając jej wargi i rozgrzanymi palcami bez wahania rozsuwając jej uda, najpewniej i tam pozostawiając malinowoczerwone ślady dotyku pozbawionego subtelnej delikatności.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#22
09.11.2024, 21:07  ✶  

Jej żart okazał się być chyba niezbyt śmieszny, ale podjęła go tylko i wyłącznie w akcie desperacji i tego, że czuła, że jest pod ścianą. Nie zamierzała uciekać, nigdy, ale zasugerowała, że istniałaby taka możliwość, nawet nie musiałaby szczególnie szukać wymówki, ludzie jak ona spędzali sporo czasu za granicami kraju, było to częścią jej pracy. Oczywiście mogła odmawiać, mogła się dostosować, zdecydowanie myślała o tym, że w tym roku nie zaciągnie się na żadną wyprawę, ale o tym chyba też mu jeszcze nie wspominała.

Nie chciała, aby poczuł się przy niej niepewnie, a chyba trochę w tym kierunku to zmierzało. Nie wchodziłaby w te relację gdyby nie miała pewności, że jest w stanie zrezygnować z pewnych aspektów z którymi wiązała się jej nie do końca oczywista praca. To było dla niej jasne, nigdy nie była gotowa na podjęcie takich decyzji, nigdy jej na nikim na tyle nie zależało, żeby w ogóle się przez chwilę nad tym zastanawiała. Teraz była pewna tego, że zostanie na zimę w kraju, chociaż powiedziała mu coś zupełnie innego tylko po to, żeby go wkurzyć. Nie powinna użyć w ogóle tego argumentu, ale to zrobiła, skłoniła się do tej niskiej zagrywki. Zareagowała instynktownie, jak zawsze najpierw powiedziała, a później dotarło do niej jak mogły zostać odebrane te słowa.

Zauważyła, że od razu zmienił mu się nastrój, wkurzył się, właściwie to wcale mu się nie dziwiła. Bardzo źle to rozegrała. Szczery, że przecież teraz byli tutaj, w jej rodzinnym domu po to, aby poinformować o swoich planach na przyszłość. Nie robiłaby tego, gdyby zamierzała znikać z jego życia chociażby na chwilę. Nie miała zamiaru pozwalać sobie na te swoje stare nawyki, nie chciała go odpuszczać na cały sezon, bo wtedy to, co budowali nie miałoby większego sensu. Wiedziała, że trudno było utrzymać relacje na odległość, nigdy nawet nie brała tego pod uwagę, bo za bardzo przyzwyczaiła się do tego, że są ze sobą niemalże cały czas. Jak w ogóle mogłaby teraz wyjechać stąd na dłużej? Brakowałoby jej go niczym tlenu podczas zanurzania się w wodzie. Nie brała pod uwagę takiej możliwości. Nie zamierzała się nigdzie ruszać, na pewno nie bez niego.

- Nie ograniczasz mnie, trochę przegięłam, ale próbowałam się odgryźć. - To nie powinno być wytłumaczeniem tego, że sięgnęła po ten argument, który był inwalidą, ale tylko i wyłącznie o to jej chodziło. Chciała go drasnąć i najwyraźniej udało jej się trafić w samo sedno, tylko dlaczego wcale nie czuła się z tym dobrze? Tak, miała świadomość, że to mogło trochę zachwiać tym, o czym przed chwilą rozmawiali. Nie o to jej chodziło i musiała mu to wyjaśnić, żeby nie brał tego do siebie i nie myślał o tych słowach. Wiedziała, że mogły zasiaść ziarno niepewności. Ona zawsze musiała coś pierdolnąć, a już było tak dobrze.

- Nie mam żadnych planów, nie takich bez ciebie. Przepraszam. - Nie zdarzało się to często, ale sięgnęła po to magiczne słowo. Nie miała problemu z tym, żeby przepraszać, kiedy widziała, że faktycznie coś zjebała, a teraz zdecydowanie tak było. Nie chciała, żeby brał do siebie te jej durne słowa. Oby jej wybaczył, zdecydowanie nadal nie do końca umiała walczyć ze swoimi odruchami. Miała tendencje do kłapania jęzorem, byleby tylko kłapać, no i kiedy chodziło o jakiekolwiek potyczki, te słowne, czy siłowe, to też bardzo lubiła wygrywać. Zazwyczaj nie zwracała uwagi na to w jaki sposób, teraz jednak wiedziała, że nie powinna tego tak robić, mogła odpuścić, musiała jeszcze nieco nad tym popracować, najwyraźniej.

Mrok okrywał pomieszczenie w którym się znajdowali. Świecie zgasły, powodowało to fałszywe poczucie bezpieczeństwa, bo przecież mało kto może dostrzec to, co dzieje się w ciemności. Jedynie błyskawice oświetlały je od czasu do czasu, gdy pojawiały się na niebie.

Niewiele im trzeba było do tego, aby pozwolić żądzom przejąć władzę nad ich ciałami. To nie było do końca rozsądne, ale nie należeli do osób, które szczególnie przejmowały się tym, co wypada. Łatwo im było przekroczyć tę granicę, szczególnie z ich porwyczością, która powodowała, że dość często nie panowali nad tym, co robili. Taki już był ich urok, pewnych rzeczy nie da się zmienić, choćby się tego bardzo chciało, zresztą akurat tego nie chciałaby nigdy zmieniać. Mogli bez zastanowienia pozwalać ponosić się chwili, to było całkiem przyjemnym rozwiązaniem. Nie rozmyślanie nad konsekwencjami swoich czynów, zresztą aktualnie skupiała się przede wszystkim na dłoniach wędrujących po jej ciele, ustach które zbliżały się do jej skóry, jej myśli nie odbiegały szczególnie daleko.

Był to kolejny moment, w którym pozwolili dać się sobie ponieść temu, co w nich siedziało. Nie było w tym szczególnej delikatności, ale to nie jej potrzebowała w tej chwili. To miała być bardzo szybka wędrówka, ku temu, żeby dać upust wszystkim emocjom, które wypełniały ich ciała. Szybkie, pierwotne, ale przecież ludziom wcale nie było daleko do zwierząt, wręcz przeciwnie, pojawiały się potrzeby, które musiały zostać zaspokojone natychmiast, szczególnie to pragnienie zbliżenia się do drugiego ciała tak, żeby zatracić wszystkie zmysły.

Przestała zupełnie panować nad tym co się z nimi działo, nie zwracała już uwagi na drzwi, które przecież mogły się otworzyć w każdej chwili. Liczyło się tylko to, żeby ich ciała wreszcie mogły połączyć się w jedno, oczywiście nie mogło zabraknąć tych wszystkich pocałunków, które odbierały oddech, dłoni próbujących zbadać jak największe fragmenty znajomych już przecież sobie dział. Nigdy się tym w pełni nie nasyci, nigdy jej się to nie znudzi, za każdym razem odkrywali się na nowo i przemierzali zupełnie inne miejsca.

Mruknęła wcale nie tak cicho, kiedy przesunął dłonią po jej kręgosłupie, miała nadzieję, że burza która trwała za oknem skutecznie zagłuszy wszystkie dźwięki, które mogły dochodzić z biblioteki. Dobrze, że trwała w najlepsze, bo była aktualnie ich jedynym sprzymierzeńcem.

Jakoś udało jej się rozpiąć ten pasek od spodni, teraz rozumiała, że one wcale nie były najwygodniejszym elementem garderoby, na całe szczęście sama dzisiaj ubrała się odpowiednio do okazji, to mogło im ułatwić kolejne kroki. Sukienki były idealnym wyborem, szczególnie podczas takich sytuacji, gdy zupełnie tracili nad sobą panowanie, wystarczyło bowiem unieść nieco materiał i bez problemu Ambroise mógł dalej eksplorować jej ciało, właśnie to robił, czemu towarzyszyły jej kolejne mruknięcia.

Nie zamierzała zwlekać, nie było sensu czekać, czy powoli doprowadzać się do szału. Właściwie to już była u skraju, a gdy ich spojrzenia się spotkały utwierdziła się w tym, że on również, dlatego właśnie postanowiła od razu sięgnąć po więcej. Nie było najmniejszych szans, aby teraz porzuciła to ku czemu zmierzali. Najwyżej jej rodzina dowie się o tym, że ogarniało ją szaleństwo. Opętał ją, nie potrafiła się temu przeciwstawić. Ich ciała pragnęły wreszcie złączyć się w jedno i nie było ku temu żadnych wątpliwości. Rozum nie miał już w tej chwili nic do powiedzenia.

Zarzuciła mu w końcu ręce na szyję, nie była w tym delikatna, przyciągnęła go jeszcze bardziej do siebie i uniosła biodra nieco wyżej, żeby Roise mógł wreszcie doprowadzić do tego ku czemu zmierzali.

Gdy w końcu stali się jednością cicho jęknęła, wiedziała, że wystarczy chwila, aby uzyskać spełnienie, nie przestawała go przy tym całować, robiła to jednak coraz bardziej nieświadomie, zupełnie nie panowała nad tym, co się z nią działo. Przymknęła powieki i po prostu dawała się ponieść tej trwającej chwili, czuła przepływającą przez całe ciało falę gorąca, rozkoszny żar wypełniał ją od wewnątrz, doprowadzając każde, najdorbniejsze zakończenie nerwowe do szaleństwa. Wydawało jej się, że dotyka jej całej, jakby w ogóle to było możliwe, może było, może dało się z kimś połączyć, aż tak bardzo? To zdecydowanie było coś więcej od tego, co znała, miała wrażenie, że z każdym dniem coraz bardziej się w nim zatraca, i że to się nigdy nie skończy, tylko będzie trwać wieczność.

- Kocham cię Roise, kurewsko cię kocham. - Wysyczała jeszcze łapiąc oddech między jednym z łapczywych pocałunków. Nie wydawało jej się, żeby kiedykolwiek była w stanie obdarzyć takim uczuciem kogoś innego, liczył się tylko on, ich życia miały zostać ze sobą splecione na zawsze, czuła, że to jest jedyną pewną rzeczą w jej życiu.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#23
10.11.2024, 03:54  ✶  
Z dużym prawdopodobieństwem zareagował trochę zbyt mocno. Miał ku temu skłonności, których zazwyczaj nawet nie próbował powstrzymywać. Prawdę mówiąc nawet nie zwracał na to uwagi. Nie przykładał zbytnio wagi do tak głębokiej introspekcji.
Zirytowała go, podburzyła, zaskoczyła, o zgrozo, zraniła. Sam dał jej tę władzę, by móc to zrobić. Nie dziś. Wiele dni temu. Roise nie wiedział dokładnie, kiedy tak właściwie, bo to po prostu się stało.
Praktycznie w każdej chwili mogła powiedzieć albo uczynić coś, co sprawiłoby, że poczułby się wytrącony z równowagi. Dokładnie tak jak teraz, bo myśl o tym, że mogłaby go wodzić za nos a on by tego nie dostrzegł, zbyt zamroczony kłębiącymi się w nim uczuciami, była przytłaczająca.
Nikt nigdy nie dzierżył w rękach aż takiej władzy nad nim. To był pierwszy moment, kiedy Greengrass tak bardzo to sobie uświadomił. Nawet wtedy w tamtych miesiącach badania gruntu, orbitowania wokół siebie nawzajem, nie poczuł czegoś takiego jak teraz na tę myśl.
Przyzwyczaił się do nowego stanu rzeczy. Wpuścił ją do swojego życia. Odsłonił przed nią większość tego, czego nie pokazał nikomu innemu. Spuścił niemalże wszystkie mury. Nie wyobrażał sobie powrotu do wcześniejszej rzeczywistości i tego, że któregoś dnia mogliby tak po prostu nie być.
Nawet wtedy, gdy dziewczyna odezwała się z tą skruchą i cichymi przeprosinami, potrzebował chwili, żeby odpowiednio odpowiedzieć. Ważył przy tym wszystkie słowa. Naprawdę nie chciał tego spierdolić.
- Bez wątpienia - stwierdził wymownie, marszcząc wargi i tylko bardzo nieznacznie kiwając głową na znak, że zrozumiał przekaz, nie mając zamiaru chować urazy za coś, co tak właściwie wyszło jej wyjątkowo umiejętnie.
- Nie rób tego więcej - to było najlepsze, co mógł powiedzieć. - A ja postaram się nie dawać ci powodów do gryzienia. Nie mamy tak daleko idących planów. To jasne. Nie zrobię niczego wbrew tobie. Możesz być tego pewna - mimo wszystko chciał, żeby Geraldine miała tę jasność.
To były wyłącznie głupie, może trochę niedojrzałe zaczepki. Nie mógł powiedzieć, że nie jest typem człowieka, który nie lubi narzucać innym swojego zdania. Wręcz przeciwnie. Miał skłonności do bycia jawnie dominującym.
Natomiast w przypadku tego, co ze sobą budowali naprawdę starał się zyskać pewien głębszy ogląd na sytuację, brać pod uwagę coś ponad własne odczucia, potrzeby i widzimisię. Chciał zwracać uwagę na oczekiwania, które wobec niego miała.
Może nie dysponował zbyt dużym praktycznym doświadczeniem w zakresie bycia z kimś tak blisko jak z Yaxleyówną. To było dla niego całkowicie nowe, ale starał się w tym odnaleźć. W dalszym ciągu sprawiało mu to pewną trudność, ale robił to z własnej nieprzymuszonej woli, bo chciał. Pragnął, żeby była szczęśliwa.
On był.
Wystarczyła jedna chwila, aby między nimi na powrót wybuchła ta intensywność, którą przez kilka godzin starali się trzymać w ryzach. Czuł jak powietrze wokół nich gęstnieje. Ich oddechy zmieszały się ze sobą a pomiędzy ciałami przetoczyła się fala energii, która ciągnęła ich ku sobie.
Pragnął jej całkowicie. Chciał, aby była jego w tym momencie i w każdym innym. Każdy dotyk był jak ogień. Palący, ale uzależniający, fascynujący, wszechogarniający. Tylko ona wywoływała w nim te dzikie instynkty. Nikt inny nie był w stanie wypełnić sobą jego myśli, wywołać tak żarliwej atmosfery namiętności i żądzy.
Jego ręce błądziły po jej plecach zapuszczając się coraz dalej. Z większą otwartością sięgając po to, czego oboje pragnęli. Wargi rysowały ścieżkę na skórze wilgotnej od deszczu i ciepłej od tej samej fali gorąca, która ogarniała również jego.
Na ułamek sekundy uniósł wzrok napotykając intensywne spojrzenie dziewczyny i odpowiadając na nie złączeniem ich ust w kolejnym żarliwym pocałunku. Otwarte, nieskrywane pożądanie sprawiało, że dalszy opór tracił sens. Rozsądek dawno przestał grać pierwsze skrzypce, jedynie instynkty prowadziły go dalej. 
Dotyk jej ciała, tak bliski, tak znajomy, jednocześnie wywoływał w nim całkowicie nowe uczucia. Czuł jak palce Geraldine przesuwają się po jego skórze, elektryzując mięśnie i sprawiając, że nawet jeśli chciałby oprzeć się temu dotykowi, nie potrafiłby tego zrobić.
Gdy ją całował a ona odpowiadała na to równie zaborczym przyciąganiem go do swoich warg, wszystko inne przestawało mieć znaczenie. Choć jednocześnie nie był w stanie poprzestać po prostu na łączeniu ich ust. Chciał pieścić nimi każdy kawałek ukochanego ciała.
Dotykali się chaotycznie, ich ruchy były pełne pasji, jakby każda sekunda pozbawiona dotyku nie miała racji bytu. Ich wargi spotykały się raz za razem, jednak nie wszystkie pocałunki były dokończone. Część z nich mimowolnie trwała o kilka chwil zbyt krótko, ale zaraz ponownie sięgali do siebie nawzajem, naprawiając to niedopuszczalne zaniechanie.
Burza za oknem trwała w najlepsze. Ich zmysły tańczyły w niej, choć świat wokół zniknął  pozostawiając ich jedynie w wirze namiętności. Gorącej i nieodpartej. Takiej, która spalała wszelkie wątpliwości. Oboje pragnęli odnaleźć w sobie nawzajem to, co od zawsze między nimi było.
Wpływ Geraldine na jego zmysły był otumaniający, ale niezaprzeczalny. Ich nienasycone usta ponownie się spotkały. Ambroise tak naprawdę nie wiedział już, które z nich inicjowało kolejny dotyk.
To, co się między nimi działo było sztuką,  której raz jedno, raz drugie przejmowało kontrolę. Nie było w tym walki o dominację a jedynie pragnienie. Nie chciał przerywać tego ani na moment.
To co czuł było tak intensywne, tak pełne, że nie wierzył własnym odczuciom. Po prostu pozwolił ich ciałom reagować na siebie nawzajem, instynktownie odnajdując wspólny rytm. Każdy ich pocałunek był intensywniejszy od poprzedniego, jakby starali się dać ujście coraz gwałtowniejszym wyrazom zniecierpliwienia.
Miał wrażenie, że nie są już tylko dwojgiem ludzi. Stawali się jednym chaotycznym rozdrganym żywiołem. Jego oddech stawał się coraz bardziej płytki a serce biło jak oszalałe. Pragnął zatracić się w niej, poczuć, jak świat wokół doszczętnie znika a oni pozostają tylko w blasku błyskawic.
To było szaleństwo chwili przynoszące jednak coś na kształt wewnętrznego spokoju. Wiedział, że to moment, w którym może być po prostu sobą, dając ukochanej wszelkie wyrazy nieskrywanego pragnienia coraz bardziej budzącego się w nim z każdą kolejną sekundą.
Ona również mogła robić z nim wszystko, czego chciała. Pod naciskiem dłoni stawał się plastyczny. Nie uległy. W żadnym wypadku. Był od tego daleki. To było coś innego. Jego ciało było w jej rękach czymś, co reagowało bezwiednie. Czysty instynkt, najczystsze żądze. Nie musieli się powstrzymywać ani hamować.
Palce zjeżdżały po ramionach i plecach, eksplorując każdy centymetr skóry, krzywiznę ciała. Pożądanie stało się niepowstrzymane a każda chwila przeciągała się w wieczność, jednocześnie trwając niedostatecznie długo.
Jego myśli były spowite dymem namiętności. Każdy pomruk, sapnięcie, gardłowy warkot, dźwięk wydostający się spomiędzy warg był niczym innym jak tylko odpowiedzią na wewnętrzny głód, który narastał w nim jak burza za oknem.
Nie potrafił się oprzeć, nie chciał się opierać. Pragnienie, które wzrastało w jego wnętrzu było wyczuwalne mocniej niż dźwięki grzmotu za oknem. Poruszało każdą komórkę ciała.
Nie wiedział, jak to możliwe, że ta jedna kobieta ma na niego tak ogromny wpływ, ale w tej chwili nie zaprzątał sobie tym głowy. Liczyło się tylko to, co działo się między nimi.
Każdy kontakt był jak iskra budząca ogień zaś każde ich zbliżenie sprawiało, że cała jego istota domagała się więcej. W tle rozległy się kolejne odgłosy burzy, ale dla Ambroisa były one wyłącznie tłem.
To Geraldine była teraz centrum jego świata. Pragnął jej tu i teraz w tej niemalże nieprzeniknionej ciemności letniej burzy przerywanej kilkusekundowymi rozbłyskami. Jego dłonie zaczęły błądzić jeszcze bardziej chaotycznie. Każdy ruch był deklaracją żądzy.
To, co z nim robiła było trudne do opisania. Nie potrafił pojąć, jakim cudem udało jej się tak niepostrzeżenie wkraść się do wnętrza jego umysłu i zagarnąć sobie część duszy.
Złapał ją mocno, przyciągając bliżej. Tak blisko, by nie było wątpliwości, że równie mocno chciał, żeby ich ciała stopiły się w jedno. Ich usta wciąż poszukiwały siebie nawzajem, na przemian dominując i poddając się kolejnym pociągnięciom warg, drobnym ugryzieniom, zaczepkom języka, łamanym oddechom.
Gubiąc się w smaku jej warg, potrzebował wyłącznie tej jednej sugestii. Zarzucenia ramion na jego szyję i przyciągnięcia go do siebie. Przejął inicjatywę, chwycił ją dziewczynę w ramiona a ona odpowiedziała mu tym samym, wciągając go w szał namiętności. Ich dłonie błądziły po ciałach, muskały rozpaloną skórę. To był ten moment, by całkowicie dać się ponieść tym falom pożądania.
Przycisnął ją mocniej do twardego parapetu a ona opotła go nogami, dopraszając się bliskości. Byli tylko oni, zmysły, pożądanie i gorąco. Nie potrzebował nic więcej. Tylko ją. Aż ją.
Nie spodziewał się słów. Nie potrzebowali ustnych deklaracji, czyż nie? Prócz tamtego momentu na plaży, kiedy były konieczne, aby zażegnać wszelkie wątpliwości, pozwalając im ruszyć dalej, nie wymagał od Geraldine mówienia mu czegokolwiek o tym, co do niego czuła. A jednak to zrobiła.
Gdyby mógł, zatrzymałby ten moment, by móc przewinąć go do chwili, w której znaczenie słów dziewczyny dotarło do jego odurzonego umysłu. Wtedy mógłby nacieszyć się nie tylko jej wyznaniem, ale i dziwnie kołaczącym sercem, które zatrzymało się na moment w jego piersi a potem jeszcze bardziej przyspieszyło.
Na ułamek sekundy oderwał się od żarliwych pocałunków, oparł głowę na jej ramieniu, zbierając myśli. Nie potrafił jednak znaleźć odpowiednich słów. Zamiast tego przyciągnął ją ponownie do siebie. Odpowiedział na nie innym pocałunkiem, najgłębszym ze wszystkich, chłonąc jej usta, całując ją w sposób, który miał wyrazić wszystko, czego potrafił wypowiedzieć.
Oplatał ją w uścisku pozwalając jej nogom owinąć się wokół niego, rękom błądzić po jego plecach a paznokciom pogłębiać cielesne ślady przynależności.
Cały świat zniknął, pozostali sami. Zatraceni w gorącym, pulsującym rytmie pożądania. W tańcu ciał, który prowadził ich ku spełnieniu.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#24
10.11.2024, 17:44  ✶  

Yaxleyówna nie miała w zwyczaju pozwalać z siebie drwić, przynajmniej przesadnie. Reagowała i kąsała, bo potrafiła się odgryźć. Wiedziała, gdzie uderzyć, żeby zabolało, by wprowadzić niepewność. Tyle, że nie do końca chciała, aby poczuł się niepewnie, to był odruch, mechanizm obronny, do których przywykła. Na pewno będzie musiała popracować nad tym, aby nie dawać się tak ponosić, bo miała do tego tendencje, a to nie przynosiło niczego dobrego. Żarty żartami, nie wszystkie jednak okazywały się być takie zabawne, jakby się jej mogło wydawać. Nie spodziewała się, że ten głupi komentarz, aż tak wpłynie na jego nastrój. Jak widać potrafiła przeciągnąć strunę trochę zbyt mocno. Cała ona, nigdy nie należała do szczególnie delikatnych osób, była chodzącym chaosem, który niszczył wszystko, co udało jej się stworzyć. Miała jednak nadzieję, że jakoś uda jej się go udobruchać, bo to też potrafiła robić, kiedy się postarała.

Pewnie sama by się zirytowała, gdyby usłyszała coś podobnego z jego ust, na pewno tak by się stało. To mogło przynosić podejrzenia, że ta druga strona się nim bawi, a wcale tak nie było. Po prostu chciała uderzyć tak, żeby go również zabolało, widziała bowiem, że czerpał przyjemność z droczenia się z nią, a ona lubiła wygrywać takie drobne starcia. Dosyć szybko jednak dotarło do niej, że przekroczyła granicę, dlatego też postanowiła za to przeprosić, bo zdecydowanie nie chciała, aby wątpił w jej intencje. Nie chciała, żeby zaczął zastanawiać się nad jej zamiarami, bo one powinny być jasne. Chciała trwać u jego boku bez względu na wszystko, tylko tyle, a może aż tyle.

- Nie będę. - Cóż, a przynajmniej się postara, bo z tym też mogło być różnie. Znała siebie i wiedziała, że ma niewyparzoną gębę i wystarczy iskara, żeby ją poniosło nieco za bardzo. Powinna była zacząć myśleć nad tym, co mówi, chociaż wiedziała, że łatwo zakładać, że faktycznie tak będzie, ale zdecydowanie trudniej będzie jej to wprowadzić w życie. Dla niego jednak była w stanie chociaż spróbować, i tak ostatnio się ograniczała i stroniła od swoich typowych odzywek, tych nie do końca przyjemnych, ale to nie wstarczało.

- Wszystko jasne. - Nie, żeby wcześniej wątpiła w to, że byłby skłonny decydować za nią, ale bardzo próbował udowodnić jej, że faktycznie tak jest, co ją nieco zirytowało. Lubiła mieć własne zdanie i je demonstrować. Nie należała do osób, które drżały jak osika i bały się o swój własny los, dlatego właśnie zachowała się w ten zaczepny sposób. Chciała pokazać mu, że zawsze ma alternatywne wyjście, może nieco nieodpowiednie, ale istniało. To nie tak, że zdecydowałaby się na coś takiego. Nie, wręcz przeciwnie planowała już, że w tym roku jej zima będzie wyglądać zupełnie inaczej od tych wszystkich poprzednich zim, kiedy wracała tutaj tylko na święta, czy jakieś spędy towarzyskie, na których miała się pokazać. - Tak naprawdę to zamierzałam przeczekać w tym roku ten sezon w Londynie. - Dodała jeszcze od siebie, żeby wiedział, jakie faktycznie ma plany. Może to spowoduje, że nie będzie w ogóle się zastanawiał nad tą możliwością, którą sama mu podsunęła, o którą w ogóle nie musiał się martwić jeszcze przed chwilą.

Miała świadomość, że takie słowa mogły siać ziarna niepewności, przynosić niepotrzebne myśli, nie chciała, żeby przez nią zaczął się zastanawiać nad jej lojalnością. Nie bez powodu postanowiła zaangażować się w te relację, naprawdę jej na nim zależało, czuła, że albo on, albo żaden i był tak naprawdę jedyną osobą, któa byłaby w stanie sobie z nią poradzić, zresztą sama nie widziała siebie u boku nikogo innego. On, albo żaden, tego zamierzała się trzymać, zresztą jej ciało podzielało te poglądy. Nie potrafiła nad nim zapanować, kiedy znajdował się zbyt blisko, jakby przyciągała ich do siebie jakaś nieistniejąca siła (ustalili już, że wcale jej nie ma i że to najwyraźniej jest po prostu tak silnym uczuciem).

Było na tyle silne, że nie potrafili jeszcze zbytnio panować nad żądzą, która opętała ich umysły. Nie było w tym nic złego, nikogo przecież nie krzywdzili, wręcz przeciwnie, sprawali sobie przyjemność, której potrzebowali, żeby zgasić ogień wypełniający ich ciała, chociaż może wręcz przeciwnie, wzniecić go jeszcze bardziej tak, aby mogli się spalić doszczętnie.

Za każdym razem, kiedy dochodziło między nimi do zbliżenia czuła, że jest to bardzo silne uczucie. Ich usta nie mogły się od siebie oderwać, dłonie nie przestawały przemierzać nagich ciał, pocałunki paliły skórę, jakby był to jakiś wyjątkowy rytuał, którego musieli dokonywać i nie mogli nic z tym zrobić.

Uczyli się siebie, wiedzieli w jaki sposób się dotykać, aby sprawić sobie przyjemność, wiedzieli gdzie uderzyć, aby faktycznie doprowadzać drugą stronę do szału. To działało, bo ten żar chłonął ich oboje, odnajdywali się w tym wyjątkowo dobrze, dawali sobie wzjamenie dokładnie to czego potrzebowali. Przekraczali granice, ale w tym wypadku to było całkiem ciekawym doświadczeniem.

Nie podejrzewałaby, że wizyta w rodzinnym domu może jej przynieść takie ciekawe wspomnienie, na pewno będzie wracała do tej chwili wiele razy.

Pasowali do siebie idealnie, odnaleźli wspólny rytm, grali jedną melodię, która coraz szybciej zmierzała ku finałowi. Cel był jasny, mieli osiągnąć satysfakcję, wspólnie, dać sobie to, czego w tej chwili potrzebowali. Każdy kolejny pocałunek, każde dotknięcie opuszkami palców nagiej skóry ich ku temu zbliżało.

Wiedziała, że są coraz bliżej w momencie, w którym przyciagnęła go do siebie, a on odpowiedział jej tym samym, mocniej na nią naparł, to spowodowało, że doznania były jeszcze silniejsze. Próbowała jeszcze ciaśniej opleść go swoimi nogami, chociaż nie sądziła, że jest to możliwe. Byli chaosem, który mógł pochłonąć wszystko wokół, najważniejsze jednak, że byli tym razem.

Nie oczekiwała odpowiedzi na te słowa, które bezwiednie wymskneły jej się z ust, nie byli ludźmi słów, to też już o sobie wiedzieli, po prostu poczuła potrzebę, aby się z nim tym podzielić i to zrobiła. Kochała go i chciała, żeby o tym nie zapominał. Nie musiał jej odpowiadać tym samym, bo wszystkie jego gesty świadczyły o tym, że rzeczywiście tak jest. To jej wystarczało, niczego więcej nie potrzebowała.

Jego pocałunek był odpowiedzią, która potwierdzała jej domysły. Czuła się, jakby to był ich pierwszy pocałunek, wyrażający wszystko, co się między nimi działo. Nie mogła złapać oddechu, nikt wcześniej nie całował jej w taki sposób. Nie sądziła, że można w jednym pocałunku odnaleźć aż tyle emocji.

Zapomniała o całym otaczającym ją świecie, dała się ponieść, przepadała w tym wszystkim, co się między nimi działo, nigdy nie sądziła, że będzie jej dane kogoś obdarzyć takim uczuciem, nigdy nie wydawało jej się, że ktoś faktycznie przepadnie w tym z nią. Znajdowali się na krawędzi, o czym informowały ją dreszcze, które zaczynały przechodzić przez jej ciało, czuła, że jest na skraju, że jeszcze chwila i faktycznie osiągnie nieosiągalne, przywykła do tego, że Ambroise zawsze dawał jej dokładnie tego, czego potrzebowała. Byli dla siebie stworzeni i nic nie było w stanie tego zaprzeczyć.

Zaciskała swoje dłonie coraz silniej na jego szyi, po raz kolejny przygryzła jego wargę, miała wrażenie, że poczuła na języku rdzawy posmak krwi. Nie panowała już zupełnie nad swoim ciałem. Zamknęła oczy i skupiła się na tym, żeby doprowadzić ich do końca, otchłań była już przed nimi, jeszcze chwila, a chaos powinien ich pochłonąć, nie było przed tym odwrotu.

Nie przejmowała się tym, że jej paznokcie wbijały się nieco zbyt głęboko, że brakowało jej delikatności, nie tego teraz potrzebowali. Tego żaru nie dało się ugasić w inny sposób. Byli dzicy i nieprzewidywalni jak ta burza, która była jedynym świadkiem ich zbliżenia.

Głośny jęk wyrwał się z jej ust, bo czuła, że już dłużej nie wytrzyma, że znajduje się na skraju, a ciała spojone w jedno wreszcie doprowadziły ich do miejsca, do którego zmierzali od samego początku. Oddychała ciężko, serce biło jej szybko, policzki miała rumiane. Czuła, że faktycznie żyje, nie mogłaby zresztą poczuć się bardziej żywa od tej chwili, którą jakimś cudem udało im się wyrwać szarej rzeczywistości.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#25
10.11.2024, 21:31  ✶  
Wpatrywał się w twarz swojej dziewczyny mrużąc przy tym oczy i bez wątpienia starając się zachować opanowanie, którego niemalże mu zabrakło jeszcze przed chwilą. Nie był zadowolony z takiego obrotu spraw.
Nie spodziewał się, że zepną się ze sobą w taki sposób. Szczególnie nie tego wieczoru, gdy powinni być szczęśliwą parą odwiedzającą jej rodziców. Być może mieli prawo być w związku z tym trochę bardziej podenerwowani niż zwykle, ale tu tkwił problem - Ambroise wcale nie czuł się zdenerwowany ani zaniepokojony przebiegiem towarzyskiej wizyty.
Za to ostatnie słowa ukochanej wzbudziły w nim naprawdę niechciane, paskudne uczucia. Miał wrażenie, że na chwilę wytrąciła go z równowagi. I choć nie wątpił, że nie chciała, żeby jej słowa aż tak odbiły się na jego reakcji to miały swoje konsekwencje.
Sprawiły, że na krótką chwilę nie dał rady uciec podstępnym myślom, które były głupie i niepotrzebne. Nie był z siebie zadowolony. Przyjął wyjaśnienia, ale potrzebował kilku sekund, żeby odgonić od siebie tamte wizje. A to również nie przyniosło całkowitej ulgi.
- Przeczekać? - Spytał, obdarzając Geraldine uważnym spojrzeniem i wyraźnie oczekując rozwinięcia tego, co miała na myśli, gdy użyła takiego a nie innego określenia.
W żadnym razie nie był ekspertem od działania w terenie w taki sposób, w jaki ona to robiła. Jego działalność rządziła się swoimi własnymi prawami. Być może ich profesje (szczególnie te mniej jawne) w jakimś stopniu się ze sobą pokrywały, miały swoje podobieństwa, więc mógł się mniej więcej domyślać odpowiedzi.
Jednakże wcześniejsze słowa sprawiły, że teraz postanowił po prostu oczekiwać odpowiedzi, dzięki której mógłby upewnić się, że to nie było żadne poświęcenie przyrzeczone pod wpływem wyrzutów sumienia. Nie zdzierżyłby, gdyby Geraldine postanowiła się dla niego poświęcać. Tym bardziej, że prędzej czy później wyszłoby to na światło dzienne w postaci wyrzutu albo komentarza, z którego nie mógłby być szczęśliwy.
Chciał, żeby była przy nim sobą. Dokładnie taką jaką ją poznał, choć może trochę mniej konfrontacyjną, bo i on przy niej łagodniał. Przynajmniej pod kątem ugodowości, prób zrozumienia i rozmowy, nie przerzucania się oskarżeniami. Bowiem fizycznie nic się nie zmieniło.
Choć może? Z chwili na chwilę coraz bardziej go rozpalała. Dzierżyła w ręku władzę nad jego zmysłami i zgrabnie wzniecała w nim trudny do ugaszenia płomień.
Nie potrzebował wiele, żeby dać się pochłonąć intensywności chwili. Wystarczyło, że spojrzała na niego w ten sposób z blond włosami opadającymi na ramiona w miękkich, gładkich falach i iskierkami namiętności w oczach, aby wiedział, że nie uda im się trzymać rąk przy sobie.
Zamiast tego jego ręce już zaledwie chwilę później wędrowały po jej plecach, badając fakturę i miękkość skóry. Zatracił się w poznawaniu tego, czego nigdy nie miał mieć dosyć, nie sądząc, że kiedykolwiek przyjdzie mu ją poznać dostatecznie blisko, żeby nie czuć tej fascynacji wzmagającej się w każdej chwili, jaką ze sobą łączyli, zanurzając się w sobie nawzajem.
Każdy ruch i każda chwila w jej towarzystwie wzmagały jego pożądanie. Szczególnie wtedy, kiedy obdarzali się tymi przelotnymi spojrzeniami, które zastępowały jakiekolwiek słowa. Doskonale wiedział, czego pragnęła, nie wahając się ani chwili dłużej, aby jej to dać, oddając się w kobiece dłonie, których paznokcie zatapiały się w jego plecach, przyjemnie podkręcając intensywność doznań.
Powoli, ale z narastającą gwałtownością, zjednoczyli się ze sobą, pozwalając na to, aby ich ciała stapiały się w jedno. Kiedy nie skupiał się na tym, aby odwzajemniać żarliwość pocałunków, jego jego usta wędrowały po szyi ukochanej, wargi igrały z jej skórą, zaczepnie pociągając ją zębami i pozostawiając ślady, z których całe szczęście nie musieli się tłumaczyć, jeśli tylko znajdą chwilę, aby doprowadzić się do niemal całkowitego porządku zanim wrócą na dół.
Jego profesja niosła pewne nieoczywiste korzyści, choć sam nie zamierzał kłopotać się ukrywaniem śladów żądzy Yaxleyówny na własnej szyi, zamierzając poprzestać na zapięciu koszuli i nazwaniu tego wystarczającym.
Zresztą to nie miało w tej chwili żadnego znaczenia. Nie wybiegał myślami tak daleko w przyszłość, ledwo ogarniając nimi gorączkę teraźniejszości. Zatraceni w sobie, lądowali na granicy zapomnienia.
Zamknął ją w ramionach, zagarniając jej ciało w ostatecznej formie bliskości. Nie mogąc powstrzymać się przed tym, co było nieuniknione i tak bardzo właściwe. Odwzajemniając jego namiętność, jej nogi owinęły się wokół jego bioder, pozwalając mu podświadomie wyczuć ten wspólny rytm.
Poznawali się w najgłębszy sposób, gwałtownie i chaotycznie, żarliwie i pożądliwie, jakby czas i przestrzeń miały zniknąć na zawsze. Każdy ruch, każdy pomruk były niczym obietnica spełnienia, która teraz miała okazję się wypełnić.
Zatracali się w sobie, nie myśląc o niczym innym poza intensywnością tego, co ich łączyło. To nie była pierwsza z takich chwil i z pewnością nie miała być ostatnią, lecz w tym momencie miała bardzo słodki smak spełnienia.
Zgarbił się nad nią, zaciskając palce na jej talii a ona odpowiedziała na jego pasję, oplatając go jeszcze mocniej nogami i przyciągając jeszcze bliżej. Oboje wiedzieli, że zbliżają się do skraju. Do chwili, w której ich ciała miały się połączyć w sposób, o jakim marzyli od samego początku tego popołudnia.
Jego palce zaciskały się na jej ciele, prowadząc ich ku krawędzi. Czuł ciepło jej ciała, słysząc jak oddech dziewczyny staje się coraz szybszy, będąc odzwierciedleniem jego własnych urywanych zaciągnięć powietrza. Każdy milimetr nagiej skóry Geraldine był dla niego słodką pokusą.
Kiedy jej dłonie zacisnęły się wokół jego szyi, wykrzywił wargi w grymasie pełnym satysfakcji. Prowokacji do tego, by posunęła się tak daleko jak tego pragnęła, sięgając po to, co należało do niej od miesięcy, jeśli nie lat.
Mimo tego całego zniecierpliwienia bijącego od nich obojga, zwolnił na moment, by spojrzeć w niebieskie oczy, które lśniły jak błyskawice przecinające burzowe niebo. Przesunął dłonią po jej podbrzuszu, czując pod palcami każdy skurcz mięśni wskazujący na rozkosz płynącą z wnętrza ciała zalanego falą gorąca. Z instynktów, gdzie myśli nie miały już władzy.
Skupił się na jej twarzy, chłonąc wzrokiem każdy grymas, łaknąc każdego wyrazu dzikiej przyjemności i falującego oddechu, który mógł zagarnąć ustami.
Napięcie między ich ciałami nie miało prawa narastać, jednakże w dalszym ciągu iskrzyło, doprowadzając ich zmysły na skraj. Pocałunki stawały się coraz bardziej gorączkowe. Ciała splątane w namiętności drżały, sięgając po więcej, tracąc wszelkie zahamowania w dążeniu ku wspólnej satysfakcji.
Ambroise miał wrażenie, że to tylko kwestia kilku kolejnych gwałtownych ruchów i ostatecznie zatracą się nawzajem w tej chwili, dążąc do finału, a ich ciała staną się jednością w każdym znaczeniu tego słowa. W dzikiej symfonii oddechów i dźwiękach burzy za oknem.
Wreszcie oddali się pełni namiętności, osiągając to do czego dążyli od samego początku: fizyczne i psychiczne spełnienie, które wstrząsnęło ich ciałami w fali rozkoszy, jego głębokim pomruku, jej rozdrganemu, mimowolnemu wyrazowi spełnienia.
Powietrze gwałtownie opuściło płuca Ambroisa a oczy zaszły mu mgłą. Jego mięśnie bezwiednie napięły się zanim nie opadł na nią, łapiąc wdech.
Cichnące oddechy zlewały się w jedno wraz z wewnętrzną burzą, która w przeciwieństwie do tej za oknem powoli wygasała.
Oparł czoło o obojczyk dziewczyny, starając się uspokoić oddech, którego ciepłem ponownie otulił jej skórę. Bardzo powoli rozluźnił chwyt palców na biodrach Geraldine, wcześniej upewniając się, że nie zsuną się z parapetu, gdy to zrobi.
Choć bez wątpienia byłby w stanie osunąć się z nią na dywan na podłodze, korzystając możliwości rozprostowania i wyciągnięcia zmęczonych nóg, jednakże wcale nie chciał skrócić tej chwili, którą teraz mieli.
Było spokojnie, niemalże metafizycznie. Burza nadal rozbrzmiewała za oknem, ale to echo wcześniejszych przyspieszonych oddechów i pomruków zdawało się nadal brzmieć w cichym pomieszczeniu.
Nie potrzebował przerywać tej chwili całkowicie zbędnymi słowami. Zamiast tego złożył delikatny, niemalże niewyczuwalny pocałunek na jej miękkiej skórze, zatracając się w zapachu włosów dziewczyny, których potargane, luźne kosmyki łaskotały go w policzki.
Nasycony uczuciem spełnienia nie potrzebował nic więcej, mimo to całkowicie bezwiednie ponownie musnął wargami dekolt Geraldine, składając kilka kolejnych pocałunków zanim uniósł wzrok, prostując się nad nią, żeby spojrzeć na twarz dziewczyny.
Oparł się nad nią na łokciach, przyglądając się jej zlanej rumieńcem twarzy, błyszczącym oczom i wszystkim tym subtelnym śladom ich wcześniejszej namiętności. Jasne kosmyki włosów opadały na jej czoło, więc delikatnie je ogarnął, pozwalając sobie na ten prosty, ale czuły gest.
Przez chwilę wpatrywał się w jej usta, zawieszając na nich zamglone spojrzenie, jakby rozważał złożenie na nich kilka kolejnych czułych, ale już znacznie łagodniejszych pocałunków. Zamiast tego przeniósł ciężar ciała na jeden bok, mocniej podpierając się na łokciu, aby drugą ręką pogłaskać Geraldine po policzku, obrysowując palcem zarys jej szczęki i kończąc ruch na wargach.
Obdarzył ją kolejnym spojrzeniem i mimowolnym uniesieniem kącików ust. Żar opadł, wygasł pozostawiając Greengrassa z jedną jedyną prawdą: była dla niego najlepszym, co go spotkało. Gdyby tylko był w stanie dać temu opuścić swoje usta...


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#26
12.11.2024, 12:58  ✶  

Nigdy nie byli w stanie przewidzieć w którą stronę poniesie ich rozmowa, szczególnie, że jeszcze tak naprawdę nie mieli szansy przegadać wszystkich dość istotnych spraw. Ten wieczór miał być miły, nastawiła się na to, że tak będzie, zresztą nie spodziewała się, że mogą poróżnić się między sobą, prędzej zakładałaby że dojdzie do starcia na poziomie jej i matki. Nawet przez myśl jej nie przeszło, że coś się między nimi wydarzy, jak widać nigdy nie można mieć pewności. Od słowa do słowa bowiem skierowali te rozmowę w nie do końca najwygodniejszym kierunku. Cóż, może to i lepiej, że faktycznie dyskutowali na ten temat. Na pewno prędzej, czy później zostałby poruszony, tak to przynajmniej mogli sobie wyjaśnić, jakie miała podejście do tego, co było nieuniknione.

Nigdy nie ukrywała przed Greengrassem tego, jak wygląda jej codzienność. Wspominała o tych dalszych wyprawach, podróżach, w których brała udział. Dzięki temu mogła polować na bardziej egzotyczne gatunki stworzeń, sięgać po zwierzęta, które były znane jej głównie z ksiąg. Nie ma się co oszukiwać, że to było dla niej atrakcyjne, sama możliwość wzięcia udziału w takich ekspedycjach. Nie wszyscy łowcy mogli sobie na to pozwalać, mało kto miał fundusze, które mogłyby mu pozwolić na podobne poczynania. Ona nigdy nie musiała się ograniczać.

Nie musiała, ale chciała. To się zmieniło. Nie wyobrażała sobie, żeby miała zniknąć na miesiąc, czy dwa, nie potrafiła aktualnie zwizualizować sobie tego, że mogłaby wyjechać na tak długo. Nie po to budowali wspólne życie, żeby od niego uciekała, kiedy w Anglii będzie spokojniej. Miała świadomość jak wygląda to z poziomu łowcy, rozmyślała już o tym, bo wolała rozważyć różne możliwości i podjęła decyzję, za bardzo się nawet na tym nie zastanawiała. Wiedziała, że jest to jedyna, właściwa opcja. - Przeczekać zimę, pewnie zdajesz sobie sprawę z tego, że tutaj nie ma za bardzo co robić w tym czasie, jest to moment w którym zazwyczaj uczestniczyłam w różnych, dalekich wyprawach, ale teraz nie chcę tego robić, to pierwszy raz od kilku lat, gdy zamierzam zostać w domu. Nie chcę cię tutaj zostawiać samego. - To nie tak, że czuła, że musi to zrobić dla ich wspólnego dobra, czy coś w ten deseń. Po prostu sama stwierdziła, że to nie będzie odpowiedni wybór. Znajdzie sobie jakieś zajęcie na miejscu, mniejsze zlecenia, ewentualnie pomoże ojcu w jakiejś papierkowej robocie. Na pewno uda jej się czymś zająć. Była pewna tylko tego, że nie chce, żeby doszło między nimi do rozłąki, bo nie czuła, żeby była w stanie wytrzymać bez niego tyle dni, czasem te pojedyncze już bywały problematyczne, kiedy miał te swoje dyżury, a później musiał wypełniać dodatkowe obowiązki.

Na szczęście potrafili jakoś sobie poradzić z tą drobną niesnaską, bardzo szybko bowiem przeszli do najlepszego sposobu z możliwych w jaki mogli się pogodzić. Wystarczyło kilka odpowiednich spojrzeń, aby skłonić ich do tego wyrwania ulotnej chwili podczas trwającej na zewnątrz burzy.

Zatracili się w sobie, tak jak pragnęły tego ich ciała i dusze. Wystarczyła iskra, aby przestali nad sobą panować. Nie mieli władzy nad tym pożądaniem, które się między nimi pojawiło, właściwie to miała wrażenie, że ono raczej nie znikało, wystarczył jeden gest, jedno spojrzenie, a nie potrafiła zapanować nad emocjami, które zaczynały wypełniać jej ciało. To było coś ponad to, co znała. Nie miała zamiaru się temu opierać, w tym przypadku uważała, że płynięcie, poddanie się chwili było jedyną możliwością.

Brnęli ku satysfakcji, która znajdowała się na wyciągnięcie ręki, ich ciała dawały sobie dokładnie to, czego potrzebowali, dłonie gubiły się chcąc dotknąć jak najwięcej skóry, usta były rozpalone od pocałunków. W końcu osiągnęli spełnienie, którego tak pragnęli. Oddechy zaczęły się uspokajać, ciała drgać wyczerpane tym biegiem za zaspokojeniem żądzy.

Niby była to tylko krótka chwila, a wydawało jej się, że cały świat na moment się zatrzymał i tylko oni w nim trwali. Nie przejumąc się tym, co działo się wokół nich, jakby nic innego nie istniało.

Przez chwilę jeszcze trzymała dłonie zarzucone na jego szyję, czuła, że jeśli je opuści jej nogi mogą nie dać rady jej utrzymać, chociaż wypadałoby, żeby w końcu na nich stanęła i zaczęła doprowadzać się do porządku. Razem z uspokojeniem oddechu bowiem zaczęła wracać do rzeczywistości, do świata w którym się znajdowali. Powinni zaraz stąd wyjść, wrócić do wszystkich.

Atmosfera była gęsta, pewnie ktoś kto chociaż trochę potrafił dostrzegać szczegóły wyczułby w powietrzu specyficzną woń kojarzącą się ze zbliżeniem, wiatr, który wlatywał do wnętrza biblioteki nie był w stanie się jej pozbyć, jeszcze nie teraz.

Zbliżyła jeszcze swoją twarz do twarzy mężczyzny, i oparła się czołem o jego czoło. Pozwoliła sobie na kilka głębszych wdechów, bo to co się między nimi wydarzyło pozbawiło ją nieco energii. Musiała się uspokoić, wreszcie też naciągnąć ramiączka sukienki, coby nikt postronny nie miał przyjemności przypadkiem obejrzeć jej nagiego ciała. To byłoby niewłaściwe.

Zsunęła się z parapetu i odsunęła od mężczyzny, żeby zająć się resztą ubrania, poprawiła sukienkę, która była wygnieciona, aczkolwiek nie przeszkadzało jej to jakoś specjalnie, nie przejmowała się tym, że ktoś domyśli się tego, co się między nimi wydarzyło, nie zostali przyłapani na gorącym uczynku, więc nikt nie mógłby im niczego udowodnić, chociaż wygląd ich ciał sugerował, co zaszło między nimi przed chwilą. Poprawiła włosy, właściwie to przeczesała je palcami, żeby nieco je ułożyć. Spojrzała na swój dekolt, na którym znajdowały się zaczerwienienia, za które był odpowiedzialny Ambroise, uśmiechnęła się do siebie, gdy je zobaczyła. Nie miała zamiaru nic z nimi robić, nie wstydziła się ich.

Gdy w końcu i jemu udało się doprowadzić do początku, naciągnąć te części garderoby, które chwilę wcześniej tylko im przeszkadzały mogli zdecydować się na opuszczenie biblioteki.

Nim jednak wyszli z pomieszczenia pozwoliła sobie jeszcze przeczesać palcami jego włosy, bo te również znajdowały się w nieładzie. Nie mogli tutaj zdziałać zbyt wiele, ale wydawało jej się, że i tak nie wyglądali najgorzej, jak na to, co zaszło między nimi przed chwilą.

Później zeszli na dół, kontynuować to nieszczęsne spotkanie z jej rodzicami, które przebiegło w całkiem przyjemnym nastroju mimo tego, że musieli zrezygnować z deseru, chociaż właściwie mieli go już za sobą, zjedli go w tej bibliotece, kiedy nikt nie patrzył.

Później udali się do domu, gdzie mogli kontynuować rozpoczetę czynności w zdecydowanie wygodniejszych warunkach, parapet był może wcale nie najgorszą opcją, ale u siebie mieli dużo przyjemniejsze.



Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (18059), Geraldine Greengrass-Yaxley (15246)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa