• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[14.08.1972] lekka kraksa | Ambroise & Heather

[14.08.1972] lekka kraksa | Ambroise & Heather
Gówniara z miotełką
She had a mischievous smile, curious heart and an affinity for running wild.
wiek
21
sława
VI
krew
półkrwi
genetyka
klątwa żywiołów
zawód
BUMowiec
Heather mierzy 160 cm wzrostu. Jest bardzo wysportowana, od dzieciaka bowiem lata na miotle, do tego zawodowo grała w quidditcha. Włosy ma rude, krótkie, nie do końca równo obcięte - gdyż obcinał je Charlie po tym, jak większość spłonęła podczas Beltane. Twarz okrągłą, obsypaną piegami, oczy niebieskie, czają się w nich iskry zwiastujące kolejny głupi pomysł, który chce zrealizować. Porusza się szybko, pewnie. Ubiera się głównie w sportowe rzeczy, ceni sobie wygodę. Głos ma wysoki, piskliwy - szczególnie, kiedy się denerwuje. Pachnie malinami.

Heather Wood
#1
15.11.2024, 15:45  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.12.2024, 09:35 przez Baba Jaga.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

14.08.1972

To miał być całkiem przyjemny, letni poranek. Miała dzisiaj wolne, nie musiała więc wlepiać kolejnych mandatów za źle zaparkowane miotły, czy łapać ludzi, którzy próbowali sprzedawać nielegalne eliksiry. Mogła zrobić to, co najbardziej lubiła. Zwyczajowo wstała całkiem wcześnie i złapała w rękę miotłę. Tak, zamierzała spędzić czas na świeżym powietrzu i nacieszyć się tym letnim dniem. Cameron niestety był w Mungu, więc postanowiła zrobić to, co lubiła najbardziej (oczywiście poza spędzaniem czasu ze swoim narzeczonym).

Wyleciała z Londynu dosyć wcześnie, chciała polecieć nieco dalej, rozruszać się, musiała pozostawać w formie, to, że przestała zawodowo grać w quidditcha wcale nie oznaczało, że olewała te typowe dla siebie aktywności. Sama nie wiedziała, czy kiedyś jej się nie odwidzi i nie wróci do zawodostwa. Trochę jej brakowało gry, póki co jednak nie na tyle, żeby zastanawiała się nad powrotem. Zresztą w BUMie też było całkiem fajnie, dużo się działo, każdy dzień był inny od poprzedniego. Nie miała pojęcia, że po świecie chodzi tyle idiotów, którzy proszą się o to, aby dostać mandat.

Miotła przyniosła ją do Doliny Godryka, zatrzymała się w centrum na chwilę, żeby wypić lemoniadę u Lizzy, a później wyruszyła w dalszą wędrówkę.

Pech chciał, że jakiś idiota w nią wleciał. Co za dzban!!! Nie zauważyła go, co było dziwne, bo raczej była w stanie dostrzec zagrożenie, szczególnie, gdy znajdowała się na miotle.

Jakimś cudem udało jej się nie spaść ze swojego magicznego kija, co nie zmieniło jednak faktu, że bardzo szybko zbliżała się do ziemi, nie mogła wyhamować. Zatrzymała się na pierdolonym żywopłocie, płocie, chuj wie na czym, nie znała się wcale na tych wszystkich roślinach, to była domena Camerona.

Jako, że się dosyć mocno zirytowała, przy okazji spadała i uderzała w coś przed sobą, nie była w stanie zapanować nad swoją klątwą, więc przy okazji dookoła niej pojawiła się woda, wszystko płynęło, ona była mokra, wkurwiona i mokra, i nie mogła wyjść z tego jebanego żywopłotu, chyba w nim utknęła, a miał to być taki piękny i spokojny dzień. Kilka soczystych przekleństw wyrwało jej się z ust, gdy próbowała wydostać się z krzaków, cóż, najwyraźniej nie chciały jej wypuścić.

- PIERDOLONE KURWIE, KRZAKI. - Była bliska tego, żeby je pobić, tyle, że pewnie nawet by tego nie odczuły. Szarpała się z miotłą, żeby ją stamtąd wyciągnąć. Miała nadzieję, że jej nie uszkodziła. Może i była bogata, może i ojciec mógłby ją jej od ręki naprawić, ale to była jej ulubiona miotła!!! i nie godziła się na to, żeby się uszkodziła przez jakiegoś zjeba, co nie potrafił latać. Niestety, jako, że nie była w stanie zapanować nad swoimi emocjami wokół niej wszystko zaczęło płynąć, nie były to może ogromne ilości wody, ale nie mogła nad tym zapanować więc po ziemi zaczął płynąć mały potoczek.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#2
15.11.2024, 22:48  ✶  
Kolejny ładny poranek uraczył mieszkańców Doliny Godryka pięknym słońcem, krystalicznie czystym i bezchmurnym niebem a także niemalże niewyczuwalnymi powiewami chłodniejszego, jednakże całkiem przyjemnie orzeźwiającego wiatru. Wszystko zwiastowało późniejszy powrót fali gorąca wraz z postępem dnia, ale w tej chwili było jeszcze po prostu ciepło. Niemalże idealna pogoda...
...na to, żeby spędzić ją w zaciemnionym pomieszczeniu z zaciągniętymi zasłonami uwalając się na łóżku albo na kanapie, wcześniej strzelając kilka porcji mocnego eliksiru nasennego i próbując odespać ostatnie długie nieprzespane noce.
Tym razem z powodu drugiej zmiany w szpitalu, ale tak właściwie to było raczej bez różnicy. Przynajmniej nie robiło jej Greengrassowi, który wręcz ostatnio zabiegał o to, aby brać te swoje któreś z rzędu nocki w Mungu, zabijając tym jakoś czas, który i tak nie byłby spokojnie przespany w domu, gdzie od dawna nie spało mu się dobrze.
Może nie do końca był sobie w stanie to przyznać. Raczej nie dopuszczał do siebie tej myśli, bo wcale nie chciał się z nią mierzyć, jednak nie sypiał dobrze praktycznie od roku, teraz niemalże już roku i pół.
Kiedy wrócił do rodzinnej posiadłości, na tyle mocno nie mógł znaleźć sobie tam miejsca, że stosunkowo szybko postanowił zaadaptować sobie jakieś poza głównym budynkiem, lecz to także stosunkowo niewiele zmieniało.
Problem nie leżał w miejscu. Był znacznie głębszy, a jednocześnie niezwykle prosty i mało skomplikowany. W przeciwieństwie do rozwiązania, które już po prostu nie istniało. Zapijanie bezsenności eliksirami było jedynie tymczasowym rozwiązaniem, jedynie złudzeniem alternatywy dla braku snu i to marnym.
Mimo to miał je w planach. Albo raczej - miałby je w planach, gdyby nie ciąg wydarzeń mających miejsce jedno po drugim w bardzo bliskim odstępie czasu. Praktycznie nieistniejącym dla jego zmęczonego nocną zmianą mózgu. W jednej chwili szedł spokojnie chodnikiem, niosąc w ręku ciężką papierową torbę a w kolejnej był instynktownie odskoczył dwa kroki w bok, gdy coś świsnęło mu za plecami.
Co gorsza stracił przy tym równowagę oraz papierosa, który wypadł mu z ust, kiedy Ambroise odruchowo podparł się na rękach, żeby nie uderzyć o ziemię. Ziemię, która z jakiegoś dziwnego powodu była coraz bardziej mokra, mimo że nigdzie nie lała się woda. Nie działały magiczne wersje spryskiwaczy ani nic w tym stylu.
Co prawda nie rozejrzał się zbyt dobrze, bo praktycznie od razu (no dobra, po dłużej chwili konsternacji) podniósł się z chodnika, otrzepując ubranie i rozglądając się za źródłem świstu. Raczej nie musiał długo szukać. Świst sam dał mu znać o swoim położeniu, a nawet także o nastawieniu.
Świst szarpał za miotłę, próbując wydostać się z Matce Naturze ducha winnych krzaków, rzucając inwektywami. Nawet nie próbując sprawdzić czy nikogo nie uszkodził przy upadku. Ani niczego - chyba lepiej było obracać się właśnie w tej materii, bo o ile sam Greengrass nie był uszkodzony to jego torba już tak. Torba i papieros. Westchnął ciężko, szczególnie słysząc to zezłoszczone określenie na naprawdę ładną roślinę.
- To jest żarnowiec, na ironię, miotlasty. Żarnowiec miotlasty - w jego słowach ciężko byłoby doszukiwać się czegoś poza chłodną informatywnością.
Możliwe, że to, co się zadziało na samym początku było całkiem zabawne, jednakże szybko przestało takie być. To, że w ogóle postanowił się odezwać było raczej odruchem. W dodatku niemalże bezwarunkowym, częściowo powodowanym zmęczeniem, które odczuwał po zejściu z bardzo uciążliwego nocnego wieczoru.
Ponadto dzień wcześniej z uporem maniaka starał się wtłoczyć swoim protegowanym trochę elementarnej przyrodniczej wiedzy do głów, w których było na nią wyjątkowo dużo pustego miejsca, toteż zareagował niemalże automatycznie.
No i był z natury uszczypliwym, czepliwym, poprawiającym ludzi dupkiem. W porządku? Tak, to też bez wątpienia miało w tym swój pewny udział, swoje znaczenie w przystaniu w stosunkowo niewielkiej odległości od luźnego żywopłotu i otaksowaniu wzrokiem...
...no, nie dziewczyny. Raczej jej pleców, krótkich nóg i burzy rdzawych loków, które gdyby nie cięty język panienki wskazywałyby na bycie kolejną Weasleyówną. Z tym, że Weasleyowie na ogół używali mniej wymownego słownictwa.
- Zdecydowanie nie kurwi krzak. Paradoksalnie, kurwim krzakiem są bardziej maliny, ewentualnie jagody - zawyrokował, podnosząc całkowicie przemoczony papieros z ziemi i parokrotnie obracając go w palcach, jakby chciał się upewnić, że jednak faktycznie już się nie żarzy i zdecydowanie nie jest w stanie ponownie zapłonąć.
A był ostatnim, który przy sobie miał. Z tego wszystkiego, co działo się w ostatnich dniach, jeśli w ogóle nie w tygodniach, miesiącach, latach, Greengrassowi kompletnie wyleciało z głowy sprawdzenie czy zaistniała konieczność uzupełnienia papierośnicy.
A więc skończył z ostatnią sztuką, którą nie zdążył się nawet dobrze zaciągnąć zanim nie zlała go fala wody znikąd. Dosłownie z powietrza. Dokładnie tak jak spadająca panienka szamocząca się w tej chwili w krzakach uprzejmie zidentyfikowanych przez niego jako żarnowiec miotlasty, nie żaden kursu krzak.
Kurwimi krzakami raczej nie obsadzano ulic w Dolinie Godryka. Zazwyczaj rosły w przydomowych ogródkach w formie chruśniaków albo w lasach (w sumie także w formie chruśniaków; chruśniaki były uniwersalne niezależnie od położenia), w których ów kurwy niezwykle często występowały. Szczególnie w okolicach mugolskich siedlisk i leśnych dróżek, na których sfrustrowani, pozbawieni mózgu i skrupułów, przepracowani mugolscy ojcowie i mężowie mogli złapać jedno z dwóch: za cycka albo rzeżączkę.
Tak czy inaczej, krzewy żarnowca niczym tu nie zawiniły i nazywanie ich w taki sposób było naprawdę nie na miejscu. Choć może mogły mieć swój udział w bólu dupy u rudowłosej czarownicy. W końcu z ziela żarnowca pozyskuje się sparteinę mającą swoje zastosowanie w uzdrowicielstwie. Jak na ironię najczęściej w stymulacji czynności mięśni gładkich. Takich jak na przykład wewnętrznego zwieracza odbytu.
- Pomóc? - Spytał uprzejmie, wcale nie mając dnia dobroci dla zwierząt tylko raczej średnio mogąc patrzeć na cierpienie biednych, naprawdę przydatnych krzaków.
Mimowolnie ponownie zwracając uwagę na strumyk wody (teraz to już właściwie potok; potok znikąd) a moment później dostrzegając, że również dziewczę było całkowicie mokre. Ki chuj?


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Gówniara z miotełką
She had a mischievous smile, curious heart and an affinity for running wild.
wiek
21
sława
VI
krew
półkrwi
genetyka
klątwa żywiołów
zawód
BUMowiec
Heather mierzy 160 cm wzrostu. Jest bardzo wysportowana, od dzieciaka bowiem lata na miotle, do tego zawodowo grała w quidditcha. Włosy ma rude, krótkie, nie do końca równo obcięte - gdyż obcinał je Charlie po tym, jak większość spłonęła podczas Beltane. Twarz okrągłą, obsypaną piegami, oczy niebieskie, czają się w nich iskry zwiastujące kolejny głupi pomysł, który chce zrealizować. Porusza się szybko, pewnie. Ubiera się głównie w sportowe rzeczy, ceni sobie wygodę. Głos ma wysoki, piskliwy - szczególnie, kiedy się denerwuje. Pachnie malinami.

Heather Wood
#3
16.11.2024, 01:40  ✶  

Nie zauważyła, że prawie kogoś przeleciała, to znaczy, że prawie koło kogoś przeleciała, a tak naprawdę to faktycznie to zrobiła. Była wkurwiona, próbowała wyrównać tor lotu, żeby nie zaryć łbem o ziemię, krzaki były zawsze chyba bardziej miękkim lądowaniem od ziemi, amortyzowały upadek, cokolwiek? No, tak jej się wydawało, a nawet nie tylko wydawało, miała przecież lata doświadczenia w podobnych czynnościach. Dawno jednak nie zdarzyło jej się spaść z miotły, zresztą do tego też by nie doszło, gdyby nie ten dzban, który wpadł na jej tor lotu. Wszystko przez niego, ona była profesjonalistką, a nie żółtodziobem i nie popełniała takich błędów.

Jakoś stanęła na nogach, ale miotła dalej nie chciała nawet drgnąć. Co za pojebane krzaki. - Ja pierdole, kurwa mać, uwzięłyście się na mnie, czy o chuj wam chodzi. - Zamachnęła się i kopnęła nogą w żywopłot, jakby mogło to w jakikolwiek sposób pomóc. Niespodzianka - oczywiście, że to nic nie dało. Za to Ruda, robiła się coraz bardziej czerwona na twarzy, a woda płynęła z niej coraz mocniej, zdecydowanie się irytowała. Nie znosiła, kiedy coś nie szło po jej myśli, a teraz wszystko się zjebało. Była naprawdę zła.

Usłyszała głos, za sobą. No tego się nie spodziewała, najwyraźniej nie zauważyła, że ktoś widział to, jak pięknie wylądowała. Kurwa, jeszcze tego brakowało, żeby ludzie zaczęli znowu kwestionować jej zdolności co do latania na miotle.

- Srasty, nie ma opcji, żeby był miotlasty. - Nadal nie zamierzała się odwrócić, tylko mocniej złapała za trzonek miotły i ciągnęła go do siebie. Dalej - nic się nie działo. Musiał się całkiem porządnie zaczepić. Chyba że, chyba, że nieznajomy miał rację i ten krzak faktycznie chciał zeżreć jej miotłę, no wtedy to by się dopiero wkurwiła, bo musiałaby stąd wrócić do domu przy pomocy teleportacji, a to na sto procent skończyłoby się szybkim rzygnięciem. Nie znosiła tego sposoby transportu, nigdy nie wybierała go z własnej woli.

- Czy on zamierza wpierdolić moją miotłę? - Niezbyt przejmowała się tym, że co drugie słowo, które wypowiadała było przekleństwem, była zirytowana - miała prawo się wyładować. Zmartwiła się tym, że ta roślina faktycznie mogła zjeść jej ulubioną miotełkę, tyle, że Cameron nigdy nie wspominał jej o tym, że istnieją takie krzaki, które żywiły się miotłami, na pewno wiedziałby o ich istnieniu, więc może nie było tak źle? Chyba, że wypadało mu to z głowy i nie przekazał jej takich istotnych informacji, będzie musiała z nim poważnie porozmawiać, kiedy się spotkają.

- Coś dobrze znasz się na kurwach, ciekawe. - Mruknęła do siebie, bo w sumie miała wywalone w to, które krzaki był kurwimi, aktualnie żywiła nienawiść do wszystkich roślin, przez ten drobny wypadek.

Aktualnie nie miała pojęcia, kto za nią stoi, ani jak wygląda, więc nieszczególnie przejmowała się tym, że mógłby być kimś, kto miałby predyspozycje do tego, aby zrobić jej krzywdę. Zresztą czuła się pewnie, zawsze i wszędzie, wiedziała, że jest w stanie sobie poradzić z każdym, kto będzie chciał jej zrobić krzywdę, dlatego nie przjemowała się za bardzo tym, że jej słowa mogłyby się mu nie spodobać.

- Nie wiem, rób co chcesz. - Cóż, nie zamierzała prosić o pomoc, nie była osobą, która to robiła, wolałaby sama sobie poradzić z problemem, ale sama świadomość tego, że musiałaby tu zostawić swoją ulubioną miotłę nieco jej się nie podobała, więc dała mu wybór. Będzie chciał - to jej pomoże, nie to nie. Przynajmniej nie wyjdzie na to, że ona o tę pomoc poprosiła, całkiem niezły deal.

Dłonie zrobiły jej się mokre, przez co ślizgały się na tym nieszczęsnym trzonku, to nie ułatwiało jej zadania. Warknęła do siebie niezadowolona z tego, że nadal nic nie szło po jej myśli. Do tego wszystkiego będzie musiała się wysuszyć, bo właściwie to już była całkiem mokra, dobrze, że lato jeszcze trwało, może słońcu uda się ją całkiem szybko wysuszyć.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#4
16.11.2024, 23:55  ✶  
Poranek w miasteczku zatopionym przedstawiał się wyjątkowo malowniczo. Słońce powoli wzbijało się po niebie, wschodząc nad horyzont, a jego promienie powoli przenikały przez lekki, poranny chłód, sprawiając, że zaczynał się rozmywać. Temperatura była niemalże idealna.
Jak to bywało w tego typu miejscach, czas płynął tu znacznie wolniej. Świat dookoła dopiero powoli budził się do życia. Wszystkie biznesy, które nie musiały być otwarte od wczesnego ranka dopiero zaczynały otwierać swoje drzwi. Ktoś właśnie wystawiał baner reklamowy na nóżkach, inna osoba przecierała zewnętrzne stoliki w ogródku piwnym.
Powietrze było świeże, a zapach wilgotnej ziemi, właśnie koszonej gdzieś trawy i kwitnących kwiatów sprawiał, że klimat Doliny stawał się jeszcze bardziej uroczy, malowniczy i sielski. Zupełnie tak, jakby nigdy nie działy się tu żadne mroczne rzeczy, jakby to był najprawdziwszy raj na Ziemi.
Wzdłuż wąskich uliczek zalanych złotym światłem stały przytulone do siebie niskie murowane domy z brązowymi i czarnymi dachami nadal lśniącymi od porannej rosy, która jeszcze nie zdążyła wyparować.
Większość okien w mijanych przez Greengrassa budynkach była uchylona albo całkowicie szeroko otwarta na oścież. Wewnątrz domów ludzie przygotowywali się do nowego dnia. Zarysy sylwetek przesuwały się i znikały.
Nie przyglądał się temu widokowi zbyt długo, po prostu mimowolnie patrzył na domy, po czym zaraz odwracał wzrok. Zdecydowanie nie był typem człowieka karmiącego się cudzym szczęściem, gdy jego własne zdążyło dawno go opuścić. Choć tak właściwie było przecież zupełnie w drugą stronę - to on je opuścił.
Z okien piekarni zawiało ciepłem. W powietrzu uniósł się aromat świeżego pieczywa. Chwilę później zmieszany z wonią świeżo palonej kawy z kawiarni, która zwabiała do siebie nielicznych przechodniów. Jeszcze nielicznych, ale przecież było stosunkowo wcześnie.
Z każdym krokiem, jaki Ambroise robił w kierunku głównego placu i niewielkiego skwerku, powietrze wypełniały coraz głośniejsze dźwięki porannego ptasiego koncertu. Paradoksalnie niezbyt harmonijnego chórku ogłaszającego nadejście kolejnego dnia.
Nieważne, co działo się dookoła. W Kniei, w Londynie, w Hogsmeade, wszędzie... ...życie nadal toczyło się swoim biegiem i nawet jeśli czarodzieje z Doliny Godryka zdawali sobie sprawę z większej części niebezpieczeństw niż mieszkający tu mugole, wszyscy nieodmiennie raz za razem poddawali się idyllicznemu klimatowi. W końcu pamięć ludzka była bardzo krótka i wybiórcza.
Szczególnie w tak malownicze i piękne dni jak ten, kiedy nad Doliną unosiły się delikatne chmurki, które odznaczały się rozmytą bielą na tle błękitnego nieba. Co prawda Greengrass kątem oka dostrzegł pośród nich jakiś ciemny cień, ale kompletnie go zignorował.
Jego myśli były zajęte zupełnie czymś innym, co tak właściwie wybitnie kontrastowało z klimatem dookoła. Kiedy w parku już zaczęły rozbrzmiewać głosy dokazujących dzieci i spacerujących rodzin. Gdy w kawiarni zaczęło robić się tłoczno i rozmownie, on chciał po prostu wrócić do posiadłości. Do swojej części rodowej własności. Nie, nie do domu. Już nigdy nie do domu.
Niestety mógł się spodziewać, że nie będzie mu to dane. Przynajmniej nie tak szybko jak mógłby planować i tego pragnąć. Bowiem nagle stanął oko w plecy (tak, dokładnie tak) z kurwiącą ile wlezie, szarpiącą się z krzewami rudą furią, która nie dość, że niemal go przeleciała (swoją miotłą uwięzioną teraz w krzakach - rzecz jasna) to w dodatku nawet nie próbowała oglądać się na wyrządzone szkody.
No cóż. Przynajmniej była konsekwentna w swojej kompletnej ignorancji. Czy to w stosunku do otoczenia, czy to do elementarnej wiedzy odnośnie tego, z jakim wątpliwej klasy przeciwnikiem właśnie walczyła.
- Cytisus scoparius. Żarnowiec miotlasty. Bezsprzecznie - nie musiał wyrokować, on po prostu to wiedział, podkreślając to bez większego zastanowienia. - Ten tutaj wydaje się być rozjuszony - ponownie nie wyrokował a stwierdzał fakty; no, zdecydowanie wkurwiła ten krzew jeszcze bardziej niż roślina wkurwiła ją. - Choć trudno mu się dziwić - prawdopodobnie mógłby darować sobie te słowa, ale tak właściwie to nawet nie zamierzał.
Szczególnie widząc to, co robiła z tym biednym krzewem, który niechybnie wypuściłby jej miotłę, gdyby tylko przestała traktować go z całkowitym brakiem szacunku, ofensywnie rzucając się do ataku na gałązki, szarpiąc, kurwiąc i wyklinając ile wlezie.
- Nie od tego wzięło się określenie miotlasty, przynajmniej w oficjalnej wersji, ale tak. W tym przypadku sądzę, że tak, zamierza to zrobić. Całkiem nieźle mu to idzie - w jego słowach ciężko byłoby doszukiwać się współczucia dla jakże ekspresyjnej czarownicy, raczej przeciwnie - brzmiał, jakby zaciętość żarnowca w próbach pochłonięcia miotły całkiem mu imponowała.
Tym bardziej, że komentarze rudowłosej furiatki, nawet jeśli brzmiały momentami całkiem zabawnie to w pewnym momencie zaczęły robić się irytujące. Zamiast posłuchać dobrej rady, wolała w dalszym ciągu szarpać się na oślep.
Cóż, mógłby jej pomóc. Sam zaoferował wsparcie, ale nie zamierzał prosić się, aby być jej bohaterem w już nieco zmoczonym płaszczu.
- W porządku - odruchowo wsunął ręce do kieszeni, wzruszając ramionami - życzę powodzenia.
Nie pchał się tam, gdzie nie jest potrzebny. Nie miał tendencji do narzucania się obcym osobom z pomocą, bo zazwyczaj traktował ją jako źródło pozyskania kontaktu albo przydługi. A w tym konkretnym przypadku nie widział najmniejszego sensu w podjęciu próby uzyskania jednego bądź drugiego.
Nie. To nie dość, że była furiatka to jeszcze gówniara. Wcześniej z miotełką, teraz już coraz bardziej prawdopodobnie bez niej.
- Pomocne może być wypuszczenie miotły i ograniczenie inwektyw - stwierdził jeszcze po chwili namysłu, czy w ogóle jest sens mówić coś po pożegnaniu, marszcząc brwi i zatrzymując się wpół kroku, gdy strumień wody znikąd oblał mu buty, prawie wdzierając się pod skarpetki.
Ki cholera? Wszystko zaczynało być coraz bardziej mokre. Ziemia, krzewy, trawa, jego buty, nie mówiąc już o ostatnim zmarnowanym papierosie, ale przede wszystkim rudowłosa dziewczyna.
- Nie zeżre całej miotły. Tylko kilka witek. Tym więcej ile gałązek sam połamie. Musi się odbudować - w dalszym ciągu marszcząc brwi, zawiesił się na próbie nieco półprzytomnej lokalizacji źródła wodnego problemu, kontynuując bezwiednie, choć w każdym innym przypadku najpewniej już dawno odszedłby w kierunku posiadłości.
- Wystarczy go upomnieć i ładnie poprosić o oddanie nieswojej własności. Przyjacielska interakcja, mówi to coś panience? - Spytał bez przejęcia za to z wyraźnie wyczuwalną konsternacją, bo wody było coraz więcej.
Rozejrzał się dookoła, żeby sprawdzić najbliższe otoczenie i mimowolnie sięgnął po różdżkę, żeby machnąć nią nisko w połach płaszcza, próbując pozbyć się wody.

Rozproszenie - próba pozbycia się kałuży spod moich ładnych skórzanych butów

Rzut N 1d100 - 25
Akcja nieudana

Rzut N 1d100 - 54
Sukces!


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Gówniara z miotełką
She had a mischievous smile, curious heart and an affinity for running wild.
wiek
21
sława
VI
krew
półkrwi
genetyka
klątwa żywiołów
zawód
BUMowiec
Heather mierzy 160 cm wzrostu. Jest bardzo wysportowana, od dzieciaka bowiem lata na miotle, do tego zawodowo grała w quidditcha. Włosy ma rude, krótkie, nie do końca równo obcięte - gdyż obcinał je Charlie po tym, jak większość spłonęła podczas Beltane. Twarz okrągłą, obsypaną piegami, oczy niebieskie, czają się w nich iskry zwiastujące kolejny głupi pomysł, który chce zrealizować. Porusza się szybko, pewnie. Ubiera się głównie w sportowe rzeczy, ceni sobie wygodę. Głos ma wysoki, piskliwy - szczególnie, kiedy się denerwuje. Pachnie malinami.

Heather Wood
#5
18.11.2024, 13:03  ✶  

To miał być naprawdę przyjemny, letni poranek. Miała skorzystać z pogody, trochę się odprężyć, wszystko zapowiadało się naprawdę świetnie. Oczywiście bardzo szybko musiała zweryfikować swoje założenia. Dlaczego zawsze coś musiało się spierdolić? Może poza klątwą żywiołów została jeszcze przeklęta w inny sposób? Kto to mógł właściwie wiedzieć. Nie miała pojęcia dlaczego to akurat w nią musiał wlecieć ten dzban. Ogromnie żałowała, że nie udało jej się go złapać w swoje ręce, bo na pewno nie miałaby problemu z tym, żeby pokazać temu typowi, jak sobie radzi z takimi uprzykaczami życia, szczególnie, gdy zaczynała się irytować nie potrafiła powstrzymać swoich instynktów, których nabyła na boisku do quidditcha, nie miała problemu z tym, aby trzepnąć komuś miotłą w łeb, czy strzelić tłuczkiem w mordę.

Umysł Heather aktualnie nie był skalany nawet jedną myślą. Była zła, wkurwiona, odpaliła się, niby była to tylko pierdoła, ale jednak popsuła jej plany na ten dzień. Zjebała się z miotły. To nie było nic przyjemnego, szczególnie, że nie pamiętała, kiedy ostatnio przydarzyło jej się coś podobnego. Była przecież jeszcze kilka miesięcy temu gwiazdą Harpii, ich najlepszą szukającą, a teraz wygrzebywała swoją miotłę z krzaków, jak jakaś pierwsza, lepsza miotlara.

- Po co ludzie sadzą takie krzaki przy drodze? Powinien być jakiś zakaz. - Wysyczała przez zęby nadal walcząc ze swoim magicznym patykiem. W końcu były to bardzo niebezpieczne rośliny, aktualnie mogłaby oskarżyć je o kradzież, bo nie chciały jej oddać jej własnej miotły. W sumie, może powinna się tym zajać jakoś bardziej oficjalnie? Był przecież funkcjonariuszem prawa, może to była jakaś myśl?

- Nie idzie mu nieźle, jak się wkurwie to go podpale i tyle z tego będzie. - Najwyżej zjara też swoją miotłę, trudno, ojciec wyrzeźbi jej nową, jeszcze lepszą, fajniejszą, bardziej profesjonalną, może z jakimś zaklęciem, które będzie powodowało, że jeśli wleci w krzaki to one zaczną umierać. O, na pewno mu podsunie ten pomysł.

Nieznajomy nie przestawał komentować jej poczynań, co tylko jeszcze bardziej ją rozzłościło. Nie znosiła, gdy ktoś komentował jej postępowanie, szczególnie w negatywny sposób. Puściła wreszcie trzonek miotły i się odwróciła. W jej oczach błyskały kurwiki, zdecydowanie mogłaby ziać ogniem, zresztą jej włosy idealnie podkreślały to, co się z nią działo, nawet jeśli były mokre.

- CZY KTOŚ CIĘ KURWA PYTAŁ O ZDANIE? - Przeszła na piskliwe tony, jak zawsze, kiedy się irytowała, potrafiła być naprawdę irytująca i zupełnie nad tym nie panowała, szczególnie, kiedy wypełniały ją takie pierwotne uczucia jak chęć mordu.

- To jakiś pierdolony, kawałek krzaka, który chce uprzykrzyć mi życie, nie zamierzam być dla niego miła, nie wygląda zresztą, jakby był w stanie zrozumieć o co mi chodzi. Wiem, że są takie drzewa, które potrafią specjalnie klepać po dupie, ale ten krzak nie wygląda jakby to potrafił! - Przynajmniej tak zakładała. Cóż, byli ostatnio z Cameronem niedaleko sadu Abbottów i miała wrażenie, że tamte drzewa chciały ich molestować, w sumie to już nic ją by chyba nie zdziwiło.

Przy okazji, gdy zaczęła się odzywać do Ambroisa to mógł dostrzec, że z jej rąk znowu zaczęła wylewać się woda. Najwyraźniej to ona była tym źródełkiem.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#6
19.11.2024, 20:29  ✶  
Zajmując się zbieraniem wody przy pomocy różdżki i pozbywaniem się spod butów, Greengrass nie od razu zareagował na pytanie, które padło od strony rudowłosej niewiasty, właściwie to praktycznie dziecka.
Choć tak właściwie było zadziwiająco logiczne. Szczególnie jak na to, że jeszcze przed chwilą kurwiła bez ładu i składu, teraz nagle odzywając się z pewnym sensem.
No, ale nie chwalił dnia przed zachodem słońca. Wcale nie otrzeźwiała skoro w dalszym ciągu rwała krzak, jakby chciała wydrzeć go z korzeniami. Co, rzecz jasna, nie miało jej się powieść. Były zbyt długie, gęste i rozłożyste. Szczególnie w przypadku tak starych egzemplarzy jak te tutaj, prawdopodobnie jednych ze starszych w kraju, szczególnie że żarnowiec miotlasty zazwyczaj nie wytrzymywał zbyt wielu sezonów.
Ten tutaj miał prawdopodobnie dziesiątki lat, jeśli Ambroise dobrze pamiętał opowieści babki, a teraz nagle stanął przed ryzykiem zostania całkowicie zdezintegrowanym przez jakąś furiatkę. Koleje losu były naprawdę posrane. Dokładnie tak jak decyzje i pomysły niektórych ludzi.
- To oryginalny żywopłot z czasów, w których w Dolinie nie było jeszcze aż tak gęstej zabudowy. Nawet jeśli istniałyby takie prawa, egzekwowanie ich w przypadku niemalże pomników natury byłoby co najmniej niedorzeczne - stwierdził bardzo powoli, niezmiernie informatywnie, jakby prowadził rozmowę z dzieckiem.
Poniekąd właśnie tak było, czyż nie? Panienka przed nim była niezbyt wyrośnięta, co usilnie próbowała nadrabiać agresją i zaciętością. A także kompletnym brakiem pomyślunku, szacunku do otoczenia czy chociażby przelotnej próby zrozumienia...
...że...
...tych...
...krzaków...
...się...
...tak...
...nie...
...traktuje.
Koniec. Kropka.
Już zaczęły jeszcze bardziej żreć jej miotłę, stając się w tym coraz bardziej zawzięte. To nie miała być równa walka. W żadnym wypadku.
- Wystarczy je poprosić - powtórzył ignorując wszelkie inwektywy płynące zarówno w stronę krzewów, jak i obecnie najwyraźniej coraz częściej również jego.
Stojąc już teraz z rękami całkowicie wepchniętymi do kieszeni, przypatrywał się rozwojowi sytuacji. Kolejnym szelestom liści i ruchom gałązek coraz bardziej zaganiających sobie miotłę panienki, której odzyskanie z minuty na minutę robiło się coraz bardziej niemożliwe.
A gdy część witek pękła sprawiając, że miotła jeszcze bardziej osunęła się w kierunku wnętrza krzaku, rozłożył ręce, jakby mówił czego się spodziewałaś?, co prawda nie komentując tego na głos, ale zdecydowanie nie musiał. Wystarczyło, że spojrzała na niego idealnie w tym samym momencie.
Dziamdzianie, tyrada, Jęcząca Marta pod postacią ognistowłosego gnoma. Niestety nie ogrodowego, bo ogrodowy wiedziałby, co robić. Ogrodowy miałby również zapewne choć trochę więcej kultury.
- Rób. Co. Chcesz. Robię co chcę. Komentuję bieżącą sytuację, droga panno - odpowiedział bez zawahania.
Nie, to zdecydowanie nie była Weasleyówna. Weasleyowie, nawet ci najbardziej niedorzeczni, potrafili zachować twarz w podobnej sytuacji. Może na sam koniec wcale z nią nie wychodząc, bo no to wciąż byli Weasleyowie, jednak przynajmniej próbowali.
O tym tutaj dziewczęciu można było powiedzieć wiele, natomiast nie to, że miała w sobie choć knut taktu i dobrego wychowania. Nawet po tak krótkiej acz intensywnej interakcji, Ambroise był w stanie stwierdzić, że ma do czynienia z jednym z tych zbuntowanych typów panien. Takich, które wręcz żyły oznajmieniem całemu światu, jakie to są żywe, energiczne i autentyczne.
Z tym, że w jego oczach wyglądało to raczej śmiesznie. Zupełnie niczym szczekanie małego pieska. I jak to szczekanie: z początku było zabawne, interesujące, jednak po paru chwilach zaczęło stawać się coraz bardziej irytujące.
Gdyby jakkolwiek obchodziło go to, co teraz próbowała na niego wylać, zdecydowanie mógłby stwierdzić, że współczuje jej rodzinie. Może nawet partnerowi, jeśli w ogóle jakiegoś miała. W co śmiałby powątpiewać - ponownie: gdyby go to w jakikolwiek sposób interesowało, nawet po tak przelotnej interakcji.
- No cóż za niekulturalna roślina. Ktoś jej wlatuje w naturalny habitat naruszając integralność gałązek, najpewniej raniąc pień i próbując ją w dalszym ciągu uszkadzać. A ona się broni. W dodatku bezczelnie chcąc odzyskać część sił dzięki szybkiej przekąsce, która sama w nią wpadła - skinął głową, unosząc brwi w wyrazie zrozumienia, jakby to, co mówiła było całkowicie logiczne.
Bowiem było, czyż nie? Każdy spokojnie rosnący element flory wyłącznie czekał na to, aby mieć możliwość utrudnienia komuś życia. Krzewy, szczególnie żarnowca miotlastego wprost ustawiały się w kolejce (stąd tworzyły rząd, to w żadnym razie nie był tylko nieszkodliwy żywopłot), żeby wyczekiwać tam na swoją przydziałową okazję do przemiany w kurwikrzaki. Wiedział to każdy botanik.
- Wyjątkowy pokaz złej roślinnej woli - stwierdził, spoglądając na nią z ukosa i bardzo nieznacznie unosząc kąciki ust.
Czy był jakikolwiek sens w dalszym ciągu dyskutować z kimś kto nawet nie próbował zrozumieć, co się do niej mówiło? No niekoniecznie. Oceniając sytuację jako zupełnie pozbawioną szans na powodzenie, odsunął się lekko, próbując zrobić przy tym na tyle długi krok, żeby ominąć kałużę wody, którą przysiągłby, że usunął dosłownie przed chwilą.
Uniósł brwi, przyglądając się wodzie a następnie sunąc spojrzeniem w kierunku, z którego musiał wyciekać strumień. Jedna z jego brwi ponownie lekko drgnęła.
- Powodzenia w paleniu krzaków - pokręcił głową z politowaniem, nie musząc chyba dodawać, czemu zupełnie nie dostrzegał szans na powodzenie.
To było całkiem oczywiste, choć nie tak jak to, co zaraz i tak opuściło usta Greengrassa.
- Żarnowiec miotlasty tego pokroju nie jest łatwopalny - jedna lekcja zielarstwa w Hogwarcie, no naprawdę.
Nie był tu jednak od tego, by udzielać niechcianych wykładów, dawać rady czy nawet pomagać komuś, kto nie chciał jego pomocy. Nie zamierzał robić tego na siłę. Wręcz przeciwnie, skłonił się lekko przed niewiastą, nie kryjąc drwiny zawartej w tym geście, po czym długim krokiem przekroczył największą strużkę (tak właściwie to strumień) wody, oddalając się bez dalszych pytań. Jedna oferta pomocy była wystarczająca.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Gówniara z miotełką
She had a mischievous smile, curious heart and an affinity for running wild.
wiek
21
sława
VI
krew
półkrwi
genetyka
klątwa żywiołów
zawód
BUMowiec
Heather mierzy 160 cm wzrostu. Jest bardzo wysportowana, od dzieciaka bowiem lata na miotle, do tego zawodowo grała w quidditcha. Włosy ma rude, krótkie, nie do końca równo obcięte - gdyż obcinał je Charlie po tym, jak większość spłonęła podczas Beltane. Twarz okrągłą, obsypaną piegami, oczy niebieskie, czają się w nich iskry zwiastujące kolejny głupi pomysł, który chce zrealizować. Porusza się szybko, pewnie. Ubiera się głównie w sportowe rzeczy, ceni sobie wygodę. Głos ma wysoki, piskliwy - szczególnie, kiedy się denerwuje. Pachnie malinami.

Heather Wood
#7
19.11.2024, 23:27  ✶  

Spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami. O czym on właściwie pierdolił? Kogo obchodziło to, ile lat miał ten krzak? Chabaź, jak chabaź nadawał się tylko i wyłącznie do wyjebania, to było jedyne, co zamierzała z nim zrobić, szczególnie, że nadal nie chciał oddać jej miotły. Prosił się o to, aby Ruda się go stąd pozbyła, przynajmniej nie wkurzałby innych ludzi, którzy przypadkiem zaliczyliby podobne lądowanie. Był zagrożeniem dla lotników! Tak, tego zamierzała się trzymać.

- Dupa, a nie pomnik. Powinien być ładniejszy, gdyby miał zostać pomnikiem, a to są zwykłe, brzydkie chabazie. - Nadal oczywiście nie dało się nie zauważyć jej elokwencji. Właściwie zdecydowanie lepiej by było, gdyby wiedziała, kiedy powinna zamknąć paszczę. Milczenie było złotem, czy coś - Ruda nigdy nie kierowała się tą doktryną.

- Nie wydaje mi się, żeby proszenie krzaków miało coś zmienić, jakim cudem? Przecież one i tak nie będą wiedziały, co do nich mówię. To głupie. - Tak, cały ten pomysł wydawał się jej być naprawdę chujowy, zresztą miała wrażenie, że ten facet chce sobie z niej zakpić. Na pewno nie omieszka wspomnieć o całej tej sytuacji Cameronowi i upewnić się, że miała rację. Na szczęście miała się z kim konsultować w takich sprawach, nie musiała sięgać po książki - to by dopiero było irytujące.

Skrzywiła się, gdy nazwał ją panną, co za zjeb. Za kogo on się właściwie miał? Zamierzał ją pouczać, chociaż go o to nie prosiła, wpieprzał się w jej prywatne sprawy, no właściwie to w sprawy między nią, a krzakiem. Nie miał co robić ze swoim życiem, czy o co właściwie mu chodziło?

- To rób co chcesz gdzieś indziej. - Wykrzyczała dosyć głośno, żeby mieć pewność, że faktycznie dotarła do niego ta sugestia.

- Tak, bo kurwa zrobiłam to specjalnie, chciałam jej rozpierdolić te wspaniałe warunki do życia. Obudziłam się rano i stwierdziłam, a co tam, polecę się wjebać w jakiś krzak i zobaczę, jak zareaguje. - Prychnęła jeszcze głośno. No przecież nie zrobiła tego celowo, chciała tylko wyciągnąć stąd miotłe i spierdalać w podskokach do Londynu, może jeszcze uda jej się uratować ten dzień, tak będzie musiała spróbować to zrobić.

- Zobaczymy zaraz, kto ma bardziej złą wolę. - O tak, zamierzała pokazać temu kurwikrzakowi, gdzie było jego miejsce. Jeśli będzie musiała go podpalić - to to zrobi, trudno, nie miała z tym najmniejszego problemu. Powoli jednak przestawała wylewać się z niej woda, nadal była przemoczona, nadal strumyczek płynął sobie całkiem zgrabnie, ale skończyła wylewać z siebie jej kolejne ilości.

- Nie omieszkam tego sprawdzić. Nara dziadu. - Cieszyła się niezmiernie z tego, że typ postanowił oddalić się w podskokach, no, może nie w podskokach, ale nie zawracał jej już głowy. Odwróciła się znowu do miotły, w między czasie pokazując za siebie środkowy palec na pożegnanie. Tak, zasługiwał na to zdaniem Rudej.

Odetchnęła sobie głęboko. Musiała się skupić. - No weź, nie bądź taki, oddaj mi miotłę. - Wyszpetała do krzaka, cóż, zamierzała skorzystać z tej metody którą jej podsunął, oczywiście tak, aby on tego nie zauważył.

W między czasie wytarła sobie ręce w może nie do końca suchą koszulkę, ale to powinno wystarczyć, aby przestały się ślizgać. Jeszcze raz, wdech, wydech, złapała trzonek miotły i jednym płynnym ruchem przyciągnęła ją do siebie. Tym razem się ruszyła, wyciągnęła ją całą. - Kurwa, nareszcie. - Odsapnęła zadowolona. Obejrzała ją jeszcze dokładnie, aby upewnić się, że nie jest za bardzo uszkodzona - na szczęście nie była, po czym znowu na nią wskoczył i ruszyła w drogę.

Podczas lotu zastanawiała się nad tym, czy faktycznie to, że poprosiła krzaki o to, żeby ją jej oddały zadziałały, czy to po prostu był dziwny zbieg okoliczności.



Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (2852), Heather Wood (2204)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa