Matko, błogosław Srebrne Różdżki.
I to nawet bez cienia ironii. Wiele złego potrafił powiedzieć o Longbottomach, ale to jedno musiał oddać Godrykowi, klub pojedynków to najlepsze co mógł zrobić dla czarodziejów. Bo tylko tutaj mógł w legalny sposób i bez konsekwencji, rzucić zaklęciem takiemu zdrajcy krwi prosto w pysk, a ten na koniec jeszcze mu podziękuję. Co prawda istniało wokół tego sporo nudnych zasad i cały regulamin, który według Lestranga wyłącznie psuł nastrój i zabijał dobrą zabawę. Bo od infantylnych zaklęć rozbrajających, zdecydowanie wolał takie od których aromat spaczenia ściskał gardło. No i musiał podawać rękę, a nawet kłaniać się przed byle szlamolubnym, albo innym śmieciem. Jednak wciąż istniała niezerowa szansa za wyrwanie komuś ręki ze stawu, czy złamania piszczelu to wynagradzała wszystkie te poniżające reguły etykiety salonowej. Dobrze wymierzony czar obezwładniający, wciąż mógł wyrządzić niemałe szkody na zdrowiu. I to było w tym najbardziej pociągające.
Jasne, był to miecz obusieczny i sam padał ofiarą tej logiki, ale cóż. Wrzucał to w koszty, no i bez ryzyka nie było przecież zabawy. A Louvain, jak to Louvain, uwielbiał przekraczać wszelkie granice, byle móc zadrwić z tych których drwić uwielbiał. I tego również musiał ponosić konsekwencje, bo zdarzały się sytuacje w których był przez to zawieszany w prawach członka klubu. Na szczęście papa Lestrange potrafił dyplomatycznie zainterweniować w takiej sprawie. Potem niestety w ramach pokuty, czy jak to zgrabnie nazywano "pracy nad własnym charakterem przez prace społeczne", musiał z uśmiechem na mordzie podawać posiłki dla bezdomnych, czy organizować magicznym dzieciakom z sierocińca wyjazdy integracyjne. Godryk już dobrze wiedział jak odpowiednio uwłaczyć młodemu Lestrangowi, żeby utemperować jego szczeniackie zapędy. Nigdy jednak nie żałował żadnego podłego ruchu i nie wyparłby się perfidnej złośliwości choćby go na noże wzięli.
No i miał tutaj swojego bohaterskiego przyjaciela, z którego też lubił drwić swoją drogą, ale bardziej w ramach chłopackich zaczepek. Bohater całego kraju, Londynu, a nawet jego osobisty. Może nie powiedział tego na głos, ale był mu wdzięczny, że zgodził się być jego sekundantem na widowisku. Ze swoją chwalebną reputacją zdobytą tego lata, trochę ryzykował stając u boku tego aferowicza. Nigdy nie wiadomo, czy za rogiem nie czaiło się jakieś brudne bagienko w które Louvain zamierzał wskoczyć, przy okazji ciągnąć przyjaciela za sobą.
Ostatni trening na kilka dni przed samym wydarzeniem. Raczej nie żeby nauczyć się czegoś nowego, prędzej żeby utrzymać ciało w odpowiedniej kondycji. Tak żeby mięśnie dalej pamiętały opracowane ruchy i nie wypaść z pojedynkowego rytmu. Rozgrzany, stojąc już na podeście, na swojej pozycji, zarzucił klubową pelerynę za plecy i przyjął pozycje defensywną. Machnął różdżką, szepcząc pod nosem inkantacje obronnego zaklęcia rozpraszającego.
- Śmiało maleńki! Atakuj tak jakbym miał chujowy zarost i Borgin na nazwisko! - zawołał w kierunku Atreusa, nawet nie starając się zatuszować szyderczego uśmieszku na mordzie.
2x rozpraszanie na tarczę ochronną
Sukces!
Sukces!