• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 16 Dalej »
[05.1966] lavender haze || Ambroise & Geraldine

[05.1966] lavender haze || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#11
30.11.2024, 21:02  ✶  
- Raczej nie, skoro nie przyniosą ci żadnej satysfakcji. Wiesz, nie ma ani grama zabawy w tym, jak jeden z tych gości zaczyna rzucać ci inwektywami typu nie jesteś bardziej wyjątkowa ani mądrzejsza od pteridium aquilinum, choć może bardziej przyrównałbym cię do roli elymus repens, choć to w dalszym ciągu byłaby obraza dla tej rośliny - wzruszył ramionami, wpatrzony w Geraldine. - To ostatnie to perz właściwy. Pierwsze to orlica pospolita, taka... ...paproć, krótko mówiąc. Z perzem się, rzecz jasna, nie zgadzam, za to paproć? - Zamilkł zanim powiedział jej coś pochopnego.
Na przykład to, że tego wieczoru naprawdę kwitła. Czy to, że nie bez powodu szukał jej w tłumie, nie zwracając uwagi na nikogo innego, bo to tylko ona przyciągała jego uwagę. Wyłącznie ku niej instynktownie kierowały się jego myśli. Chciał ją stąd zabrać, zerwać jak ten kwiat paproci, który miałby mu przynieść szczęście, bo...
...mogłaby nim być. Jego szczęściem. Gdyby tylko zechciała. Tyle tylko, że nie chciała, prawda? Każde kolejne słowo tego wieczoru go w tym utwierdzało, nawet jeśli gesty sprawiały zgoła inne wrażenie.
Wspólne wychodzenie z przyjęcia zaczynało się wydawać coraz bardziej niewłaściwe, nawet jeśli nie było w tym nic zdrożnego, bo wielokrotnie wcześniej to robili. Spędzali ze sobą czas. Zachowywali się swobodnie, lekko i naturalnie. Kiedy to przestało być wystarczające? Zostało wystawione na próbę i w jego oczach nie wyglądało na to, aby było w stanie ją przetrwać.
Nie, jeśli nie potrafił się ogarnąć. Próbował to zrobić. To dlatego teraz kiwnął głową, uśmiechnął się, przytaknął kulturalnie, niby to odruchowo. Teoretycznie nawet niemalże się zaśmiał, wywracając oczami. Tyle tylko, że to wszystko było naprawdę sztuczne i wymuszone. On w jakimś momencie przestał być szczery. Wcale nie chciał mieć dobrych intencji.
- Czy ja ci wyglądam na kogoś kto ma doświadczenia w noszeniu gorsetu? Jasne, w rozplątywaniu jak najbardziej, choć raczej nie tak jak masz na myśli z tą pomocą... ...ale tak też damy radę... ...tak myślę... ...natomiast nie. Nie wiem jak ciężko się w tym oddycha. Wyobrażam sobie - rozłożył ręce.
W istocie na pewno mieli sobie poradzić. Radzili sobie od dawna, nie? Od czasu tego pamiętnego dworku, po którym zaczęło się robić prościej, ale też znacznie bardziej skomplikowanie. Wplątał się w to wszystko, bo wydawało mu się, że tak miało być najlepiej.
Doszukiwał się czegoś w tym, co wtedy czuł, działania jakiejś zewnętrznej siły. Cholera wie, czego tak właściwie, bo czymkolwiek by to nie było, wcale nie przeszło z czasem. Nie dało się tego tak po prostu zabić milczeniem, trzymaniem rąk przy sobie, byciem wzorowym przyjacielem.
Czy w ogóle mógł nim być, jeśli wewnątrz swojego umysłu wcale nie zachowywał się właściwie? Szczególnie słysząc słowa, które nie miały żadnych podtekstów, były szczere, ale mimowolnie wywoływały w nim wrzenie krwi? Szybszy oddech, uciekanie wzrokiem, odpowiedzi, których wcale nie chciał dawać?
On też wolałby wrócić z nią do domu. Raz, drugi, trzeci. Wracać wielokrotnie. Tyle tylko, że wcale nie w ten niewinny sposób. Ani trochę nie niewinnie i tak jak to miała na myśli. Zwłaszcza wtedy, gdy się ku niemu nachylała a on wstrzymywał oddech, żeby nie czuć zapachu jej perfum, bo była zbyt blisko.
Kiedy robił to na własnych zasadach, to on się ku niej nachylał, nie było aż tak trudno. Problem narastał z każdym wytracanym centymetrem dystansu, który to Geraldine skracała. Teraz też będąc tak blisko, że gdyby się ku niej obrócił, mógłby zagarnąć jej usta w pocałunku. Wystarczyłby jeden ruch. Czy też o tym wiedziała?
- Łatwiej byłoby spytać... ...czym się nie różnię - wybrnął, by nie mówić zbyt wiele, bo mówienie w tym stanie byłoby prostą drogą do zrobienia jakiejś głupoty.
Choć właściwie to wcale nie miał tego za głupotę? Za coś, co z pewnością wszystko by popsuło - jasne, ale nie za głupotę, bo nie zrobiłby tego wbrew sobie. Wreszcie nie wbrew sobie. Tyle tylko, że nie było to ani trochę pocieszające. Nie, skoro niewiele zmieniało w tym, że byłoby to wbrew jednemu z nich. Tyle tylko, że tym razem ewidentnie wbrew Geraldine.
- Jeśli tak ci na tym zależy, jest przynajmniej kilka rzeczy, które możesz zrobić nawet tego wieczoru, by to przywrócić - odmruknął w teorii żartobliwie a w praktyce otwarcie zamierzając dać tym Geraldine do zrozumienia, że jeśli tego chciała to, cóż, nie zamierzał podawać jej tych opcji na tacy, ale gdzieś tam z pewnością były.
Jemu wydawały się naprawdę bardzo jasne. Znali się, nie?
- A mi się wydaje, że jednak coś musisz. Na przykład oddychać - odbił gładko, żeby nie wywołać między nimi jeszcze więcej ciszy.
To im nie służyło. Mu nie służyło. W żadnym stopniu. Natomiast jednocześnie odnosił wrażenie, że ich rozmowa z minuty na minutę coraz bardziej przestawała się kleić. Niby ze sobą rozmawiali, niby wymieniali się kolejnymi odpowiedziami, byli przy tym swobodni, ale nie tak jak mógłby tego chcieć. Ta sztuczność cholernie dużo go kosztowała. Bycie jej przyjacielem cholernie dużo Ambroisa kosztowało.
- Otóż nie. Przyjaciele wyłącznie udają, że są bardzo obiektywni, bo taka jest ich rola, natomiast w rzeczywistości ci przyjaciele, kimkolwiek by nie byli, zawsze będą w cholerę subiektywni. No, bo obiektywność to konstrukt, prawda? Nikt nie jest obiektywny. Każdy ma swoje zdanie, każdy ma oczy - jego były wpatrzone w nią nawet wtedy, kiedy zdawało się, że na nią nie patrzył.
Patrzył. Kątem oka, nieoficjalnie, ukradkowo czy w myślach, bo myślami również się dało. Spoglądał na nią od sam nie wiedział jak dawna. Z pewnością od tak długiego czasu, że podświadomie zapamiętał naprawdę dużo szczegółów. Znacznie więcej niż powinien, bo tak naprawdę nigdy nie zwracał na nie u nikogo uwagi. Tymczasem u Geraldine... ...wiedział, po prostu wiedział. Niczego mu to nie ułatwiało.
- Mhm - przytaknął odruchowo, przesuwając wzrokiem po tych wszystkich ludziach z tłumu, o których mu teraz mówiła.
Jasne, mógłby to odebrać jako komplement. W istocie nawet chciał to tak potraktować. Tyle tylko, że jakoś nie potrafił, bo słowa Yaxleyówny nie zabrzmiały w jego głowie w żaden sposób dobrze. Ambroise wręcz poczuł się nimi trochę urażony. Jak ktoś, kogo wybierała na towarzystwo tego wieczoru tylko dlatego, że w okolicy nie było nikogo, o kim pomyślałaby, że na nią zasługuje.
Nie chodziło o niego. O chęć spędzenia z nim czasu. Nie tak to określiła.
...tutaj zawsze brakowało osób, które potrafiłyby wzbudzić moje zainteresowanie, zwłaszcza na dłużej, dlatego dzisiaj wolę wrócić do domu z tobą.
Poczuł się nawet nie jak nagroda pocieszenia. Żałosne, nie? Poczuł się jak ktoś kto powinien być zadowolony z tego, że na horyzoncie jeszcze nie pojawił się nikt właściwy. Momentalnie zareagował na to zaciśnięciem ust i całkowitym brakiem innej reakcji na te słowa. Ta, wiedział. Aż zbyt mocno i za często dawała mu to do zrozumienia.
W dodatku niemalże od razu przeszła do kolejnego etapu pokazywania mu jak bardzo traktowała go jak przyjaciela, nawet przez chwilę nie wahając się przed tym, by zacząć mu się zwierzać z prowadzenia badań czy tam podchodów, bo to przecież brzmiało jak podchody, przy kimś innym. Kimś, kto ją interesował. Kimś, kogo nie wymieniła z imienia i nazwiska, ale cholera - to nie znaczyło, że go to nie raziło.
- Nie ma trudnych osobników, wiesz to, nie? - Spytał z pozoru lekko, nawet obdarzając Geraldine spojrzeniem, choć wewnątrz czuł się poirytowany na tyle mocno, że nie umiał powstrzymać tego kolejnego komentarza. - Wy kobiety zawsze szukacie we wszystkim drugiego dna. Trzeciego, czwartego, jeśli potrzeba. Tymczasem to nie takie trudne. Facet albo jest tobą zainteresowany, albo nie jest. To raczej zero-jedynkowe - i jeśli nie chce to do niczego go nie przekonasz, więc czemu nie możesz szukać tam, gdzie faktycznie coś jest?
Cóż, miał serdecznie dosyć pierdolenia o byciu dobrym kawalerem, które tyle razy gdzieś tam padło z jej ust, że brzmiało już jak słowa dobrotliwej cioci albo mało obiektywnej babci dającej mu do zrozumienia, że może miał od cholery braków, żeby przyciągnąć do siebie kogoś, na kim rzeczywiście mu zależy, ale ostatecznie był całkiem przykładną partią, więc w imię zasady, że każda potwora znajdzie swojego amatora, powinien raczej rozglądać się za kimś kto do niego lgnął.
Szczególnie, że nie miał z tym żadnych problemów, nie? Poza tym jednym przypadkiem. Jak na ironię - właśnie tym konkretnym, na którym mu zależało, choć im dłużej o tym myślał tym bardziej to było robienie mu z mózgu wody. Może w istocie dokładnie to było najbardziej fascynujące? To, że nie miał jej zainteresowania?
Starał się zwracać na to uwagę właśnie w tym kontekście, patrzeć na to przez taki pryzmat, ale to nie brzmiało właściwie. Było stanowczo zbyt płytkie. To, co się działo było znacznie bardziej skomplikowane, złożone.
- Jesteś fatalnym użytkownikiem eliksirów. Okropnie strzelasz z kuszy. Nie jesteś zbyt dobrym skrzydłowym, bo płoszysz mi wszystkie panny tym jak wyglądasz. Czy twoje marne zielarskie zdolności pogorszyłyby sprawę? Pozwól, że się chwilę zastanowię - odmruknął, mimo że przecież nie musiał się namyślać, bo odpowiedź byłaby naprawdę jasna, gdyby nie kolejne słowa, które od niej usłyszał. Zabolało. - Nawet, jeśli w Mungu działały to chyba dobrze, że jestem na nie odporny? A ty na moje? Dzięki temu tworzymy taką doskonałą parę. Parę przyjaciół, rzecz jasna - drgnęło mu serce, drgnął mu żołądek, ale na twarzy Greengrassa nie zadrżał nawet jeden mięsień.
Co z tego, że go wykluczyła? Nie pierwszy raz dała mu kosza, prawda? Choć ten chyba powinien być ostatni, bo nigdy wcześniej nie była aż tak wymowna w tym, co mówiła. Wcześniej chyba tylko mu to sugerowała, tak właściwie będąc całkiem dyskretną jak na to, że mogła mu to powiedzieć wprost. Co, w gruncie rzeczy, byłoby cholernie niezręczne i uwłaczające, ale chyba nie tak jak powtarzalne dawanie czegoś do zrozumienia do czasu, kiedy zaczęła tracić cierpliwość.
Okay. Instynktownie kiwnął głową. Zrozumiał. Mieli jasność. Nie musiała dodatkowo wywracać oczami. Wystarczyło, że doskonale wiedział, na czym obecnie stali. Powinien czuć ulgę? Wdzięczność, że nie wygłupił się bardziej przy tej następnej części wypowiedzi? Teraz tylko przyjął kieliszek i umoczył usta w alkoholu, biorąc spory łyk. W innym wypadku mogłoby być bardziej niezręcznie.
- Moją przyjaciółką - odparłby z goryczą przeplecioną z narastającym napięciem, które wreszcie pękłoby jak jedna z tych dymnych baniek, gdyby złapał ją za rękę, wpatrując się głęboko w jej oczy i podejmując jedyną sensowną decyzję. - Moją. Nie przyjaciółką. Po prostu moją. Chcę, żebyś była moja. Teraz, później, zawsze, na zawsze - odnajdując przyzwolenie w jej oczach, błyszczące tam mimo maseczki, przyciągnąłby ją do siebie, ku sobie, zamykając usta Geraldine pocałunkiem znacznie lepszym od tamtej pokazówki na Yule.
Na tym by poprzestali. Przynajmniej tutaj wśród ludzi, bo tu nie wypadałoby im jeszcze pokazywać tego, co mogło być między nimi. Za to chrzaniliby cały ten przebierany bal. Miałby gdzieś swoje wcześniejsze zamiary. To, że planował nawiązać kontakty z jakimiś ludźmi, którzy teraz nagle zupełnie przestaliby go obchodzić. Nie musieliby rozmawiać, nie byłoby potrzeby, żeby cokolwiek między sobą ustalali.
Po prostu teleportowaliby się stąd bez słowa, wymieniając przedtem tylko kilka spojrzeń. Jedno uniesienie brwi, delikatny wymowny uśmiech zanim zniknęliby stąd w ciszy i w pełnej dyskrecji. Wracając do mieszkania, w którym spełniliby wcześniejsze ustalenia, ale w zupełnie inny sposób niż to padło.
Ściągnąłby z niej gorset. Tyle tylko, że szczerze wątpił czy miałby cierpliwość do tego, by go rozsznurować. Pewnie nie. Znał się, ona chyba też dostatecznie go znała, by mieć świadomość, że nie był ani trochę cierpliwy. Po prostu zdarłby go z niej szarpnięciem, pchając ją na kanapę, na której zdarzało mu się zasypiać po długim wieczorze, mimo obecności sypialni gościnnej.
Teraz by tam nie spali. Nie spaliby jeszcze przez jakiś czas, nadrabiając te wszystkie miesiące, kiedy kręcili się wokół siebie. Tamten godny pożałowania rok. Wszystkie wcześniejsze lata, bo czemu mieliby tego nie robić? Byliby blisko. Tak blisko jak nigdy wcześniej. Dużo bardziej właściwie niż teraz, bo byłaby po prostu jego. On byłby jej. Niezaprzeczalnie, wyłącznie, bezapelacyjnie.
A jednak to nie było to, czego chciała. A on wyjątkowo nie zamierzał próbować nic zdziałać. Sama powiedziała mu to jeszcze przed kilkoma chwilami, co zarówno wtedy, jak i teraz, kiedy o tym pomyślał, wywołało u Ambroisa ścisk w gardle.
W sumie skoro teraz mnie lubisz i ja cię lubię, to może bez sensu jest ryzykować? Może lepiej odpuśćmy - przekaz nie mógł być jaśniejszy. Cholernie otumaniał, wywoływał rozgoryczenie, ale przynajmniej był jasny i zbieżny z tym, co mieli do tej pory. Tym, na co Roise sam się zgadzał, więc nie mógł narzekać, nie? To znaczy - mógł, natomiast w tym wypadku nie chciał, bo... ...nie chciał tego tracić, tak? Tego czegoś, co mieli. Nie, nie czegoś, bo przyjaźni. Po prostu przyjaźni.
- Było by to z pewnością wskazane - nie wplótł tam piękna nieznajoma; była piękna i cisnęło mu się to na usta, ale przemlął to w nich zanim ponownie się odezwał. - A nie jesteś kimś innym? Tego wieczoru nikt nie jest sobą. To chyba istota balów maskowych, czyż nie? Jeden wieczór w cudzej skórze - stwierdził powoli, odruchowo bardziej się ku niej nachylając, ale gdy gwałtownie się wyprostowała, on również to zrobił.
Z pozoru luźno wyprostował jedną rękę za plecami, wyciągając kieliszek w stronę Yaxleyówny, aby jej go zwrócić. Potrzebowali zdecydowanie więcej alkoholu, żeby spędzić tu tę noc. Nie za dużo, bo wtedy mogłoby się zrobić znacznie bardziej skomplikowanie, lecz na tyle, by przykryć trochę tę niezręczność i zamknąć czymś usta w tych chwilach, gdy Ambroise czuł, że prawie zaczyna paplać.
To nie było w jego charakterze, ale nagle czuł się cholernie zestresowany możliwością zrobienia czegoś niewłaściwie. Tylko co było a co nie było właściwe?
- Dzięki. Już zaczynałem się zastanawiać czy to dobra stylówka, bo jakoś nie przyciągam do siebie panien - odbił lekko, wcale nie zamierzając dodawać, że ani przez chwilę nie był tym specjalnie przejęty.
Nie chciał panien.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#12
01.12.2024, 13:29  ✶  

- Paproć? Paprocie nie są przecież wyjątkowe, pełno ich w lasach, ale w sumie możesz mieć rację, wiele podobnych kwiatów można spotkać tuż obok. - Nie do końca chyba rozmawiali o kwiatach, albo sobie coś dopowiadała i szukała między wierszami czegoś więcej. Czy właśnie to próbował jej przekazać? że niczym nie wyróżnia się na tle większości kobiet. W sumie to byłoby prawdą, może faktycznie nie miała w sobie nic ciekawego, w końcu była tylko jego przyjaciółką, mógł się przyjaźnić z każdym, to przecież nie było nic wielkiego, prawda? Tylko przyjaźń. Nic więcej. Nawet jeśli chciałaby, aby to było coś więcej, to on chyba próbował jej udwodonić, że nie miała w sobie tego czegoś, co mogłoby sprawić, aby się nią zainteresował w inny sposób. Najwyraźniej musiała się z tym po prostu pogodzić.

- Nie, dlatego chciałam ci to trochę przybliżyć. - Miała ochotę pokazać mu język, bo obeszłoby się bez tej uwagi. Czy myślał, że ona myśli, że w domu zakłada takie fatałaszki, nie, zdecydowanie nie. Po prostu chciała się podzielić z nim swoim cierpieniem. - Skąd wiesz, co mam na myśli, jaką pomoc? Skoro taki z ciebie specjalista to może skorzystasz ze znanych sobie metod? - Obojętne jej było w jaki sposób zdejmie to z niej, znaczy nie do końca obojętne, wiedziała jednak, że tak, czy srak nie będzie to ze sobą niosło niczego więcej. Po prostu czuła, że nie była jak te inne przed nią, spodziewała się bowiem w jakich sytuacjach dochodziło przez niego do udzielenia takiej pomocy i nie, nie myślała o Mungu i o tym, że ktoś mógł tam wylądować przez problemy z oddychaniem. Zdecydowanie nie w tę stronę wędrowały jej myśli. Zastanawiała się, kiedy ostatnio rozbierał jakąś inną kobietę, nie powinna o tym myśleć, niestety nie do końca nad tym panowała, bardzo by chciała być na jej miejscu, ale wiedziała, że to się nie stanie. Powinna wylać sobie na głowę wiadro zimnej wody, albo wskoczyć do tej fontanny, bo jej myśli zmierzały w nieodpowiednim kierunku, zresztą na jej policzkach pojawił się różane rumieńce, kiedy się na tym przyłapała.

- Nigdy nie wybieram łatwych opcji, wolę jak jest trudniej. - Powinien o tym wiedzieć, zreszta teraz też to robiła. Utrudniała to wszystko, bo przecież mogłaby się zebrać w sobie, spróbować odważyć się powiedzieć mu o tym wszystkim, co mąciło jej w głowie, ale bała się to robić. Wybrała więc trudniejszą opcję, lawirowania niebezpiecznie niego, licząc na to, że kiedyś może coś się zmieni, że może zauważy, dostrzeże to, że nie chciała się z nim tylko przyjaźnić. Powinien już to wiedzieć, może nie chciał tego zobaczyć, może próbował to ignorować, bo faktycznie wystarczała mu tylko ich przyjaźń? Na pewno nie raz przyłapał ją na tym, jak wgapiała się w niego bez słowa, przyglądała się jego oczom, ustom, chciała go dotknąć w zupełnie inny sposób niż robili to przyjaciele. Jakoś udało jej się przed tym powstrzymywać, ciekawe jednak jak długo będzie umiała z tym walczyć. Przestała się oszukiwać, że jest dla niej tylko kolegą, kumplem, przyjacielem. To już dawno miała za sobą. Nie myślało się o takich osobach w ten sposób, nie wyobrażało się sobie ich w środku nocy przy swoim boku, w swoim łóżku w objęciach, nie nawiedzały one w snach, nie w ten sposób.

- Myślisz, że jest szansa, że faktycznie uda mi się to zrobić? Zależy mi na tym, żeby ten czar trwał, ale mam wrażenie, że niestety nie ma to racji bytu, najgorzej, kiedy druga strona nie jest zainteresowana, prawda? - Cóż, nie miał pojęcia, że mówi teraz o nim, czyż nie? Zupełnie nie szło jej uświadamianie mu tego, czuła się jak dziecko błądzące we mgle, sugestie tylko utrudniały jej egzystencję. Dlaczego nie potrafiła tym razem powiedzieć wprost, czego potrzebuje? Nie miała pojęcia. Tak byłoby prościej, zamiast tego krążyła wokół niego, próbując w ten pokraczny sposób sugerować mu różne rzeczy. Wiele razy wspominała mu przecież o tym, że był wyjątkową partią, że na pewno wzbudza zainteresowanie kobiet, a ona przecież też była jedną z nich, wliczała się w to grono, tylko, że chyba tego nie zauważał. Tak to już było z dziewczętami, które przyjaźniły się z męską częścią społeczeństwa, często nie były zauważne, czy brane pod uwagę jako ewentualne obiekty miłosne. To nie działało.

- Cóż, trudno mi będzie się nie zgodzić, chociaż byłabym ci w stanie udowodnić, że tego też nie muszę, byleby tylko mieć rację. - Tak, chyba byłaby w stanie przestać oddychać, umrzeć, byleby tylko po raz kolejny wygrać te drobne starcie słowne. Cóż, najwyżej odeszłaby z tego świata, to nic takiego, prawda?

- To nie są prawdziwi przyjaciele Roise, prawdziwi przyjaciele mówią sobie zawsze prawdę, całą prawdę, jak bardzo chujowa by nie była. Jasne, każdy ma swoje zdanie, i właśnie o to chodzi, czasem trzeba otworzyć oczy swoim przyjaciołom, a nie głaskać ich po głowie. Mam nadzieję, że ty jesteś moim prawdziwym przyjacielem. - Tak, liczyła na to, że jest jedną z tych osób, która nie będzie miała problemu ze szczerością, że faktycznie będzie obiektywny, był przecież całkiem rozsądny, posiadał ogromną wiedzę, potrafił odpowiednio oceniać sytuacje. Nie to, że ona nie była aktualnie jego prawdziwą przyjaciółką, nie była z nim szczera, nie do końca, nie umiała być. Trochę jej to ciążyło na sercu, ale bała się przekroczyć granicę, bała się sięgać po więcej, bo co jeśli się zbłaźni, jeśli on ją odrzuci? Z tym trudno by jej się było pogodzić.

Oczywiście, że mogła to ująć inaczej w słowa, prawda? Tyle, że nagle miała mu powiedzieć, że ona nie chce wracać już nigdy z nikim do domu, tylko z nim, że znalazła jedną, jedyną osobę, która była w stanie ją zaciekawić, z którą najchętniej spędzałaby każdą wolną chwilę? Jak niby miała to zrobić, jak zawsze więc wybrała bardzo pokraczną drogę, cóż Yaxleyówna nigdy nie potrafiła ubierać myśli w słowa, łatwiej przychodziły jej gesty.

- Śmiem w to wątpić Roise. - Tak, negowała jego słowa, bo on był trudny, nie potrafiłą go rozgryźć, nie umiała sobie z nim poradzić. Stał się dla niej zagadką, mimo, że przecież byli swoimi przyjaciółmi, spędzali razem dużo czasu, znała go niby, ale nadal brakowało jej pewnych elementów układanki.

- Chociaż, kiedy tak o tym mówisz, to możesz mieć rację, może faktycznie coś sobie dopowiadam. - Najwyraźniej był bardzo pewien swojej opinii, może więc faktycznie mogła między nimi istnieć tylko przyjaźń? Powinna myśleć zero - jedynkowo, tylko przyjaźń, nic więcej, tak, zdecydowanie próbował jej to przekazać.

Nie do końca jej to odpowiadało, ale co z tego? Musiała przywyknąć do myśli, że tak już będzie między nimi, będą się wspierać, spędzać ze sobą czas, być obok siebie. Kiedyś znajdzie sobie jakąś wartościową kobietę, z którą założy rodzine i w jego życiu zabraknie dla niego miejsca, bo to było nieuniknione, która normalna baba pozwoliłaby na to, żeby wokół jej faceta kręciła się jakaś nie do końca normalna dziewczyna?

- Nie powinnam kiedykolwiek myśleć, że nie jesteś w stosunku do mnie obiektywny. - Wspaniale, widać miał o niej naprawdę niesamowite zdanie. Po co się w ogóle z nią zadawał, skoro była taka chujowa we wszystkim? Z litości? Czy z jakiego powodu. Teraz to trochę jej się zrobiło przykro, jak zaczął wymieniać te jej wszystkie wady, chociaż z niektórymi mogła się nie zgodzić, ale skoro w ten sposób ją widział, to trudno.

- Tak, bardzo dobrze, że jesteś na nie odporny, to mogłoby przynieść niepotrzebne komplikacje, gdybyś nie był. - Szkoda tylko, że ona nie była odporna na niego i poczuła teraz okropną gorycz, bo chyba nie było najmniejszej szansy, aby kiedykolwiek to odwzajemnił. Musiała się z tym pogodzić. Tyle, nic więcej nie mogła zrobić.

- Tak, nie ma drugiej takiej pary przyjaciół jak my, prawda? - Nie miała pojęcia, co chciał jej tym przekazać, chociaż chyba zrozumiała aluzję. Była jego kulą u nogi, która tylko przeszkadzała mu w życiu, jasny przekaz, dotarło to do niej. Może powinna więc teraz odwrócić się na pięcie i stąd odejść, skoro tak mu przeszkadzała? Tyle, że to on się do niej dosiadł, to on ją odnalazł w tym tłumie, o co  więc właściwie mu chodziło? Mogłby się zdecydować.

Robiło się bardzo nieswojo, czuła, że ta rozmowa zmierza w nieodpowiednim kierunku, a może właśnie odpowiednim, może w końcu sobie uświadomi, że to nie było nic więcej, tylko przyjaźń, durna przyjaźń którą najchętniej by teraz odrzuciła, bo zaczynała jej ciążyć. Nie chciała być tylko jego przyjaciółką, zdawała sobie z tego sprawę od wtedy, kiedy wrócili z tego zaczarowanego dworku, zawsze chciała czegoś więcej, najwyraźniej musiała pogodzić się z tym, że było to jednostronne, to bolało, nie było przyjemne, ale przecież nie była w stanie go zmusić do tego, żeby spojrzał na nią inaczej, jak na obiekt zainteresowania. Zawsze stroniła od nawiązywania jakichkolwiek bliskich relacji, w tym momencie byłaby skłonna w nią wejść, sprawdzić, czy w ogóle jest to możliwe, tylko dlatego, że dotyczyło to jego. Znała go, wiedziała, że byłaby w stanie spróbować, z nikim innym, tylko z nim, tyle, że on tego nie chciał. Przeszkadzała mu w podrywaniu innych panien, wspaniale, była trochę jak pies ogrodnika, sama nie mogła dostać tego co chciała i nie dawała mu tego, co mógł mieć.

- Mogę być kim chcesz, ten jeden wieczór, ale czy to coś zmieni? Czy później nie przyjdzie zderzenie z rzeczywistością? - Nie miała pojęcia, co jej sugeruje, jeśli faktycznie miał zamiar udawać kogoś innego, ona mogła zrobić to samo. Nie wydawało jej się to szczególnie skomplikowane, tyle, że czuła, że pobudka mogłaby ją zaboleć, powrót byłby trudny.

Sięgnęła po kieliszek, który jej zwrócił, spojrzała na niego, i jeśli w ogóle miała co dopić, to zrobiła to jednym haustem. Nie miała pojęcia co się działo, ale była na to zdecydowanie zbyt trzeźwia, potrzebowali więcej alkoholu, aby pozbyć się tej dziwnej atmosfery, która między nimi zawisła, czuła ją, czy tego chciała, czy nie. Nie dało się jej nie zauważyć.

- Bardzo dobra stylówka, chociaż wcale jej nie potrzebujesz do tego, żeby się dobrze prezentować, przecież zawsze wyglądasz dobrze. - Może nie powinna tego mówić, ale chciała? Cóż, wiele razy już zdarzyło jej się o tym wspominać.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#13
01.12.2024, 17:25  ✶  
Wieczór w ogrodzie trwał. Ciepły wiatr delikatnie muskał skórę zwilżaną wodną mgiełką unoszącą się od strony fontanny za ich plecami. Pastelowy dym wił się coraz śmielej między ludźmi przechadzającymi się po trawniku. Raz po raz dyskretnie umykającymi w kierunku roślinnego labiryntu, by w prywatnym zaułku między liśćmi kraść sobie kolejne coraz śmielsze pocałunki.
Wewnątrz głównego budynku z pewnością działo się wiele, salon, od którego przeszklonych ścian prowadziły w dół kręte, szerokie schody, tętnił życiem, jednak większość balu przeniosła się już całkowicie na zewnątrz.
To tutaj świętowanie miało trwać do białego rana, nawet jeśli czarodziejów i czarownic ubywało. Niektórzy znikali, inni pojawiali się z rozczochranymi włosami, drobnymi listkami zaczepionymi na brzegach peleryn i nieco roztartym makijażem. W klimacie stworzonym przez gospodarzy łatwo było ulec zapomnieniu i wrażeniu, że tej nocy każdy mógł być kimś zupełnie innym.
Bez wielu codziennych zahamowań, pozbawiony skrupułów i ograniczeń, człowiek mógł łatwo dać się ponieść wyobraźni i zazwyczaj tłumionym pragnieniom. Szczególnie pod wpływem alkoholu a może i tej delikatnej, kadzidłowo-kwiatowej mgiełki, która prawie na pewno była dziełem któregoś z krewniaków Ambroisa, więc mogła być dosłownie wszystkim.
Słodkim, narkotycznym woalem zapomnienia i zatracenia albo czymś efektownym, ale całkowicie niewinnym. Za to sprawiającym wrażenie, jakby miała działać w jakiś magiczny odprężający sposób i dzięki temu pchającym czarodziejów do postępowania tak, jakby faktycznie byli odurzeni.
W takiej atmosferze wystarczyło bardzo niewiele, żeby dać sobie przyzwolenie na robienie czegoś, co zazwyczaj nie byłoby mile widziane. Przecież Roise doskonale zdawał sobie z tego sprawę. To nie był jego pierwszy bal maskowy, jednak tym razem było inaczej.
Tym razem Greengrass siedział na brzegu fontanny, w blasku migoczących świateł, które zdobiły otaczające drzewa. Jego wzrok był utkwiony w niej. W Geraldine, która właśnie ponownie wykrzywiła rzeczywistość wbrew temu, co jej powiedział i jakie miał intencje, gdy przyrównał ją do paproci.
Siedząc przy fontannie, gdzie woda delikatnie szemrała, próbował zrozumieć, co tak bardzo go w niej fascynowało. Co tak właściwie sprawiało, że jeszcze w ogóle podejmował jakiekolwiek próby przekonania Yaxleyówny do siebie i dania jej do zrozumienia, że cokolwiek mówił, nie chodziło mu o to, by zachowywać się jak jej przyjaciel.
Nie, gdy jedynym, o czym myślał to powoli nachylić się ku niej, zagarniając jej usta i wybijając Geraldine z głowy te bezsensownie samokrytyczne myśli, bo nie - nie taką paprocią dla niego była. Czy naprawdę tego nie dostrzegała? Za każdym razem, gdy na nią patrzył, musiał prędzej niż później odwrócić wzrok, bo jej widok zaczynał go boleć.
Nie dlatego, że miał ją za przeciętną, jedną z wielu. Dlatego, że nie mógł pozwolić sobie na to, aby otwarcie ją podziwiać. Dotykać, całować, odkrywać każdy centymetr ciała pod opuszkami palców, zatracać się w niej, nie adorować jej wewnątrz własnego zmieszanego i zagubionego umysłu tylko mówić jej, że dla niego była cholera najpiękniejsza. Wyjątkowa. Jedyna.
- Mylisz się, ale powiedzmy, że ci to wybaczę - odpowiedział poważnie, posyłając jej przeciągłe spojrzenie i nieznacznie kręcąc głową. - Nie o to mi chodziło, jednak jeśli już tak bardzo krytykujesz paprocie, zmuszasz mnie do bycia ich adwokatem. Nigdy nie zastanawiałaś się, co sprawia, że są tak powszechne? Co powoduje, że znalazły się praktycznie wszędzie? Odnalazły się, bo pełnią znaczącą rolę w ekosystemie. Leczą, oczyszczają, zapewniają schronienie. Są uważane za ogniwo łączące niższe i wyższe rośliny, dostarczają cennych informacji na temat ewolucji flory, bo przetrwały tyle tysięcy, wręcz milionów lat, że bez nich byłoby nam znacznie trudniej wyrokować o czymkolwiek. Dają pożywienie roślinożercom. Chronią ziemię przed utratą wilgotności. Użyźniają glebę. Są... ...istotne - stwierdził cicho, wpatrując się w Geraldine przez chwilę.
Suknia, w którą była ubrana, nie przypominała żadnej, jaką kiedykolwiek widział. Była stworzona z żywych kwiatów, które wraz z ciasnym gorsetem opinały i otulały jej sylwetkę, jakby sama ziemia postanowiła obdarzyć ją swoim najpiękniejszym darem. Co prawda wiedział, że to nie była ziemia tylko stara wiedźma, ale efekt pozostawał tak samo oszałamiający. Zwłaszcza dla kogoś takiego jak on. Dla kogoś, kto doceniał te wszystkie lilijki alpejskie i drobne szczegóły.
- Poza tym kwiat paproci - mruknął, tym razem śledząc wzrokiem jakąś rozchichotaną parę ciągnącą się za ręce w głąb labiryntu do tej jeszcze bardziej intymnej części ogrodu. - Zapominasz o kwiecie paproci - upomniał dziewczynę, nie rozwijając mimo to tematu, bo wtedy niechybnie zaczęliby brnąć trochę za daleko i za głęboko.
On by zaczął, bo przecież to o niego chodziło. Było względnie oczywiste, że działała tu w większości jego wyobraźnia i myślenie życzeniowe. Za cholerę mu się to nie podobało, dlatego jeszcze nie do końca był w stanie to sobie przyznać, ale mijały kolejne miesiące i nic się między nimi nie zmieniało. Nawet teraz w tej atmosferze mistycznego, eterycznego wieczoru wypełnionego subtelnymi zapachami i lawendową mgłą rozciągającą się wokół.
Niektórym bardzo łatwo byłoby się zapomnieć. Im pewnie również, gdyby tylko oboje tego chcieli i potrzebowali wyłącznie tego drobnego pretekstu, który wystarczyłby do zburzenia murów i zatarcia się granic. Ambroise widział to pośród innych ludzi. Kto wie, może nawet tamten żałosny bajarz miał mieć tego wieczoru odrobinę szczęścia i znaleźć kogoś kogo zabrałby do domu.
Oni też chyba mieli tam razem wrócić, ale kolejny raz nie w ten sposób, którego Greengrass najbardziej by pragnął. Wbrew temu, co usłyszał od Geraldine, na jego usta wpłynął wyłącznie cyniczny uśmieszek. Szukał podtekstów tam, gdzie ich nie było, więc nic dziwnego, że jej słowa zabrzmiały dla niego przytłaczająco wieloznacznie.
- Rozumiem - kiwnął głową, obdarzając blondynkę przelotnym poważnym spojrzeniem. - Znam cię - stwierdził krótko, starał się nie brzmieć przy tym jak ktoś, kto mówił te słowa z goryczą, ale chyba średnio mu to wychodziło. - Wiem, że nie mamy na myśli tych samych metod, a nawet jeśli to nie są to metody, z których moglibyśmy kiedykolwiek skorzystać - naprawdę usiłował nie dać poznać po sobie, ile go to kosztowało, żeby tego wszystkiego teraz nie zepsuć.
Zdecydowanie zbyt pochopne słowa cisnęły się na usta Ambroisa. Za bardzo skomplikowane były ścieżki, którymi obecnie podążał wewnątrz swojego mózgu. To nie były ani trochę właściwe tory. Nie przynosiły nic dobrego. Jedynie złudne wyobrażenia w postaci tych obrazów, które sprawiały, że ciemniało mu spojrzenie a oczy mimowolnie uciekały w kierunku warg dziewczyny.
Była tak blisko, kiedy się ku niemu pochyliła, żeby szeptać mu swoje całkowicie niewinne słowa. Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego jak na niego działała i jaką słodką torturą była jej tak bliska obecność, że wystarczyłoby, żeby się trochę ku niej przesunął i mógłby ją pocałować. Chodziło o kilka centymetrów, ruch głowy. Tylko tyle i aż tyle.
- Bzdura. Nikt nie lubi jak utrudnia mu się życie - zakwestionował, zaprzeczył, wytknął jej coś?
Sam nie wiedział, bo jego ton głosu zabrzmiał stanowczo zbyt głęboko i za mało zdecydowanie. Raczej jak pomruk niż coś, co powinno znaleźć miejsce w tej chwili. Zresztą za sekundę mimowolnie się wyprostował, mając nadzieję, że to sprawi, że Geraldine również to zrobi.
Ta cała bliskość, mimo że sam podświadomie do niej dążył, zdecydowanie mu nie służyła. Kiedy byli tak blisko siebie, bardzo trudno mu było trzymać ręce przy sobie, a przecież zapewniał Yaxleyównę, że umie to robić, gdy chodzi mu wyłącznie o platoniczne przebywanie obok siebie.
Bowiem w teorii to umiał. Potrafił zachować się przy swoich innych przyjaciółkach. Jedynie ona była dla niego wyzwaniem. Trudnym orzechem do zgryzienia. Cholernie ciężkim przypadkiem. Otwartą księgą, ale w języku, którego nie znał zbyt dobrze. Miał trudność, aby ją właściwie interpretować. Wydawało mu się, że kiedy zacznie próbować stosować jakąś formułę, wszystko może równie dobre zadziałać jak i wybuchnąć.
Nie chciał jej tracić, ale nie chciał być jej przyjacielem.
- Co mam ci powiedzieć? Nic nie zrobisz, żaden czar nie zadziała, jeśli druga strona nie jest zainteresowana - wzruszył ramionami, raczej chcąc za wszelką cenę ponownie uniknąć wchodzenia na ten grząski grunt rozmowy o kimś, o kim nie chciał słyszeć.
Nie chciał być jej przyjacielem. Szczególnie nie od spraw sercowych.
- Nie. Jeśli określasz to w takich kategoriach, nie jestem twoim prawdziwym przyjacielem - odpowiedział szczerze, nawet się nie uśmiechając, tylko wzruszył ramionami. - Wiesz doskonale, że jestem w stanie powiedzieć ci moje zdanie. Nieważne jak bardzo jest przeciwne do twojego. Natomiast czy zawsze jestem z tobą całkowicie szczery? Odpowiedz sobie. Czy ty jesteś? - Nie zarzucał Yaxleyównie nieszczerości a jedynie zwracał dziewczynie uwagę na to, że nie dało się być całkowicie szczerym.
Nie w sytuacji jakiejkolwiek przyjaźni a w ich przypadku to już w ogóle. On nie mógł tego powiedzieć o sobie. Starał się być jej kolegą, kompanem, towarzyszem, przyjacielem, natomiast nie usiłował mydlić jej oczu.
Nie mówił jej całej prawdy. Nie dlatego, że by jej nie zniosła, bo tego nie wiedział, mimo że się znali i spędzali ze sobą naprawdę dużo czasu. Przez to, że uważał, że to po prostu zbyt wiele by naruszyło. Nie chciał popsuć czegoś takiego bez wiedzy, że podejmowane ryzyko miało jakiekolwiek szanse powodzenia.
- Masz do tego prawo, ale w tym wypadku wiedz, że jestem twoim prawdziwym przyjacielem i nie zdradzałbym ci takich sekretów, gdybym nie miał pewności - zatrzymał spojrzenie na oczach Yaxleyówny, lekko unosząc kąciki ust; wymuszenie, ale pewnie tego nie widziała. - Nie siedzę w jego głowie, ale jeśli masz wątpliwości to pewnie są ku nim podstawy - stwierdził mając szczerą ochotę zakończyć ten temat.
Nigdy nie pchał się do tego, żeby być przyjacielem Geraldine w tym zakresie. Nie zamierzał tego zmieniać. To nie on był od tego, żeby dawać jej miłosne rady. Nie zdzierżyłby, gdyby kazała mu to robić i gdyby raz po raz przychodziła do niego ze swoimi wątpliwościami, co do tego czy jakiś gach ją kochał, czy może wyłącznie pogrywał sobie jej uczuciami.
On by tego nie robił. Nie pozwoliłby sobie, żeby tak bardzo raz po raz pieprzyć sprawę. Starałby się, bo przecież w tym momencie też zachowywał się właściwie. Potrafiłby to robić również wtedy. Miał co do tego pełną świadomość i pewność, bo może tak - był graczem, ale w tym jednym wypadku wcale nie chciał grać. Ani dłużej, ani wcale.
- Ależ jestem bardzo nieobiektywny - zaprzeczył, kwitując to wzruszeniem ramion. - Masz sto procent pewności, co do tego, że zawsze to będzie subiektywne. Nawet nie próbuję - był z nią szczery, nie?
Ten rodzaj szczerości mógł jej zaoferować. Nie zamierzał okłamywać Geraldine. Nigdy nawet nie usiłował patrzeć na nią w obiektywny sposób. Nieważne na jakim etapie była ich relacja. Za każdym razem patrzył na nią przez pryzmat swoich uczuć i emocji. Teraz akurat strasznie pogmatwanych.
- Mhm - trochę było na to za późno, czar działał, chciała tego czy nie. - Jesteśmy ze wszech miar wyjątkowi - odmruknął bardzo neutralnie, mimo że sam przyprawił się tym o rozgoryczenie.
Nie chciał, aby byli parą w tym sensie. Nie parą przyjaciół. Nie duetem, który skupiał się na współpracy w jakimkolwiek zakresie po za tym, co budowało ich wspólną przyszłość. Nie chciał budować z nią zamków na piasku, mając świadomość tego, że prędzej czy później znajdzie się ktoś inny od niego, kto to zdepcze, rozpierdoli, ukradnie mu ją (choć nigdy nie była jego, w tym tkwił problem) i tyle będzie z tego najlepszego duetu.
Tyle ze złudzeń, że kiedyś wypuści go z tej strefy przyjaźni, w którą się wplątał. Jak jakiś ćwok i frajer. Zupełnie nie jak on, sam się obecnie nie poznawał i ani trochę nie lubił tego, co mu niewychodziło, ale czy było jakiekolwiek inne wyjście?
Obecnie chyba nie, skoro Geraldine stawiała to wszystko tak a nie inaczej. Jej słowa były jednoznaczne, nie mógł ich już spróbować wyrwać z kontekstu, przynajmniej tego wieczoru.
- Nie, nie sądzę, że możesz. Poza tym masz rację. Skoro teraz mnie lubisz i ja cię lubię, to może bez sensu jest ryzykować? Może lepiej odpuśćmy bycie kimś innym i bądźmy sobą - odezwał się cicho, powoli odpuszczając ten wcześniejszy ton, którym próbował coś... ...wskórać?
Nie do końca wiedział, ale to nie miało znaczenia, bo zgrabnie odbiła jego wszelkie sugestie. Poczuł się urażony, cynicznie się uśmiechając, gdy znów usłyszał od Geraldine jakąś wersję tego dobrego kawalera. Nie musiała go teraz klepać po główce.
- Co mogę powiedzieć? Jestem najlepszą partią, muszę dbać o standardy - stwierdził bez mrugnięcia okiem.
Mhm. Mógł mieć wszystkie. Tylko nie tą jedną, którą chciał. Los sobie z niego przepięknie zadrwił.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#14
02.12.2024, 00:37  ✶  

Kadziła unosiły się w powietrzu, miała wrażenie, że ich zapach jest coraz bardziej wyczuwalny, że ktoś chyba postanowił nieco bardziej skupić się na tym, aby nastrój był odpowiedni. Zastanawiała się, czy mogą one nieco bawić się z jej umysłem, wiedziała, że niektórzy czarodzieje chętnie korzystali z takich magicznych dodatków podczas swoich przyjęć. To rozluźniało towarzystwo, powodowało, że goście czuli się lżej, przestawali się przejmować czymkolwiek, przekraczali granice. Pokazywali kim są naprawdę, czy wręcz przeciwnie? Stawali się kimś zupełnie innym. Nie miała pojęcia, nie zamierzała się nad tym zastanawiać, trochę się bała, że może poczuć się zbyt lekko i sama podążyć tą ścieżką, bo to mogło się skończyć źle.

Zwłaszcza, kiedy Ambroise znajdował się tak blisko niej, stykali się ramionami, właściwie zaczęli to robić, gdy nieco się do niego przysunęła. Nie chciała się odsuwać, pragnęła jego bliskości, tyle, że nie potrafiła mu o tym powiedzieć, była to dosyć mocno patowa sytuacja, nie miała pojęcia, co powinna zrobić, jak się zachować. Dlatego też tak siedziała, prowadziła z nim tę dziwną konwersację, jakby byli tylko i wyłącznie najlepszymi przyjaciółmi, chociaż wydawało jej się, że sprawy komplikują się coraz bardziej, na pewno z jej strony i z jej umysłu i serca, które postanowiły jej udowadniać, że nic nie jest wcale takie proste. Na szczęście muzyka grała w tle, więc nie było szans, żeby usłyszał, jak szybko zaczęło bić jej serce. Przynajmniej tak się jej wydawało. Pojawiał się też dziwny ścisk na żołądku, kiedy się w nią wpatrywał, ciężar? Może to były te mityczne motyle, o których opowiadali w książkach, czy to możliwe, że się w nim zakochała? Powinna się nad tym zastanowić, zdecydowanie nie teraz, i nie kiedy znajdował się tak blisko niej. Najlepiej, aby zrobiła to na spokojnie, kiedy nie będzie musiała martwić się ewentualnym upokorzeniem. Miała wrażenie, że coś się między nimi działo już od jakiegoś czasu, może od samego początku? Na pewno po wizycie w zaczarowanym dworze wiele się zmieniło, tyle, że dlatego wtedy już nie przyznała mu, że to jest coś więcej z jej strony niżeli tylko przyjaźń. Sama komplikowała to wszystko, sama nie radziła sobie z tym, co czuła.

Chętnie skorzystałaby z okazji, mieli maski, mogli być kim tylko chcieli, może to był odpowiedni moment na taką próbę, bo czemu by nie, tyle, że jak jutro spojrzałaby mu w oczy, gdyby czegoś spróbowała, a on by tego nie chciał? Nie mogła ryzykować, nie chciała go do siebie zrazić, nie kiedy teraz mogła spotykać Roisa niemalże codziennie. Gdyby coś poszło nie tak, na pewno brakowałoby jej jego towarzystwa, tych bystrych, zielonych oczu, idealnej twarzy, uśmiechu, który pojawiał się dosyć często. Przymknęła na chwilę oczy, próbując odsunąć od siebie te myśli. Skup się kurwa. Nie mogła, aż tak odpływać. Zacisnęła dłonie w pięści, aby powrócić do rzeczywistości, nie mogła sobie pozwalać teraz na takie przemyślenia.

- Jesteś dla mnie wyjątkowo łaskawy, ale to chyba profity wynikające z bycia twoją najlepszą przyjaciółką? - Co chwilę wytykał jej błędy w myśleniu, nie miała pojęcia, czy faktycznie coś było z nią nie tak, pewnie istniała taka możliwość. Cóż, całkiem szybko postanowił jej wyjaśnić swój punkt widzenia.

- To nie tak, że je krytykuje, po prostu stwierdziłam fakt. - Wzruszyła jeszcze ramionami, jakby wcale nie widziała w tym nic złego, bo przecież nie oceniała, nie wydawało jej się to wcale czymś nieodpowiednim. - Cóż, widać bardzo zależało im na tym, aby faktycznie mieć wiele zastosowań, może pospolitość wcale nie jest taka zła. - Roise zdecydowanie potrafił zmienić jej punkt widzenia, nie powiedziała o tym jednak w głos, żeby nie przyznawać mu racji, bo zbyt często się to zdarzało. Może i chuja się znała na roślinach, jednak nie chciała pokazywać, że tak łatwo może wpływać na zmianę jej zdania, a zdecydowanie mógł. - Kwiat paproci to wyjątek, nigdy żadnego nie znalazłam, nie sądzę, żeby faktycznie istniał. - Nie, żeby poszukiwała go jakoś bardzo intensywnie. Słyszała, że ponoć ktoś, kiedyś, gdzieś natrafił na ten kwiat, jednak nigdy jej się to nie zdarzyło. Może źle podchodziła do poszukiwań, czy coś, to też było prawdopodobne. - Może kiedyś uda mi się go znaleźć, wtedy będę mogła potwierdzić twoją tezę. - Co do wyjątkowości tej rośliny oczywiście.

- Skoro jesteś tego taki pewien, to nie zamierzam tego negować. Jeśli mówisz, że to nie są metody z których kiedykolwiek moglibyśmy skorzystać, to niech tak będzie Roise, nigdy jednak nie mówi nigdy, kto wie, co mnie kiedyś opęta. - Tak, należała do osób, które tak łatwo nie zakładały pewnych rzeczy, szczególnie, kiedy jej na czymś zależało. Może to nie był odpowiedni moment, aby wrócić z nim do domu w nieco inny sposó niż zazwyczaj, jednak nie zakładała, że kiedyś się to nie wydarzy. Na pewno nie była w stanie dusić tego w sobie przez dłuższy czas, już wystarczająco długo się męczyła. To nie przynosiło jej nic dobrego, czuła, że na dłuższą metę bycie obok nie będzie wystarczające, wtedy albo zrobi krok do przodu, albo zupełnie się odsunie. Nie chciała cierpieć, nie chciała myśleć o tym, co mogłaby mieć.

- Nie zgadzam się z tobą, istnieją osoby, które lubią się torturować. - Siedziała tu w końcu przed nimi, była żwywym przykładem potwierdzającym to, o czym mówiła. Tyle, że on tego nie wiedział, nie widział tego, co miała mu do przekazania, strasznie opornie jej szło tłumaczenie mu o co chodzi, nie chciała jednak być bezpośrednia, mimo, że była noc nie była w stanie chyba spojrzeć mu w oczy i sięgnąć po prawdę, brakowało jej odwagi. Niestety.

Zauważyła, że się wyprostował, zupełnie niespodziewanie, cóż, zrobiła to samo, a nawet odsunęła się od niego odrobinę, niemalże niezauważalnie. Czy powiedziała coś nie tak, coś zrobiła? Nie miała pojęcia, nie chciała wiedzieć, traciła grunt pod nogami i nie do końca rozumiała, co się właśnie między nimi działo. Próbowała w jakiś pokrętny sposób przekazać mu, że miał specjalne miejsce w jej życiu, że gdyby tylko chciał, to mogłaby być dla niego kimś więcej, niż tylko przyjaciółką, ale nie szło jej to szczególnie dobrze. Jej aluzje rozmywały się w powietrzu, mieszały z tym ledwie zauważalnym kadzidłowym dymem, który można było dostrzec nad nimi.

- Jasne, dotarło to do mnie. - Powiedziała nieco bardziej oschle, niż planowała. Rozumiała, co miał jej do powiedzenia, nic z tego nie będzie, trudno, jakoś sobie z tym poradzi, przynajmniej powinna? Prędzej, czy później oswoi się z myślą, że jej nie chciał, że nie patrzył na nią w ten sposób.

Kolejne słowa przyniosły kolejne rozmyślenia. Nie był z nią w pełni szczery, no, ona z nim też, trochę ją to martwiło, bo wydawało jej się, że mówią sobie o wszystkim, no, prawie o wszystkim. Ona miała świadomość, że nie dzieliła się z nim tylko i wyłącznie tą jedną rzeczą, która mogłaby popsuć to, co było między nimi, ale co właściwie on ukrywał przed nią? To ją martwiło. - Cóż, to rozjaśnia sytuację. - Nie, nie rozjaśniało jej wcale, a tylko dowodziło, że coś przed sobą ukrywają.

- Tak, są ku temu podstawy, ale nie ma sensu o tym dyskutować, zapomnij o tym temacie. - Nie było sensu rozmawiać z Roisem o tym, dlaczego jej nie chce, szczególnie, że chyba nadal nie zdawał sobie sprawy, że chodziło jej o niego. Ta rozmowa nie miała najmniejszego sensu, może kiedyś przeprowadzi ją w nieco inny, bardziej precyzyjny sposób, o ile zbierze się na odwagę. To pewnie nie zdarzy się szybko, nie kiedy tak usilnie próbował jej udowodnić, że są tylko i wyłącznie przyjaciółmi. Zrozumiała aluzję, ale on chyba nie. Może to i lepiej, nie będzie musiała jutro mierzyć się z konsekwencjami, które mogły przynieść te wszystkie słowa, które padały z jej ust.

- Przynajmniej w tym jesteś ze mną szczery. - Ustalili już przecież przed chwilą, że nie we wszystkim był. Mogła mieć świadomość, że to co jej mówił nie było obkietywne, to też otwierało jej oczy, ale powinna się tego spodziewać. Roisa miał o niej pewne zdanie i powinna je zaakceptować, szczególnie, kiedy zwracał jej uwagę jaka beznadziejna była we wszystkim, czego się dotykała, pewnie szybko nie zapomni tego wcześniejszego komentarza.

- Teraz musimy tylko coś zrobić z tą naszą wyjątkowością, bo szkoda ją zmarnować, nie sądzisz? - Skoro to zuważali, to warto było to wykorzystać, szkoda, aby taki potencjał się marnował. Zdecydowanie mogli mieć jeszcze więcej niż teraz, już ona wiedziała, o co konkretnie jej chodziło, oczywiście, że nie sięgnęła po konkrety, mógł się przecież domyślić o co jej chodziło, prawda? To wcale nie było takie trudne, ciągle mu to sugerowała, szkoda, że on był jak ściana, od której odbiały się te jej sugestie. Cóż, powinna sięgnąć po bezpośredniość, zbyt wiele niedopowiedzeń zaczynało wisieć między nimi, zauważała to. Robiło się gęsto, przynajmniej z jej strony i wolałaby tego uniknąć, szkoda by było zaprzepaścić tę znajomość przez jakieś chwilowe zaślepienie i chęć spróbowania zyskania czegoś więcej, ale może było warto? Na pewno było warto, mogłaby go teraz pocałować, zupełnie bez słowa i zobaczyć, jak zareaguje, postawić go pod ścianą, nie mówić nic, tylko dać ponieść się chwili, ale nadal tego nie robiła, pozwoliła aby rozsądek dzisiaj przejął władzę nad jej ciałem, co nie zdarzało się zbyt często.

- Lubimy się nawzajem, tyle dobrego, gorzej by było, gdybym tylko ja cię lubiła, a ty mnie wcale, albo na odwrót, to musiało by być dopiero okropne. - Trochę tak było, przecież lubiłą go bardziej niż on ją, mimo, że ustalili, że lubią się tak samo. To nie była prawda i nie do końca jej się podobało, że wszystko zaczęło zmierzać w tym kierunku. - Tak, bądźmy sobą, bez sensu jest udawać, szczególnie, że to tylko jedna noc, rano wszystko będzie jak dawniej. - Nic nie miało się zmienić i tym razem, musiała przywyknąć do tej myśli. Jakoś to przetrawi, jakoś sobie z tym poradzi.

- Tak, już dawno to ustaliliśmy, że nie ma lepszej partii od ciebie, na pewno wiele panien cierpi z powodu, że marnujesz się teraz u mojego boku. - Widziała spojrzenia skierowane w ich kierunku, miała świadomość, że wokół nich znajdowało się wiele kobiet, które chciałyby teraz siedzieć tutaj, obok niego na tej fontannie, a on wybrał jej towarzystwo, może nie do końca w sposób, w jaki tego chciała, ale to i tak było lepsze niż patrzenie na Ambroisa, któy mógłby się w tej chwili, tutaj obściskiwać z jakąś głupią panienką. Tego by chyba nie zniosła.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#15
02.12.2024, 14:37  ✶  
- Nie - odpowiedział odruchowo, zupełnie bez większego zastanowienia, dopiero po tym orientując się jak to zabrzmiało. - To znaczy... ...tak i nie. Poniekąd. Nie spodziewaj się ich zbyt często i za bardzo, bo mogą się zmieniać w zależności od sytuacji - uprzedzając, jakoś wyjątkowo nie zamierzał patrzeć jej prosto w oczy.
No, kurwa, ciekawe, czemu.
- Jak widzisz - zaczął bez chwili zawahania - to zdecydowanie nie był fakt. Naprawdę myślisz o mnie tak źle, że sądzisz, że bym cię chciał obrazić? Rok temu jak najbardziej, natomiast wtedy nazwałbym cię senecio vulgaris lub coś w tym rodzaju, zwracając uwagę na twoją niepowstrzymaną zdolność do rozpleniania się i zagarniania przestrzeni albo... ...o, artemisia vulgaris, co w gruncie rzeczy byłoby komplementem. Zważywszy na to, ile zastosowań ma bylica pospolita, natomiast - przerwał sam sobie, znacząco akcentując ostatnie słowo - jesteś chyba jedyną znaną mi osobą, którą można rozzłościć nazywając ją paprotnikiem, zwłaszcza przydatnym.
Możliwe, że to on był niejasny w tym, co dawał jej do zrozumienia? Niby nie chciał brać pod uwagę takiej możliwości, bo starał się nie zachowywać nieracjonalnie, ale coraz trudniej mu to przychodziło. Jednocześnie nie chciał mówić niczego i pragnął powiedzieć jej dosłownie wszystko. To było naprawdę cholernie skomplikowane. Z dnia na dzień robiło się coraz trudniejsze.
- Kwiatów paproci poszukuje się w szczególnych warunkach. Wyłącznie w wąskim przedziale czasowym w samym środku nocy - przypomniał jej uprzejmie, starając się nie rozważać zbytnio tego, ile razy i z kim go wtedy poszukiwała.
I co tak właściwie miała na myśli przez możliwość potwierdzania jego tezy w praktyce. A potem ta sugestia. Czy to tak naprawdę była sugestia? Żart? Pochopnie rzucone nieśmieszne słowa mające wprawić go w zakłopotanie i zbić go z tropu, aby powiedział jej coś w rodzaju no, chyba nie?, żeby rzucił Geraldine jawnie pełne udawanego obrzydzenia spojrzenie?
No, bo przyjaciele przecież nie sugerowali sobie takich rzeczy. Jasne, czasami rozmawiali ze sobą w taki sposób, że Ambroise nie miał żadnej pewności, czy to jeszcze lekka, niezobowiązująca rozmowa czy może coś mu się wydaje, czy rzeczywiście to zakrawa o flirt. I czy tylko jednostronny, czy też może dający im szansę na to, aby kiedyś mogli inaczej na siebie spojrzeć?
Natomiast w tym momencie rzeczywiście udało jej się go skonfundować. Przynajmniej na tyle, żeby odruchowo na nią spojrzał, starając się wyczytać cokolwiek z głębi jej oczu. Mimowolnie odchrząknął.
- Czy życzysz sobie poinformować mnie uprzednio o tym opętaniu? Tak, żebym mógł wiedzieć, że do niego doszło i że przemawia przez ciebie coś innego niż nagła sympatia? - Te słowa były dziwne, nietypowe, ani trochę do niego nie pasowały.
Natomiast zdecydowanie nie wiedział, w jaki inny sposób miałby zareagować na wypowiedź Geraldine. Na sugestię? Pół-sugestię? Brak sugestii tylko wyłącznie chęć wywarcia na nim jakiegoś wrażenia? Nie chciał jej dawać pożywki, natomiast wszystkie kolejne komentarze zdecydowanie niczego nie rozjaśniły. Miał wrażenie, że znowu się poplątali.
- A nie robimy? Wydaje mi się, że robimy - przeniósł spojrzenie w kierunku Geraldine, starając się wyczytać coś z jej twarzy, nawet jeśli miała na sobie tę cholerną maseczkę.
To znaczy - wyglądała w niej wyśmienicie. Cholernie atrakcyjnie, choć wcale jej do tego nie potrzebowała. Tak czy siak mógłby ją teraz do siebie przyciągnąć i pocałować, doskonale wiedząc, kim oboje byli i nie zamierzając korzystać z wymówki anonimowości tego wieczoru. Nie potrzebował tego, bo chciał Yaxleyówny, nie tego, za kogokolwiek się obecnie przebrała.
- Całe szczęście lubimy się dokładnie tak samo, nie? Nie ma tu dysonansu, nikt nie lubi nikogo słabiej czy mocniej, co w obu kierunkach mogłoby być niewygodne. Perfekcyjna harmonia. - odrzekł gładko, nie przenosząc wzroku na dziewczynę, bo kłamstwo skierowane w jej stronę było tak lekkie wyłącznie przez to, że na siebie nie patrzyli.
Bowiem oczy były zwierciadłami duszy. Zawsze tak mówiono i tkwiła w tym niezaprzeczalna prawda. Dlatego coraz rzadziej spoglądał w kierunku Yaxleyówny, kiedy widział, że ona na niego patrzy i dlatego nie utrzymywał zbyt długiego kontaktu wzrokowego.
Wbrew temu, co robił zazwyczaj, ale powoli zaczynał odnosić wrażenie, że przy niej to był powtarzalny motyw. Zachowywał się jak ktoś zupełnie inny. Nie podobało mu się to, jednak pewne reakcje były zbyt instynktowne, by był je w stanie powstrzymać zanim już miały miejsce.
Słysząc kolejne słowa towarzyszki, mimowolnie pokręcił głową, powstrzymując ciężkie westchnienie, bo kurwa ponownie w żadnym wypadku mu o to nie chodziło. Kolejny raz niewłaściwie zinterpretowała jego wypowiedź. To też chyba było już nowym powtarzalnym motywem. Raz za razem, raz po raz.
- Kto powiedział, że się marnuję? - pytająco uniósł brew, spoglądając na Geraldine wyłącznie kątem oka, bo temat znów zaczął się robić grząski.
Raczej wolał nie patrzeć na nią wprost, bo to nie prowadziłoby do niczego dobrego. Atmosfera zrobiła się gęsta i to nie tylko od słodkiego kadzidłowego dymu, który powoli płynął po ogrodzie w podmuchach lekkiego, ciepłego wiatru. Może tylko mu się wydawało, ale kolejny raz tego wieczoru niemalże zapadła między nimi ciężka, kręcąca w uszy cisza, której powinni unikać.
- Niby nie ma, niby nie. W praktyce też wydaje mi się, że dla większości jestem bardziej niż niczego sobie a widzisz - rozkładając ręce, wzruszył ramionami - jednak w dalszym ciągu siedzimy tutaj jak dwa starzejące się gołąbeczki nie do pochwycenia. No, nie ukrywajmy. Też cię blokuję. Co gorsza, bez poczucia winy - z pozoru bardzo swobodnie wzruszył ramionami, kwitując to machnięciem głową w kierunku tłumu zbierającego się w okolicach najdłuższego i najszerszego stołu, przy którym ewidentnie coś się działo. - Tamci tam to abderyci - wyjaśnił zupełnie tak, jakby właśnie wyłącznie o to mu chodziło.
Przecież to było całkiem normalne podejście. Nie chciał posyłać swojej najlepszej przyjaciółki w kierunku ludzi, którzy swoim poziomem znacznie odbiegali od tego, jaki ona prezentowała. Znał znaczną część z tych czarodziejów. Niestety nie wątpił, że Geraldine również, natomiast dawał sobie prawo do wyrokowania o ich mało światłych umysłach oraz zdecydowanie niskich motywach i intencjach godnych pożałowania.
Jednocześnie chcąc i nie chcąc dać Yaxleyównie do zrozumienia, że w gruncie rzeczy nie dostrzegał tam nikogo dla niej, bo najwłaściwszy człowiek prowadził z nią tę rozmowę. Był zainteresowany, cholernie zainteresowany, miał do niej szacunek, znali się niemalże od wszystkich stron, wiedzieli o sobie naprawdę dużo jak na to, co zazwyczaj wiedzieli o sobie inni ludzie.
Byli doskonałą parą przyjaciół i jeśli tylko wykluczyliby z tego ten jeden zbędny element, zostawiając go w równaniu, ale jednocześnie skupiając się w szerszej na czymś innym to... ...może to nie byłoby aż tak skomplikowane? Nie chciał być jej najlepszym przyjacielem. Jasne, przyjaźń pełniła istotną rolę w tym, aby się ze sobą dogadywać, ale Ambroise bardzo chętnie oddałby to określenie.
Był najlepszy, oczywiście, w swoich oczach w wielu rzeczach. Natomiast dla dobra sprawy wolałby, żeby to ktoś inny został powiernikiem sekretów uczuciowych Geraldine. W żadnym razie nie mężczyzna. Florence? To mogłoby być niezręczne z zawodowej perspektywy, ale przynajmniej znaczyłoby, że oni mieliby jakąś szansę.
A to było najbardziej gorzkie. To, że tylko tego potrzebował, żeby udowodnić im obojgu, że doskonale było im przy sobie a na sobie jeszcze lepiej. Z nią było świetnie, przy niej w innym, głębszym sensie miało być lepiej. Nad nią, pod nią, w niej we wszystkich konfiguracjach. Na każdej płaskiej powierzchni w mieszkaniu, w którym spędzali czas. I nie tylko. Wymieniając pocałunki w labiryncie, obejmując się naprawdę blisko w tańcu, nie było zbyt wiele, czego nie mogliby mieć, gdyby tylko mieli ku temu okoliczności.
Inne niż te teraz.
- Przejdziemy się? Chcesz sprawdzić, co się tam dzieje? Napić się? Zatańczyć? - Rozłożył przed nią wachlarz możliwości, na które mogli sobie pozwolić w dowolnej kolejności, jeśli tylko tego chciała.
Wbił w nią pytające spojrzenie, całkiem zachęcające do podjęcia wyboru, nawet jeśli nie od razu w tej sekundzie. Mieli czas. Był przed nimi cały wieczór aż do białego rana, nawet jeśli wcześniej zmyją się stąd do któregoś mieszkania.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#16
02.12.2024, 15:44  ✶  

- Czyli niczego nie mogę być pewna, to nie jest jednak zbyt proste. - Oczywiście, że dostała dwuznaczną odpowiedź, więc mogła spodziewać się wszystkiego. Powinna się była na to nastawić, tutaj nic nie było nieskomplikowane, wręcz przeciwnie, miała wrażenie, że z każdą minutą plącze się coraz bardziej w tej rozmowie, a on wcale jej tego nie ułatwiał. Cholera jasna. Potrzebowała zdecydowanie więcej alkoholu, tak tego akurat była pewna, jak niczego innego.

- Nie rozzłościłam się jeszcze. - Zamierzała to sprostować, bo powinien wiedzieć, że potrafiła okazywać całą sobą swoją złość, a do tego jej jeszcze było daleko. - Pasuję z tymi roślinami, te twoje łacińskie nazwy nic mi nie mówią i czuję się jak idiotka. - Nie zamierzała w to brnąć, bo nie czuła, że mogłoby to przynieść coś dobrego. Powinien pamiętać, że była dosłownie zielona jeśli chodzi o ten temat i naprawdę poruszała się po nim po omacku, nie zamierzała dalej błądzić, bo gubiła się we wszystkim jeszcze bardziej, wolała zmierzać ku bardziej stabilnemu gruntowi, gdzie nie tak łatwo było ją wyprowadzić na manowce.

- Wiem, przecież wspominałam ci o tym, że już kiedyś go szukałam. Zdaję sobie z tego sprawę, chociaż śmiem twierdzić, że to jest tylko wymysł. - Oczywiście, bo skoro jej nie udało się znaleźć tego mitycznego kwiatu to oznaczało, że wcale nie istniał. Jasne, dopóki sama nie zobaczy, to nie uwierzy, typowa Yaxleyówna.

Miała wrażenie, że coraz bardziej błądzi w tych słowach, które padały z jej ust. Powinna się zamknąć, to zdecydowanie byłoby lepszą opcją, bo nie panowała nad tym, co mówiła. Przymknęła na chwilę oczy i odetchnęła głęboko, musiała się uspokoić, miała nadzieję, że nie dostrzegł tej jej chwilowej niedyspozycji, zdecydowanie powinna zająć się czymś innym, lepiej by im zrobiło gdyby przestali dyskutować o tych głupotach, bo to nie zmieniało nic między nimi, a tylko przynosiło zupełnie niepotrzebną niezręczność, której nie dało się nie wyczuć.

- Ależ oczywiście, nie mogłoby być inaczej, w końcu powinnam przyjść do zainteresowanego? Prawda? - Tylko, czy rzeczywiście byłby tym w ogóle zainteresowany, nie miała pojęcia, jeśli tak, to może powinna to zrobić teraz. Nie, to nie był dobry pomysł. Musiała przestać o tym myśleć, powinna się skupić na innych rzeczach, nie psuć tego wszystkiego. Dlaczego miała dziwne tendencje do rozwalania wszystkiego, co udało jej się stworzyć, była chodzącym chaosem. Miała szczęście, że chciał się z nią przyjaźnić, nie powinna sięgać po nic więcej, nie zasługiwała na to.

- Chyba robimy, tak, robimy wszystko właściwie. - Powiedziała to w głos, jakby chciała siebie samą zapewnić, że rzeczywiście tak jest. Tacy byli wyjątkowi, no niesamowite, szkoda, że jej to nie wystarczało i coraz bardziej zaczęła to dostrzegać.

- Tak, najważniejsze, że lubimy się tak samo, to jest dosyć ważne, inaczej to mogłoby wszystko popsuć. - Nie spoglądała teraz na niego. Wbiła wzrok w lampion, który znajdował się przed nią, wpatrywała się w niego bardzo intensywnie, nie była w stanie spojrzeć mu teraz w oczy, to nie był odpowiedni moment. Nie lubiła kłamać, rzadko kiedy to robiła, szczególnie, gdy chodziło o kogoś bliskiego. Zresztą bardzo łatwo było z niej wyczytać to, że nie jest do końca szczera.

- Ja powiedziałam. - Nie widziała zresztą w tym komentarzu nic złego. Szkoda, że marnował swój cenny czas dla niej, kiedy mógł aktualnie przebierać w kobietach, których było tutaj naprawdę wiele. Któraś mogła mu się spodobać, prędzej, czy później przecież będzie musiał sobie kogoś znaleźć. Powinna przywyknąć do tej myśli, pogodzić się z tym, że nie zawsze będzie mogła być jego przyjaciółką, kiedyś pojawi się ktoś, kto to ukróci. Na pewno tak będzie.

- Trochę tak, blokujemy siebie nawzajem, ale może faktycznie nie ma w tym niczego złego? - Nie chciała po raz kolejny musieć odnajdować się w konwersacjach, które zupełnie ją nie obchodziły, zdecydowanie wolała spędzać czas w jego towarzystwie, zresztą dawno przestała szukać na takich spędach towarzystwa na chwilę, bo wiedziała, że mogło się to skończyć nie do końca po jej myśli. Niektórzy ludzie potrafili być bardzo natrętni i nie docierało do nich to, że nie chciała mieć z nimi nic wspólnego.

- Dobrze, że w tym też się zgadzamy. - Cóż, szkoda, że pewnie nim kierowało coś innego, ale nie zamierzała teraz tego poruszać. Przesunęła wzrok w stronę osób, o których wspominał, cóż, rzeczywiście nie wyglądali jakby byli specjalnie świetli. Nie, żeby ona była szczególnie bystra, ale o tym również nie zamierzała wspominać. Westchnęła sobie jedynie cicho pod nosem, bo miała świadomość, że jedyna osoba, która aktualnie była w stanie ją zainteresować w jakikolwiek sposób siedziała tuż obok niej, tyle, że nie mogła się z nią tym podzielić. Nie powinna, musiała milczeć jak zaklęta, przynajmniej w tym temacie. Nie chciała popsuć tego, co mieli, tej ich wspaniałej przyjaźni, z której przecież obie strony były zadowolone, nie było o czym gadać. Tyle, że jej myśli sugerowały jej rzeczy, które nie powinny mieć miejsca, wyobrażała sobie zbyt wiele, a nie mogła tego robić, wypadałoby, aby doprowadziła się do porządku. Natychmiast.

- Tak, spacer to może być dobry pomysł, mamy dużo czasu, nie ma sensu spędzać całej nocy na tej fontannie. - Cóż, każda opcja brzmiała dobrze, bo mogłaby spędzić czas z nim. Nie była wybredna, zresztą mogli w sumie zrealizować wszystko, co jej podsunął, to też nie było wcale takim najgorszym wyjściem, trochę obawiała się tańca, nie wiedziała, jak zareaguje na to, że będzie się znajdować, aż tak blisko niego przez dłuższą chwilę, ale to było zmartwienie na później. - Ukradnijmy alkohol, znaczy zabierzmy, to nie jest kradzież, wypijmy nieco, a później możemy pójść tańczyć, zdecydowanie łatwiej mi to przychodzi po kilku głębszych. - To wcale nie była prawda. Yaxleyówna i na trzeźwo wyjątkowo dobrze radziła sobie na parkiecie, co było oczywiście zasługą jej szermierczych treningów, chociaż mało kto zdawał sobie z tego sprawę, bo panny raczej pobierały lekcje tańca. Po prostu czuła, że łatwiej przyjdzie jej to zrobić, kiedy będzie chociaż trochę wstawiona, nie, żeby alkohol jeszcze bardziej otumaniał jej umysł... Tyle, że może wtedy przestanie się tym wszystkim przejmować, przestanie myśleć, przestanie skupiać się na słowach, które miały nie mieć żadnego znaczenia.

Podniosła się w końcu z tej fontanny, gotowa zająć się czymś innym, jej wzrok zaczął taksować otoczenie, szukała wodpoju, zdecydowanie powinni zabrać ze sobą jakąś butelkę, tak, to był jej priorytet.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#17
04.12.2024, 11:36  ✶  
- Czy ja wiem? - Uśmiechnął się nieznacznie. - W gruncie rzeczy to jest proste. Spodziewaj się niespodziewanego, coś w tym stylu, nie? - Stwierdził, kwitując to wzruszeniem ramion.
To do nich pasowało, bo przecież tak właściwie to nie mógł powiedzieć, że żadnych nich nie było. Jak na złość, gdyby ich nie było, mógłby znacznie łatwiej zmobilizować się do tego, żeby wykonać jakiś krok w kierunku zmiany sytuacji.
Już wtedy podczas Yule poczynili sobie całkiem zgrabne podstawy. Wtedy miał wrażenie, że nie było wątpliwości - nawet jeśli większość wieczoru była zgrabnie przerysowaną grą mającą na celu wywołanie reakcji wśród sztywnego towarzystwa. To wciąż gdzieś tam mieli się ku sobie. Tyle tylko, że później wszystko zniknęło pod naporem kolejnych wydarzeń.
Teraz mógł mówić o nich. Nich w sferze przyjacielskiej. Prywatnej, ale nie tak prywatnej jak mógłby tego chcieć. Mogli spędzać ze sobą naprawdę dużo czasu, jednakże to przestawało wystarczać. Nie grało już tak jak z początku. Choć czy kiedykolwiek grało? No nie do końca.
- Starzec zwyczajny. Bardzo problematyczna roślina. Teoretycznie ma kilka zastosowań w medycynie, ale agresywnie się rozprzestrzenia a jej pozytywne aspekty są bagatelizowane z uwagi na to, że w znacznej mierze jest dużo bardziej trująca niż większość innych roślin o podobnych właściwościach leczniczych. Można ją łatwo zastąpić czymś mniej ryzykownym - stwierdził powoli.
Cały ten czas patrząc na Geraldine, bo kiedy mówił o ziołach, znacznie łatwiej było mu skupić się na tym, żeby nie myśleć o czymś innym. O jej włosach, oczach, ustach. O nawiązywanym kontakcie wzrokowym trwającym trochę zbyt długo nawet jak na jego standardy, aby nie interpretował go wieloznacznie. Czuła się głupio z jego roślinami, a więc jej o nich mówił trochę jaśniej.
- Natomiast to drugie, artemisia, to po prostu bylica pospolita. Kuzynka bylicy piołun tylko trochę łagodniejsza. Roślina lecznicza i przyprawa. Czasami używana w miotlarstwie. Stąd byłaby komplementem, choć dla ciebie zawoalowanym - wyjaśnił tym razem pokrótce, żeby jeszcze bardziej nie odbiegać od tematów, o których mogli ze sobą rozmawiać.
Zdawał sobie sprawę z tego jak zielona była Yaxleyówna w zakresie roślin. Raczej wolał nie dopuszczać do sytuacji, w której odwdzięczyłaby mu się pięknym za nadobne i zaczęłaby mówić o swoich ostatnich zdobyczach w zakresie łowiectwa, bo wtedy to on mógłby wyłącznie patrzeć w jej kierunku i starać się wyglądać na kogoś kto chociaż trochę znał się na tym, o czym do niego mówiła.
- Powiedz to komuś ze środowiska. A potem drugiej i trzeciej osobie. Nastawisz ich przeciwko sobie i to w try miga - zaproponował z nieznacznym uśmiechem, usilnie ignorując tę pierwszą część zdania.
Nie, nie pamiętał o tym, że mu to kiedyś mówiła. Raczej chełpił się stosunkowo dobrą pamięcią, więc to oznaczało, że tamta historia raczej musiała mu się nie spodobać. To zaś sprawiło, że odpowiedź na czemu była raczej jasna.
Tak, czuł się cholernie zazdrosny o tych wszystkich ludzi, z którymi nie chciała się przyjaźnić. Tych, którzy faktycznie mogli pomagać jej przy rozsznurowywaniu gorsetu w dokładnie ten sposób, który miał na myśli. Tych, przy których nic nie musiało jej opętywać, bo po prostu sama tego chciała. Tak, miał do tego prawo. Sam je sobie nadał.
- Mhm. Raczej nie inaczej - kiwnął głową, niezbyt energicznie natomiast zdecydowanie.
No, bowiem skoro robili wszystko właściwie to powinni również rozszerzyć to na kroki tego typu i uświadamiać się nawzajem o chwilowej niepoczytalności. Szczególnie w przypadku Geraldine, bo on już właściwie czuł się niepoczytalny od jakiegoś czasu. Z tym, że za cholerę nie mógł jej o tym uświadomić.
To mogłoby wszystko popsuć - tak jak sama stwierdziła. Szczególnie, że jednocześnie nie miała nawet najmniejszego problemu z tym, by odsyłać go do innych panien, dając mu do zrozumienia, że to byłoby całkiem naturalne, gdyby chciał spędzać czas z nimi, nie z nią.
Noż cholera.
- Nie jesteś obiektywna - przypomniał, a może jej wytknął, bo w istocie nie była.
Ani wobec niego, ani wobec siebie. Nie odpowiadało mu, gdy robiła z siebie kogoś takiego. Osobę, która rzekomo była dużo mniej wartościowa niż w rzeczywistości. Wcale nie czuł się przez nią ograniczany w jakikolwiek sposób. Nie miał wrażenia, że się przy niej marnuje. No, nie w tym sensie, o którym mówiła Yaxleyówna.
Jedynym, co się marnowało był potencjał. Szansa na to, na coś znacznie bardziej właściwego. Tyle tylko, że to była jego odpowiedzialność, żeby coś zrobić. A on nie robił nic. Bowiem to, co było między nimi i te zwykłe gęsty już nie wystarczały.
Kurwa mać. Nic.
- No, nie ma. Przynajmniej dzięki temu nie musimy bujać się z nikim innym, nie? - No tak, bo zdecydowanie o to chodziło.
Nie o to, że spędzanie czasu w jej towarzystwie było zdecydowanie lepsze od robienia tego z kimkolwiek innym. Nawet wspólne milczenie do pewnego momentu takie było, tyle tylko, że ostatnio przestało.
- Jest kilka innych fontann, niektóre nawet alkoholowe - poinformował ją lekko i swobodnie, posyłając Geraldine uśmiech. - Gospodarze postanowili się szarpnąć a to dopiero początek sezonu. Następne przyjęcia będą całkowicie absurdalne - tacy ludzie zwykli przebijać konkurencję w zakresie fundowania swoim gościom coraz to ciekawszych atrakcji.
Całe szczęście, że jego rodzina raczej nie bawiła się w takie akcje. Oczywiście raz na jakiś czas coś organizowali, jednakże to nie było nic aż tak bardzo do przesady jak na przykład u Rosierów czy Macmillanów. Evelyn bez wątpienia starała się organizować jak najwytworniejsze spędy, natomiast nie miała w domu zbyt wiele wsparcia w tym zakresie. Nawet wśród skrzatów domowych.
- Pierw zgarniamy jakąś butelkę albo dwie, później może znajdziemy wolną procentową fontannę. To może być dobra opcja - sam sobie przytaknął kiwnięciem głowy, potrzebował się o tym zapewnić, bo alkohol zazwyczaj rozluźniał nerwy.
Tyle tylko, że czasami aż za bardzo. Sprawiał, że słowa naturalnie cisnęły się z myśli wprost na język z całkowitym pominięciem procesów myślowych. To nie zwiastowało dobrze w przypadku, w którym już teraz dosyć ciężko mu było trzymać język za zębami i przełykać niektóre bardziej skomplikowane emocje, które coraz bardziej go kołowały.
Czuł się zmieszany własnymi reakcjami. Nie rozumiał fali ogarniających go uczuć, wcale nie chciał ich zrozumieć, bo nigdy się o nie nie prosił. Było zdecydowanie łatwiej, kiedy nie istniały. Nie chciał, aby próbowały rządzić jego życiem. Zawsze robił to, co chciał. Teraz nagle czuł się przytłoczony ciężarem wewnętrznych przeżyć na poziomie zadurzonego nastolatka. Kurwa mać.
W żadnym razie mu to nie pasowało, jednakże nie do końca wiedział, co powinien z tym zrobić. Nigdy nie był wybitnie dobry w deklaracjach. Jasne, potrafił się poprawnie wysławiać. Umiał dobierać właściwe słowa do adekwatnego kontekstu towarzyskiego. Potrafił zachować ostrożność w swoich wypowiedziach, nawet jeśli akurat tutaj zazwyczaj po prostu mówił to, co myślał w tej konkretnej chwili.
Tymczasem nagle coraz częściej zapominał języka w gębie albo plótł trzy po trzy, byleby tylko nie pozwolić sobie na zbyt długą niezręczną ciszę. Tą samą, którą oboje cenili jeszcze kilka miesięcy wstecz, szczególnie po niechlubnym okresie żarcia się przy każdej możliwej okazji i gromienia się spojrzeniami. Natomiast teraz to zaczęło się zmieniać. Milczenie nie było już srebrem, mowa wcale nie była złotem.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#18
05.12.2024, 21:15  ✶  

- Za bardzo filozoficzne przemyślenia, jak dla mnie. - Ceniła sobie prostotę, zdecydowanie wolała konkrety od takich nie do końca pewnych sytuacji. Jasne, nie wszystko dało się przewidzieć, ale lubiła mieć jakąkolwiek kontrolę nad tym, co działo się w jej życiu, dlatego tez teraz nie do końca odnajdywała sie w tym, co działo się wokół niej, już dawno przestała panować nad tym wszystkim. Nie czuła się więc pewnie, wręcz przeciwnie, miała wrażenie, że gdzieś błądzi, że nic nie idzie po jej myśli. Nie lubiła tego uczucia.

Wcale nie było jej prościej, gdy zaczęli się przyjaźnić. Jasne, mogła mieć go blisko siebie, co z tego, jeśli jednak nie miała prawa sięgać po więcej? Przyjaźń rządziła się swoimi prawami, były pewne zasady, granice, których nie powinna przekraczać, bo tak wypadało, bo mogła to wszystko stracić. Nie chciała tego, nie chciała, żeby ponownie się od niej odsunął, chyba więc dlatego trzymała się tego, co udało im się wypracować, chociaż nie do końca ją to satysfakcjonowało.

- Starzec, a do tego zwyczajny? Teraz to mnie chyba naprawdę zaczynasz obrażać. - Nie skupiała się na całej reszcie tego, co miał jej do powiedzenia, wyłapywała te pojedyncze słowa, których znaczenie wydawało jej się być jasne i proste. Tak, zdawała sobie sprawę, że to tylko nazwa jakiejś rośliny, ale brzmiała dosyć zabawnie, dlatego właśnie ku temu sięgnęła.

Nie miała pojęcia dlaczego tak bardzo próbuje jej przybliżyć te swoje roślinne ciekawostki, zdecydowanie się w nich gubiła i nie rozumiała praktycznie nic, zaczynała się gubić, zwłaszcza gdy podczas jednej rozmowy padało tyle nazw, o których nie miała pojęcia.

- Nie spodziewałam się, że jedna roślina może mieć, aż tyle zastosowań. - Cóż, aktualnie nie zapamiętała nawet jej nazwy, pewnie zbyt szybko się to nie zmieni, trudno jej się było zresztą na tym skupić, gdy on znajdował się blisko niej. Starała się po prostu kiwać głową i udawać, że rozumie, że dociera do niej to co mówi, chociaż wcale tak nie było. Nie, gdy wpatrywała się w jego zielone oczy.

- Czy wyglądam, jakbym mogła się zmartwić tym, że ktoś ze środowiska byłby do mnie źle nastawiony? - No, poza jedną osobą oczywiście wszyscy inni się dla niej nie liczyli. Nie obchodziła jej ich opinia, zupełnie się nią nie przejmowała. Zresztą nigdy nawet nie udawała, że ją to chociaż odrobinę ciekawi, raczej ziewała, gdy zaczynały się rozmowy na podobne tematy.

Nie sądziła, że Roisa może ruszyć to, że już kiedyś szukała tego magicznego kwiatka, który pojawiał się w różnych opowieściach, czemu miałby się tym przejmować, przecież tylko się przyjaźnili, przyjaciele nie mieli przecież nic przeciwko temu, aby ich przyjaciele spędzali miło czas w towarzystwie kogoś płci przeciwnej, prawda? Wiedziała, że sama pewnie nie dałaby rady obserwować go u boku jakiejś innej kobiety, więc pewnie pospiesznie zmyłaby się do domu, ale on przecież nie czuł tego, co ona? Była o tym śmiertelnie przekonana.

- Doskonale, to jesteśmy dogadani. - Cóż, czy to oznaczało, że mogłaby mu teraz już powiedzieć, że coś ją opętało? Nie, nie była, aż taka głupia, wiedziała, że to nie może mieć miejsca, nie powinna sobie pozwalać na takie wypowiedzi, nie chciała, żeby się od niej odsunął przez to, że zaczęła patrzeć na niego nieco inaczej, nigdy pewnie tego nie odwzajemni, musiała się więc z tym pogodzić, tak po prostu. Było to trochę dziwne, bo nie miała w zwyczaju tak łatwo odpuszczać, ale tym razem czuła, że nie może zrobić inaczej, za bardzo jej na nim zależało.

- Być może, chociaż, czy ja wiem. - Cóż, nie dało się zaprzeczyć temu, że miała swoje zdanie, kierowała się swoimi własnymi odczuciami, które nie musiały być takie jak innych, może faktycznie to świadczyło o tym, że jest subiektywna?

- Tak, to jeden z największych pozytywów. - Kolejnym było to, że mogła się w niego wpatrywać, słuchać tego, co ma do powiedzenia. Mogła spędzać z nim każdą wolną chwilę, nawet podczas tych przyjęć, to wiele dla niej znaczyło. Szkoda jednak, że nie umiała sięgnąć po coś więcej, bo to było tym, czego aktualnie najbardziej chciała. Dotknąć go w inny sposób, zbliżyć swoje usta do jego ust, wrócić z nim do domu zupełnie inaczej, niż wracali dotychczas, pozwolić mu zerwać z niej ten okropny i ciasny gorset, tak było jeszcze wiele rzeczy, które chciała z nim robić, tyle, że były one zdecydowanie poza jej zasięgiem.

- Fontanny alkoholowe brzmią jak coś, w co powinnam się zaopatrzyć, może postawię sobie taką na balkonie? - Najlepiej jeszcze, aby sama się napełniała, to mogłoby być jej nowe, ulubione miejsce w jej mieszkaniu, pewnie by się od niego nie oddalała.

- Przynajmniej będzie na co patrzeć, całkiem zabawne jest to, jak próbują pokazywać, kto stara się bardziej. - Miała świadomość, że bycie najlepszym, najbardziej zaskakującym jest ważne dla wielu rodzin czystokrwistych, sezon rządził się swoimi prawami i każdy chciał pokazać, na co ich stać. Jej rodzina nie brała udziału w tych śmiesznych zawodach, więc było to dla niej o tyle ciekawe, że na co dzień nie spotykała się z podobnym zachowaniem i nie do końca to rozumiała.

- Weźmy dwie, lepiej mieć pewność, że nie zabraknie nam trunków. - To by było dopiero nieszczęście. Pomysł wydawał się jej być nie najgorszy, może wtedy łatwiej jej będzie przebywać w jego towarzystwie. Mała coraz większy problem z tym, aby skupić się na tym, co mówił. Zaczęła myśleć o tym wszystkim, o czym nie wypadało myśleć młodej damie. Cóż, nie miała na to za bardzo wpływu, nie kiedy znajdował się tuż obok. Przyjaciel, najlepszy kumpel, u którego boku chciałaby się obudzić. To było fatalne połączenie.

- Myślisz, że w ogóle jeszcze jakieś będą wolne? Obawiam się, że to może być towar deficytowy. - Nie ma się co oszukiwać, towarzystwo lubiło się bawić, alkohol lał się tutaj strumieniami, nie zdziwiłoby jej wcalej, gdyby się okazało, że już każdy wodopój jest zajęty. Oczywiście mogli spróbować, ale nie spodziewała się cudów.

- Chodźmy. - Nie było sensu tu siedzieć, noc była jeszcze młoda, powinni się czymś zająć, nie chciała dłużej skupiać się na tym, czego nie mogła mieć. Pociągnęła Ambroisa za rękę, a po chwili wsunęła mu ją pod ramię. Mogli rozpocząć poszukiwanie swojej zdobyczy. Rozglądała się uważnie, wokół siebie, w poszukiwaniu alkoholu, który mogliby zabrać. Nie chciała go zgubić, to też dlatego właśnie zdecydowała się na to, aby przemierzać z nim drogę właśnie w ten sposób, chociaż, czy aby na pewno, przecież nie robiła tego dlatego, aby znalazł się bliżej niej, aby chociaż przez chwilę mogła poczuć, że mogą mieć coś więcej, nie, wcale jej o to nie chodziło.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#19
06.12.2024, 14:32  ✶  
- Jesteś dosłownie pierwszą osobą, która mi powiedziała, że myślę zbyt filozoficznie - wytknął jej całkiem tym rozbawiony.
W żadnym razie nie spodziewał się takiego tekstu ze strony Geraldine, bo ani ona, ani on raczej nie należeli do grupy wielkich myślicieli. Na filozofii znał się tyle, co nic. Na filozofowaniu może trochę więcej, szczególnie po niemoralnie dużych ilościach alkoholu (jeszcze do nich nie dobili), ale wciąż mało.
Najwidoczniej to także zaczęło się zmieniać, gdy wpadł w pułapkę własnych nie wyrażonych odczuć i emocji, których nie umiał trafnie interpretować, wiedział tylko tyle, że mu przeszkadzają i utrudniają zachowywanie się tak jak od niego oczekiwano. Jak najlepszy kumpel, przyjaciel.
Nie jak ktoś kto mając ją na wyciągnięcie ręki, zdążył wielokrotnie pomyśleć o tym, co mógłby z nią robić, gdyby tylko postanowili wymknąć się razem do domu. Tak rzeczywiście razem, nie w ten sposób, w jaki planowali to zrobić, tylko tak, aby tego wieczoru gorset rzeczywiście nie stanowił dla nich nawet najmniejszego problemu. Byłby nie do ponownego wykorzystania, fakt, ale raczej nikt by nie czuł żalu z tego powodu.
To byłby idealny wieczór. Lepszy niż jakikolwiek inny, bo spędzony na spełnianiu wyobrażeń kłębiących się w głowie Greengrassa już od cholera wie, jak dawna. Wreszcie nie musiałby się przy niej pilnować, powstrzymywać lawinę reakcji, które zwaliłyby się na nich jedna po drugiej, gdyby tylko przestał się miarkować.
W tej chwili sądził, że by im to wyłącznie zaszkodziło, bo przecież nie dała mu wprost do zrozumienia, że mogłaby chcieć czegoś więcej. Zazwyczaj nie miał najmniejszego problemu z sięganiem po to, czego pragnął (a pragnął właśnie tego), ale tym razem koszty mogły być większe niż zyski.
Toteż milczał. Przynajmniej w przenośni, bo w rzeczywistości w dalszym ciągu prowadzili coś na kształt rozmowy. Zagadywał ją o czymś, na czym kompletnie się nie znała a ona kiwała głową, patrzyła na niego jak na obcego, od czasu do czasu się odzywając. Tego wieczoru naprawdę świetnie im szło.
- Wolałabyś, żeby to był kurzyślad? W dodatku wątły - spytał, posyłając jej prowokacyjne spojrzenie, choć oboje doskonale wiedzieli, że wątły nie było słowem, z którego można byłoby skorzystać w kontekście Yaxleyówny. - Choć z ciebie to raczej ułudka wiosenna - stwierdził niemalże bez zastanowienia, patrząc w te jej niebieskie oczy.
No... ...sabatowe dziecko o błękitnych oczach i skłonności do tego, żeby przyciągać do siebie ludzi, mimowolnie czy świadomie karmiąc ich złudzeniami. Ułudka wiosenna - chciała czy nie, to chyba najbardziej do niej obecnie pasowało.
- Wszystko to kwestia podejścia. Nawet chwast nie dla każdego jest chwastem - wzruszył ramionami. - Tym też mogłabyś rozsierdzić środowisko badaczy - tak właściwie to łowcy po prostu nie byli w nim specjalnie uwielbiani. - Nie, nie wyglądasz, wręcz zastanawiam się czy nie trzeba cię dzisiaj pilnować - stwierdzając, otaksował ją spojrzeniem.
Ale przecież oboje zamierzali pić. Już to ustalili. Raczej nie nadawał się zbytnio do tego, aby ją wtedy kontrolować. Zdecydowanie nie było to możliwe, szczególnie nie w przypadku kogoś takiego jak Yaxleyówna. Równie dobrze mógłby próbować zmienić nurt rzeki kijem wsadzonym do wody. To było równie prawdopodobne.
Co bardziej interesujące: ani trochę mu nie przeszkadzało. To, co tak bardzo go irytowało jeszcze rok wstecz teraz traktował jak pewien standard ich przyjaźni. Akceptowali się, rozmawiali. Przynajmniej zazwyczaj, szkoda tylko, że nie o wszystkim.
Tak, irytowała go myśl o tym kwiecie paproci. Raczej nie chciał słuchać metafor tego typu i zastanawiać się nad dalszym przebiegiem poszukiwań, które go nie dotyczyły, bo jak kompletny frajer nie potrafił otworzyć gęby, tylko macerował się w tym wszystkim.
Zwłaszcza w sugestiach nie będących sugestiami, bo to zagranie z opętaniem było naprawdę niskie. Mieszała mu w głowie znacznie bardziej niż wtedy w tamtym dworku, a już w tamtym czasie wydawało mu się, że coś się między nimi cholernie poplątało. Tyle tylko, że nigdy o tym nie rozmawiali.
Teraz ewidentnie też nie było na to pory. Nie nadchodziła a czas płynął. Tygodnie były miesiącami. Jak długo jeszcze zanim miał pęknąć i wyparować z tej relacji? Bo odrzucenia po prostu by nie zniósł, wtedy na pewno by się wycofał, prawdopodobnie nawet przed tym. Chyba pierwszy raz w życiu nie walczył, bo nie widział podstaw do walki.
- Wtedy spytam czy nie szukasz kogoś, kto mógłby być twoim współlokatorem - mrugnął do niej niepoważnie.
Szczególnie że to nawet nie wchodziło w grę, ale usiłował sprawić, by było zabawne i lekkie. Takie jakiego po nim oczekiwano, bo skoro już spędzali ze sobą naprawdę dużo czasu to we wszystkich innych okolicznościach następnym krokiem rzeczywiście byłoby zamieszkanie. Tyle tylko, że nie w ich środowisku, nie pośród ludzi nie potrzebujących oszczędzać i takich, którzy raczej krzywo patrzyliby na podobne zabiegi.
Poza tym wtedy cholernie trudno byłoby mu się miarkować. Prędzej czy później zrobiłby coś głupiego. Szczególnie musząc znosić przyprowadzanie przez nią kogoś do domu. Wtedy na stałe zamieszkałby przy tej fontannie, bo żadna ilość alkoholu nie byłaby w stanie przytłumić tego wstrętnego uczucia, które miał nawet teraz, gdy o tym pomyślał.
Żenujące, ale prawdziwe. Nie mógł mieć Geraldine, lecz chciał ją dla siebie. Jak pies ogrodnika, przynajmniej pozostawał wierny roślinnym motywom. To przynajmniej brzmiało znacznie lepiej niż: psio wierny majakom i urojeniom, że kiedyś może mogłoby im się udać przekroczyć ten cholerny front granic.
Znowu to sobie robił. Tuż na jej oczach. A ona patrzyła na niego, jakby nic nie dostrzegała. Zresztą dała mu już do zrozumienia, że nic z tego, prawda? I ze była zainteresowana kimś innym. Jak na ironię, kimś, kto nie był zainteresowany nią.
- Będziemy mieć okazję, by to sprawdzić - przytaknął odruchowo, na chwilę marszcząc czoło.
No, właśnie. Cały sezon wydarzeń towarzyskich roztaczał się przed nimi. Powinien ją spytać? Zaoferować jej swoje ramię? Skoro już to robili i spędzali ze sobą większość wieczoru, co zdecydowanie mu odpowiadało to odpowiedź brzmiała jasno? Byli parą przyjaciół, mogli sobie pozwolić na towarzystwo.
- Nie zapominaj, kim jesteśmy i co rzekomo robimy - wzruszył ramionami, wpatrzony w twarz dziewczyny, pozwalając na to, by lekko zadrgały mu kąciki ust. - Przepłoszymy kogoś, zmanipulujemy, wystraszymy, zmieszamy... ...jest dużo opcji. Na pewno coś zrobimy - stwierdził bez zawahania, całkowicie pewny swoich słów.
Nie bez powodu już wcześniej stwierdzili, że mają siłę przebicia, nie? To było coś całkiem jasnego. Potrafili współdziałać, dopełniać się w zakresie współpracy i wsparcia, byli najlepszymi przyjaciółmi, naprawdę dobrym zespołem, przynajmniej odkąd przestali żreć się ze sobą na większą skalę.
Nie poradziliby sobie z przejęciem jakiejś fontanny dla siebie? Jasne, że by sobie poradzili. Choć w gruncie rzeczy butelkowany alkohol był lepszy, zdecydowanie bardziej przenośny. Mogli znaleźć sobie bardziej ustronne miejsce, pić i rozmawiać, a może...
No cóż. Raczej nie. Zdecydowanie nie tego wieczoru.
Podniósł się tuż za Geraldine z miejsca, dając pociągnąć się za rękę i całkowicie instynktownie wyciągając ku niej ramię. Dokładnie w tym samym momencie, w którym ona postanowiła go pod nie ująć sprawiając, że obdarzył ją spojrzeniem. Stanowczo zbyt głębokim i za długim jak na to, że zachowywali się wyłącznie jak ludzie zmierzający gdzieś tam w ten sposób, aby nie zgubić się w tłumie. Nic więcej.
Jego spojrzenie przesunęło się od oczu na usta Yaxleyówny, pociemniało odrobinę, stało się mimowolnie bardziej palące, znacznie bardziej intensywne. Zaledwie na kilka sekund, ułamek minuty zanim się zreflektował i posłał Geraldine uśmiech. Tym razem luźniejszy, choć w jego własnych oczach raczej przerysowany, przesadzenie swobodny.
Od skrajności w skrajność - tak w ostatnim czasie zaczęła wyglądać ich relacja, tyle tylko, że z jednej strony, co jeszcze bardziej mu wszystko utrudniało. Alkohol decydowanie był im potrzebny. Zawartość pierwszej butelki, gdy już została odnaleziona, zniknęła w przeciągu naprawdę krótkiej chwili. Kieliszek po kieliszku, bo w dalszym ciągu znajdowali się w towarzystwie, natomiast dwie kolejne wykluczyły już branie kieliszków.
Wystarczyło, że wzięli po jednej w rękę, oddalając się od głównego stołu, przy którym zaczęło robić się stanowczo zbyt tłoczno. Tak właściwie to niemal cały przód ogrodu stał się cholernie zatłoczony, bo szykowano się do głównej celebracji wieczoru. Pokazu, czegoś w ten deseń. Prawdę mówiąc nawet nie zwrócił na to uwagi. Chciał się oddalić w ustronne miejsce. Pod wpływem chwili pociągnął ją zatem w kierunku tego samego labiryntu, z którego wcześniej wymykali się ludzie.
Znajdując kawałek trawy, na której mogli przysiąść i bez słowa rozkładając na nim płaszcz.
- Pani pozwoli - mruknął do Geraldine, już znacznie luźniej niż wcześniej, bo lekko pijany, wyciągając ku niej rękę, aby pomóc jej usiąść tak, by nie wygniotła sukienki.
Cały czas na nią patrzył. Tym razem bez obawy. Alkohol rzeczywiście pomagał, przynajmniej doraźnie.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#20
08.12.2024, 00:51  ✶  

- Lubię być pierwsza. - Wzruszyła jedynie ramionami. Tak, nie mieli w zwyczaju jakoś przesadnie rozmyślać nad problemami egzystencjalnymi tego świata, nie było w nich praktycznie nic z filozofów, ale dzisiaj Roise zachowywał się dziwnie. Nie miała pojęcia o co mu chodzi, nie do końca odnajdywała się w tej rozmowie. Czuła, że coś jest nie tak, że czegoś jej nie mówi, tyle, czy mogła być o to zła, nie? Przecież sama nie była z nim do końca szczera, prawda? Miała wrażenie, że ostatnio coś się między nimi zmienia, niekoniecznie w ten sposób, w jaki chciałaby, żeby to się działo. Liczyła na to, że się od siebie nie oddalą, nie chciała tego, tyle, że powinna chyba spróbować wydusić z siebie to wszystko, co zaczynało się w niej zbierać. Może jeszcze nie dzisiaj, to chyba nie był odpowiedni moment (tak, bo na pewno znajdzie się właściwszy).

Brnęła więc w tę rozmowę, może trochę bardziej jego monolog, bo nie do końca umiała się w tym odnaleźć, ale przytakiwanie i kiwanie głową wychodziło jej dzisiaj wyjątkowo dobrze. To też nie było dla niej naturalne, raczej nie miała problemu, aby odnaleźć się w rozmowie, tyle, że ta naprawdę była wyjątkowo nie w jej stylu. Pozwalała swoim myślom wędrować naprawdę daleko, odpływała, co na pewno było po niej widać. Cóż, musiał jej to wybaczyć. Zresztą liczyła na to, że jeśli będzie dalej rozmawiał o roślinach, to może tego nie wyłapie. Nie do końca wiedziała, w jaki sposób mogłaby się z tego wytłumaczyć, kiedyś powie mu wszystko, na pewno. Powoli docierało do niej, że długo nie będzie w stanie dusić tego w sobie. Na pewno pojawią się jakieś konsekwencje, okropnie się ich bała i tylko to powstrzymywało ją przed tym, aby wylała z siebie to wszystko, co ją męczyło. Jeszcze nie była na to gotowa.

- Tak, wątły brzmi zdecydowanie jak coś, co mogłoby mnie opisywać. - Po raz kolejny jednak zmienił swoją wersję, nie miała pojęcia, czy uda jej się zapamiętać chociaż jedną z roślin, które wymienił, trochę tych nazw już padło dzisiejszego wieczoru. - Sugerujesz, że jestem kłamczuchą? - Nie do końca wiedziała, co miał na myśli, wolała więc to sprostować. Cóż, trochę była kłamczuchą, ale tego nie mógł wiedzieć, może wyczuwał to, że coś przed nim ukrywała i stąd się wzięła ta sugestia? Nie miała pojęcia, ale powoli zaczynało się to robić niebezpieczne, zwłaszcza, że nie umiała sobie nawet zwizualizować tych roślin, o których wspominał, zresztą nie sądziła, że to mogło coś zmienić.

- Najwyraźniej po prostu powinnam unikać badaczy, mam wrażenie, że wystarczyłoby, abym się między nimi pojawiła i już mogliby mieć jakiś problem. - Nie, żeby ją to jakoś dziwiło. Miała specyficzne podejście, no nie do końca specyficzne, typowe dla łowcy, istniały przecież takie grupy społeczne, które nie miały za bardzo możliwości się ze sobą dogadać, pozostawało się chyba z tym pogodzić, chociaż Roise przecież też był poniekąd badaczem, a jakoś z nim potrafiła się dogadać, może był to tylko i wyłącznie wyjątek potwierdzający regułę? Nie miała pojęcia, dlaczego tak łatwo potrafili się dogadać, no zazwyczaj, dzisiaj trochę im nie szło, ale każdy miewał gorsze momenty. Oby to było tylko chwilowe. - Jak rozumiem właśnie zgłosiłeś się na ochotnika? - Cóż, nie, żeby była w stanie dostrzec kogokolwiek innego, kto chciałby do niej podejść. Zresztą nie widziała w tym nic złego, bo to właśnie z Roisem chciała spędzić ten wieczór. Nie sądziła, że musi jej pilnować, bo przecież zawsze jakoś radziła sobie sama, ale nawet taki powód mógł być całkiem niezły do tego, aby spędzić razem resztę wieczoru.

Wcale nie tak łatwo byłoby ją upilnować, gdyby tylko chciała na pewno by mu się wymknęła i zrobiła coś głupiego, to nigdy nie było dla niej problematyczne, tyle, że dzisiaj rzeczywiście nie zamierzała się od niego oddalać, nie kiedy ustalili, że spędzą ten czas tutaj razem. Nie mogłaby wymarzyć sobie lepszego towarzystwa. Mieli pić, co w sumie nie do końca było chyba odpowiednim pomysłem, ale może faktycznie alkohol jakos ułatwi jej odnalezienie się w tej całej sytuacji, zamierzała się jednak dalej pilnować, aby nie przekroczyć tej granicy, którą sobie postawili. Wolałaby się jutro nie obudzić ze świadomością, że wszystko spierdoliła jedną pochopnie podjętą decyzją.

- Współlokatorem? Ciekawe. Nie wytrzymałbyś ze mną na co dzień. - Spędzali razem dużo czasu, to prawda. Nie wydawało jej się jednak, że Ambroise w ogóle zdawałaby sobie sprawę z tego, z czym by się to wiązało. Byłaby się w stanie z nim założyć, że bardzo szybko zrezygnowałby ze wspólnego mieszkania. Zresztą wolała o tym nie myśleć, bo to się przecież nigdy nie wydarzy, byli przyjaciółmi - nic więcej. Niby przyjaciele mogli ze sobą mieszkać, ale czy faktycznie w ich środowisku takie zachowania były spotykane? Nie do końca. Nie sądziła też, że byłaby w stanie normalnie funkcjonować, gdyby zamieszkali pod jednym dachem, nie mogłaby tego znieść, samej świadomości, że jest tuż obok, a ona nie może go mieć. To byłoby trudne, chociaż, czy teraz nie robiła tego samego? Przecież dalej w tym tkwiła, mimo, że wolałaby przenieść tę znajomość na zupełnie inne tory. Nie spodziewała się, że kiedykolwiek utknie w takim dziwnym układzie.

- Z tobą te wszystkie spędy nabierają zupełnie innych kolorów. - Może powinna była ugryźć się w język, ale tego nie zrobiła. Zresztą nie widziała nic złego w tym, żeby mu o tym powiedzieć, to chyba nie zabrzmiało źle? Chciała, żeby wiedział, że wyjątkowo dobrze się z nim bawiła, nawet pośród tych wszystkich czarodziejów, którzy mieli kije w dupach. Łatwiej jej było się między nimi przechadzać, kiedy Ambroise znajdował się u jej boku.

- Masz rację, razem na pewno nam się to uda. - Powinna pamiętać o tym, co przed chwilą ustalili. Razem mogli zrobić naprawdę wiele. Na pewno uda im się wygrać walkę o fontannę pełną alkoholu, nie mogła w to wątpić. Bez względu na to jaką metodę wybiorą, któraś przyniesie im sukces.

Poczuła na sobie jego spojrzenie, kiedy odruchowo wsunęła mu rękę pod ramię, miała ochotę ucieć spojrzeniem, ale tego nie zrobiła. Wpatrywała się więc w niego, tak samo intensywnie jak on, przez te kilka sekund. Próbowała wyczytać z jego oczu jakiekolwiek myśli, ale jej się to nie udało. Nie miała pojęcia, co się dzieje, ale wyjątkowo nie była pewna tego, co siedzi mu w głowie. Coś wisiało w powitrzu i nie były to te kadzidła, których zapach nadal uderzał w nozdrza.

Alkohol był chyba odpowiednim pomysłem, miała nadzieję, że trochę rozluźni atmosferę, że dzięki niemu przestanie się tym wszystkim przejmować. Dosyć szybko trafili do wodopoju, gdzie zaczęli już spożywac trunki. Świetnie, nie sądziła, że byli, aż tak bardzo spragnieni. Powoli zaczynało jej szumieć w głowie, robiło się jej jakoś tak lżej, to chyba wcale nie był taki głupi pomysł.

Uciekli przed towarzystwem, które zaczęło się wokół nich zbierać. Mieli ze sobą kolejne dwie butelki, więc nie był to jeszcze koniec imprezy, nie dla nich, dobrze było jednak się schować z dala od tych wszystkich ludzi. Zdecydowanie wolała spędzać czas tylko i wyłącznie z nim. Labirynt był więc idealnym miejscem, w którym mogli się zaszyć.

Cóż, całkiem miło, że postanowił jej pomóc jakoś w miarę w cywilizowany sposób rozsiąść się na jego płaszczu, była już trochę wstawiona, a ta suknia utrudniała najprostsze czynności, także bez chwili zawahania wyciągnęła dłoń i skorzystała z jego pomocy. Zawiesiła przy tym na krótką chwilę swoje spojrzenie na twarzy Roisa, opamiętała się jednak dość szybko i przeniosła wzrok. - Dziękuję bardzo, nie wiem, co ja bym bez ciebie zrobiła. - Przesunęła się nieco, aby zrobić dla niego trochę miejsca, czekała, aż się do niej dosiądzie.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (25488), Geraldine Greengrass-Yaxley (18756)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa