The dove and the leopard fought
at five o’clock
Morpheus Longbottom & Vakel Dolohov, 1952, Londyn
At five in the afternoon
At the stroke of five
The boy brought the white sheet
at five o’clock
A basket of lime all ready
at five o’clock
The rest was death and only death
at five o’clock
Wind carried off the cotton balls
at five o’clock
Rust scattered chrome and glass
at five o’clock
The dove and the leopard fought
at five o’clock
And a thigh with a desolate horn in it
at five o’clock
The bass strings began to thrum
at five o’clock
The bells of arsenic and smoke
at five o’clock
Okultystyczne znaczenia dymu: W zależności od użytych ziół, dym może być użyty do łamania klątw, wzmacniania profetycznych umiejętności; oznacza też ofiarę całopalną i śmierć na przebłaganie bóstw.
Morpheus dokładnie pamiętał swój pierwszy pocałunek z Vasilijem. Potrafił, bez myślodsiewni, przywołać ten moment na powierzchnię wspomnień i odtworzyć w swojej głowie. Wtedy jeszcze Dolohov był niższy od niego, co zmieniło się mniej więcej półtora roku później, nadal miał jednak podobnie długie kończyny i wiotką figurę. Pamiętał wyraz jego twarzy, jak wyglądały jego piegi i ułożenie konkretnych kosmyków niesfornej grzywki.
Pamięć innych wydarzeń zacierała się w jego umyśle, w rozplenionych chwastach linii czasowych, które nie doszły nigdy do skutku. Vasilij był jego gwiazdą północną, nadającą mu kierunek, gdy zabłądził pośród nocy. Czasami rytuał między nimi był prosty. Czasami bardzo skomplikowany, bo byli skomplikowanymi ludźmi, otoczonymi konkretnymi oczekiwaniami. Vasilij był przy nim, gdy Morpheus wrócił z Ministerstwa z dziwnie pustym spojrzeniem, nieco przygasłym uśmiecham, duszą skażoną czymś, o czym nie chciał pisnąć ani słowa. Praca w Departamencie Przestrzegania Prawa tłamsiła go i nie tylko dla Dolohova zdejmował od razu po przekroczeniu progu ciemne, matowe, magiczne szaty. Szorował się z ludzi, z kodeksów i paragrafów, spłukiwał je razem ze wszystkimi bakteriami, zmywał z siebie rygor szufladek i mógł być dziwnym.
Wrześnie wyznaczały tak wiele ważnych ich dat. Początki. Rocznice. Nowe działania. Morpheus przychodził na każde wystąpienie Vasilija, chociaż nie zawsze wyglądał jak on sam, korzystając z drobnych błogosławieństw swojej szwagierki, słuchał jego przygotowań, a jeśli nikt z sali nie zadał odpowiedniego pytania, on to robił. Żeby zobaczyć pasje, z jaką Dolohov odpowiada, wstępując na naukowe salony. Nigdy nie zostawał długo, Vasilij wiedział dlaczego. Jasnowidzenie Morpheusa było ogniem, który trawił go po kawałku, a wyczuwanie intencji zbyt wielu kończyło się długą bezsennością i próbą ujarzmienia swojej głowy alkoholem.
To zaczęło się tydzień wcześniej. Dokładnie dwa tygodnie po tym, jak rodzina Vasilija ogłosiła jego zaręczyny z panną Mulciber, Morpheus wrócił do małego mieszkania na Horyzontalnej, kolebki niestworzonych idei i wniósł piach z ulicy do pracowni, nie zdejmując butów. Zaraz się poprawił, posprzątał po sobie i wszystko wróciło do normy, tylko że nie. To był dziwny czas, czas niepokoju i przez ostatnie tygodnie Longbottom dbał o ukochanego jak o najcenniejsze planetarium, zrobione z cieniutkich nitek złota, mogące zniszczyć się od samego podmuchu wiatru. Było źle i wciąż pamiętał sińce i krwiaki i godziny spędzone na opiece nad wątłą fizjonomią jasnowidza. A jednak, coś zimnego wkradło się w jego ruchy, coś co matowiło zębatki. Coraz częściej ignorował zadawane pytania, nocował w Warowni.
Pojawił się w ich pracowni, przemoczony do nitki, z bardzo dziwnym wyrazem twarzy. Woda z jego przydługich włosów skapywała na ramiona, a dalej po palcie w dół, tworząc niewielką kałużę dookoła jego osoby. Jego usta były niego sine, jakby spędził na ulewie zbyt dużo czasu. Tak właśnie było. Stał dziesięć minut w ulewie i wpatrywał się w światło w oknie i sylwetkę Vakela, która pojawiała się w nim czasami. Tak jak stał tam, tak teraz trwał w progu, niczym nieproszony gość. Zacisnął dłoń i ją rozluźnił. Różdżka emanowała ciepłem, które zamiast koić, parzyła. On sam dygotał z zimna.