— Ja też się boje — wyszeptał, syn nieustraszonych wojowników, we wstydzie do własnej słabości i w gniewie na siebie samego. Parali się nieznanym, przyszłym, tajemnym, a to co rzeczywiste tak łatwo wpadało w szufladki nieznaczącego, aż ich dogoniło. Zderzenie ze światem materialnym poza ich enklawą, gdzie nie mogli być jednością.
Słuchał Vasilija z dudniącym sercem. Jak powiedzieć miłości swojego życia, że on to wiedział, od pierwszego momentu, gdy wybrał go, że Vasilij będzie jego śmiercią? Może gdyby ukochany nie rozpadał się w jego ramionach, wtedy powiedziałby mu o tym, że wybrał go na swojej kata. Gdy ich palce się splotły razem, teraźniejszość zaśpiewała w harmonii dwugłosu, prawidłowej sekwencji linii czasu, instrument wszechświata został dostrojony. On to słyszał bardzo wyraźnie, jak perlisty śmiech losu, tańczącego dookoła nich, złoty puch, który wyśmiewa ich plany i marzenia, który oplótł ich czerwoną nicią przeznaczenia zbyt ciasno, aż ta wrzynała się w ciało.
Pogładził gniewny policzek, po drugiej stronie od opuchlizn. Tak bardzo chciał obciąć staremu Dolohovowi rękę, ale wtedy musiałby zacząć od swojej. Ostatecznie zrobiłby to, gdyby Vasilij tylko poprosił.
— A ty moją. I masz rację. Ucieknijmy. Wskaż miejsce na mapie. Możemy popłynąć do Ameryki. Gdziekolwiek zechcesz, pójdę za tobą, będę pisać ci wiersze i kochać cię — Desperacja przykleiła się do ich obu, rozlała się niczym krochmal ich koszul. — Ty będziesz pracować, a ja będę nosić loki i szpilki i będę twoją żoną, będę przepisywać twoje notatki i...
Głos mu się całkowicie załamał. Próba stłumienia własnych emocji okazała się fiaskiem, próba trwania niczym filar, ostoja spokoju, po prostu pękła i ciało Morpheusa dołączyło do desperackiego drżenia, fali łez i obezwładniającego strachu, nawet jeżeli tliła się w nim nadzieja. Zacisnął dłonie na koszuli Vasilija, jakby był jego tratwą ratunkową, jedyną nadzieją na ocalenie. Świat rozmywał się mu przed oczami, a on próbował otrzeć oczy ramieniem, nie chcąc wypuszczać ukochanego.
Ostateczność tego wszystkiego wzbierała w nim boleśnie. Tak bardzo nie chciał umierać. A jednak to nie była matematyka. Dwie pustki, czarne dziury, nie czynią światła.
— Zdobędę dla nas wizy — płaczliwa czkawka wdarła się między słowa Morpheusa. Przybliżył ich twarze do siebie, mówiąc wprost do ust Vasilija, jego oddech przeznaczony tylko dla niego. — Zaczniemy za oceanem. Zbudujemy twoje marzenie. Obiecuję ci. Będziesz lśnił. A ja będę... Będę tego świadkiem.
Kilka słodkich słów, w których przeklął ich, aby dać mu promień światłości. Jego Apollo, jego bóg przepowiedni, jego bóg słońca. Świat znów zagrał tę nutę. Dokonało się, na końcu opowieści bogowie wskrzeszają Hiacynta, a on ogląda chwałę swojego Boga. I nikt nie wspomina, co dalej. Czy był zazdrosny o kolejnych kochanków, czy wziął samemu kolejnych czy był jedynie obserwatorem swojej śmierci, wskrzeszenia i wywyższenia na Olimpie. Hiacynt, ciemnooki książę Sparty, który umarł za miłość.
— Pocałuj mnie i wieszcz mi życie — zapłakał błagalnie.