11.02.2025, 22:44 ✶
ogrody Maida Vale
szóstego września wieczorną porą
Cain, Abel, Flint i Pani Księżyca
szóstego września wieczorną porą
Cain, Abel, Flint i Pani Księżyca
Zaczarowany ogród rodziny Lestrange od zawsze był jego dobrym miejscem - otoczenie się zielenią w centrum miasta, graniczyło z cudem, ale Maida Vale również znajdowało się na granicy takiego cudu - w tym punkcie więc jego oczekiwania zbiegały się z rzeczywistością ponurej stolicy. Podobno ludzi, z którymi nie mamy się za dobrze, nie sprowadza się do miejsc, które mają dla ciebie wielkie znaczenie sentymentalne, ale Dægberht sam nie wiedział kim byli dla niego bracia Fawley. Jak widać miłość nie składała się jedynie z prostych, łatwych do odczytania i interpretacji elementów - budowały ją również cisza, niezręczność i niechęć zestawione z nieposkromioną sympatią i tęsknotą za kimś, kogo kochało się mimo bardzo sprzecznych idei kierujących czyimiś działaniami. Jakim byłby przyjacielem, gdyby nie próbował na przekór wszystkiemu odnaleźć wspólnej drogi?
Nikt go tego dnia nie zaczepił, a i on nie był szczególnie skory do kontaktu z kimkolwiek - skrył się więc w rozarium, po dłuższym spacerze nieopodal sztucznego stawu. Stąpał po ogrodzie lekko, z nieludzką ostrożnością, bo oto rozkwitły tutaj one - spędzające sen z powiek Zarządczyni Ogrodów czarne jak smoła kwiaty, których Dægberht nie widział wcześniej mimo licznych podróży za ocean. Niby głośne kroki nie miały zbudzić tu nikogo prócz poukrywanych tu i ówdzie chochlików, ale... przezorność czasami popłacała - a teraz miał wrażenie, że Maida Vale przestało być częścią świata, jaki znał. Kto zechciałby nazwać go poetą na dźwięk myśli, że czarne kwiaty wydawały mu się czymś starszym, jakby wyszarpanym na złość osi czasu z jakiegoś mitu lub ballady, miałby rację, a jednak do głowy nie przychodził mu żaden rym. Bo to było spotkanie dedykowane im, a nie ogrodom, chociaż niewątpliwie napisze o tym co tutaj zobaczył Victorii.
Kiedy bracia Fawley przekroczyli próg rozarium, znany im, delikatny chłopak wykuty z piasków pustyni i opadających nań promieni słońca, klęczał przy jednym z witraży zdobiących pustą altanę i spoglądał w niebo, zapewne modląc się do Matki. Nie zmienił się za bardzo. Może policzki nieco opalił i włosy mu urosły, więc je teraz związywał niedbale, ale to był wciąż ten sam Flint odziany jak do teatru, bo przecież Matka spoglądała na niego cały czas, dlaczego więc miały przestać się stroić. Spod podwiniętych rękawów wystawały znane tatuaże - runy będące zapisem pieśni pochwalnych Pani Księżyca, jakie nosił na sobie, jakby były echem dawno zapomnianych pieśni, a nie czymś, co napisał sam pod wpływem zdecydowanie zbyt dużej ilości alkoholu. Kiedy przeniósł na spojrzenie oczu na zbliżającą się do niego postać, było nostalgicznie wręcz miękkie - bo on cały był miękki, był człowiekiem, przy którym woda z konewek, którą ogrodnicy pozostawili na liściach krzewów wokół, błyszcząc się w świetle zachodzącego słońca, wydawała się szeregiem pereł. Te kwiaty do niego nie pasowały, bo były ciemne jak bezgwiezdna noc, a on błyszczał się, lśnił i choćby okalała go najbardziej aksamitna czerń, rozproszyłaby się pod jego dotykiem - mógł być wierny Matce, ale niewątpliwie należał do tych osób, które bogowie musieli wykuć w żarze bardzo gorącego dnia.
- A więc zobaczyłeś, że dalej żyję - zaczął spokojnie, po czym odwinął łańcuszek ze swoich palców i odwiesił go tam, gdzie powinien się znajdować - na swoją szyję. Następnie wstał. Nie otrzepał kolan z piasku, jedynie wyprostował się nie dotykając czystymi dłońmi wilgotnego od podlewania podłoża. - Pisałem ten list w wielkiej obawie, że ktoś na kim mi zależy umoczył palce w destrukcji kowenu i wszystkiego, w co wierzę - a wiara miała dla niego ogromne znaczenie - a dziś kiedy umówiłem się z nim w ogrodzie pełnym kwiatów, zarosło go coś, co Lorelei nazwała intruzem, chwastem. Nie lubię kiedy wszystko daje mi takie oczywiste znaki, a ja i tak wchodzę w pajęczynę. - Wciągnął głęboko powietrze, karmiąc się gęstym, niemal duszącym zapachem róż. A później podał Fawleyowi rękę. To nie był uścisk oficjalny. To był uścisk ciepły, zdecydowanie zbyt długi jak na kogoś, z kim nie chciało się mieć nic wspólnego, ale nie przekraczający żadnych granic dobrego smaku. - Myślałem o was, dużo - przyznał, odwracając się na moment w kierunku altany - te myśli nie ustały, odkąd przybiłem do portu.
Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr