Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Poranek należał do tych przyjemnych. Roise nieco zaskoczył ją swoim pomysłem, ale stwierdziła, że na niego przystanie, zresztą nigdy nie potrafiła mu odmawiać - no prawie nigdy. To miała być randka! Pierwsza od dawien dawna, co samo w sobie sprawiało, że ten dzień należał do dosyć wyjątkowych.
Nie wrócili na noc do Whitby, Greengrass w końcu zaprosił ją do swojego mieszkania przy Horyzontalnej, o którym dowiedziała się ledwie kilka dni temu. To też było dla niej dość zaskakujące, zwłaszcza że mieszkał tuż nad ich wspólnym przyjacielem, co właściwie uważała za całkiem nie najgorszy pomysł. Dobrze było mieć świadomość, że otaczają się znajomymi ludźmi.
Także ten dzień miał być inny od wszystkich poprzednich, bo Ambroise postanowił wziąć ją na randkę, taką prawdziwą randkę. Zdążyła się nawet ubrać w długą, zwiewną sukienkę w butelkowo zielonym kolorze, kiedy jej chłopak, w sumie chyba nie chłopak, ale mniejsza o to, poszedł do najbliższej kwiaciarni po bukiet. Oczywiście, że do tej sukienki ubrała swoje ciężkie buty ze smoczej skóry, bo jakże by inaczej, ale zdążyła na szybko się ogarnąć i wyglądała wyjątkowo dobrze, jak na siebie samą. Rzadko kiedy można było spotkać ją w takiej odsłonie. Wiatr rozwiewał jej długie włosy, na twarzy Yaxleyówny gościł uśmiech, bo czuła, że coś się zmienia, że może faktycznie jeszcze nie wszystko stracone. Sam Ambroise również prezentował się dzisiaj wyjątkowo elegancko, cóż, w jego przypadku to wcale nie było takie dziwne, mimo wszystko nie przestawała rzucać w jego kierunku ukradkowych spojrzeń. Nie mogła się jakoś przed tym powstrzymać.
Słońce dosyć nieśmiało wyglądało zza chmur, jednak w powietrzu czuć było już zbliżającą się jesień. Dzień należał do tych przyjemnych i ciepłych, jednak lato zdecydowanie już postanowiło ich opuścić. Mieli całkiem sporo planów na ten dzień, ale mieli go zacząć od wizyty w Maida Vale.
Yaxleyówna ścisnęła mocniej dłoń Roisa, gdy znaleźli się przed jedną z bram do ogrodów. Nie do końca była pewna co tutaj robili, niby Roise nakreślił jej nieco sytuację, ale niespecjalnie ją to obchodziło. Grunt, że byli tu razem, na oficjanlnej randce.
W lewej dłoni trzymała bukiet lilii, które wręczył jej Ambroise, nie wiedzieć czemu, najczęściej to właśnie je od niego dostawała, przeczuwała, że te kwiaty były chyba jego ulubionymi, a może jej ulubionymi, może ich razem? Cóż, to też nie było dzisiaj najważniejsze, zresztą z tego, co jej się wydawało mieli też oglądać teraz jakieś specjalne kwiatki. Nie, żeby była ogromną pasjonatką roślin, ale w tym wypadku zupełnie jej to nie przeszkadzało.