• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 11 Dalej »
[06.09.72] Calm down, abort the mission. Houston, I have so many problems

[06.09.72] Calm down, abort the mission. Houston, I have so many problems
Bloody brilliant
Soft idiot, a sappy motherfucker, a sentimental bastard if you will
wiek
33
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Wysoki, bo 192 centymetry wzrostu, postawny, dobrze zbudowany mężczyzna. Czarnowłosy. Niebieskooki. Ma częściową heterochromię w lewym oku - plamę brązu u góry tęczówki. Na jego twarzy można dostrzec kilka blizn. Jedna z nich biegnie wzdłuż lewego policzka, lekko zniekształcając jego rysy, co nadaje mu surowy wygląd, mimo to drobne zmarszczki w kącikach oczu zdradzają, że często się uśmiecha lub śmieje. Inna blizna, mniejsza, znajduje się na czole. Ma liczne pieprzyki na całym ciele. Elegancko ubrany. Zadbany. Bardzo dobrze się prezentuje.

Cornelius Lestrange
#1
20.02.2025, 14:15  ✶  
Popołudnie 06/09/1972, mieszkanie Corneliusa

Cornelius stał w swoim mieszkaniu, w sypialni syna, otoczony przez stosy ubrań, zabawek i innych drobiazgów, które miały trafić do wyprawki Fabiana na weekendowy wypad z ciotką w góry. Jego ręce sprawnie układały wszystko w torbie, nie potrzebował do tego pomocy skrzatów, jednak myśli mężczyzny wciąż krążyły wokół nadchodzących dni, które zapowiadały się niezwykle intensywnie. Praca czekała na niego z otwartymi ramionami, żeby go wciągnąć i pochłonąć, a dyżury, które miał przed sobą, były zaplanowane na cały weekend. Ostatnio sytuacja w jego zawodzie była napięta, stres, niepewność i ciągły pośpiech stały się jego codziennością.

Corio co chwilę przerywał pakowanie, nasłuchując dźwięków dobiegających z klatki schodowej. Mimo, że mieszkanie otwarte drzwi do korytarza pozwalały na swobodne przenikanie dźwięków, nic nie słyszał, co gorsza, cisza tylko nakręcała jego napięcie. Czasami wydawało mu się, że było coś słychać, ale zaraz po tym, gdy przysłuchiwał się uważniej, wrażenie znikało. To tylko potęgowało jego niepokój, nic dziwnego, w takich momentach wyobraźnia potrafiła płatać figle. Co chwila wsłuchiwał się w dźwięki, które mogłyby sugerować, że na zewnątrz działo się coś niepokojącego, zwłaszcza, gdy przez dłuższy czas panowało tam milczenie.

Nagle niemal podskoczył, gdy, jak grom z jasnego nieba, usłyszał głośny tekst Aloysiusa: „Nikt nie jest ani demonem, ani opętany!” Cornelius westchnął z ulgą, a jego napięte ramiona opadły, jakby zniknął z nich ciężar. Kiwnął do siebie głową, zdając sobie sprawę, że spodziewał się tego komentarza, ale zawsze warto było upewnić się, że to, co się działo, nie zagrażało mu ani jego bliskim. Zwłaszcza, gdy miał tę możliwość, dzięki nagłej obecności Rookwooda, teraz zwanego Fenwickiem, do czego Corio nie zdążył się przyzwyczaić, mimo tego, że dokumenty, które to poświadczały, wyszły spod jego dłoni.

Wreszcie odłożył torbę z wyprawką na bok i postanowił na chwilę przerwać pakowanie. Wiedział, że wkrótce przybędą jego przyjaciele, nie tylko sam Benjy, a ich wizyty nigdy nie kończyły się na spokojnej rozmowie. Z doświadczenia wiedział, że w takich sytuacjach alkohol był niezbędny, gdyż emocje zawsze sięgały zenitu, a ich rozmowy potrafiły przerodzić się w głośne dyskusje. Zwłaszcza takie, jak ta ostatnia, a niechybnie też ta dzisiejsza.

Przeszedł do salonu, gdzie na stole od dawna stały cztery szklanki. Ustawił je równo, dbając o każdy szczegół. W głowie miał już plan, jak mógłby rozwiązać nadchodzące napięcia, by jakoś przejść przez to nawiedzenie z godnością. Wiedział, że przyjaciele mieli przyjść z wyrzutami, dlatego przygotował się na wszystko. Musiał być gotowy na ich emocjonalne tornado, które z pewnością miało nadciągnąć, gdy tylko przekroczą próg jego mieszkania. Szybko przygotował dodatkowe butelki, napełniając szklanki alkoholem. Wiedział, że będzie potrzebował nie tylko trunków, ale też sporej dawki cierpliwości, ale whisky nie mogło zabraknąć, nie po czymś takim.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#2
20.02.2025, 16:26  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.02.2025, 16:30 przez Benjy Fenwick.)  
Wszedłem do mieszkania Corneliusa, które teraz stało się także moim tymczasowym azylem. W powietrzu unosił się zapach świeżo parzonej kawy, a w tle słychać było stłumione dźwięki miasta. Zatrzymałem się na chwilę, obracając głowę przez ramię, by spojrzeć na moich znajomych.
- Okej, teraz to jusz na pewno nie jeszteście demonami. - Rzuciłem z uśmiechem, nie tłumacząc, co dokładnie miałem na myśli. Ich miny nie były najlepsze, ale kiwnąłem głową z aprobatą. Nie było, czemu się dziwić. Atmosfera nie uległa znacznej poprawie. Mimo to, kontynuowałem, bo miałem ważniejsze sprawy do omówienia. Zaraz potem nawiązałem do dyskusji, która miała miejsce w korytarzu.
- Demony to nie szą sfykłe magiszne zwieszęta. To coś innego, coś, co wymyka się naszym wyobraszeniom. Złamanie kalku im nie wystalszy. Ich natula jest znasznie baldziej złoszona. - Chciałem, żeby zrozumieli, że mieli szczęście - naprawdę duże szczęście, że to wszystko się skończyło dobrze. No, miałem nadzieję, że dobrze. Widziałem rzeczy, które zmieniały perspektywę, a czasem nawet potrafiły zdefiniować na nowo moje rozumienie rzeczywistości.
- Tamte splawy są inne, baldziej szkomplikowane. Łowy to łowy. Demonologia to demonologia. Zawsze tszeba mieś na uwadze, sze nie wszystko jest takie, jakie się wydaje.
Nie mówię, sze jestem ekszpertem. Daleko mi do tego. My mieliszmy ot tego szłowieka. Był szmieszny... Do czasu, jak kazał się zapieszętować i ujebać sobie łeb.
- Zakończyłem poważniejszym tonem głosu. Tak - czasem tak kończyło się bycie śmiesznym. Nawet dla specjalistów w wąskiej dziedzinie. Nie byłem pewien, czy dotarło do nich, jak podchwytliwa była sytuacja. Nie mogli winić mnie za to, że byłem ostrożny - gdybym przyszedł do nich wprost, mogłoby się to skończyć znacznie gorzej. Nie mogłem pozwolić sobie na ignorancję. Musieli wiedzieć, że w tym świecie nic nie jest pewne, a prawda potrafi być znacznie bardziej przerażająca, niż się wydaje.
Wzruszyłem ramionami i ruszyłem dalej, nie zerkając za siebie.
- Wlóciłem do Wielkiej Blytanii, bo Antoine, mój jedyny stały wspólnik, nie szyje. Czas w końcu zlobić coś nowego w swoim szyciu. - Moje słowa brzmiały poważnie, a w moim głosie dało się wyczuć nutę melancholii. - Ale plawdę mówiąc, zjechałem głównie, szeby pszekonaś się, jak śle jest. Alice mosze jusz nie ma, ale... Mam tu znajomych, więc... Nie chciałem zosztawiaś ich na pastwę losu. - Stwierdziłem. Zawsze czułem na sobie oddech przeszłości, jakby każdy krok, który stawiałem, był śladem po moich przodkach, którzy mieli swoje własne demony - może nie tak dosłowne jak u Ambroise'a i Geraldine, ale równie groźne. Ich podszepty sprawiały, że moja biologiczna rodzina bardziej przypominała kult, niż szczęśliwy dom. Żyli przeszłością, podczas, gdy ja sam od wielu lat, skupiałem się na teraźniejszości. Miałem szansę zmienić coś w swoim życiu, nie iść śladami przeszłości, a to było ważniejsze niż wszystko inne. W końcu, czyż nie o to chodziło w życiu? O próby, o zmiany, o walce z demonami przeszłości?
A, tak, zapomniałbym o najważniejszym. Obróciłem wzrok w stronę Geraldine, a na mojej twarzy pojawił się ponury uśmiech, trochę przekorny. Obróciłem się lekko w jej kierunku, a w moim głosie zabrzmiał cynizm.
- Benjy Fenwick. Dla wlogów natomiast Aloysius Benjamin Rookwood. Z tych Rookwoodów. - Dawno nie wymówiłem tak twardego r. - Zdrajca krwi. Szlamojebca. Cała pszyjemność po mojej stlonie. - Skłoniłem się lekko w jej stronę, aby moje słowa były bardziej formalne. Uśmiechnąłem się posępnie, z odrobiną ironii, jakbym żartował z samego siebie.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#3
20.02.2025, 21:53  ✶  

Yaxleyówna nie zamierzała odpuścić konfrontacji z przyjacielem. Nie po tym przedstawieniu, które odbyło się na korytarzu. Była zirytowana, czego nie dało się nie zauważyć po jej wyrazie twarzy. Jasne, próbowała zrozumieć jego pobudki, ale nie do końca jej się to udawało. Typ polował na nich na jebanej klatce schodowej, nosz kurwa, to było nieco pojebane. Nie, żeby specjalnie znała się na opętaniach, czy na demonach, ale wystarczyło ich grzecznie poprosić o to, aby się tutaj pokazali, a kolega Corio mógłby na spokojnie ich sobie dokładnie obejrzeć, na pewno ją. Nie miałaby z tym najmniejszego problemu.

- Żebyś się kurwa nie zdziwił. - Odburknęła jeszcze do niego nie do końca przyjemnym tonem głosu. Może powinna być nieco milsza dla znajomego Corio i Ambroisa, ale nie do końca potrafiła. Nadal była zła o to, że po popsuł im plany.

Wlezli w końcu do mieszkania Lestrange'a. Geraldine ciągle trzymała Roisa za rękę, nie zamierzała jej póki co wypuścić, bo mógł się okazać jej uziemieniem, dzięki temu póki co całkowicie nie wybuchła. - CORIO, nie przywitasz się z nami? - Tak, liczyła na komitet powitalny, którego póki co nie zastała. Zdecydowanie mieli do pogadania. Najwyraźniej jednak Lestrange nie zamierzał się na razie pokazać, może to i lepiej dla niego, bo nie omieszkała strzalać w niego piorunami z oczu.

- No co Ty nie powiesz. - Nie była, aż takim laikiem, żeby nie wiedzieć tego o czym wspominał. Demony nigdy jakoś specjalnie jej nie interesowały, mimo wszystko miała jednak o nich jakieś pojęcie, szczególnie po ostatnich kilku miesiącach, gdy dosyć mocno musiała się przygotować do walki z tym jednym, który postanowił wkraść się do jej życia i je przejąć.

- Naprawdę zdajemy sobie sprawę z tego, jak wygląda walka z demonem. - Nieszczególnie teraz chiała do tego wracać. Pamiętała, jak mieszał im w głowach, jak naginał rzeczywistość. Pamiętała bardzo dokładnie, co działo się w jaskini, kiedy musiała odciąć łeb istocie, która wyglądała jak ona.

- To wyjątkowo dobry powód, zobaczyć, jak źle jest, myślisz, że dzięki Tobie będzie lepiej? - Pewnie na jego miejscu by tutaj nie wróciła, tak właściwie to sama zastanawiała się wiele razy, czy nie pierdolnąć tego w pizdu i nie wyjechać w Bieszczady, czy inne miejsce, ale za dużo rzeczy trzymało ją na miejscu. Miała pod opieką brata wampira, wcześniej brata demona, trochę się tego nazbierało.

Bardzo chętnie wlałaby w siebie teraz nieco alkoholu, tak, zdecydowanie tego potrzebowała, może wtedy jakoś łatwiej będzie jej się ogarnąć. Niby alkohol nie był rozwiązaniem, ale nie do końca się z tym zgadzała, czasem naprawdę pomagał.

Nadal stali w przedpokoju, nie weszli do dalszej części mieszkania. Mierzyła wzrokiem nieznajomego, który wydawał się być dosyć blisko i z Roisem i z Corio. Po tym co powiedział nieco jej się rozjaśniło, musiał na dłużej wyjechać z kraju, nie miała szansy go poznać, chociaż przecież pojawiła się w ich towarzystwie dość dawno temu, najprawdopodobniej zniknął stąd więcej niż siedem, osiem lat temu. To faktycznie był szmat czasu.

Kiedy usłyszała jego personalia na jej twarzy pojawiło się zdziwienie. Sporo się wyjaśniło. Dobrze jej się wydawało, że kojarzy tę twarz, tyle, że nie do końca mogła ją przypisać do osoby. Znała Rookwooda, tak, pamiętała go, teraz wszystko było jasne. - Kurwa, niezły plot twist. - Mruknęła w sumie sama do siebie, bo chyba nie tego się spodziewała. To wyjaśniało również skąd ją znał, przecież należeli do jednego domu w Hogwarcie, właściwie tak jak cała reszta towarzystwa obecnego w tym mieszkaniu. Tyle, że ona była najmłodsza, więc nie miała do końca szansy się z nimi jakoś bliżej poznać na tamtym etapie życia. Tak właściwie to właśnie Rookwooda powinna pamiętać najbardziej z tamtego czasu, bo grali razem w drużynie qudditcha.

Nie miała pojęcia, co się z nim stało, nie interesowało jej to za bardzo, bo nie byli nigdy na tyle blisko, aby jakoś specjalnie utrzymywała z nim kontakt. Roise, ani Corio też nie wspominali o tym, że byli z nim blisko. Najwyraźniej był całkiem dumny z tego, że stał się zdrajcą krwi, chyba lubił ruchać szlamy, zresztą sam się tym z nimi podzielił, drugi raz w przeciągu kilku minut wspominał o jebaniu, może mu czegoś brakowało?

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#4
20.02.2025, 23:19  ✶  
Nie wiedział, o co do cholery chodziło Aloysiusowi, gdy kolejny raz palnął do nich tekst o nie byciu demonami, ale chyba nie chciał o to pytać. Tak właściwie, nie miał nawet najmniejszej ochoty kontynuować tematu dopplegangera, który w tym momencie był dla nich jeszcze zdecydowanie zbyt świeży, aby Ambroise mógł tak po prostu dzielić się przemyśleniami z...
...no cóż, z kimkolwiek. Nie rozmawiał o tym nawet z Geraldine. A przecież to oni we dwoje mierzyli się wtedy z piekielnym bytem. To oni tam byli, oni widzieli te wszystkie rzeczy, oni musieli żyć z konsekwencjami tamtych chwil. Z decyzjami i wyborami. Z koszmarami sennymi, jakie zaczęły męczyć go po opuszczeniu jaskini.
Nie trzeba było mówić mu o tym jak niebezpieczne były demony. Zdążył się o tym przekonać i wcale nie zamierzał bagatelizować całej sprawy. Tyle tylko, że w tamtym momencie nie miał zupełnie nic do powiedzenia (ku jego narastającej wtedy irytacji) w kwestii doboru sobie towarzyszy broni. A teraz było trochę za późno, żeby zmieniać przeszłość. Abstrahując od tego, że to było raczej po prostu fizycznie niemożliwe.
Zmrużył oczy, patrząc na Geraldine. Na ich złączone dłoni, na jej elegancką sukienkę. Na kwiaty, które nadal trzymała. Jasnoróżowe, intensywnie pachnące lilie, nieoficjalny symbol ich przeszłości. Kwiaty, które już zawsze miał z nią łączyć. Wypierdolił je wszystkie ze swojej części ogrodów w Dolinie. Nie mógł na nie patrzeć, ale dzisiaj...
...dziś było inaczej. Od początku ewidentnie do końca. Nie spodziewał się niczego, co miało miejsce. Każda chwila tego dnia coraz bardziej go zaskakiwała. Wcześniej pozytywnie. Teraz już raczej nie do końca.
Mimo to nadal trzymał swoją dziewczynę za rękę, potrząsając głową i kwitując słowa Benjy'ego wyłącznie cichym westchnieniem. Nie smutnym, raczej poirytowanym. Nawet nie próbował komentować tego wywodu.
No, przynajmniej nie teraz. Nie bez obecności Corneliusa, który z pewnością też miał cholernie dużo do dodania. Tyle tylko, że chwilowo jakoś nie wyskoczył im na powitanie jak królik z kapelusza. Tchórz.
W przeciwieństwie do Rookwooda. Ten znów popisywał się przesadną brawurą. Jak zwykle wybitni, jak zawsze kontrastowi.
- Mówiłem ci, co sądzę o Alice - w teorii zwrócił się do Aloysiusa, jednak jego głos był stosunkowo cichy; brzmiał raczej jak nieco kąśliwe burknięcie nie do końca przeznaczone dla uszu przyjaciela, do których to z pewnością mimo wszystko miało trafić.
Być może w teorii nie powinien tego mówić. Niby od tamtego czasu minęło już naprawdę wiele lat. Upłynęło cholernie dużo wody, odkąd do Ambroisa dotarła wieść o rozstaniu Fenwicka z jego przeuroczą małżonką. A jednak nie dało się ukryć, że to od tamtego związku zaczęły się wszystkie problemy Rookwooda. To, co ostatecznie eskalowało tak mocno, że oto znajdowali się tutaj w takiej a nie innej atmosferze.
Nie jako ci szczęśliwi ludzie z przeszłości, którymi wydawało im się, że zawsze będą. Znaleźli się tu w zupełnie innych, dużo bardziej ponurych okolicznościach. Nie dało się tego ukryć. Nie istniała możliwość przeoczenia tego wyjątkowo parszywego faktu: oto każde z nich znajdowało się teraz głęboko po pas w swoim własnym, osobistym bagnie.
Myśląc o przyszłości, o dorosłości, o życiu po szkole...
...nikt, zupełnie nikt z nich nie był w stanie przewidzieć przebiegu zdarzeń, prawda? Nie było tu nawet miejsca na jakiekolwiek chyba. Żaden dzieciak, żaden młody panicz, żadna młodziutka panna (w przypadku ich rodzynki, którą nadal ściskał za rękę) mający przed sobą rzekomo świetlaną przyszłość. Bogaci, uprzywilejowani, dobrze urodzeni ludzie nie zakładali takich rzeczy.
Co prawda, Roise nigdy nie widział się w roli typowego rodzinnego mężczyzny. Czyjegoś chłopaka, partnera, męża. Może nie zdawał sobie z tego teraz sprawy, ale Loys całkiem właściwie ocenił go tam na klatce schodowej. Nigdy nie zachowywał się tak jak robił to przy Geraldine, która to też nie była ani trochę zbliżona pod kątem zachowania czy podejścia do dziewcząt, z którymi bawił się w młodości.
Bowiem to zawsze była zabawa. Nic więcej. Przynajmniej do momentu, kiedy wszystko stanęło na głowie. Potrzebował jednak do tego naprawdę wiele lat. Jeszcze przez długi czas po Hogwarcie nie angażował się emocjonalnie w jakiekolwiek związki. Minęło wiele lat od chwili, w której zaczął interesować się płcią przeciwną do momentu, w którym wpadł jak śliwka w kompot w coś, w czym naprzemiennie widział i nie widział działania klątwy.
W tamtym czasie pomiędzy jednym a drugim trudno było mu umieścić się gdzieś w tym idealnym obrazku, na którym mogliby być teraz gronem szczęśliwych czystokrwistych czarodziejów. Żonatych mężczyzn spotykających się we wspólnym gronie po pracy. Śmietanki towarzyskiej siedzącej w elegancko urządzonym salonie, popijającej drogie trunki, zabawiających swoje panie.
A jednak tak to powinno wyglądać, nieprawdaż? Gdyby los był sprawiedliwy a życie tak łatwe jak niegdyś im się zdawało, byliby obecnie w innej sytuacji. Tym bardziej, że i on sam z czasem zaczął dojrzewać do tego znacznie bardziej konwencjonalnego zachowania. Do bycia kimś, kim nie był w Hogwarcie. Kim powoli zaczął się stawać dopiero w wieku dwudziestu siedmiu lat. Nieprzerwanie pracując po tym na przyszłość, która uciekła mu z rąk.
- Zawsze robiła wokół siebie zbędny szum. Będzie ci łatwiej przyczaić się bez niej na czas załatwiania tu tych swoich planów - stwierdził już głośniej, bardziej zdecydowanie, brzmiąc na bardziej pewnego siebie niż był w rzeczywistości.
W istocie był bowiem zaniepokojony, nie zaś przekonany o tym, że to, co założył sobie Aloysius miało przynieść przyjacielowi cokolwiek dobrego. Trwała wojna. Może nie rozpętała się jeszcze do tego stopnia, że ulice były zasłane trupami, ale bez wątpienia nie był to najlepszy czas na powrót na łono ojczyzny. Prawdę mówiąc, dla ludzi takich jak Fenwick był to prawdopodobnie jeden z gorszych momentów.
Ale Greengrass nie musiał tego mówić, prawda? Wszyscy aż nazbyt dobrze zdawali sobie z tego sprawę. No, może na tę chwilę jeszcze prócz Yaxleyówny, jednak i to bardzo szybko miało ulec zmianie. Wystarczyło jedno spojrzenie, kiwnięcie głową i słowa padły. Rookwood nadal mu ufał. O zgrozo, Roise nie był pewien, czy powinien cieszyć się z tej informacji.
Nie chodziło o niego. Nie miało o niego chodzić. Ani o Corio, ani o Rinę. Temu gronu zdecydowanie można było zawierzyć swoje najgłębsze sekrety, nawet jeśli w tym momencie Lestrange z dużym prawdopodobieństwem mógł szykować się na cios w pysk od dziewczyny Ambroisa przyjaciółki. Długi jęzor, nawet do najbliższych, wymagał twardej dupy i ponoszenia konsekwencji swojej paplaniny.
Tak czy inaczej, nikt z ich grona nie wzbudzał w Greengrassie tych mieszanych odczuć. Nie. Roise miał je w związku z innymi znajomymi Loysa. Tymi, których on sam nie popierał i nigdy nie miał poprzeć. Tymi, przez których po części znalazł się tu jego przyjaciel, jego brat. Tymi, dla których ewidentnie był w stanie się narażać.
To dlatego fakt, że Aloysius w dalszym ciągu pokładał zaufanie w dawnych przyjaźniach poniekąd tak mocno uderzył Ambroisa. Świat się zmienił. Ludzie się zmienili. Niestety nie na lepsze. To dostrzegał już nawet po samym sobie.
W końcu, gdyby było inaczej, zmierzaliby teraz korytarzem w inny sposób i w innym celu. Tym z pocztówki. Z niemalże żenująco przesłodzonej wizji dorosłej przyszłości.
Wszyscy razem, bez wątpienia w większym gronie. Nie każdy osobno walczący ze swoimi (o ironio) demonami. Tymi, którym w istocie nie dało się tak po prostu upierdolić łba.
Bezmyślnie spojrzał na swoją rękę. Na dłoń Riny zamkniętą w jego dłoni. Dotykali się, splatali palce. Przeżyli naprawdę szczęśliwy poranek, wspaniałe godziny u swojego boku na randce. A teraz? Teraz chyba wszystko miało wrócić do nowej ponurej normy. Nie byli już razem. Na ręce jego ukochanej nie świecił kamyk ani złota obrączka. On też nigdy nie miał okazji jej założyć.
Nie zdążył przyjrzeć się dłoni przyjaciela, ale był niemal pewien, że po obrączce Fenwicka też nie było już śladu. Cornelius także nie nosił swojej podczas ich ostatniego spotkania.
Nowa rzeczywistość, drodzy państwo, nowa rzeczywistość rozminęła się z tym, co było chyba wyłącznie złudzeniami.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Bloody brilliant
Soft idiot, a sappy motherfucker, a sentimental bastard if you will
wiek
33
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Wysoki, bo 192 centymetry wzrostu, postawny, dobrze zbudowany mężczyzna. Czarnowłosy. Niebieskooki. Ma częściową heterochromię w lewym oku - plamę brązu u góry tęczówki. Na jego twarzy można dostrzec kilka blizn. Jedna z nich biegnie wzdłuż lewego policzka, lekko zniekształcając jego rysy, co nadaje mu surowy wygląd, mimo to drobne zmarszczki w kącikach oczu zdradzają, że często się uśmiecha lub śmieje. Inna blizna, mniejsza, znajduje się na czole. Ma liczne pieprzyki na całym ciele. Elegancko ubrany. Zadbany. Bardzo dobrze się prezentuje.

Cornelius Lestrange
#5
21.02.2025, 20:17  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.02.2025, 20:18 przez Cornelius Lestrange.)  

Cornelius stał w salonie swojego mieszkania, wpatrując się w cztery szklanki, które napełniał whisky, następnie odstawiając je na właściwe miejsce, aż wreszcie każda z nich była właściwie wypełniona i starannie ustawiona na stoliku, tuż przy misce z orzeszkami. Łapał się na tym, że raz za razem z niepokojem poprawiał ustawienie szkieł, starając się uzyskać idealny układ na ławie. Był poważny i zamyślony, nic dziwnego, bo od kilku godzin szykował się na coś więcej niż tylko zwykłe spotkanie towarzyskie. Jego myśli krążył wokół testu i niepewności, która towarzyszyła mu od momentu, gdy Aloysius zasugerował, że może lepiej byłoby, gdyby upewnili się odnośnie pewnych rzeczy. Miał w głowie plan, który wymagał od niego pełnego skupienia. Obok stolika ustawił dodatkowe butelki, przygotowując się na coś, co zdawało się być nieuchronną konfrontacją.

Odgłos zamykanych drzwi wejściowych zapowiedział przybycie gości. Wkrótce potem do jego uszu dotarł przesłodki głosik czarującej Geraldine, która najwyraźniej była w wyśmienitym humorze. Tak, tak, Cornelius nie musiał być jasnowidzem, by wiedzieć, że teraz, w tej chwili, była w bojowym nastroju. W jego wyobraźni pojawił się obraz największej sekutnicy, jaką znał: jego pierwszej żony. To znaczy, największej, zanim poznał Yaxley, dzięki której zweryfikował wcześniejsze doświadczenia. Wkurwiona Yaxley nie miała sobie równych.

Obciągnął mankiety koszuli, wziął głęboki oddech i, zgodnie z przesłodkim, głośnym życzeniem Geraldine, ruszył w kierunku korytarza.
To, co miało nastąpić, zwiastowało burzę. W jego myślach pojawiły się całkiem naturalne przypuszczenia, wyobrażał sobie różne scenariusze tej konfrontacji, ale żadna z nich nie mogła przygotować go na to, co zobaczył, gdy w końcu stanął w drzwiach. W jego oczach najpierw pojawiło się niedowierzanie, a potem kpina, gdy dostrzegł kobietę trzymającą rękę Ambroise'a. Zmrużył oczy, oceniając sytuację.

Wyglądała jak królowa balu, aczkolwiek jej wygląd zdradzał, że z pewnością miała za sobą intensywny dzień. Włosy Geraldine były nieco rozczochrane, a jej makijaż wymagał poprawki po tym, jak jej „ nie-chłopak” z pewnością trzymał ją zbyt mocno na dystans. Ona natomiast trzymała w drugiej dłoni bukiet kwiatów, co tylko potęgowało absurdalność sytuacji. Corio nie mógł powstrzymać wymownego spojrzenia, które przesunęło się na Ambroise'a. Ten, równie zresztą potargany i wymięty, wyglądał tak, jakby dopiero co przetrwał spotkanie z tornadem. Zdecydowanie musieli mieć jakieś kłopoty, bo z pewnością nie przerwano im miłosnego rendez-vous, skoro nic już między nimi nie było, wiatr ich na siebie pchnął... Czy coś. Jak dobrze, że nigdzie na korytarzu nie leżała skórka od banana...

Jego wzrok przesunął się w górę, aby spotkać się z oczami przyjaciela. Zanim jednak zdążył się odezwać, chrząknął znacząco, gestem dłoni dając przyjacielowi do zrozumienia, że ten powinien sprawdzić drobny szczegół swojego wyglądu - różany ślad pomadki, rozmazany w kąciku ust i na lewym policzku. Mimo, że Corio nie zamierzał być złośliwy, w tej sytuacji trudno mu było powstrzymać ironiczny uśmiech, który wkrótce i tak pojawił się na jego twarzy. W końcu Cornelius był mistrzem w wyciąganiu prawdy z ukrycia, a dzisiejsze spotkanie nie mogło być wyjątkiem.

- Miło was widzieć. - Powiedział, jego ton głosu był lekko znaczący, gdy podkreślił słowo „was”. Jego ironiczny ton był, oczywiście, wyczuwalny dla kogoś, kto obcował z Corio przez tyle lat, ale Lestrange w głębi duszy wiedział, że to on sam wprowadził ich w tę sytuację, więc nie zamierzał być aż takim chujem, żeby dodawać coś więcej.

Tym bardziej, że ta dwójka już nie była zbyt przeszczęśliwa. Z pewnością w tej chwili emanowała z nich energia, która mogła zmieść wszystko na ich drodze. Doskonale wiedział, czemu i, że choć to on nasłał Aloysiusa, by stawił czoła Geraldine oraz Ambroise'owi, teraz sytuacja się odwróciła. W tej chwili Aloysius nasłał Greengrassa i Yaxley na niego, a on musiał to wziąć na klatę, nie było innego wyjścia.

- Może lepiej, jeśli usiądziemy w salonie i porozmawiamy, zamiast stać na korytarzu? - Zaproponował, nie chcąc, aby napięcie między nimi wzrosło. Wiedział, że czekała ich trudna rozmowa, ale miał nadzieję, że mieli to jakoś rozwiązać. Musiał wziąć na klatę to, co zrobił, nasławszy Aloysiusa na Geraldine i Ambroise’a. Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę, tak?

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#6
22.02.2025, 02:02  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.02.2025, 02:16 przez Benjy Fenwick.)  
Ambroise jak Ambroise - nie traktowałem jego zachowania jako nic specjalnego. Przynajmniej od momentu, w którym bez zbędnych słów potwierdziliśmy sobie nasz status. Skoro nadal traktował mnie jak brata, ja traktowałem go jak mojego, to odrobina napięć nie była niczym niecodziennym. Mógł się na mnie boczyć. Najważniejsze, że pod tymi grobowymi minami, które strzelał, nadal mieliśmy nić porozumienia.
Nie przejmowałem się także zbytnio zachowaniem Ambrosii... Przepraszam - Geraldine. Geraldine Yaxley, chociaż Ambrosia zdecydowanie bardziej by pasowała, jak na moje oko. Po co komplikować sobie życie? Cóż, Roise zawsze miał skłonność do wybierania kobiet, które idealnie wpisywały się w jego wizję świata... I Geraldine była tego doskonałym zaprzeczeniem. Właściwie to wydawało mi się to zabawne, bo znałem Roise’a na wylot. Było w tym coś dostatecznie narcystycznego, żeby mogło funkcjonować. Świadomość, że Roise w końcu znalazł swoją damską wersję, tylko z innymi pasjami, bawiła mnie do łez.
Tak czy inaczej - nie ruszał mnie jej bojowy nastrój. Znałem ten typ człowieka. Kojarzyłem ją jeszcze ze szkolnych lat, w zasadzie to chyba najlepiej z naszej trójki, bo miałem z nią najwięcej interakcji - szczególnie podczas gry w Quidditcha na tych samych pozycjach, jej temperament był mi dobrze znany. Strzelała gromami z oczu i ciskała kąśliwe komentarze, ale zamiast złości, odczuwałem raczej rozbawienie. Ponadto spoglądałem na nią z pewnym zrozumieniem. W końcu sam od piętnastu lat byłem osobą, która potrafiła wpaść w bojowy nastrój. Zdarzały się dni, kiedy i ja ciskałem chamskimi komentarzami, zwłaszcza, gdy coś nie szło po mojej myśli. Dlatego nie miałem zamiaru oceniać jej zbyt surowo. To po prostu była jej natura, wiedziałem, że nie ma sensu się fochać. Pochodzila z rodu, który zawsze kładł nacisk na emocje, niekoniecznie na logikę. Jeśli miałbym być szczery, pewnie sam bym się wkurwił, gdyby ktoś uznał mnie za demona w chwili, gdy wchodziłem do mieszkania z moją partnerką, z rękami na jej ciele i myślami krążącymi wokół zupełnie innych spraw. Nie mniej demonicznych, ale w stosunku do partnerki, nie do sąsiadów. Poza tym, jeśli chciałaby mi zrobić krzywdę, to już by to zrobiła.
Jednak było coś, z czym się nie zgadzałem. To, że jej zachowanie mogło być uzasadnione przez przeszłość czy cechy charakteru, nie oznaczało, że musiała być tak nadmiernie pewna siebie. Nigdy nie miałbym w sobie aż tyle brawury - lekko mówiąc, nie używając dosadniejszych określeń na tak idiotyczne pomysły - by poprosić potencjalne demony czy opętanych o grzeczne stawienie się przede mną w jakimś dogodnym miejscu o szesnastej trzydzieści trzy w środę szóstego września roku pańskiego siedemdziesiątego drugiego. To byłby debilizm. Najwidoczniej nie dla wszystkich. Ja wiedziałem, że w konfrontacji z czymś tak nieprzewidywalnym, jak ci, którzy zostali opanowani przez siły nieznające litości, nie było miejsca na uprzedzenia o swoich zamiarach ani na grzeczności. Gdyby takie istoty miały się w ogóle ujawnić pod wpływem wymuszenia, to w sposób, którego nikt nie mógłby przewidzieć. Zaskoczenie było kluczem. Nie zamierzałem ułatwiać im sprawy, dając im czas na przygotowanie się na spotkanie. W takich sytuacjach liczyła się tylko szybka reakcja i instynkt, a nie jakieś naiwne zasady dobrego wychowania. Szybka akcja weryfikacja na klatce schodowej - soreczka, ale tak, to była najrozsądniejsza opcja.
Ku jej fartowi, nie miałem zdolności czytania myśli, więc nie zacząłem opowiadać o swoim punkcie widzenia.
- Wobesz tego, gdy znajdziemy się w szalonie, baldzo chętnie poszłucham, jak waszym zdaniem wygląda ta wyjątkowo udana walka sz demonem. - Skomentowałem z cieniem bezczelności. Nie mogłem się doczekać, żeby posłuchać o ich heroicznych czynach, bo przecież każdy wie, jak łatwo pokonać potwora, gdy ma się w zapasie kilka magicznych zaklęć, nóż i odrobinę szczęścia.
Spojrzałem na Geraldine, czując, jak w moich ciemnobrązowych oczach zbiera się gniew. Mogła sobie darować ten komentarz. Zachowała się jak panienka czystej krwi, której wszystko to nie dotyczy, która może sobie pozwolić na durne pytania, podczas, gdy świat wokół nas płonął. Nie spodziewałem się tego po niej. Twarz mi stężała, przez chwilę milczałem, zastanawiając się, jak to ująć. Ciemniejące oczy wpatrywały się w nią z narastającą frustracją. Nie oczekiwałem, że, jako uprzywilejowana osoba ze środowiska czystokrwistych czarodziejów o dość konserwatywnych poglądach, zrozumie, ale miałem nadzieję, że dostrzegała rzeczywistość, w której się znaleźliśmy. Nadzieja matką głupich? W końcu, po chwili wahania, zdecydowałem się odpowiedzieć.
- Nie, nie mam siły szplawić, sze wszystko będzie lepiej. Nikt s nas nie ma. Mogę splóbować pszekonać ich do wyjazdu, ale jeśli to szię nie uda, tesz nie zamieszam być bielny. - Stwierdziłem. Nie czułem potrzeby mówienia, że w takim wypadku nie było miejsca na sentymenty. Niektórzy musieli być gotowi na wszystko, bo byli na gorszej pozycji, natomiast każdy z nas musiał wziąć odpowiedzialność za swoje decyzje.
Ja na przykład podjąłem decyzję, która zaważyła na całym moim życiu. Zaryzykowałem wszystko dla Alice. Wiedziałem, że to, co robię, jest skrajnie kontrowersyjne, ale nie mogłem się powstrzymać. Uciekłem z nią z kraju, zostawiając za sobą nie tylko dom, ale także wszelkie więzi, które były dla mnie ważne. Wtedy byłem młody i zakochany. W moim sercu tliła się nadzieja, że znajdziemy nowe miejsce, gdzie nikt nie oceni nas przez pryzmat przeszłości. Tyle, że zapłaciłem za to wysoką cenę. Wydziedziczono mnie. W oczach społeczności, stałem się zdrajcą krwi, uznany za zakałę i karalucha w oczach rodziny, która od pokoleń nienawidziła mugoli. Mój ojciec, człowiek o zimnym sercu, najchętniej by mnie zabił, gdyby mógł. W moim rodzinnym domu nie było miejsca dla kogoś takiego jak ja.
Spojrzałem na Ambroise'a i uśmiechnąłem się gorzko, wiedząc, że on rozumiał. Tak, Alice była błędem - na zawsze zmieniła bieg mojego życia. Nic innego nim nie było. Straciłem ją, ale dzięki niej zyskałem znacznie więcej. Przede wszystkim nie byłem już takim posranym bufonem, jakim byłem w młodości, ślepo podążając za oczekiwaniami rodziny. Wspomnienie imienia byłej żony nadal wywoływało u mnie mieszane uczucia, ale wiedziałem, że nawet w tym pierdolniku, który zgotowała mi w życiu, stałem się silniejszy.
- Jak widzisz, jeśli sytuacja sztanie się zbyt powaszna, mogę splóbować pszekierować uwagę pszynajmniej kilku aglesolów na siebie. - Skomentowałem sucho - to była moja ostateczna odpowiedź na tamto durne pytanie. Wiele lat temu wyszedłem z błędnego założenia, które mi wmówiono: „w tej chwili musisz myśleć o sobie i o tym, co możesz zrobić, aby przeżyć”, ale czasy się zmieniły. Tamta decyzja zdefiniowała mnie na nowo. W końcu nauczyłem się, co to znaczy podejmować ryzyko, co to znaczy walczyć o to, co się kocha.
Obróciłem się w stronę Corneliusa, słysząc go za plecami, a na mojej twarzy zagościł swobodny uśmiech.
- Tak, chodźmy do salonu. - Kiwnąłem głową. Wymijając Corio, wszedłem do salonu, gdzie praktycznie od razu rozsiadłem się na fotelu, zajmując go w poprzek, z nogami wygodnie uniesionymi w górę. Chwyciłem butelkę stojącą obok stolika i dolałem sobie alkoholu do szklanki, bo Cornelius, jak zwykle, zgodnie ze swoją przesadną kulturą picia, nalał za mało. Dziś byłem jego głosem rozsądku, więc poprawiłem to małe niedopatrzenie również w reszcie szklanek.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#7
22.02.2025, 16:09  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.02.2025, 16:25 przez Geraldine Greengrass-Yaxley.)  

Geraldine nie miała pojęcia, kim była Alice, ale najwyraźniej Ambroise nie miał o niej dobrego zdania, i chyba ten jego koleżka też nieco przejechał się na tej typiarze. Jeśli dobrze dedukowała, to panna była mugolaczką, bo nieznajomy wspominał coś o jebaniu szlam i o tym, że był zdrajcą krwi. Teraz wszystko łączyło się we względną całość, to zapewne był powód dla którego zniknął z kraju, a teraz połowa Londynu chciała go zajebać. Całkiem szybko przyszło jej zrozumienie clue całej sprawy, w sumie to on chyba nie miał oporu przed tym, aby się tym podzielić. Zabawne, bo przecież nie miał pojęcia, jakie miała poglądy, mogła być przecież jedną z tych pojebanych fanatyczek, którym zależało na tym, aby czystokrwiści spółkowali tylko z czystokrwistymi.

Tak właściwie to nie trzeba było być Sherlockiem, aby dostrzec, że należała do osób, które miały raczej wyjebane w te wszystkie konwenanse, nie do końca interesowało ją to, co kto robił, z kim sypiał. To nie były jej problemy, sama miała znajomych mugolaków, których bardzo lubiła. Starała się jednak dbać o to, aby pozycja ich rodziny była nie zachwiana. Szczególnie, że ostatnio to ona była tą najbardziej widoczną wszędzie, chociaż nigdy jej na tym zależało. Niestety, jeden z jej braci zniknął chuj wie gdzie i najwyraźniej nie zamierzał wrócić, a drugi został pierdolonym wampirem, więc chąc nie chcąc to na nią spadła odpowiedzialność utrzymywania pozytywnych relacji z innymi rodzinami. Musiała dbać o to, jak widzieli ich inni, co ostatnio wcale nie było takie proste, zważając na to, że jej wyimaginowany, demoniczny brat bliźniak utrudniał życie sporej części społeczeństwa Londynu, niestety jego występki były powiązane i z nią. Musiała świecić za niego oczami i udawać, że ma wszystko pod kontrolą, chociaż wtedy jeszcze nie miała. Właściwie to aktualnie również nie do końca zdawała sobie sprawę, czy faktycznie problem został zażegnany. Niby tak, ale ciągle czuła to chujowe uczucie niepewności. Tyle, że typ, który wrócił nagle zza oceanu raczej nie był osobą, z którą chciałaby o tym rozmawiać, szczególnie, że chyba tylko i wyłącznie dla niej był obcy. Umknęło jej wcześniej to, że ta trójka była bliskimi przyjaciółmi, cóż, była młodsza, nie wiedziała o nich wszystkiego.

Nie komentowała jeszcze tego, czy obecność zdrajcy krwi w domu Corneliusa była dobrym pomysłem, jak sam Rookwood wspomniał tutaj było dziecko. Wiadomo w jaki sposób działali śmierciożercy nie mieli najmniejszych skrupułów. Na pewno będzie musiała poruszyć ten temat, ale później, wypadałoby zacząć od tego, że Lestrange nasłał na nich łowcę demonów.

W końcu w pomieszczeniu pojawił się i on, sprawca całego zamieszania. Yaxleyówna czuła, że Corio mierzy ich wzrokiem, ostatnio robił to chyba mniej ostentacyjnie, nie sądziła, że powinni sobie zrobić powtórkę z rozrywki, wszak już mu wspomniała o tym, że nie powinien się interesować tym, z kim sypia, bo to nie była jego sprawa. Poznali już jego zdanie na ten temat, i chyba nic sobie z tego nie zrobili. Nie było sensu, aby znowu przypominał im o tym, że to był chujowy pomysł, byli tego świadomi, a i tak robili to, na co mieli ochotę.

- Ciebie również Corio, nawet nie wiesz, jak się cieszę, że w końcu się pokazałeś. - Uśmiechnęła się, ale ten uśmiech nie był szczery, wręcz przeciwnie, raczej wyglądał na bardzo wymuszony. Do tego zresztą dochodził błysk w jej oczach, ten który zwiastował, że naprawdę była wkurwiona. Zupełnie przypadkowo ścisnęła jeszcze mocniej dłoń Roisa, nie, żeby chciała zrobić mu krzywdę, ale jakoś tak wyszło.

- Nikt nie powiedział, że to była udana walka, mogło być lepiej, ale problem się rozwiązał, już mnie nie dotyczy. - Mruknęła do Fenwicka. Nie chciała wracać do tematu demona, nie była zadowolona z tego, co wydarzyło się w jaskini, tak właściwie to nic nie poszło tam po jej myśli, a nie znosiła mówić o swoich niepowodzeniach, zdecydowanie wolałaby więc nie wracać do tego, co się tam wydarzyło. Czuła, że była to jej porażka, że źle wszystko zaplanowała. Nie znosiła, kiedy inni widzieli, że tak naprawdę nie do końca radziła sobie z tym, co działo się w jej życiu, wolała udawać, że wszystko jest w porządku, tak było prościej niżeli przyznawać się do porażek, które ostatnio ją zasypywały.

- No jasne, najprościej mówić, że nikt z nas nie ma siły, żeby zrobić cokolwiek. Gdzie byłeś, kiedy oni Cie potrzebowali, co? - Ucieczka i zwianie z kraju z jakąś dupą było całkiem zgrabnym rozwiązaniem, żeby nie mieszać się w to, co działo się na miejscu. Jeśli dobrze zrozumiała był ich przyjacielem, bratem, a zostawił ich tutaj samych na te wszystkie lata. - Szkoda, że byłeś bierny, kiedy oni zabili Amandę. - Yaxleyówna była wkurwiona, a wtedy zupełnie nie ważyła słów, które padały z jej ust. Mógł sobie pierdolić o tym, że nie mogli nic zrobić, ale ona była na miejscu, zdarzało jej się angażować zupełnie przypadkowo w starcia z tymi, którym nie podobało się to, jak zaczynał wyglądać ich świat, mimo, że sama należała raczej do tej uprzywilejowanej części społeczeństwa. Łatwo było oceniać wszystko z boku.

- Rychło w czas. - Dodała jeszcze. Geraldine ostatnio straciła kilka bliskich osób, Benjy zapewne nie miał o tym pojęcia, bo skąd mógł to wiedzieć, nie znał jej zupełnie. Zapewne nie zdawał sobie też sprawy z tego, że przez to nieomal nie straciła Roisa, o czym zresztą sama dowiedziała się ledwie kilka dni temu. Powoli zaczynało jej to wszystko ciążyć. Nie była w szczególnie dobrym nastroju na takie przepychanki.

Nie sądziła, że znalezienie się w salonie miało cokolwiek zmienić. Nastroje wszyscy mieli raczej nieco podminowane, spodziewała się, że znowu wizyta u Corio zakończy się dość dramatycznie, ale póki co postanowiła na to przystać. Ruszyła więc za mężczyznami, ciągnąc za sobą Ambroisa, nadal nie wypuszczała bowiem jego dłoni, jakby faktycznie jego wsparcie mogło spowodować, że się uspokoi, chociaż to raczej nie było możliwe.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#8
22.02.2025, 18:10  ✶  
Nie mogłem uwierzyć w to, co usłyszałem. Czułem, jak w moim wnętrzu narasta gniew. Co gorsza - z każdym słowem Geraldine ten gniew przeradzał się w coś znacznie gorszego. Moja racjonalna część umysłu próbowała zapanować nad emocjami, ale z każdą chwilą stawało się to coraz trudniejsze. Przypominałem sobie wszystkie te lata, które spędziłem w wyobcowaniu, walcząc z problemami, które dla niej, jeśli istniały, były tylko częścią życia - wykonywanym zawodem. Ja byłem tam przez cały czas, w piekle, podczas, gdy ona bawiła się w buntowniczkę, z rodzinnym wsparciem na wyciągnięcie ręki. Ona po pracy wracała do domu - ja nie. Miała życie prywatne, bliskich i przyjaciół, których mogła widywać - ja nie. Zasypiała przy ukochanej osobie, która obdarzała ją troską, z którą o siebie nawzajem dbali - ja nie. Wiedziałem, że świat nie jest sprawiedliwy. Podjąłem swoje własne wybory, ale nie zamierzałem pozwolić obcej królewnie oceniać mnie przez swój wypaczony pryzmat. Nie musiała martwić się o płacenie rachunków, o to, skąd wziąć pieniądze na jedzenie. Jeśli brakło jej wody pitnej, to przez jej własne złe planowanie - nie przez to, że nie było jej na nią stać. Polerowała swoje nożyki, ostrzyła sztylety i bronie, kupione najpierw za rodowe galeony, nie mając pojęcia, co to znaczy walczyć o każdy dzień.
- Uśfiadom sobie jedno. - Spojrzałem na nią z ogniem w oczach. Zacisnąłem dłonie jeszcze mocniej, czując, jak gniew przekształca się w furie. Spojrzałem jej w oczy i wyrzuciłem z siebie słowa, które od dawna kłębiły się w moim umyśle. Nie były przeznaczone dla niej. Nie miały określonego adresata - po prostu czekały na właściwy moment, który właśnie nadszedł.
- To, s kim losmawiasz. - Powiedziałem, właściwie to sycząc - moje słowa były twarde jak stal, tnąc powietrze. W końcu, nie mogąc dłużej powstrzymać się przed reakcją, wybuchłem. Nie krzyczałem - uraz gardła mi to uniemożliwiał, ale miałem swoje sposoby modulacji głosu w taki sposób, żeby brzmiał wystarczająco wściekle.
Patrzyłem na nią. Z moich oczu bił gniew, który nie miał zamiaru zniknąć. Czułem, że te słowa musiały paść, musiały być usłyszane, aczkolwiek wątpiłem, że zostaną zrozumiane. Mimo to nie mogłem dłużej stać w cieniu jej ignorancji. Nie byłem jej chłopakiem ani kulturalnym przyjacielem. Ktoś musiał jej przypomnieć, że nie wszyscy mają takie przywileje, jakie ona dostała wraz ze swoim nazwiskiem. Nie wszyscy mogli sobie pozwolić na zabawę w buntowników, gdy życie stawiało przed nimi prawdziwe wyzwania.
- Od piętnasztu lat w dupie, poza Wyspami, miesząc się s gównem, o któlym takie upszywilejowane panienki, jak ty nie mają pojęcia. - Yaxley nie miała pojęcia, jak wygląda prawdziwe życie, jak to jest być zmuszonym do stawienia czoła światu, który nie ma litości. Ciąłem językiem. To była jedyna rzecz, którą mogłem kontrolować w tym momencie, gdy w mojej piersi kumulował się gniew.
- Pozwól, sze ci coś uświadomię. Czas, szebyś w końcu zrozumiała, co to znaszy empatia. Nie wszyscy mają to szczęście, co ty. Nie wszyscy mogą liczyć na lodzinę, któla ich wspiela. Nie wszystkich szykują do popieldania po głuszy, a potem dają im pienionszki na bloń i gwarancję wspalcia. My inni, tacy jak ja, musimy ladzić sobie sami. Nie zamieszam znosić twoich pustych słów na ten temat, bo dla mnie nie jestesz lepsza. Nie jestesz autolytetem, jestesz poselem. - Zacisnąłem dłonie w pięści, tak mocno, że moje knykcie pobielały, a paznokcie wbiły mi się w skórę we wnętrzach dłoni, powodując ból, który w niczym nie mógł się równać z tym, co czułem w sercu.
Moje chaotyczne stawały się coraz bardziej wściekłe. Czułem, jak krew pulsowała mi w skroniach. Mój umysł wypełniał się obrazami ostatnich lat - wspomnieniami brudnymi ulicami, pustymi twarzami, a przede wszystkim tym, co zostawiłem za sobą. Każde kolejne wspomnienie było przypomnieniem o tym, jak wiele musiałem znieść, jak wiele poświęcić. Nie po to, żeby oceniała mnie jakaś wredna pizda z bogatej rodziny mającej się za alfy i omegi łowiectwa.
- Moszesz naraszać życie, ale sawsze ktoś pszybędzie s odsieczą. Chcesz medyka, masz medyka. Od dzieciaka bawiłaś się w surwiwal. Nie masz pojęcia, co znaczy prawdziwa walka i brak moszliwości powlotu, kiedy wszystko w tobie wyje o szansę, szeby być tam, ale jesteś tu... Więc pszestań udawać, że wiesz, o szym mówisz. Moszesz bawić się w buntowniszkę, mając za sobą tatusia i lodzinkę łowców, któla zapewnia ci wszystko, co tylko chcesz... Szyjesz swoim szyciem. Wlacasz do mieszkanka, któle pewnie kupił ci tatuś, i polelujesz swoje zabaweszki, kupione... Niech zgadnę... Najpielw za lodowe galeony, mimo, sze upielasz się, sze jesteś taka samodzielna. Podszas, gdy ja walczę o przetlwanie. Ja... Jestem... Sam... - Mój głos przeszedł w syk, a każde słowo było nasączone gniewem, który narastał we mnie przez lata.
- A ty? Czujesz się upowaszniona, więc powiedz mi, gdzie byłaś? Jak mogłasz byś w Wielkiej Blytanii i nie pomóc? Walszysz z demonami, ale nie mogłaś zadbaś o bliskich? Kryjesz się za kitlem swojego chłopaka, zjadając obiadki s pszyjasiółmi, któlych zawiodłaś lównie mocno, co ja. Jestesz hipoklytką, która myśli, se mosze oceniaś innych, nie znając ich historii. - Byłem wściekły i przez to brutalnie szczery - wszystko, co powiedziałem, było prawdą. Nie mogłem znieść jej arogancji, zachowywania się tak, jakby życie było dla niej grą. Pierdoleni zawodowi łowcy - zawsze czuli się lepsi, podczas, gdy w rzeczywistości wszystko dostali w pakiecie z urodzeniem. Gniew, który we mnie drzemał, kumulując się razem z wyrzutami sumienia, w końcu znalazł ujście. Miałem w dupie reakcję innych. Nie zamierzałem giąć karku przed nikim - zwłaszcza osobami tak oderwanymi od rzeczywistości, które nawet mnie nie znały.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#9
22.02.2025, 19:37  ✶  

W przypadku Yaxleyówny jakiekolwiek granice już dawno przestały istnieć. Była porywcza, potrafiła się zdenerwować bardzo mocno w przeciągu kilku sekund, nieodpowiednio dobranych słów, czasem wystarczyło spojrzenie, które jej się nie spodobało. Być może Rookwood o tym nie wiedział, właściwie miał prawo tego nie wiedzieć, znał ją jako gówniarę, jeszcze kiedy uszczęszczała do Hogwartu. Tam też nie była szczególnie łatwym w obyciu człowiekiem, ale wraz z upływem czasu... cóż było z nią tylko gorzej. Zwłaszcza kiedy zorientowała się, że mało kto jest w stanie zrobić jej krzywdę. Bardzo chętnie prowokowała, doprowadzała ludzi na skraj, żeby zobaczyć, jak reagują.

W tym wypadku złożyło się na to kilka czynników. Po pierwsze, no typ czekał na nich na klatce schodowej, przygotował sobie pułapkę, miała świadomość, że to nie był raczej jego pomysł, ale mniejsza z tym, to on wykonywał polecenie, to on był sprawcą zamieszania. Po drugie pojawiał się znikąd i pierdolił, ględził, nie miał zielonego pojęcia o tym, jak wyglądała sytuacja tutaj przez ostatnie lata. Zachowywał się tak, jakby Wielka Brytania była miejscem wiecznej sielanki, a było przecież zupełnie inaczej.

Nie miał pojęcia, co się tutaj działo. Nie widział tego, jak wyglądała Dolina po ataku na Beltane, Yaxleyówna angażowała się wtedy w szukanie ofiar śmierciożerców, nie miał pojęcia o widmach, które pojawiły się w lesie, ona widziała co one robiły z ludźmi, znalazła w końcu tego biednego chłopca, z którego zostało wyssane życie, który utknął w ciele starca. Nie miała problemu z tym, aby ryzykować swoje własne życie, by pomagać tym, którzy tego potrzebowali. Niczego nie oczekiwała w zamian, sama przecież oberwała dość mocno podczas jednego z pierwszych ataków śmierciożerców, było blisko, żeby i ona zniknęła z tego świata.

Stojący przed nią typ gówno o niej wiedział, nie miał pojęcia, jak wyglądało jej życie, co ostatnio przeżyła. Jasne, nie mogła narzekać na wsparcie rodziny, ale to nie było wszystkim. Nie była typową panną z dobrego domu, która tylko liczyła na dostęp do rodzinnych galeonów, brała na siebie sporą odpowiedzialność, ba, ostatnio to głównie ona zajmowała się sprawami swojej familii, miała pod opieką swojego młodszego, wampirzego brata, całą masę innych, gównianych problemów, a ten miał czelność wyrzucać jej to, że była uprzywilejowana? Zapewne dużo łatwiej było rzucić to wszystko w pizdu i zacząć sobie układać życie gdzieś inadziej. Nie potrzebowała do szczęścia rodzinnego majątku.

- Gówno o mnie wiesz, Rookwood. - Wysyczała przez zaciśnięte zęby. Nie miał pojęcia ile kosztowało ją to, żeby znaleźć się w tym miejscu, w którym była. Ile czasu poświęciła na to, aby nie być lekceważoną przez mężczyzn w swoim towarzystwie, bo kobiety jak ona wcale nie miały lekko, kiedy chciały odnaleźć się w tym raczej męskim świecie łowców. Mógł sobie pierdolić te swoje farmazony, ale one nie miały dla niej żadnego sensu.

- Po Ciebie też by miał kto przyjść z odsieczą, gdybyś nie postanowił spierdolić, zresztą, co teraz zrobiłeś, pojawiłeś się tutaj, jakby nic się nie stało gotowy do działania, ryzykujesz ich życie zjawiając się tutaj, zdajesz sobie sprawę. Niech tylko ktoś się dowie, że tutaj jesteś, na pewno się tym zainteresują, wiesz o tym, prawda? Masz tego świadomość? - Poplecznicy Voldemorta nie zwlekali z tym, aby atakować tych, którzy postanowili im się stawiać. Zresztą sam wspomniał o tym, że połowa Londynu chce jego śmierci. Całkiem rozsądne było pojawienie się w mieszkaniu Corneliusa, w którym jak sam wspomniał mieszkało dziecko. Wyśmienity kurwa pomysł.

Przez długi czas mówiła o tym, że konflikt ich nie dotyczy, że są uprzywilejowani jako czystokrwiści, ale to była gówno prawda. Rzeczywistość dopadła i ich, wbrew pozorom miała tego świadomość, chociaż przez długi czas się przed tym broniła. Może oficjalnie nie opowiedziała się za żadną ze stron, nadal twierdząc, że jej to nie dotyczy, ale dla swoich najbliższych była gotowa zrobić wszystko. Mógł sobie twierdzić, że było inaczej, ale jej nie znał. Nie miał pojęcia o tym, że potrafiła ryzykować życie nawet dla nieznajomych, nie wydawało jej się, aby to było takie powszechne zachowanie wśród innych czystokrwistych, którzy nie widzieli więcej niż czubek własnego nosa.

Tak, nie było jej przy Amandzie, kiedy tamta oberwała zaklęciem i tego nie mogła sobie wybaczyć, bo przecież udało jej się uratować innych, a nie tego, na kim faktycznie jej zależało. Nie miała na to wpływu, nie wiedzieli przecież, kiedy i gdzie uderzą poplecznicy Voldemorta, ale nie spierdoliła z kraju, była na miejscu, gotowa reagować, kiedy nadarzyła się ku temu okazja.

Wypuściła z dłoni bukiet kwiatów, który w niej trzymała, posłała Roisowi krótkie spojrzenie, poczuła, że zacisnął mocniej dłoń na jej, ale chyba już podjęła decyzję. Wypuściła swoją rękę i ruszyła szybkim tempem w stronę Fenwicka, rozzłościł ją tym, co powiedział, a że wcześniej już była wkurwiona, to cóż... Zupełnie przestała nad sobą panować. Nie miała problemu z tym, aby na niego wyskoczyć, szczególnie po tym ostatnim zdaniu, które wypowiedział w jej kierunku.

Geraldine wyskoczyła do mężczyzny i chciała go popchnąć w ścianę, tak, żeby jak najmocniej o nią uderzył, nie zamierzała pozwolić mu kontynuować tego pierdolenia.


AF ◉◉◉◉◉ na pchnięcie Fenwicka w ścianę
Rzut W 1d100 - 90
Sukces!
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#10
22.02.2025, 23:39  ✶  
Nie zamierzałem stać ze zwieszoną głową, gdy ta przeklęta panna z wyższych sfer, udająca wielką łowczynię, miała czelność rzucać we mnie oskarżeniami. Tym bardziej nie zamierzałem milczeć. Gdy Geraldine na mnie naskoczyła, uderzając w moją godność, poczułem, jak coś we mnie pęka. Ambroise i Cornelius mogli tolerować jej kaprysy, jej chwiejne emocje, jej PMS - zapewne permanentny... Ale ja? Nie zamierzałem tego robić. Miałem dość. Miałem dość jej pretensjonalnych spojrzeń i bezczelności.

O nie... Nie, Geraldine Yaxley, wybrałaś sobie złego chłopca do bicia.

W moich oczach ta nieco podstarzała pannica była jedynie hipokrytką, która w każdej chwili mogła wrócić do swojego wygodnego życia, podczas, gdy ja od wielu lat musiałem stawiać czoła znacznie bardziej brutalnej rzeczywistości. Żyła w swoim małym, zamkniętym świecie, w którym tylko ona miała prawo do uczuć i tylko ona mogła być ofiarą. Wszyscy inni byli wyłącznie jej podnóżkami. Z tym, że mogła to stosować wobec moich przyjaciół, chociaż to też mnie wkurwiło. Jakim cudem uchodziło jej to płazem - nie wiem, bo wydawało mi się, że obaj nie dawali sobie wchodzić na głowę. No, cóż - najwyraźniej zmienili się przez te lata. Ja? Nie byłem jej podnóżkiem. Nie byłem nikim, kogo mogłaby lekceważyć.
- Fenwick.

Byłem niemiły? Powiedziałem coś na wyrost? Oceniłem cię za to, kim wyobrażam sobie, że jesteś, a nie za twoje prawdziwe ja? Ojej. Jak bardzo mi, kurwa, wszystko jedno.

Nie mogłem się powstrzymać - wybuchnąłem szorstkim, chamskim śmiechem. Czułem, jak krew pulsuje mi w skroniach.

Tak łatwo jej przyszło oceniać sytuację i wydawać wyroki, nie znając ani kawałka prawdziwej historii, że musiałem odpowiedzieć pięknym za nadobne. Nie miałem baczenia na to, jak mocno kąsam. To ona zaczęła tę konfrontację. To ona, z pełnym przekonaniem, zarzuciła mi, że porzuciłem przyjaciół, gdy wybuchła wojna. Jak mogła mieć czelność mówić mi takie rzeczy, gdy nie miała pojęcia o tym, co przeszedłem? O tym, że każda decyzja, którą musiałem podejmować, była walką o przetrwanie, gdy musiałem uciekać jak zbity pies, by chronić to, co dla mnie najcenniejsze.
Nie wiedziała o mnie zupełnie nic - o moich zmaganiach, o mojej walce. Nie miała pojęcia, kim byłem, dopóki jej się nie przedstawiłem. A teraz czuła się upoważniona do wydawania wyroków? Nie osądów - to od razu były wyroki.
Zachowywała się tak, jakby wszyscy wokół niej byli jedynie marionetkami na sznureczkach, które miały tańczyć w rytm jej widzimisię. Jakby miała prawo oceniać ludzi tylko dlatego, że urodziła się w odpowiedniej rodzinie, z której zrobiła sobie tarczę ochronną. Jakby miała jakiekolwiek pojęcie o mojej historii, o tym, co naprawdę przeżyłem. Znała mnie ledwie chwilę, a już miała czelność wyciągać wnioski. To jasne, że odpłaciłem się pięknym za nadobne, a to, co zobaczyłem w jej oczach, było dla mnie niezdrowo satysfakcjonujące.
- Gdybysz miała o mnie jakiekolwiek pojęcie, wiedziałabyś, sze nie spieldoliłem stąd dla siebie... - Zerknąłem na Ambroisa i Corneliusa, którzy stali z boku, ale w tej chwili nie obchodziło mnie, co myślą. Wróciłem wzrokiem do tej szmaty.
Geraldine mogła myśleć, że jest ponad wszystkimi, ale teraz stała przede mną. A ja nie byłem wszystkimi - w oczach magicznego społeczeństwa byłem nikim. Nie byłem Corneliusem, nie byłem Ambroisem. Nie zamierzałem się cofać ani giąć karku. Miałem głęboko gdzieś to, że jest kobietą. Skurwiel to skurwiel - nawet, jeśli chodzi w sukienkach. Nie mogłem już dłużej znieść jej obłudy.
- Spieldoliłem stąd, bo moja szona była w ciąszy. Musiałem zająś się nią, bo sama nie miałaby szans. Nie wyjechałaby stąd. Zalsznęliby ją, bo była szlamą, ale co ty moszesz o tym wiedzieć? Stoisz tu i myślisz, że wiesz, jak to jest być mną? - Zaśmiałem się szorstko, prowokując ją jeszcze bardziej.
Ból, który towarzyszył mi od tamtej pory, znów uderzył w serce. Sprawił, że żołądek ścisnął mi się w supeł. Przegięła. Nie wiedziała, jak się czujesz, gdy twoja żona traci dziecko. Jak to jest, gdy wszystko, co budowaliście, zaczyna się łamać. Oddaliliśmy się od siebie z Alice, a teraz nie mieliśmy już nic wspólnego. Nigdy nie była ze mną szczera, ale mieliśmy swój moment wiary...
Odrzucając te wspomnienia, spojrzałem na Geraldine. W moim wzroku było coś, co zwiastowało nadciągający kataklizm. Tragikomedię w trzech aktach. Zignorowałem pozostałe pytania - dostatecznie mnie sprowokowała.

AKT PIERWSZY - nie musisz być facetem, żebym traktował cię jak chuja


W pewnym sensie dostała swoje równouprawnienie...

Ignorując Corneliusa i Ambroise'a, rzuciłem się na nią, próbując ją zaskoczyć - wyraźnie nieudolnie, bo miała ten sam pomysł na rozładowanie napięcia. W tej samej chwili, gdy ona rzuciła się na mnie, ja również ruszyłem w jej stronę, ignorując resztę towarzystwa. Nie zrobiłem uniku. Zamiast tego, z całej siły natarłem na nią, chcąc przepchnąć ją z drogi. Całym ciężarem ciała spróbowałem zmieść ją na przeciwną ścianę, złapać ją za przedramiona i uderzyć jej plecami o drzwi. To był moment... Poczułem, jak nasze ciała zderzają się ze sobą... W tej chwili nie myślałem o niczym innym, tylko o tym, by wyładować całą swoją wściekłość. Nie obchodziło mnie, co będzie dalej. W tej sytuacji liczyło się tylko to, by pokazać pannicy, że nie jestem jej podnóżkiem. Nie dbałem o nic, tylko o to, by pokazać jej, że nie jestem jej zabawką, że nie zamierzam być jej ofiarą. Nie jestem nikim, kogo można lekceważyć i poniżać.
Niezależnie od tego, kto kogo posłał na co, od razu próbowałem złapać kobietę za kucyk i uderzyć jej głową o ścianę albo o drzwi. Czołem albo tyłem głowy - nieistotne. Chciałem, żeby zabolało.

aktywność fizyczna ◉◉◉◉○ - na przepchnięcie się z Geraldine / kto kogo przytula do czego
Rzut PO 1d100 - 35
Slaby sukces...


aktywność fizyczna ◉◉◉◉○ - na złapanie za włosy / udane to próba uderzenia, nieudane - nie
Rzut PO 1d100 - 49
Sukces!


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (2417), Benjy Fenwick (7013), Cornelius Lestrange (2164), Geraldine Greengrass-Yaxley (6198)


Strony (3): 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa