• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 11 Dalej »
[06.09.72] Calm down, abort the mission. Houston, I have so many problems

[06.09.72] Calm down, abort the mission. Houston, I have so many problems
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#11
23.02.2025, 01:14  ✶  

Yaxleyówna nie wybierała sobie chłopców do bicia. Brała wszystko, co się nawinęło pod rękę. Jak leci. Jeśli nie podobało jej się to, w jaki sposób ktoś się zachowywał w stosunku do jej osoby, to po prostu chciała to ukrócić. Tak było i tym razem. Szczególnie, że typ zarzucał jej nieodpowiedzialność, a sam zachowywał się w chujowy sposób. Zbyt wiele razy musiała udowadniać swoją własną wartość, żeby teraz odpuścić. W jej życiu ostatnio wydarzyło się naprawdę wiele gówna, nie była więc też do końca stabilna, a sytuacja jak ta bardzo łatwo spowodowała, że zupełnie straciła nad sobą kontrolę, nie, żeby zazwyczaj o to było jakoś specjalnie trudno, ale teraz naprawdę znajdowała się na skraju. Zupełnie nad sobą nie panowała.

- Jeden chuj. - Mruknęła pod nosem, jak zwał, tak zwał, czyż nie? Mógł korzystać ze swoich nowych personaliów, cóż, gdyby była Rookwoodem, czy też wcale nie musiała szukać zbyt daleko bo Borginem, jak jej matka, pewnie sama zechciałby zmienić nazwisko i posługiwać się innym, na całe szczęście urodziła się w rodzinie, której nie musiała się wstydzić. O zgrozo, czystokrwistej, co też chyba aktualnie było problemem, bo zdaniem przyjaciela jej bliskich to też było problemem, nie, żeby nie było w tym nutki hipokryzji, bo czyż sam nie pochodził właśnie z takiej rodziny? Jasne, mógł się od nich odciąc, mógł udawać, że zaczął nowe życie, ale swojego pochodzenia nie mógł zmienić, czy tego chciał, czy nie był jednym z nich.

Łatwo było kogoś oceniać nie znając pełnego obrazu, ależ oczywiście, tyle, że w tym przypadku działało to w obie strony. On gówno wiedział o niej, a ona o nim, trafił swój na swego. Najwyraźniej żadne nie zamierzało zejść z tonu. Bardzo łatwo było stwierdzić, że miała wszystko podane na tacy, niestety jej życie również nie było usłane różami. Mimo, że nie musiała stąd spierdalać, chociaż i tak to robiła, żeby jakoś poradzić sobie z tym wszystkim co ją spotkało. Tyle, że nie mogła sobie pozwolić na to, aby porzucić wszystko w pizdu, miała uczucia i bliskich, na których jej zależało. Musiała jakoś odnaleźć się w świecie, w którym nie do końca chciała żyć, zresztą nigdy nie zakładała, że to ją spotka. Nie miała nieść na swoich barkach całego ciężaru, ale jakoś tak wyszło, że aktualnie to ona była w dużej mierze odpowiedzialna za to, co działo się z jej rodziną. Chcąc nie chcąc, wiele im zawdzięczała i nie mogła ich porzucić. Tak, w przeciwieństwie do większości ludzi jej pokroju miała kochającego i wspierającego ojca, czego inni mogli jej zazdrościć, to, że ostatnio mu odjebało nie zmieniało faktu, że nadal kurewsko jej na nim zależało. Jak widać, każda rodzina miała swoje problemy, z którymi musiała się jakoś uporać.

- Nie mam o Tobie żadnego pojęcia, bo nikt mi o Tobie nie wspominał przez te lata. - Jak widać zapomnieli przekazać jej to, że gdzieś tam był jeszcze jeden brat, którego brakowało w tym całym obrazku. Czy faktycznie do niej pownien mieć żal o tym, że nie wiedziała o jego istnieniu, jasne pewnie próbowali go chronić, ale chyba też zasługiwała na to, aby wiedzieć, że gdzieś tam był ktoś na kim im zależało. Szczególnie, że dzisiaj Corio skorzystał z jego pomocy, aby sprawdzić, czy demon nie pozostawił po sobie jakichś śladów. W tym wszystkim było sporo niedopowiedzeń, ale aktualnie średnio ją to obchodziło, bo była podminowana, a to zazwyczaj kończyło się tylko i wyłącznie w jeden sposób. Ten najbardziej słuszny, może nie do końca przystający kobiecie, bo dawanie sobie po mordzie i próbowa wyjaśniania w ten sposób była raczej męską renomą, ale nigdy nie przejmowała się tym, co wypada, a co nie. To wszystko, co się wydarzyło dosyć mocno ją zraniło, ten cały brak zaufania, dlatego więc zareagowała tak, a nie inaczej.

Wyciągnięcie karty żony szlamy w ciąży było naprawdę dosyć mocne, ale nie zmieniło to jej podejścia. Nie, kiedy już podjęła decyzję, gdy zupełnie straciła nad sobą panowanie. Szczególnie, że jej tak właściwie koło chuja latało to, czy jego żona była mugolaczką, czy nie. Ona nie miała z tym najmniejszego problemu, wiedziała, jakimi prawami rządził się ich świat, miała świadomość, co mogło to oznaczać dla osób podobnych im, które zdecydowały się na to, aby spędzić z kimś takim resztę życia. Yaxleyówna była zdania, że nie można było zmuszać się do uczuć, wiedziała, że czasem znienacka potrafiło pierdolnąć, w niekoniecznie taką osobę, jaką powinno. Na to nie mieli już wpływu. Sama miała sporo szczęścia, że jej pierdolnięciem okazał się być Roise, chociaż, czy aby na pewno? Niby mieli wszystko, aby być razem, a i tak nic nie szło po ich myśli, i tak trzymali się od siebie z daleka, bo były inne siły wyższe, które im to uniemożliwiały. Nie wszystko więc było takie proste, nawet dla takich uprzywilejowanych zdaniem Fenwicka osób jak ona, ale co też Geraldine mogła o tym wiedzieć, jej życie przecież było usłane różami, prawda? Tyle, że chyba tymi czarnymi, które dzisiaj oglądała z Roisem.

Najwyraźniej mieli podobny pomysł na wyładowanie emocji, bo w tym samym momencie do siebie wyskoczyli, bardzo słusznie, dobrze, że nie tylko ona chciała wyjaśnić te niesnaski właśnie w ten sposób.

Włożyła sporo siły w to, aby go przepchnąć, i uderzyć mężczyzną w ścianę. Oczywiście, nie chciała zrobić mu zbyt wielkiej krzywdy, a tylko i wyłącznie pokazać swoją dominację, jak przystało na prawdziwą samicę alfa.

[a]Później musiała pozostać czujna i nie pozwolić się złapać, to było dość istotne w takich starciach. Nie zamierzała jednak się ociągąć, bo nie miała tego w zwyczaju, postanowiła wybrać całkiem proste rozwiązanie, uniosła dosyć sprawnym ruchem swoją nogę, aby uderzyć go kolanem między nogi - liczyła na to, że dzięki temu się poskłada.

AF ◉◉◉◉◉ odchylenie się, żeby włosy zostały nietknięte
Rzut W 1d100 - 87
Sukces!

AF ◉◉◉◉◉ kopnięcie kolanem między nogi
Rzut W 1d100 - 46
Sukces!
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#12
24.02.2025, 23:39  ✶  
Wiedziałem, że przez plan mój i Corneliusa, spotkanie z Ambroisem i Geraldine nie będzie przyjemne, przynajmniej na samym początku, zanim nie wyjaśnimy sobie kilku kwestii, ale nie spodziewałem się, że będzie aż tak wielkim chaosem. Nie mogłem uwierzyć, że Geraldine miała czelność oceniać mnie w ten sposób. Kiedyś, kiedy graliśmy razem w Quidditcha, naprawdę się dogadywaliśmy. Byłem zadowolony, gdy mogliśmy współpracować na boisku. Była zwinna, szybko podejmowała decyzje - idealny partner w grze. Wtedy była w porządku i z przyjemnością spędzałem z nią czas. Ale to było dawno temu.
Nie widzieliśmy się od lat, a mimo to, wydawało jej się, że miała pełen obraz mojej przeszłości, jakby była świadkiem każdego kroku, jaki stawiałem. Patrzyła na mnie z wyższością, jakby była sędzią w sprawie, której akt nigdy nie czytała - nie rozumiała sytuacji, ale była gotowa wydawać osądy na podstawie własnych opinii - urojonych krzywd, które rzekomo wyrządziłem naszym wspólnym bliskim przez to, że zniknąłem z kraju. Piętnaście lat temu, gdy nikt nie mówił o Voldemotcie, jego kmiotach i magicznej wojnie. Nie wczoraj, nie rok temu - nie było mnie w kraju przez półtorej dekady, a Yaxley próbowała zrobić ze mnie dezertera. To, że kiedyś spędziliśmy razem sporo czasu, nie dawało jej żadnych praw do wydawania wyroków na temat tego, kim byłem teraz. Przecież sama przyznała, że Cornelius i Ambroise nie powiedzieli jej nic na mój temat. Ciekawe, dlaczego tak się stało? Może dlatego, że nie chciałem, aby mój los był tematem rozmów przy piwie?
Owszem - milczeli. I nie byłem na nich zły. Wręcz przeciwnie, doceniałem ich lojalność. Gdyby zaczęli rozmawiać o mnie ze zbyt dużą liczbą osób, nawet zaufanych, sami by się narażali, a ja w przeciwieństwie do tej blond małpy nie chciałem być gwiazdą przedstawienia. Nie życzyłem sobie, żeby ktokolwiek, poza mną - rzecz jasna, cierpiał przez moje błędy. Byłem tu, aby pomóc, a nie by stać się powodem kłopotów. Ale ona, zamiast to zrozumieć, wydawała wyroki.
Nie mogłem tego znieść. W moim umyśle narastała frustracja, a wraz z nią złość, gniew i poczucie bycia tak dogłębnie znieważonym, że nie mogłem tego przełknąć, nie miałem zamiaru tolerować podobnych wypowiedzi rzucanych w moim kierunku przez kogoś, komu wydawało się, że jest na uprzywilejowanej pozycji. Możliwe, że tak wyglądała jej wersja rzeczywistości, w której mogła mówić każdemu, co sądzi na jego temat i być w tym bezkarna, zasłaniając się szczerością i stylem bycia - znałem to środowisko i wiedziałem, jakie mniemanie o sobie mieli zawodowi łowcy i klątwołamacze z dziada pradziada. W przeciągu kilku chwil, na samą myśl o tym podejściu, Geraldine w jeszcze większym stopniu stała się dla mnie symbolem wszystkiego, co było nie tak w tym świecie. Zamiast wspierać, oceniała, zamiast rozumieć, wytykała i gryzła.
Poza tym, myliła się jeszcze w jednym - byłem gotów na wszystko, byle tylko nie narażać tych, którzy byli dla mnie istotni, nigdy nie zrobiłbym czegoś, żeby ich świadomie narazić, byłem ostrożny i uważny, bo miałem w tym lata doświadczenia, to nie była dla mnie pierwszyzna, nie odwiedziłbym Corneliusa, gdybym nie był pewien, że go tym nie narażę, ale ona tego nie rozumiała. Dla niej byłem tylko tym, który zwiał z kraju, jak tchórz, gnida i kanalia, zostawiając bliskich na pastwę losu, dając im ponosić konsekwencje chaosu, który ogarnął nasz świat, podczas, gdy ja sam bawiłem się gdzieś w świecie.
W końcu emocje sięgnęły zenitu... Liczyła się tylko ta chwila, w której oboje staraliśmy się udowodnić swoją rację - siłą, tyle tylko, że nie argumentów. Już nie.
Nie wytrzymaliśmy. Oboje rzuciliśmy się na siebie z pięściami, jakbyśmy byli dziećmi na trzecim roku Hogwartu, na boisku do quidditcha, po przegranym meczu, a nie dorosłymi ludźmi. Zdawałem sobie sprawę z mojego zachowania - miałem w dupie, jak to wyglądało z perspektywy pozostałych obecnych.
Przeciwniczką przepchnęła mnie po podłodze, sprawiając, że zderzyłem się z chłodną ścianą. Próbowałem złapać Geraldine za kucyk, by uderzyć jej głową o ścianę, ale w ułamku sekundy wymknęła mi się z rąk. Była szybsza, niż się spodziewałem - moje palce chybiły, jej koński ogon zakołysał się i wyślizgnął się z moich palców. Oprzytomniałem w mgnieniu oka, dostrzegając, że była zbyt zwinna, żebym traktował ją jak typowego przeciwnika. Musiałem zmienić strategię - improwizować. Nie mogłem pozwolić, by uderzyła mnie kolanem w jaja.
Usiłowałem uderzyć otwartą dłonią w jej przedramię, które przytrzymywało mnie tak mocno, że czułem, jak krew przestaje krążyć w miejscu uścisku. Użyłem całej swojej siły, by sprawić, by jej chwyt osłabł. Musiała mnie puścić, inaczej nie miałbym szans - gdyby mi się to udało, przynajmniej przez kilkanaście sekund nie mogłaby zaatakować mnie kolanem. Jednocześnie wykonałem szybki ruch, odpychając się nogą w ciężkim bucie od tapetowanej ściany, wykorzystując cały swój ciężar. Jeśli udało mi się odepchnąć kobietę, zrzuciłem się na nią, mając nadzieję przewrócić ją na ziemię i siłą impaktu, impetem uderzenia o podłogę i moim ciężarem, odebrać jej dech.

aktywność fizyczna ◉◉◉◉○ - obrona: uderzenie w ramię i odepchnięcie
Rzut PO 1d100 - 62
Sukces!

aktywność fizyczna ◉◉◉◉○ - atak: przewrócenie
Rzut PO 1d100 - 38
Slaby sukces...


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#13
25.02.2025, 11:09  ✶  

Kiedyś było inaczej. Minęła ponad dekada od momentu w którym Yaxleyówna była w Hogwarcie. Nie było to dziesięć lat usłane różami. Dla niej również, mimo, że nie musiała uciekać i układać sobie życia gdzieś indziej. Ostatni rok był dla niej kurewsko parszywy, wszystko zaczęło się sypać już w styczniu, gdy jej własny brat umarł jej na rękach, właściwie to nie do końca umarł, bo przecież wrócił na ten świat pod postacią wampira, jednak nadal uważała to za swoją porażkę, bo była tam z nim, nie zdążyła mu pomóc, bo się założyli o to, kto pierwszy dorwie bestię na którą polowali. Później było tylko gorzej, ktoś mieszał jej w głowie, na tyle, że zmienił jej niemalże całe wspomnienia, znalazł się bowiem w nich brat bliźniak, którego przecież nigdy nie miała. Walczyła dalej z konsekwencjami jakie to wszystko ze sobą niosło. Była jeszcze bardziej niestabilna, niż normalnie, a nie ma się co oszukiwać, że Geraldine zawsze była osobą dość chaotyczną i nieokrzesaną. Dzikuską z lasu. Ta opinia nie wzięła się znikąd.

Nie bała się konfrontacji, często specjalnie prowokowała, aby sobie ulżyć, tak właściwie dzisiaj chyba stało się podobnie. Przyjaciel Roisa i Corio się nawinął, więc skorzystała z okazji. Wkurzył ją tym, że zaatakował ich na korytarzu, później wspomniał o tym, że połowa Londynu chce jego śmierci i jakoś tak poszło. To wystarczyło, żeby wyciągnąć z niej to, co miała w sobie najlepsze...

Do tego dołączała świadomość, o tym, że Ambroise i Cornelius mieli przed nią więcej tajemnic niż mogło się wydawać, nagle pojawił się znikąd ich wspólny przyjaciel, brat, który sprawdzał, czy przypadkiem nie siedzi w nich demon, ostatnio w jej towarzystwie dyskutowali o jakichś sprawach, o których nie miała pojęcia, jakby jej tutaj nie było. Tak, była sfrustrowana i wkurwiona, coraz bardziej. Wszystko się nawarstwiało, na chyba każdej możliwej płaszczyźnie, więc sięgnęła po jedyną metodę, która mogła pomóc jej chociaż nieco się wyładować.

Nie obawiała się tego, że może oberwać, to nie byłby pierwszy raz, Geraldine nie miała z tym najmniejszego problemu, zresztą, czy ten typ mógłby jej zrobić większą krzywdę niż kelpie, czy inne równie urocze stworzenie? No nie.

Najwyraźniej równie mocno go wkurzyła, bo bardzo szybko postanowił zrobić to samo, co ona. Nie było to może najbardziej dojrzałym zachowaniem, ale nigdy nie ukrywała tego, że należała do szczególnie rozsądnych i ułożonych osób, zresztą znajdowała się między swoimi, oni bardzo dobrze wiedzieli, czego można się po niej spodziewać.

Kiedy się na niego rzuciła jej twarz przestała być skalaną jakąkolwiek myślą, skupiła się na tym, żeby po prostu działać, tak jak była nauczona przez lata treningów, reagowała mechanicznie, pamięć mięśniowa robiła swoje, szczególnie podczas takiego amoku i wkurwa w jakim się teraz znalazła.

Yaxleyówna miała swój specyficzny sposób walki, z racji na to, że od dziecka trenowała szermierkę przez co poruszała się bardzo lekko i zwinnie, niemalże jakby tańczyła, do tego dochodziły jej umiejętności związane z walką wręcz, nie tak łatwo było ją złapać.

Zresztą pokazała to dość szybko, nie pozwoliła typowi złapać się za kucyk, wiedziała, że najgorsze, na co mogłaby sobie pozwolić to unieruchomienie jej w miejscu. Był od niej cięższy, to mogło się skończyć chujowo, nie miała zamiaru więc do tego dopuszczać. Póki mogła kicać jak sarenka, nic jej nie groziło.

Nie udało jej się jednak sięgnąć kolanem między jego nogi, przez co syknęła sobie pod nosem niezadowolona z tego, że ją odepchnął. Ten jeden ruch mógłby załatwić naprawdę wiele, cały jej problem. Musiała wymyślić coś innego, co wcale nie było dla niej szczególnie problematyczne. Miała przecież w zanadrzu kilka sztuczek.

Widziała, że próbuje się na nią rzucić, cóż, nie zamierzała pozwolić na to, aby docisnął ją do ziemi, bo to mogło skończyć się dla niej chujowo, szczególnie w tej zjebanej sukience, którą na siebie założyła, dlatego po prostu spróbowała wykonać piękny piruet i przesunąć się w lewo.

Jeśli jej się to udało, to nie zwlekała, po prostu spróbowała wskoczyć mu na plecy zaciskając swoje przedramiona na jego szyi.


AF ◉◉◉◉◉ zgrabny piruecik i unik
Rzut W 1d100 - 41
Sukces!

AF ◉◉◉◉◉ wskoczenie na plecy i chwyt
Rzut W 1d100 - 21
Slaby sukces...
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#14
25.02.2025, 17:30  ✶  
Już w czasach Hogwartu byłem porywczy, często popisywałem się przed innymi uczniami, odstawiałem cyrki, by tylko wyróżnić się wśród rówieśników - szczególnie od Corneliusa, z którym z początku mnie mylono. Szybko zaprzestano, gdy zacząłem pokazywać, na co mnie stać. W swojej młodzieńczej głupocie, postanowiłem, że muszę być kimś innym. Biłem się ze Ślizgonami i z kolegami z innych roczników - z każdym, kto próbował mi podskoczyć, ale nigdy nie miałem zamiaru wyrządzić nikomu trwałej krzywdy. Często odstawiałem cyrki - no właśnie, tylko to i nic więcej, bo nie miałem prawdziwej skłonności do przemocy - teatrzyk, przedstawienie pod publiczkę, traktując tereny szkoły jak jedną wielką scenę, na której mogłem grać. Dla otoczenia byłem bananowym chłopcem z bogatej rodziny, któremu nigdy nie przyszło się zmagać z prawdziwymi problemami. Życie w dostatku sprawiło, że nigdy nie musiałem stawiać czoła poważnym wyzwaniom w związku z koniecznością przetrwania w brutalnym świecie.
Mało kto zdawał sobie sprawę z tego, co kryło się pod powierzchnią - tego, że moje zapędy były nie tylko sposobem na zaimponowanie innym, ale też na wyładowanie gniewu i chwilowe zapomnienie o tym, co działo się w moim domu. W Little Hangleton panowały inne zasady. Mój ojciec miał twardą rękę i nie wahał się jej użyć. Tam, gdzie powinno być ciepło i miłość, panował bardzo zimny chów. Ojciec miał metody wychowawcze, o których wolałbym zapomnieć. Wiedziałem, że w jego mniemaniu ta twarda ręka miała mnie „wychować” na silnego człowieka, ale w rzeczywistości nie była niczym innym, jak znęcaniem się nad słabszym fizycznie dzieciakiem.
W szkole mogłem być kimś innym, ale w głębi serca zawsze zdawałem sobie sprawę, że te popisy były jedynie maską, za którą skrywałem swoje prawdziwe obawy i lęki. To było raczej wyrażanie frustracji i potrzeby udowodnienia sobie, że jestem silniejszy, niż wydawało mi się w głębi duszy. Mimo wszystko, potrafiłem nad sobą zapanować, nawet w chwilach największej furii. Znałem granice, potrafiłem się powstrzymać, nie chciałem walczyć na serio. I, szczerze mówiąc, nigdy nie próbowałem. Nie chciałem być Jego odbiciem. Nie chciałem, by wychowanie, które zgotował mi, naznaczyło mnie na zawsze. On czerpał z tego satysfakcję - ja tylko się popisywałem, znając granice, które nie powinny być przekraczane. Te wszystkie bójki były jedynie sposobem na odreagowanie, na udowodnienie sobie, że jestem silny. Wydawało mi się, że muszę zademonstrować swoją odwagę.
Minęło półtorej dekady, odkąd opuściłem szkołę. Tamte dni odeszły w zapomnienie. Przez ten czas życie bardzo mocno mnie przeciągnęło. Przestałem walczyć na niby, musiałem stać się twardy, bezwzględny. Wyzwania, które napotkałem, zmusiły mnie do zmiany. Wiele razy znalazłem się na skraju, balansując pomiędzy tym, kim chciałem być, a tym, kim byłem. Geraldine nie miała o mnie pojęcia. Wkurwiła mnie, więc zareagowałem, nie myśląc o konsekwencjach. Osądy i komentarze dotyczące mojego życia zawsze działały na mnie jak płachta na byka. Laska Ambroise'a gówno o mnie słyszała i gówno wiedziała o tym, przez co przeszedłem. W tej chwili nie miałem zbyt wielu pieniędzy, nie miałem domu, ani rodziny. Honor stał się jedynym, co mi pozostało. Zabawne - teraz, w obliczu tej sytuacji, nie zachowywałem się honorowo.
To nie była walka na śmierć i życie. Nie zamierzałem zrobić jej trwałej krzywdy. Chciałem jedynie pokazać, że nie jestem jej pomiotłem - kimś, kogo można lekceważyć. Moje działania były może nieodpowiedzialne, ale w tamtej chwili, gdy się na nią rzuciłem, zrobiłem to odruchowo - nie mogłem pozwolić, by ktoś, kto nie rozumiał mojej historii, próbował decydować o mojej wartości.
Byle bogata pannica, choćby nie wiadomo, co przeszła w życiu, nie miała prawa oceniać i komentować mojego życia. Udało mi się ją odepchnąć, ale nie zdołałem nas przewrócić na ziemię. Umknęła mi w lewo, a ja, dysząc ciężko, zatrzymałem się w miejscu, koncentrując się na jej ruchach. W momencie, w którym próbowała się na mnie rzucić, nie czekałem. Wjechałem w nią z bara, chcąc posłać ją w drzwi. Nie zamierzałem walczyć na śmierć i życie. Wiedziałem, że nie zrobię Geraldine trwałej krzywdy. To była tylko demonstracja mojej siły, pokazanie, że nie jestem słabym chłopcem, którego można zlekceważyć. Potem miałem tylko jeden cel - podciąć jej nogi, pokazać, że nie jestem tak łatwy do spacyfikowania. Chciałem udowodnić Yaxley, że nie jest tak silna, jak myśli.

aktywność fizyczna ◉◉◉◉○ - uderzenie z bara w Geraldine i posłanie obojga na drzwi
Rzut PO 1d100 - 68
Sukces!

aktywność fizyczna ◉◉◉◉○ - podcięcie nóg
Rzut PO 1d100 - 81
Sukces!


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#15
26.02.2025, 00:56  ✶  

Yaxleyówna była przyzwyczajona do tego, że musiała pokazywać, gdzie jest jej miejsce i że nie zajmuje go bez przyczyny. Od najmłodszych lat starała się dorównać mężczyznom w swoim otoczeniu, chciała być zauważona, najlepsza, mimo swojej płci, bo przecież pannie nie wypadało zajmować się takimi rzeczami. Lubiła ucierać nosa, pokazywać, że to nie jest tylko i wyłącznie jej chwilowa zachcianka, a sposób na życie, droga, którą zamierzała podążać. To wcale nie było takie proste, jednak nauczyła się być cierpliwą, powoli dochodzić do celu, z czasem bez zastanowienia zaczęła sięgać po to, czego chciała. Nie znała granic, czy oporów. Nie, kiedy w końcu jej potencjał został dostrzeżony.

W szkole nie miała problemu z tym, aby wdawać się w bójki, szczególnie z tymi, którzy znęcali się nad słabszymi. Bardzo chętnie udowadniała im gdzie jest ich miejsce. Buntowała się przeciwko wszystkiemu i wszystkim, taki już miała sposób na życie. Pakowała się przez to w kłopoty, ale nigdy jej to jakoś szczególnie nie przeszkadzało, wiele razy musiała się tłumaczyć ze swojego nieokrzesanego zachowania, niczego jej to jednak nie nauczyło. Nadal to robiła, nie przejmowała się szczególnie tym, co sobie o niej pomyślą inni, bo po co właściwie miała to robić. Grunt, że ona znała swoje pobudki, że wiedziała czego chce, do czego zmierza. Czasem były to chwilowe zachcianki, ale kto ich nie miał? Zresztą to był najprostszy sposób, w jaki mogła wyładować swoje negatywne emocje, a te ostatnio chcąc nie chcąc się w niej kumulowały. Wtedy zupełnie przestawała nad sobą panować, wystarczyła mała iskra, jedno nieodpowiednio wypowiedziane słowo, czy spojrzenie, które jej się nie spodobało.

Przebywała w swoim życiu w różnych miejscach, z ludźmi o wątpliwej reputacji. Nigdy jej to nie hamowało. Blizny na jej ciele nie wzięły się znikąd, zbierała je niczym trofea, które przypominały jej o tych wszystkich sytuacjach. Nie bała się tego, że może sobie coś uszkodzić, wręcz przeciwnie, fizyczny ból przypominał jej o tym, że jeszcze żyła, że to nie była wyłącznie egzystencja.

Miała sporo szczęścia, że przyszła na świat akurat w rodzinie Yaxley, zapewne żadna, inna familia nie pozwoliłaby jej na takie wybryki, a w tym przypadku tatuś był przy okazji bardzo z niej dumny, co wcale nie było takie oczywiste wśród innych czystokrwistych. Ona wiedziała czym jest wsparcie i miłość rodzica. Nie, żeby szczególnie się tym chwaliła, chociaż gdy przychodziło co do czego nie miała problemu z tym, aby wcale tego nie ukrywać. Ostatnio sprawy nieco się skomplikowały z racji na wypadek jej ojca. Zaczęło mu trochę odpierdalać, ale nie zmieniło to stosunku Yaxleyówny do niego. Nadal uważała Gerarda za swój wzór do naśladowania, chociaż już nie był w stanie pokonać jej w praktycznie żadnym pojedynku, no chyba, że chodziło o to, kto wypije więcej księżycówki, tutaj nigdy nie potrafiła go dogonić.

Wdała się w tę bójkę, aby dać upust napięciu, które zaczęło ją wypełniać, może nie powinna była tego robić, ale przez te dwadzieścia dziewięć lat swojego życia jeszcze nie nauczyła się panować nad swoim temperamentem. Musiała się postawić, musiała zademonstrować swoje niezadowolenie. Zapewne wystarczyło po prostu to powiedzieć, ale to byłoby zbyt proste, czyż nie? Wolała sięgnąć po te mniej przyjemne metody.

Udało jej się umknąć przed złapaniem przez mężczyznę. Nie, żeby ją to zdziwiło, potrafiła się bardzo zgrabnie poruszać, jak przystało na pannę z dobrego domu, tyle, że w jej przypadku nie było to zasługą związaną z lekcjami tańca, a nauką szermierki, którą pobierała od najmłodszych lat.

Zareagowała jednak zbyt wolno i nie udało jej się wskoczyć mu na plecy, szkoda, nie zamierzała jednak pozwolić na to, aby to wybiło ja z rytmu, musiała walczyć dalej. Nie mogła pozwolić na to, żeby wygrał ten pojedynek, oczywiście nie chciała go przy tym szczególnie pokiereszować. Właściwie to nawet podobało jej się to, że w końcu znalazła kogoś obcego, z kim mogła się potłuc. Treningi z Erikiem, czy Brenną stały się dla niej codziennością, więc znała już ich metody walki, tutaj jej przeciwnik mógł ją czymś zaskoczyć, a lubiła ten dreszczyk niepewności.

Spróbowała go zablokować, chociaż wiedziała, że może jej się to nie udać zważając na to, że zdecydowanie był od niej cięższy, ale nie poddawała się tak łatwo. Przede wszystkim nie mogła dopuścić do tego, że znajdzie się na ziemi, to byłoby jej końcem, więc robiła wszystko, co mogła, aby tego uniknąć. Jeśli nie udało jej się zablokować próby odepchnięcia, to się nie poddawała, postanowiła skorzystać z jego ciężaru, jako podparcia, by nie dać sobie podciąć nóg, jeśli jednak wszystko poszło po jej myśli to kopnęła, a raczej spróbowała go kopnąć w prawe kolano.



AF ◉◉◉◉◉ zablokowanie lewym przedramieniem ciosu, by nie dać się przepchnąć
Rzut W 1d100 - 68
Sukces!

AF ◉◉◉◉◉ jeśli powyższe się nie udało, to próba podparcia się na ramionach mężczyzny i uskoczenie przed podcięciem nóg, jeśli się udało, to do próbuje kopnąć go w kolano swoim ciężkim butem
Rzut W 1d100 - 55
Sukces!
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#16
26.02.2025, 20:27  ✶  
Nigdy nie zazdrościłem innym lepszych rodzin czy rodziców, niż moi. Wydawałoby się, że wśród czystokrwistych rodów to była typowa norma. Prawdę mówiąc - to, że wychowałem się w bardzo zimnym, pozbawionym miłości domu przez wiele lat uważałem za coś standardowego, byłem przyzwyczajony do tego, co działo się dookoła mnie - przecież żyłem z tym od maleńkości. Dopiero w Hogwarcie zacząłem dostrzegać dysproporcje między podejściem rodziców do dzieci w różnych rodzinach, ale wciąż uważałem to za coś normalnego - przecież każdy dom jest inny. Do tamtego momentu myślałem, że mój ojciec był po prostu wymagający, a jego surowość była czymś normalnym. W końcu, w moim otoczeniu, inni ojcowie w większości przypadków wcale nie byli dobrzy, wydawali się nie lepsi od mojego. Byli po prostu inni.
Mój ojciec był tyranem. Zimny, oficjalny, ostry w słowach i czynach. Nie miałem, do czego wracać pamięcią - moje wspomnienia z dzieciństwa wypełnione były lękiem i napięciem. Nie narzekałem - w rodzinach czystokrwistych rodów sytuacja często wyglądała podobnie.
Wiedziałem, że ojciec jednego z moich najlepszych przyjaciół porzucił swoje dziecko na rzecz nowej żony i nowych dzieci. Tak po prostu zniknął z jego życia. Inny przyjaciel miał ojca, który tak bardzo zanurzył się w badaniach naukowych, konferencjach i wyjazdach, że również był nieosiągalny. Nawet, jeżeli ci dwaj ojcowie nie byli przemocowi, co z tego, skoro po prostu nigdy ich nie było w życiu swoich dzieci?
Życie w bogatych domach tradycjonalistów było trudne. Ojcowie albo byli tyranami, albo po prostu nieobecnymi duchami od czasu do czasu nawiedzającymi rodziny. Głównie po to, żeby dokonać kolejnego zwiastowania niepokalanego poczęcia u nieszczęśliwych żon-lamp. W moim przypadku miałem pecha - trafiło na tę pierwszą opcję.
Nie to mnie bolało, tylko to, do czego doszedłem już jako dorosły mężczyzna. Po latach uświadomiłem sobie, że to wcale nie dotyczyło wszystkich. W niektórych rodach dzieci narzekały na trudne dzieciństwo, ale w rzeczywistości nie dostrzegały, że ich rodzice po prostu kładli nacisk na przygotowanie ich do życia i do wykonywania profesji. To mnie wkurwiało. Te same osoby, które kiedyś narzekały na swoje życie, teraz uważały się za lepsze, bo były przygotowane na trudne czasy. Wywyższały się i uważały za ekspertów w zakresie ciężkiego życia - tymczasem nikt nie wyrwał ich z korzeniami, nie rzucił w obce środowisko i nie zrobił „et voilà! teraz sam sobie radź.”
Na początku naszej dzisiejszej interakcji naprawdę chciałem ją przyjąć ciepło. W końcu to była partnerka Ambroise'a, a on darzył ją uczuciem, którego wcześniej u niego nie dostrzegałem. Widziałem ten błysk w jego oczach, ten wyraz twarzy, który mówił więcej niż słowa, ale gdy Yaxley zaczęła się zachowywać jak wściekła zołza, straciłem cierpliwość. W krótkim czasie rzuciliśmy się na siebie - chwila-moment i znaleźliśmy się w szarpaninie.
W pewnym momencie zdawało się, że mamy remis - oboje walczyliśmy z całych sił, ciężko się przesuwając, ale w końcu udało mi się ją podciąć, pozbawiając równowagi. Podciąłem jej nogi, ona uderzyła o podłogę. Prawie od razu spróbowałem unieruchomić jej dominujące przedramię na podłodze - prawą nogą w ciężkim bucie, całym naciskiem. Mogłem zrobić coś więcej, mógłbym ją jeszcze uderzyć czy przygnieść, ale w tej chwili opanowałem się - nie wiedziałem, że to koniec, nie miałem takiej pewności, dlatego nadal trzymałem gardę, ale zluzowałem ścisk szczęki.
Patrzyłem na nią, czując, jak adrenalina krąży mi w żyłach. Czułem, że to był moment, w którym mogłem pokazać, kto rządzi. Spojrzałem jej w oczy - nie trudno było dostrzec, że w mojej głowie kłębiły się myśli. Analizowałem ją. Miałem ochotę zrobić coś więcej, dołożyć jej do tego upokorzenia, ale opanowałem się i zamiast tego plunąłem gumą balonową do doniczki z kwiatkiem obok. Zmusiłem się do ochłonięcia, mimo to próbując przycisknąć jej lewe przedramię butem do podłogi. Spojrzałem jej prosto w oczy, a w moim wzroku było coś, co mówiło: „Dość. Koniec.”
- Mogę tak do wieszola. - Powiedziałem z naciskiem na każde wypowiedziane słowo. W końcu posłałem jej spojrzenie, które miało w sobie dobitny przekaz - nie zamierzałem się cofać. - Nie chcę byś twoim wlogiem... Mamy ich dostatesznie duszo. - Stwierdziłem lodowato - mimo to byłem gotów wrócić do starcia, w dalszym ciągu nie zamierzałem znosić jej zachowania. W moich oczach dalej była symbolem tego, co mnie irytowało w ludziach, którzy myśleli, że mają prawo oceniać innych, nie znając ich historii. Miałem dość tego udawania, że wszystko jest w porządku, gdy w rzeczywistości nie było, a tak właściwie jeszcze nawet nie zacząłem tego robić. Geraldine mogła być partnerką mojego brata, ale nie miała prawa traktować mnie jak kogoś gorszego - w moim życiu przeżyłem wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, że nie mogę pozwolić nikomu na to, by mnie poniżał, niezależnie od tego, jaką rolę odgrywał w życiu innych. Zechce wrócić do walki - wrócimy do walki.

aktywność fizyczna ◉◉◉◉○ - próba unieruchomienia przedramienia
Rzut PO 1d100 - 99
Sukces!


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#17
28.02.2025, 16:00  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.02.2025, 16:03 przez Geraldine Greengrass-Yaxley.)  

Geraldine zawsze była zadowolona, że przyszło jej się urodzić właśnie w rodzinie Yaxley. Dzięki temu miała sporo możliwości, chociaż niektórzy uważali ich za dzikusów z lasu. Nie przeszkadzało jej to, jak ją widzieli, nigdy. Przecież inaczej zapewne aktualnie tkwiłaby w jakiejś wspaniałej rezydencji bawiąc urocze bombelki. Ojciec pozwalał jej na wiele, ku niezadowoleniu matki, w ich przypadku to ona była tym nie do końca wspierającym członkiem rodziny. Na szczęście nie miała szczególnego wpływu na jej życie, sporo też ułatwiał fakt, że potrafiła sobie owinąć Gerarda wokół palca od najmłodszych lat. Zawsze miała jego poparcie, bo dość szybko dostrzegł w niej potencjał. W Yaxleyównie zdecydowanie nie było widać tego, że drugą częścią jej rodziny byli Borginowie, ku jej zadowoleniu, bo miała świadomość, że ta część rodziny była dość specyficzna.

Zdawała sobie sprawę z tego, że nie wszędzie było tak kolorowo. Wiedziała, że Longbottomowie byli im nieco zbliżeni podejściem do swoich potomków, nie bez powodu też to właśnie z nimi zdarzyło jej się nawet być na wakacjach. Każda rodzina miała swoje problemy, u niej pojawiły się one nieco później. Jej brat został wampirem, umarł na jej rękach, co było dosyć mocno problematyczne w ich kręgach, chyba nikt nie chciał się chwalić takim skandalem. Wzięła to na siebie, zresztą ostatnio brała na siebie coraz więcej, czego nigdy nie miała w planach. Dużo wygodniej było jej się trzymać z boku i zajmować swoimi własnymi sprawami. Niestety jej starszy brat od lat był nieobecny, więc te obowiązki spadły na nią. Chcąc nie chcąc, musiała brać na siebie obowiązki związane z utrzymaniem ich pozycji, chociaż nigdy nie sądziła, że ją to spotka, bo przecież była kobietą. To nigdy nie powinno zostać zrzucone na nią, a stało się zupełnie inaczej. Niby tak, czy siak mogła mieć możliwość odsunięcia się od tego, jednak czuła się nieco zobowiązana, aby tego nie robić. Wiedziała, że wiele zawdzięcza swojemu ojcu i nie chciała go zawieść. Właśnie przez to brylowała na salonach, chociaż nigdy nie była rasowa panną z wyższych sfer.

Aktualnie nie była w najlepszej formie, była rozbita, jej mentalność leżała okropnie, przez co podejmowała irracjonalne decyzje (jakby normalnie tego nie robiła). Nie była, aż takim dzikusem, ale samo to, że postanowili sobie urządzić na nich pułapkę, okropnie wyprowadziło ją z równowagi. Ten wieczór miał być przyjemny, spokojny, spędzony w zupełnie inny sposób. Wszystko trafił szlag.

Walka była wyrównana od samego początku, miał nad nią przewagę jeśli chodzi o masę, niestety Ambroise i jego koledzy byli kurewsko wyrośnięci (nie, żeby ona nie była). Mimo wszystko była zdecydowanie smuklejsza od Fenwicka, nie dało się obejść mankamentów związanych z anatomią.

No i w końcu jebła o podłogę, dość mocno. Nie miała na to większego wpływu. Na szczęście, nie był to jej pierwszy raz, kiedy przytrafiło jej się coś podobnego, takie sytuacje się zdarzały. Zresztą całkiem niedawno wylądowała w Mungu nim tylko rozpoczęła starcie ze swoim przyjacielem, bo się wyjebała na ten swój głupi ryj.

Wbrew pozorom nie musiała za każdym wygrywać, najważniejsze, że potrafiła ugryźć. Wyprowadziła go z równowagi, to oznaczało, że jej słowa w niego uderzyły, bardzo dobrze, następnym razem na pewno znowu nie będzie się hamować. Szczególnie, że wiedziała, że to działa.

Nie było szczególnie przyjemnym uczuciem to, że przygniatał jej aktualnie lewą rękę do ziemi. Mogła próbować się wyrwać i kontynuować to starcie, tylko po co? Nie robiło na niej wrażenia jego spojrzenie, sama miała kurwiki w oczach, jak zawsze w takie sytuacji. Mogło mu się wydawać, że ta lekcja coś przyniesie, ale było wręcz przeciwnie, Yaxleyówna miała chęć w przyszłości udowodnić, jak bardzo się mylił. Byleby tylko pojawiła się ku temu okazja.

- Pierdol się. - Wysyczała jeszcze przez zęby. Nie kontynuowała jednak tego starcia, nie wierzgała się, chociaż w środku cała się gotowała. Na to przyjdzie jeszcze czas. Była mściwa, szczególnie jeśli przytrafiało jej się coś takiego.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#18
01.03.2025, 16:17  ✶  
Zdawałem sobie sprawę, że być może ta potyczka została przeze mnie wygrana, ale czułem w kościach, że to z pewnością nie koniec. Wręcz przeciwnie, byłem pewien, że prędzej czy później spróbuje mnie użreć, gdy tylko stracę czujność i obrócę się do niej plecami. Zdecydowanie zbyt wiele razy miałem do czynienia z jej typem. Nie grała fair, ale zresztą, ja też nie zamierzałem być dżentelmenem. Czułem, że spróbuje zaatakować mnie z zaskoczenia - byłem na to gotowy. Nie osiadałem na laurach.
Mimo to czułem pewną satysfakcję z tego, że wygrałem. Pokonałem ją. Czułem, jak z trudem łapie oddech, nie z wyczerpania - z gniewu. Jej wściekłość i frustracja były dla mnie niemal namacalne.
Przygniótłszy nogą w ciężkim bucie jej przedramię, nie czekałem na to, aż uderzy wolną ręką o podłogę, aby zasygnalizować poddanie się. Nie było mi to potrzebne. Jej twarz, pełna gniewu i frustracji, mówiła wszystko. Puściłem nacisk, nie czując potrzeby, aby dłużej trzymać ją w tej sytuacji, mimo tego, że wiedziałem, że to jeszcze nie koniec. Czułem to w kościach. Wciąż była w zasięgu mojego wzroku - miałem pełną świadomość, że mogła znów próbować zaatakować, gdy tylko poczułaby się na siłach.
Blond małpa Ambroise'a nie wyglądała na osobę, która potrafiłaby odpuścić. Była zbyt dumna, by przyznać, że przegrała. Jej spojrzenie pełne nienawiści mówiło mi wszystko. W mojej piersi zatliła się mała iskra satysfakcji.
Uśmiechnąłem się do towarzystwa, a potem spojrzałem jeszcze raz na Geraldine. Wiedziałem, że nie ma sensu przedłużać tej chwili. Odsunąłem się, pozwalając jej na chwilę odpoczynku. Wiedziałem, że nie powinna być w stanie wstać, ale nie zamierzałem jej lekceważyć. Zbyt dobrze znałem ten charakter - dobrze wiedziałem, że za chwilę może znów się podnieść, gotowa na kolejne starcie. Nie byliśmy kwita, nie mieliśmy być przyjaciółmi.
„Pierdol się!”, które wydobyło się z jej ust, było dostatecznie wymowne, aby nie pozostawić mi żadnych wątpliwości co do jej uczuć. Parsknąłem z pogardą, bo nie miałem zamiaru być łaskawy. Właściwie, to nawet się uśmiechnąłem. Obraz jej matki, z tą nadęta miną, pojawił się w mojej głowie - nie mogłem powstrzymać się od uśmiechu, ani tego, co opuściło moje usta.
- S chęsią będę się bawiś z twoją madką. - Odpowiedziałem, zniżając głos, by wzmocnić wydźwięk moich słów, i patrząc jej prosto w oczy. Wiedziałem, że to był cios poniżej pasa, niska zagrywka, ale w takiej chwili nie mogłem się powstrzymać. Nie chodziło tylko o fizyczną przewagę - to była kwestia psychologii i strategii. Byłem pewny, że znowu spróbuje mnie zaatakować, gdy tylko uzna, że mam chwilę słabości, więc musiałem pokazać, że nie boję się tego jej spojrzenia i że nie zamierzam być potencjalną, przyszłą ofiarą. Dla mnie nie istniało coś takiego jak przegrana. Geraldine mogła być zła, mogła chcieć się zemścić, ale dzisiaj to ja miałem przewagę.
Spojrzałem na resztę towarzystwa, które zgromadziło się w korytarzu.
- Co z tą whisky? - Zapytałem, łapiąc ich wzrok.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Bloody brilliant
Soft idiot, a sappy motherfucker, a sentimental bastard if you will
wiek
33
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Wysoki, bo 192 centymetry wzrostu, postawny, dobrze zbudowany mężczyzna. Czarnowłosy. Niebieskooki. Ma częściową heterochromię w lewym oku - plamę brązu u góry tęczówki. Na jego twarzy można dostrzec kilka blizn. Jedna z nich biegnie wzdłuż lewego policzka, lekko zniekształcając jego rysy, co nadaje mu surowy wygląd, mimo to drobne zmarszczki w kącikach oczu zdradzają, że często się uśmiecha lub śmieje. Inna blizna, mniejsza, znajduje się na czole. Ma liczne pieprzyki na całym ciele. Elegancko ubrany. Zadbany. Bardzo dobrze się prezentuje.

Cornelius Lestrange
#19
12.03.2025, 22:42  ✶  

Cornelius stał w krańcu korytarza, obserwując chaos, który rozgrywał się przed jego oczami. Szybko zorientował się, że konflikt wymknął się spod kontroli, zareagował odruchowo. Gdy tylko dostrzegł, że sytuacja zaczęła się zaostrzać, bezwiednie cofnął się w stronę ściany, a mimo to ledwo zdołał odsunąć się w bok, robiąc to dosłownie w ostatniej chwili, zanim Geraldine i Aloysius, zupełnie zapominając o wszelkich zasadach, rzucili się na siebie.

Obydwoje charakteryzowali się krótkim lontem, znał zbyt dobrze, by nie zdawać sobie sprawy z ich gwałtownych temperamentów, ale nie do końca rozumiał, jak to się stało, że konflikt eskalował tak bardzo. Wiedział, że oboje mieli wybuchowe charaktery, ale nie spodziewał się, że dojdzie do rękoczynów. Nie zamierzał jednak interweniować, przynajmniej na razie. Życie było mu drogie, zawodowe zobojętnienie na losy innych również miało swoje zalety.

Zatrzymał wzrok na szarpiących się, czując narastającą frustrację. Za ścianą znajdowała się sypialnia, a w niej spało ich dziecko. Myśl o tym, że mogłoby się obudzić w trakcie tego żenującego przedstawienia nadmiaru testosteronu, napawała go niepokojem. Poza tym, widok zniszczonej tapety na korytarzu tylko potęgował jego gniew. Buty Aloysiusa już zostawiały na niej wyraźne ślady, na co Cornelius już, pomimo upływu niespełna minuty od początku wydarzeń, nie mógł znieść myśli o kosztach naprawy. Mimo to, starał się nie okazywać złości, wiedząc, że jako gospodarz domu powinien zachować zimną krew.

„Nie interweniuj, nie interweniuj, nie musisz interweniować” - powtarzał w myślach, przeciskając się wąskim przejściem przy ścianie do Ambroise'a, który stał w przeciwległej części korytarza, z dala od tego burdelu, samemu także z niechęcią przyjmując rolę widza, tak jak przyjaciel, bo jeszcze było mu miłe jego gładko ogolone lico i względnie prosty nos. Spojrzał na Roise'a, znajdującego się przy drzwiach głównych, z wyrazem twarzy, który sugerował, że również nie wiedział, co począć. Nie musiał być ekspertem od ludzkich uczuć, żeby wiedzieć, że przyjaciel pewnie najchętniej opuściłby to miejsce, gdyby nie to, że to jego była wdała się w bójkę. Tym razem, wyjątkowo, tylko jedna część duetu demolowała Corio korytarz, ale mężczyzna i tak całkiem poważnie rozważał, czy nie należało, by się stąd wyprowadził i nie zostawił nowego adresu... Zacisnął usta, nie chcąc zdradzić swojego gniewu, ale czuł, że każda sekunda zwłoki mogła doprowadzić do jeszcze większych zniszczeń, a on nie za bardzo mógł coś zrobić, mimo tego, że trzymał różdżkę w pogotowiu, czując, że mógł być zmuszony do działania, jeśli sytuacja miała zbytnio się zaostrzyć.

Obaj mężczyźni stali z boku, obserwując rozwój sytuacji. Zawiedziony i coraz bardziej sfrustrowany, Lestrange spoglądał na zniszczenia, które już miały miejsce, tapeta w korytarzu była porysowana butem Aloysiusa, podłoga nosiła ślady rysów po buciorach obojga jego gości, hebanowe klepki zaczynały się bujać... Mimo to, starał się zachować spokój, nie chcąc dać po sobie poznać, że był na samym skraju wybuchu, na krawędzi wściekłości, tuż przed momentem, w którym kropla potu jednej albo drugiej osoby, padająca na rzemieślniczo malowaną tapetę, mogła przelać w nim czarę goryczy.

Oprócz tego, że korytarz zaczynał wyglądać jak pole bitwy, tapeta, którą sam wybrał, zyskała nowe, niechciane rysy, a każde kolejne szarpnięcie i pchnięcie zdawało się zbliżać ich ku zerwaniu jej ze ściany, w domu było jego dziecko, które spokojnie spało w sypialni. Powiedział o tym Ambroise'owi, potwierdzając z nim to, że Aloysius mówił o tym, podczas pierwszego spotkania na klatce schodowej, co oznaczało, że Loys i Geraldine po prostu mieli to w dupie. Wzrok Corneliusa był dobitny, w jego oczach malowała się bezgraniczna frustracja. Zamknął oczy na chwilę, próbując zapanować nad emocjami. Może zbyt długo pozwalał przyjaciołom na swobodne działania w swoim domu, uważając ich za rodzinę, za domowników, a teraz musiał ponieść konsekwencje...

W końcu, gdy Aloysius wywrócił Geraldine na ziemię i jej ręka została przygnieciona przez jego but, Cornelius poczuł, że nie mógł dłużej milczeć, zamierzał zabrać głos, jednak wpierw obrzucił ich oboje gniewnym spojrzeniem, które miało wyrazić wszystko, co myślał o tej absurdalnej sytuacji. Przy okazji spojrzał w kierunku Ambroise'a, starając się wymusić na nim reakcję przy pomocy samego ostrego spojrzenia. Geraldine była kobietą jego przyjaciela, na dziś naprawdę mogli skończyć z udawaniem, że nie, więc Roise nie powinien stać bezczynnie, gdy jego partnerka leżała na ziemi, już nie przygnieciona przez Aloysiusa. „Zadzieraj kiecę i idź ją podnieś” - nie musiał tego mówić, a przynajmniej taką miał nadzieję, bo jednocześnie Corio czuł się, jakby był jedynym dorosłym w pomieszczeniu, wśród ludzi, którzy zapomnieli o zasadach dobrego wychowania i granicach przyzwoitości. Musiał nim być, dla dobra dziecka, dla dobra ich przyjaźni, dla siebie samego. Jego głos wybrzmiał w korytarzu, twardy i stanowczy, z tonem, który nie znosił sprzeciwu.

- Dość tego. - Odezwał się spokojnie, ale z wyraźną władczością w głosie. - Ocipieliście? W domu jest dziecko, więc macie się opanować, albo wypierdalać. - Jego ton nie pozostawiał miejsca na żadne „ale”... ALE... Corio pewnie i tak miał jakieś usłyszeć. Spojrzał wymownie w kierunku Ambroise'a, który stał z boku, nadal. Cornelius nie musiał nic mówić, jego spojrzenie w dalszym jasno sugerowało, że pomoc Geraldine była obowiązkiem Roise'a, nie jego. Rzecz jasna, nie mogło być tak prosto, Corio zauważył, że jej jedwabna sukienka odniosła uszczerbek i klepka podłogowa naderwała materiał, przez co szew puścił w newralgicznym miejscu w okolicach biodra, prując się po kilka centymetrów w dół i w górę.

- Geraldine. - Zwrócił się do przyjaciółki, starając się przybrać jak najbardziej neutralny ton. - Szew w sukience poszedł, więc trzymaj materiał, wstając. Tylko jedna osoba tutaj powinna oglądać twój biust. Wystarczy, że wszyscy zebrani widzieli kutasa twojego faceta. - Dodał, rzucając znaczące spojrzenie w kierunku Ambroise'a i podkreślając ostatnie słowo. Wiedział, że ci dwoje ewidentnie nie tylko okazjonalnie się ze sobą migdali, spotykali się, a Cornelius nie zamierzał udawać, że było inaczej, tym bardziej, że sytuacja, w której się znaleźli, była daleka od zdrowej. Ich związek był aż nadto widoczny, jak wielka czerwona flaga, i ewidentnie musieli coś z tym zrobić, ale prywatnie. Mieli dwie opcje: wypierdalać i skorzystać z rozdartej sukienki, albo się ogarnąć, założyć coś innego, w przypadku Geraldine, i na względnie spokojnie, o ile tak się dało, wysłuchać wyjaśnień sytuacji z klatki schodowej. Ich wybór.

- Możesz się przebrać w sypialni. Weź sobie coś z szafy. - Wiedział, że jego słowa były szorstkie, ale sytuacja wymagała zdecydowanego działania, a on miał dostatecznie postrzępione nerwy przez to, że musiał dbać o to, by nikt nie próbował podważać jego autorytetu w jego własnym domu. Zignorował pytanie o whisky, ta pożal się, Merlinie, hałastra nie potrzebowała alkoholu, żałował, że w ogóle mial barek.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#20
14.03.2025, 04:22  ✶  
Rzucił poirytowane spojrzenie w kierunku przyjaciela, który ewidentnie miał nieodpartą potrzebę kontrolowania sytuacji już po tym jak praktycznie sama się rozwiązała. Jakże pomocne. Tłumiąc parsknięcie, odpowiedział równie wymownym łypnięciem skierowanym wpierw na swoje buty, później z powrotem na Corneliusa. Nie, nie był przybetonowany do podłogi. Zapewne wartej tyle, że lepiej było nie pytać, co faktycznie wydarzyłoby się... ...nie daj, Morgano... ...gdyby ktoś się do niej przylepił.
Nie potrzebował pomocy. Naprawdę potrafił sam zadecydować o tym, kiedy się ruszy.
Mimo to zemlął komentarz w ustach. Przynajmniej jak na ten moment. A to zdecydowanie było coś. Specjalny przywilej, wyjątkowe traktowanie z uwagi na sytuację. Mało kto potrafił bez chwili zawahania (i umówmy się: raczej świadomie bezkarnie) zezować na Ambroisa w tak znaczący sposób, nie spotykając się z werbalną reakcją. Nieustannie wbijając w niego wzrok, jakby za jego pośrednictwem mógł wpłynąć na dalszy bieg wydarzeń. Nie obawiając się przy tym o to, że zostanie mu to mniej więcej wybaczone - warto dodać.
Prędzej czy później skomentowane, bo urażona duma pewnie nie miała pozwolić Greengrassowi zbyt długo milczeć. Teraz jeszcze się powstrzymywał. Tego wieczoru był zadziwiająco opanowany. Nie chciał tego zmieniać.
Jednakże zdecydowanie nie potrzebował znaczących spojrzeń ze strony osób trzecich, nawet tak bliskich, żeby wiedzieć, co powinien zrobić. Nawet jeśli do tej pory jeszcze nie zdążył ruszyć się z miejsca, w dalszym ciągu stojąc przy głównych drzwiach w krańcu korytarza.
Niewerbalna sugestia nie była konieczna. Była wręcz całkowicie zbędna, ale w tym wypadku raczej potraktował ją w kategoriach upierdliwego i męczącego autorytetu, jaki Lestrange'owi wydawało się, że ma... ...aniżeli czegoś, co z powodzeniem mogłoby wywołać kolejną bójkę. Nie było to zresztą niczym dziwnym ani niecodziennym, prawda? Przynajmniej nie w przypadku Corneliusa.
Roise był stosunkowo przyzwyczajony do stylu bycia przyjaciela. Ministralnemu szefowi szefów z biura koronerów wydawało się, że może dowodzić wszystkim i wszystkimi. Nawet poza prosektorium, kostnicą czy miejscami zbrodni. Nie dało się na to w żaden sposób wpłynąć. Próby uświadomienia Corio, że jego blada dupa nie była drugim Napoleonem nie miały żadnego sensu.
Ten człowiek po prostu tak miał. Zresztą nie dało się ukryć, że byli teraz w mieszkaniu Lestrange'a, gdzie za ścianą przebywało jego dziecko. Kłócenie się o pierdoły, gdy tak naprawdę chciało się stąd głównie wyjść byłoby debilnym pomysłem. Zdecydowanie nie potrzebowali jeszcze więcej atrakcji. Na ten ani na żaden inny wieczór. Życie praktycznie każdego z nich było dostatecznie chaotyczne.
Nie zmieniało to jednak faktu, że Ambroise nadal był poirytowany. Jego myśli w dalszym ciągu krążyły wokół całego tego burdelu, od czasu do czasu zahaczając o plany na wieczór, który miał wyglądać zupełnie inaczej. Świadczyły o tym jego własne ubrania, sukienka Geraldine, kwiaty leżące na podłodze, zakupy w brązowej torbie (tak właściwie to głównie butelki alkoholu), które zapodziały się gdzieś na korytarzu.
Tak czy inaczej, wiedział, co powinien zrobić. Nie potrzebował, by przyjaciel poganiał go wzrokiem ani by chłodno niebieskie oczy Corneliusa wyrażały dezaprobatę również w stosunku do niego. Dodatkowe upomnienia nie miały zmobilizować go, by w końcu ruszył się z miejsca, bo i tak zamierzał to zrobić. Tego wieczoru wszystko poszło nie tak jak zamierzali, ale Roise miał w sobie jeszcze na tyle rozsądku, żeby wiedzieć, co należy do jego roli.
Westchnął w duchu, starając się stłumić frustrację. W dalszym ciągu narastającą, bo jakżeby inaczej? W końcu ich szanse na powrót do przerwanych chwil topniały z minuty na minutę. Zamiast zwieńczenia wyjątkowo dobrego dnia, pierwszej (i zapewne ostatniej) faktycznej randki, na jaką zdecydowali się... ...cóż... ...tak właściwie to od lat... ...pierwszej randki od wielu lat (urocze, nie?) znaleźli się w sytuacji, która w żaden sposób nie odpowiadała jego wyobrażeniom. Nie tak miało to wyglądać. Nie ku temu zmierzali przez cały dzień. Szczególnie wtedy na klatce schodowej, będąc już tak naprawdę jedną nogą u progu mieszkania.
Jego spojrzenie było pełne irytacji. Zmierzył Aloysiusa wzrokiem, jakby mógł wyrazić całą swoją frustrację jedynie za pomocą oczu, po czym ponownie powrócił spojrzeniem do Corio. Oczywiście, znowu wybitnie pomocnego i dyskretnego.
- Cieszę się, że ten widok tak ci zaimponował, skoro wspominasz o nim nawet po ilu?... ...dziesięciu?... ...piętnastu latach? - Rzucił z przekąsem. - Niestety jestem już zajęty - jeśli ktokolwiek (w tym nawet on sam) spodziewał się z jego strony powrotu do stałej narracji dotyczącej nie spotykania się z Riną...
...cóż. W tym momencie to raczej nie był czas na myślenie w tych kategoriach. Tu działały instynkty. Odruchowe odszczeknięcia. Prawdę mówiąc, odgryzając się na tekst o niechcianym negliżu, Ambroise ani przez moment nie zastanawiał się nad odpowiedzią. W tym również nad tym, że w istocie nie był zajęty.
Był cholernie wolnego stanu, nie zamierzając tego zmieniać, bo była tylko jedna osoba, z którą mógłby to zrobić. Tyle tylko, że ich sytuacja była dużo bardziej skomplikowana i wykluczała szczęśliwe zakończenie tego typu. A ten dzień (wyjątkowo dobry zanim nie zepsuły go amatorskie egzorcyzmy na klatce schodowej) zdecydowanie nie był czymś standardowym. Nie ostatnio, nie dla nich.
Ruszając z miejsca, zmierzył spojrzeniem lilie leżące na podłodze, po czym zrobił krok ponad nimi. Teoretycznie wcale nie ucierpiały tak bardzo. Wciąż jeszcze żyły. Zaledwie kilka płatków oderwało się i upadło luźno obok bukietu. A jednak jakoś nie spodziewał się, aby mieli donieść je do domu. Mimo to nie zamierzał ich deptać.
On również całkowicie zignorował słowa Fenwicka dotyczące picia. Zamiast tego skupił się na zdjęciu marynarki, podchodząc do Geraldine. Zanim podał rękę dziewczynie, pochylił się, jednym płynnym ruchem zasłaniając jej sukienkę wierzchnim okryciem. Bez pytania, bez komentarza.
Zamiast tego skierował wzrok na twarz Yaxleyówny. Być może nie był w tym tak nachalny jak Corio przed chwilą w stosunku do niego, ale zdecydowanie zadał jej niewerbalne pytanie. Sondował ją, nawet jeśli tego nie mówił.
Jego oczy próbowały odczytać emocje zawarte w jej spojrzeniu. Może nie na pierwszy rzut oka, ale gdzieś tam głęboko pod warstwą gniewu ujawniającego się w pociemniałych niebieskich tęczówkach. Usiłował odczytać uczucia jego dziewczyny i przewidzieć jej przyszłe reakcje jeszcze zanim kulturalnie wyciągnął dłoń w kierunku Geraldine.
Rzecz jasna, nie mówiąc przy tym ani słowa. Nie zamierzał nawiązywać do tego, co się stało. Nie próbował też być pomocny na siłę. Zaoferował jej swoją rękę i przedramię, ale nie był w tym w żaden sposób nachalny. Jeśli nie chciała skorzystać z jego bliskości (co w pewnym sensie byłoby zrozumiałe) nie zamierzał jej do tego nakłaniać.
Tak jak z bardzo konkretnego powodu nie interweniował w walce, tak teraz również mógł odsunąć się o krok w tył, żeby zrobić Rinie miejsce, aby wstała sama. Był jej partnerem, nie bodyguardem, którego nie potrzebowała (naprawdę?) Usiłował nie wtrącać się tam, gdzie nie prawdopodobnie zdecydowanie nie chciałaby, aby się wtrącał (mhm, ta, jasne). No, po prostu zdawał sobie sprawę, że to była nawet nie brutalniejsza wersja szkolnej bójki. W grę wchodziło ustalenie pozycji, dominacja, pewien rodzaj godności i dumy.
W takich sytuacjach należało powstrzymać własne zapędy i kontrolować sytuację z boku. Co też robił. Może nie z różdżką na wierzchu jak Cornelius, ale też będąc w pełnej gotowości do zainterweniowania, gdy zrobi się za gorąco.
Całe szczęście, wszystko się uspokoiło, tak?
Tak?


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (2417), Benjy Fenwick (7013), Cornelius Lestrange (2164), Geraldine Greengrass-Yaxley (6198)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa