• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn Klinika magicznych chorób i urazów v
1 2 Dalej »
[08.09.72] bleeding out || Ambroise & Geraldine

[08.09.72] bleeding out || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#11
02.03.2025, 00:33  ✶  
Jasne. Mogła używać wszelkich słów, jakie miała w zanadrzu. W końcu już wcale się nie powstrzymywali. Nie mógł więc wymagać od niej tego, aby zwracała uwagę na poprawną terminologię. Tyle tylko, że właśnie to robił.
- Nie chciałem cię obok siebie? - Powtórzył po Geraldine, usiłując na nią przy tym nie wybuchnąć, choć zdecydowanie zadrżały mu przy tym nozdrza. - Znowu się cofamy? - Tak, był pasywno-agresywny.
Tak, zachowywał się poniżej krytyki, ale skoro chwilę wcześniej to ona miała czelność zarzucać mu ciągłe miotanie się pomiędzy narracjami. A teraz robiła dokładnie to samo. Jakżeby nie miał nie ziać frustracją?
Nie, nie pasowało mu to, co od niej słyszał. Te wszystkie słowa docierające do niego z cudzych ust przez niemal dwa lata. Powinni mieć to wyjaśnione, ale ewidentnie chuja mieli, skoro znów powracali do tego, że nie chciał jej obok siebie.
- Dalej. Jeszcze mi powiedz, że to też zrobiłem z nudów. Znużyła mnie ta rzeczywistość, więc postanowiłem ją porzucić - nie powinien tego mówić, jednak w tym momencie miał to już naprawdę głęboko gdzieś; nie brzmiał prześmiewczo, już nie, brzmiał oschle. - Ale z tobą było wyjątkowo. Tu nie zostawiłem listu - wiedział, że to w nią uderzy.
Już uderzyło. Jakżeby nie miało. W innym wypadku nie wysrałaby mu tego w ten sposób, ale o to byli tu. W tym miejscu. Rzucając w siebie jak najgorszymi słowami. Cicho i ze śmiertelną precyzją. Tworząc tym wyjątkowo makabryczną, ale wymowną mowę pożegnalną. Po tym wieczorze nie miało już być co zbierać. Chyba oboje akurat to wiedzieli.
- Jeśli nie zauważyłaś, zawsze biorę odpowiedzialność za swoje czyny - odpowiedział wyjątkowo chłodno, nie ukrywając jeszcze bardziej lodowatego tonu głosu, jaki mimowolnie cisnął mu się przy tym na usta. - W innym wypadku nie bylibyśmy tu, gdzie jesteśmy, prawda? - Tak, powiedział to z pełną premedytacją i ze świadomością tego, że Geraldine nie tego oczekiwała od niego, gdy wypowiedziała tamte słowa.
Znał ją. Na tym polu chyba w dalszym ciągu na tyle dobrze, że był w stanie stwierdzić, co miała na myśli. Ba, że w tym momencie robiła praktycznie to samo, co on: nie myślała. Nie zastanawiała się zbytnio nad wydźwiękiem swoich rozemocjonowanych, choć wyjątkowo cichych i syczących wypowiedzi. Próbowała go ugodzić...
...on robił dokładnie to samo. W końcu raz za razem przyznawali, że są do siebie podobni, nieprawdaż? W tej chwili pokazywali to w bardzo dosadny sposób. Taki, który nie powinien pozostawiać im już żadnych wątpliwości.
A jednak te przez cały czas się pojawiały. Były tu. Były tam z tyłu głowy. Przewijały się raz po raz. Atakowały go niezależnie od tego, czy kłócił się z Riną, czy akurat było między nimi spokojnie, może nawet całkiem błogo. Choć...
...tak naprawdę właśnie o ten drugi rodzaj zachowań najbardziej w tym chodziło, prawda? Gdyby cały czas się ze sobą żarli jak robili to niemal za każdym razem przez minione lato, dużo łatwiej byłoby mu stwierdzić, że cokolwiek ich ze sobą łączyło, przeminęło. Zostało zaprzepaszczone, zatarte, zbyt mocno rozbite, aby dało się to posklejać z drobnych kawałków.
Jak lustro, które sugerowała mu, że miało być jego własnym przekleństwem. Mógł ją teraz poinformować o tym jak w rzeczy samej wyglądały realia. Mógł ją nawet wyśmiać, jednocześnie uderzając tym w siebie samego, bo przecież to nie miało się wydarzyć. Nie, nie dlatego, że był zbyt zapatrzony w siebie i za bardzo zadufany. Że miał wprost nienaturalny talent do wypierania niewygodnych faktów. Że był zbyt zakochany we własnym odbiciu, aby kiedykolwiek zrezygnować z patrzenia sobie w oczy.
Nie.
Już teraz bywały momenty, gdy znacznie łatwiej byłoby mu spojrzeć prosto w jasno świecące słońce niż w lustro. Kiedy tak bardzo nie potrafił znieść spojrzenia patrzącego na niego ze szkliwionej tafli, że po prostu tego nie robił. Gdy nie poznawał swojego odbicia. Wyrazu twarzy. Tego, co kryły jego własne, a jednak zupełnie obce oczy.
Nie tak powinno wyglądać jego życie. Nie w ten sposób chciał je przeżyć. Nie tego oczekiwał, ale oczekiwania przecież rzadko kiedy tak naprawdę się spełniały. Miał wielkie ambicje. Jeszcze większe plany. Na przestrzeni życia zmieniające się tak naprawdę trzykrotnie. Tylko czy aż? Nie jemu było to oceniać. W tym wypadku był w stosunku do siebie aż chorobliwie surowy.
Nie został profesjonalnym graczem Quidditcha, choć przez wiele lat było to jego jedynym celem. Zamiast tego poszedł zupełnie inną ścieżką. Tą, którą wybrał przez wzgląd na własne talenty, pasje, ale też na otoczenie. Momentami nawet nie dostrzegając ironii, jaką to kryło. Wszystkich kosztów wcale nie wyrównujących zysków.
Trzeci raz...
...czy w ogóle musiał mówić, jaki był trzeci raz? Ta ostateczna zmiana toku myślenia. Narracja, jaka miała z nim pozostać zawsze, na zawsze, do usranej śmierci. Ta, od której teoretycznego porzucenia niedługo miały minąć dwa lata. Tyle tylko, że przez ten cały czas miał tę brutalną jasność, że czwartej zmiany już nie było. Nie miała nadejść. Nie próbował tego robić.
Geraldine mogła zarzucać mu teraz wszystko to, co chciała. Nie zgadzał się z tym. Nie zamierzał tego robić, ale nie mógł jej powstrzymać przed próbami ugodzenia go wypowiadanymi słowami. Bowiem przecież sam zdecydowanie nie był lepszy. Byli siebie warci i kolejny raz nie mógł tego powiedzieć w formie komplementu.
Zmienił narrację? Chuja zrobił a nie zmienił narrację. Wydawało mu się to teraz tak boleśnie dostrzegalne, że aż wprawiało go w jeszcze bardziej parszywy nastrój. Mógł usiłować to robić. Trwać przy swoich zamysłach i postanowieniach, ale na koniec dnia liczyło się to, co robił. To, co oni robili. Wracali, choć wcale nie musieli, wręcz nie powinni tego robić. Spędzali razem dni i noce. Nie zachowując się wyłącznie tak, jakby było to chwilowe fizyczne pocieszenie.
Był na siebie wkurwiony. Wściekły na nią. Zły na cały świat. Na ich sytuację. Na własne ograniczenia i na potrzeby odbierające mu zdolność logicznego myślenia. Nie dało się żegnać ze sobą przez tydzień. Nie można było bawić się w dom a potem tak po prostu to porzucić. Ale co innego mieli robić? Przecież jej to powiedział: nie chciał się mylić, nie chciał żyć ze świadomością, że przez niego stracili nie tylko półtora roku życia, ale też znacznie więcej. I że zamiast cokolwiek naprawić, przez te niemal dwa lata wyłącznie jeszcze bardziej wszystko popsuł.
- Chuja próbuję ci udowodnić - prawdopodobnie nie powinien wyrzucać tego z siebie; ani teraz, ani nigdy, ale miał już serdecznie po drżące dziurki w nosie tego, co usiłowała mu wmawiać. - Tak właściwie, chuja mogę zrobić - to zaś już zdecydowanie nie powinno padać, nawet jeśli było prawdziwe.
Kolejna szczera prawda. To nigdy nie było jednostronne, prawda? Mogła mówić, co chciała, ale to nie mogła być jednoosobowa decyzja. Już nie. Nie w tej sytuacji. Inaczej by tu nie stali.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#12
02.03.2025, 03:45  ✶  

- Myślę, że bardziej się już nie możemy cofnąć. - Wręcz miała wrażenie, że trafili do tego miejsca, kiedy próbowali być swoimi wrogami. Zaliczyli bowiem i taki okres. Tyle, że teraz było jeszcze gorzej, bo wiedziała, kim są dla siebie naprawdę i jakie żywią wobec siebie uczucia. Jednak nie zmieniało to niczego, wręcz przeciwnie, nie hamowało ich zupełnie, pozwalali sobie na naprawdę niskie zagrywki, które nie powinny mieć miejsca. Zanurzali się w coraz bardziej głębokim bagnie, z którego w pewnym momencie nie będzie jak uciec.

- Widać, ile dla Ciebie znaczyłam, co? - Oczywiście, że w nią uderzyło. Okropnie. Zresztą nie dało się tego nie zauważyć. Yaxleyówna w przeciwieństwie do Roisa nie była jednak na twarzy czerwona, a zrobiła się biała. Opuściły ją wszystkie kolory. Naprawdę nie była w stanie sobie poradzić z tą rozmową, to było zbyt wiele.

- Tak, poczucie odpowiedzialności nie pozwoliło Ci się stąd oddalić, wszystko jest jasne jak słońce. - Oczywiście, znalazł się powód dla którego nadal błądzili wokół siebie. Nie, żeby uważała go za słuszny, ale powinna się chyba tego spodziewać. On myślał w ten swój pokrętny sposób, który chyba zupełnie przestała rozumieć, zresztą nic do niej nie docierało. Była niczym dziecko zagubione we mgle, błądziła po omacku, nic w tej rozmowie nie było dla niej jasne. Może tak właśnie miało być? Nie sądziła, że słowa, którymi w siebie teraz rzucali wniosą coś istotnego do ich życia.

Rzucali w siebie tymi nieprzyjemnymi słowami, jakby wcale nie miały znaczenia, ale przecież wiedzieli, że jest inaczej. Słowa miały ogromną moc, którą pewnie będą odczuwać w najbliższym czasie. Zwłaszcza, że teraz zupełnie się nie hamowali, kłócili się, tylko w zasadzie o co? Chyba tego też już nie wiedziała. Uderzali w siebie kolejnymi argumentami wyciągniętymi właściwie z dupy, tylko po to, aby w siebie uderzyć, to było naprawdę bardzo przemyślane zachowanie.

Wątpliwości musiały się pojawić, jak bowiem mogły by nie, po takim okresie nieobecności w swoich życiach? To nie powinno być niczym zadziwiającym, jednak to w jaki sposób je sobie aktualnie przedstawiali, to była zupełnie inna bajka. Tak naprawdę zachowywali się, jakby już wszystko było im obojętne, jakby nie musieli się przejmować tym, co niosą te słowa, bo przecież to był ich koniec, ale czy na pewno? Musieli sobie zdawać sprawę z tego, że to co ich łączy było naprawdę silną więzią, prędzej, czy później przyjdą konsekwencje tego wszystkiego, co sobie wyrzygiwali. Coś czuła, że spotka ich to prędzej, niż by zakładali.

Yaxleyówna miała świadomość, że już dawno zgubiła się w tym co mówiła, bo niby była obojętna, niby się z nim zgadzała, a kiedy przyszło co do czego, to znowu zaczęła mu wszystko wypluwać, oczywiście, że nadal jej zależało. Szczególnie teraz, kiedy mówiła o tym w ten sposób. Po prostu chyba zaczęła się sama gubić w tym, którą narrację aktualnie przyjmowała. Wszystko było pomieszane, poplątane, trudno się było w tym doszukać jakiegokolwiek sensu, ale to chyba od samego początku.

- Tak właściwie to znowu pierdolisz. - Miała ochotę nim wstrząsnąć, nie wiedziała jeszcze jak, ale naprawdę najchętniej po prostu by się na niego rzuciła i udowodniła mu, jak bardzo ją denerwuje to, co z nią robił. Nie mogła jednak tego zrobić, nie zamierzała pokazywać, jak bardzo straciła kontrolę, jak bardzo sobie z tym nie radziła, no, gdyby tego jeszcze nie zauważył.

- Mogłeś zrobić wiele, ale nie chciałeś, znaczy nie mogłeś, chuj wie właściwie. - Tak, po raz kolejny próbowała to zrzucić na niego, dlaczego by nie? Już przecież doszli do tego, że to on był wszystkiemu winny, prawda? To ona była tutaj ofiarą... tak, jasne, na pewno. Ofiary nie zachowywały się w ten sposób. Byli siebie warci - zdecydowanie.

- Chujem to jesteś, teraz, wiesz? - Skoro już sięgali po te przepiękne epitety, to nie zamierzała tego ignorować. Może było to niewłaściwe, ale kto by się tym przejmował.

Powinna była stąd wyjść niemalże od razu, nie mieliby inaczej szansy wdać się w tę jakże interesującą pogawędkę, kłótnię, jak zwał tak zwał. Zdecydowanie przekraczali wszelkie granice przyzwoitości, nie powinni tego robić. To bolało, samo patrzenie na to, do czego doprowadzili, zwłaszcza po tych wszystkich latach, które spędzili u swojego boku. Wypadałoby bardziej nad sobą panować z samego poczucia przyzwoitości, ale zupełnie już straciła kontrolę, pierdoliła, co jej ślina na język przyniosła i wiedziała, że jeszcze chwila, a faktycznie któreś z nich tak przesadzi, że nie będzie już odwrotu.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#13
02.03.2025, 04:52  ✶  
- Nigdy nie mów nigdy - odparł, bo chyba nie spodziewała się tego, że mógł tak zwyczajnie poprzestać na przyznaniu jej racji?
Nie. Nie teraz. Nie w tych okolicznościach. Nawet jeśli poniekąd ją miała, bowiem zdecydowanie osiągnęli szczyt uwstecznienia wszystkiego, co wypracowali sobie przez lata. Tego, co przecież zawsze działało. Zawsze, tylko nie teraz. Zachowywali się tak, jakby puściły im wszelkie hamulce. Mieli tego żałować, on miał, ale teraz? Teraz o tym nie myślał. Nie w obliczu tych wszystkich wyrzutów.
- Wyjątkowo dużo, skoro dostałaś swoją osobistą notatkę, z którą chuj wie, co zrobiłaś, bo na pewno nie przeczytałaś - odgryzł się, nie mógł inaczej, bowiem w tym momencie naprawdę nie potrzebował słyszeć od Riny takich słów.
Nie w tym kontekście. Nie w żadnym innym. Czuł się coraz bardziej poirytowany. Bezradny i bezsilny. Całkowicie tracąc kontrolę nad tym, co tak właściwie opuszczało jego usta i w jaki sposób to robiło. Liczyło się...
...no właśnie. Chuj jako istota wszechwiedząca zapewne by to wiedział. Ambroise, choć zaledwie kilka chwil później miał zostać utożsamiony z tą mityczną siłą, w tym momencie miał wrażenie, że w istocie nic już nie wie. A to wyłącznie coraz bardziej wytrącało go z równowagi.
Nie lubił czuć się w ten sposób. Miał serdecznie dosyć życia w niepewności. Miotania się to w jedną, to w drugą stronę. To nie było coś, co przychodziłoby mu naturalnie. Wręcz przeciwnie. Zazwyczaj, gdy już się na coś uparł, dążył do tego za wszelką cenę. Nie uginał się. Nie szukał alternatywnych opcji, jeżeli nie odczuwał potrzeby, aby to robić. Trwał przy swoich postanowieniach. Przy swoim stanowisku. Odbijając, wykluczając albo ignorując wszystko, co nie pasowało do tej narracji.
Tak, nigdy nie był łatwym człowiekiem. Nie zwykł uważać tego za swoją wadę a nawet wręcz na odwrót. Miał się za kogoś ze wszech miar stabilnego. Gdy coś mówił, nie była to wyłącznie czcza deklaracja. Faktycznie doprowadzał to do końca. Wcielał to w życie. Nie składał pustych obietnic. Nie rzucał słów na wiatr.
Do czasu, prawda? Bo właśnie tym była ta chwila. To, co działo się między nimi i dookoła nich przez ostatnie dni czy też może nawet miesiące (bo przecież wszystko zaczęło się pierdolić zdawałoby się, że już niemal w zupełnie innym życiu) było wyłącznie konsekwencją utraty równowagi. Złamania tych pierwszych postanowień składanych samemu sobie, czego w gruncie rzeczy nie żałował, ale prowadzącego do kolejnych i kolejnych konsekwencji. Łamania obietnic, wykrzywiania rzeczywistości.
Nie stojąc już na stabilnym gruncie, momentami nie czuł się już nawet sobą. Bowiem on nie zwykł postępować w ten sposób. Nie umieć przyjąć rzeczywistości. Walcząc z narracją, potem ją akceptując, w międzyczasie dochodząc do wniosku, że sam był jej twórcą, ale wcale nie chciał nim być.
Nie pragnął czegoś takiego dla Geraldine. Trudno było mu spoglądać teraz na jej chorobliwie bladą twarz. Stać naprzeciw niej. Przeciwko niej. Nie móc wyciągnąć ramion, zrobić tych kilku niezbyt długich kroków, zamknąć dziewczynę w objęciach, powoli przyciskając ją do jego piersi. Kołysząc ich z boku na bok aż wreszcie mógłby spróbować się odezwać. Powiedzieć coś, co zmieniłoby sytuację, co naprawiłoby wszystkie błędy.
To nie było możliwe. A on brał za to pełną odpowiedzialność. O to mu chodziło, gdy wypowiedział te słowa. Gdyby tak zwyczajnie był w stanie zignorować wcześniejsze decyzje, nie byliby tu, gdzie znajdowali się w tej chwili. Mógłby zwalić winę na cokolwiek, co nie było nim czy Yaxleyówną. Odnaleźć jakąś wymówkę, byleby tylko móc teraz machnąć ręką na wszystko, co ich od siebie oddzielało. Przyjąć narrację, jaką głęboko w sercu naprawdę pragnął być w stanie zaakceptować.
Tyle tylko, że nie mógł. To była jego wina. Po prostu jego wina. To, co stało się wcześniej i to, w jaki sposób miała zakończyć się ich wspólna historia. Ale interpretacja, jaka czekała na niego ze strony Geraldine?
- Co? - W pierwszej chwili tak po prostu zmarszczył czoło, obdarzając Geraldine jednym z tych naprawdę charakterystycznych spojrzeń świadczących o tym, że zupełnie nic już teraz nie rozumiał.
Nie wiedział, jakim cudem połączyła ze sobą akurat te kropki. To znaczy: być może wiedział, bo stosunkowo szybko zorientował się, co tak właściwie chwilę wcześniej padło z jego własnych ust. Być może był zdenerwowany, mówił te wszystkie rzeczy w gniewie, jednak nie miał przy tym nawet najmniejszych problemów z pamięcią.
Wręcz przeciwnie. Pamiętał wiele drobnych szczegółów, których w tym momencie wcale nie chciałby wspominać w odmętach własnego umysłu. Tych mniejszych i większych, jednak bez wątpienia kurewsko szczypiących go słów i insynuacji. Czy to padających ze strony dziewczyny, czy będący jego własnymi pokracznymi, całkowicie pozbawionymi sensu tworami.
Bo przecież ją kochał. O to mu chodziło. To miał na myśli mówiąc, że powinna być już świadoma, co go przy niej trzymało przez te wszystkie dni i noce. Co tak właściwie sprawiło, że zaangażował się w całą sprawę, która posłała ich na te nowe nieznane wody. Prosto we wzburzoną toń, w której w tym momencie jednocześnie tonęli i dryfowali coraz dalej i dalej od siebie nawzajem.
Nie o poczucie odpowiedzialności mu chodziło. No, może w pewnym sensie tak. Gdzieś tam na którymś planie w istocie czuł się odpowiedzialny za nią, za nich, za wszystko, co się stało, co się nie stało czy co mogło się stać. To nie było błędne założenie. W przypadku ich relacji trudno byłoby tego nie dostrzec.
Mógł być jaki był. Uparty, trudny, na ogół bezkompromisowy. Tyle tylko, że nie w stosunku do niej. Nie, przy niej naprawdę starał się zachowywać właściwie. Dążyć do kompromisów, jednocześnie mimowolnie przyjmując niektóre role. Troszczył się, bez wątpienia troszczył się o Geraldine, bowiem inaczej też by tu tak teraz nie stali, czyż nie? Tyle tylko, że nigdy nie stawiałby poczucia obowiązku jako pierwszego powodu, dla którego jeszcze nie zniknął. To było naprawdę godzące w niego założenie.
W przeciwieństwie do kolejnych słów, które wypowiedziała dziewczyna. Tak, wpierw wprawiających go w jeszcze głębszy stan irytacji. Jasne, łatwo jej było mówić, ile miał opcji. Co mógł a czego nie mógł. Jak należało postępować. A jednak zanim zdążył wyrzucić jej hipokryzję, bowiem i ona zdecydowanie miała możliwość postąpienia inaczej (mogli przerzucać się tak do bladego świtu, tylko po co, skoro już wziął na siebie wszystkie winy?) usłyszał z jej strony ten kolejny wyrzut.
Tym razem przekraczający wszelkie granice absurdu. Na tyle mocno, że Ambroise kilkukrotnie zamrugał, otwierając usta i posyłając dziewczynie niedowierzające spojrzenie.
- Zdecyduj się - abstrahując od tego, że już wcześniej zarzucała mu bycie chujem, więc nie chodziło o bycie nim wyłącznie teraz to - jestem chujem, ale nic nie wiem, ale chuj wie, więc nie jestem chujem, ale nim jestem, ale nie mogę nim być, bo nic nie wiem a chuj wie? - No właśnie.
Niby pierdolił, więc powinien być chujem, ale nie był wszechwiedzący. I w tym momencie już zupełnie zagubił się we wszystkim, co w siebie ciskali.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#14
02.03.2025, 22:11  ✶  

- Jasne, zawsze może być gorzej, czyż nie? Tym się ostatnio kierujesz... - Oczywiście, że musiała wrócić do tego, jaki to był ostatnio pozytywny. Jego czarnowidztwo uderzało w nich chyba na każdej, możliwej płaszczyźnie, nie zamierzała udawać, że tego nie widzi. Kiedyś taki nie był, w te dwa lata bardzo dużo się zmieniło. Nie spodziewała się jednak, że będzie, aż takim pesymistą.

- Przeczytałam ją do chuja, ale nie sądziłam, że to było ostatnie pożegnanie. - Znaczy poniekąd niby wiedziała, że ostatnie, ale nie spodziewała się, że takie ostatnie, ostatnie, bo chyba w ten sposób jednak powinna to traktować? Nie miała pojęcia, czy już wtedy wiedział, co zamierzał zrobić po ich rozstaniu, skąd mogła to wiedzieć, nie wdawali się jeszcze w takie szczegóły, właściwie to nie wiedziała, czy kiedykolwiek poruszą te tematy, raczej sądziła że nie, szczególnie, że dzisiaj zdecydowanie przekraczali wszystkie granice i raczej zmierzali ku temu, aby schodzić sobie z drogi i się więcej do siebie nie odzywać.

- Jak to co, poczucie odpowiedzialności, nie wiem, bałeś się mnie zostawić, nie wiedziałeś, czego się spodziewać? Rozumiem to, naprawdę to rozumiem. - Nie wiedzieli jak wpłyną na nich wydarzenia z jaskini, co poczują gdy znajdą się na zewnątrz, odruchowo się wtedy złapali za ręce i znaleźli w domu. Jasne, wiedziała, że nie mogło chodzić tylko i wyłącznie o to, wszystko było pogmatwane, ale miała przeczucie, że przede wszystkim o to chodziło. Od dawna czuł się za nią odpowiedzialny, pilnował, aby nie działa jej się krzywda, sam o tym wspominał, zresztą chyba też przez to wtedy od niej odszedł? Chciał, aby była bezpieczna, szczęśliwsza bez niego. To najwyraźniej nie do końca działało, bo ani nie była bezpieczna, ani szczęśliwa, wręcz przeciwnie - pakowała się w coraz to większe gówno, tyle, że teraz zupełnie sama. Gdyby wtedy nie wpadł na nią, gdy była nawalona nigdy nie dowiedziałby się o sobowtórze, bo nie miała być nigdy więcej jego problemem, a poniekąd znowu się nim stawała. Nie był z nią wtedy, gdy była stabilna, no nie w ciągu tych dwóch lat, tylko wtedy kiedy faktycznie znajdowała się w czarnej dupie, jak inaczej mogła to odebrać, jak nie poczucie odpowiedzialności?

- Przecież nie zostałeś tutaj z tego innego powodu. - Tego, który powinien jej się nasunąć jako pierwszy, bo wtedy też ją kochał, ale to nie wystarczyło, aby przy niej został, więc o czym właściwie rozmawiali. Łączyła te kropki, starała się to robić, ale robiła to w ten swój, dziwny pokrętny sposób, który chyba nie do końca był właściwy.

Tym razem zrobiła się czerwona, ta rozmowa nie prowadziła ich nigdzie. Szczególnie, że teraz zarzucił jej tym, jakże filozoficznym wywodem, na temat chujów, który do końca wybił ją z rytmu. Nie miała pojęcia, co się z nimi dzieje, to było tak absurdalne, że chyba bardziej nie mogło być. Na jej twarzy malowała się konsternacja, chyba powoli zaczynało brakować jej słów.

- Nawet bycie chujem nie wychodzi ci do końca, dlaczego to robisz, co? - Najwyraźniej był tylko i wyłącznie połowicznym chujem, przynajmniej według jego rozważań, nie miała pojęcia w jaki sposób doszła do takiego wniosku, ale chyba one już padły.

- Astaroth ćpa eliksiry nasenne, więc jeszcze z ciebie chuj nie uzdrowiciel. - Dodała, bo czemu miałaby się przed tym powstrzymywać, kolejny problem, który pojawił się w jej życiu, niby znowu trochę wspólny, bo przecież Ambroise był jego medykiem, ale bardziej jej, bo to w końcu jej brat. Kolejna sprawa, która mogłaby ich połączyć, ale nie zamierzała, żeby tak się stało. Mieli się w końcu rozejść, każde w swoją stronę, bo tak miało być im lepiej, znaczy ona miała być dzięki temu dużo szczęśliwsza, jak widać, to jednak nie zmierzało w tym kierunku.

- To głupie, to wszystko jest bez sensu, nic sobie nie wyjaśniliśmy zamiast tego doszliśmy do filozoficznych przemyśleń na temat tego, jakim chujem możesz być i że nie do końca nim jesteś, naprawdę jest nam to do czegoś potrzebne? - Zdecydowanie zgubili się w tej rozmowie, właściwie to już dawno zgubiła jej główny wątek i sens i w tej chwili nie miała pojęcia, o co właściwie się kłócili. Okropnie łatwo przychodziło im rzucanie w siebie wyzwiskami, bez większego powodu.

Była zmęczona tą kłótnią, tak samo, jak tym, co działo się między nimi od początku września, ta relacja wyciągała z niej wszystko to, co najgorsze, chociaż kiedyś tak nie było. Oczywiście mieli swoje dobre momenty, ale jednak tych złych nie dało się nie zauważyć. Było między nimi coraz większe napięcie, zapewne spowodowane rosnącą frustracją na to, co się z nimi działo. Dużo prościej by było, gdyby w końcu podjęli jakąś wspólną decyzję, ruszyli w jedną, albo drugą stronę, zamiast tego znowu rzucali w siebie epitetami.

Nie sądziła, żeby byli w stanie cokolwiek sobie teraz wyjaśnić. Każde z nich było rozjuszone, nie panowali zupełnie nad tym dokąd zmierzała ta rozmowa, nie mieli na to wpływu, wręcz przeciwnie chyba dowalali sobie tylko po to, aby w siebie uderzać. Nie chciała, aby tak wyglądało ich pożegnanie, więc to na pewno nie miało ich doprowadzić do końca, już ona się o to postara, tyle, że co wtedy. Niby mówiła mu, że nie ma siły na więcej, a ponownie pokazywała zupełnie inną postawę, znowu próbowała walczyć, chyba sama nie wiedziała, co i właściwie dlaczego robi.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#15
02.03.2025, 23:15  ✶  
- Jestem realistą - odpowiedział w takim tonie, że równie dobrze prawdopodobnie mógłby jej po prostu wysrać zarzucanie mu ponuractwa: jasne, czarnowidza też ze mnie zrobić padło bardzo jasno pod postacią tych dużo bardziej oszczędnych słów.
Tak, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co robił w tej chwili. Z zasłaniania się realizmem, który w istocie był naprawdę bliski pesymizmowi. Wcześniej nie zachowywał się w ten sposób. To też już zdążył zauważyć. Nie pasowały mu te wszystkie podświadomie przyjęte zmiany. Tyle tylko, że w ostatnim czasie naprawdę trudno było nie kierować się podejściem tego typu. Nie, gdy wszystko coraz bardziej spektakularnie się sypało.
Nawet to. Nawet ten wieczór nie został im oszczędzony. Mieli się pożegnać. W końcu od samego początku to robili. Tyle tylko, że nie w taki sposób. Nie niszcząc całe smutne, melancholijne, ale na swój sposób piękno tych paru momentów i gestów, którymi obdarzali się jeszcze chwilę wcześniej. Zdecydowanie przesadzali ze wszystkim, co robili w tej chwili. Nie był z tego dumny. Nie miał być, bo teraz w tym momencie po prostu dawał się ponieść emocjom.
Gryząc, odgryzając się, szczekając, odszczekując. Trudno byłoby stwierdzić, kto miał przewagę w tym wszystkim. Kto wiódł prym. Bowiem w gruncie rzeczy nikt tego nie robił, prawda? To nie była wojna, która miała wyłonić jakiegokolwiek zwycięzcę. Tu istnieli wyłącznie przegrani.
- Słyszałem inną narrację - odgryzł się po raz kolejny, ponownie wykrzywiając przy tym rzeczywistość, bo oczywiście wiedział, o co jej chodziło, gdy obdarzała go tymi słowami.
Nadal piła do jego późniejszych decyzji. Tych, których temat został przez nich wyciągnięty i wypaczony w sposób, w jaki nigdy nie powinni byli o nim rozmawiać. A jednak to zrobili. Nie przestrzegali już żadnych reguł. Nie znali jakichkolwiek granic.
- Nie - niewiele mu brakowało, żeby pierwszy raz od początku tego całego cyrku unieść głos.
Czuł się...
...zdesperowany. Coraz bardziej zdesperowany. Bezradny. Bezsilny wobec tych wszystkich podejść, narracji, sposobów, w które oboje usiłowali sobie wzajemnie dopierdolić. Był zmęczony. Rozgoryczony. Wściekły, ale też przede wszystkim wyczerpany. Emocjonalnie wydrenowany. Wypruty. To nie służyło żadnemu z nich, więc czemu to dalej ciągnęli?
- Chuja rozumiesz - ale w końcu to on był tu chujem.
Był? Nie był? Był połowicznie? Po części? Tylko pod paroma względami? Nie chujem a chujkiem? W tej chwili to wszystko zaczynało brzmieć całkowicie bezsensownie. Zupełnie absurdalnie. Nawet to, co dodatkowo próbowała mu teraz insynuować. Akurat swojej specjalizacji w chujowym zachowaniu był całkowicie pewien. Znał własną wartość, nawet jeśli chodziło o tak beznadziejne (czy tam chujowe) kwestie.
Otworzył zresztą usta, żeby rzucić kolejnym jakże ambitnym zdaniem w tym temacie, po czym tak po prostu je zamknął. Niemal od razu. Słysząc te kolejne słowa o bracie Geraldine. O swojej własnej profesji. O czymś, co powinno go ugodzić, jednak wyłącznie wprawiło go to teraz w jeszcze głębszą konsternację. Wybiło go z jakiegokolwiek rytmu, jaki mu jeszcze pozostał.
Na tyle mocno, że się nie odciął. Nie odgryzł się. Jedynie kolejny raz zamrugał, wbijając wzrok w dziewczynę. Powoli, bardzo powoli rozluźniając ciało. Przecierając powieki wierzchem dłoni. Biorąc głęboki wdech. Ignorując to jak bardzo było to dostrzegalne czy słyszalne. Spoglądając najpierw w okno za szybę, później znowu na Yaxleyównę. Wypuszczając powietrze przez usta, już nie nosem. Bardzo powoli wyciągając ręce z kieszeni. Rozkładając je wzdłuż ciała zaczerwienionymi wnętrzami do góry. Znowu wzdychając ciężko. Ponownie mrugając.
Sam nie wiedział, ile mu to zajęło zanim ponownie się odezwał. Tym razem spokojniej. Zmęczenie, ale ciszej. Bez złości.
- Przyjdziesz do mnie wreszcie? - Nawet nie próbował w jakikolwiek sposób komentować ostatniej wypowiedzi, jaka padła ze strony Geraldine.
Tak. To było absurdalne. Nawet jeśli już wcześniej zdecydowanie się zapędzali. Zbyt mocno ciskali w siebie kolejnymi ostrymi słowami. Mówili sobie dosłownie wszystko, co tylko przyszło im w danym momencie do głowy. Szukali argumentów dosłownie wszędzie, gdzie mogły się znajdować i w związku ze wszystkim, czego mogły dotyczyć. Przekraczali wszelkie granice, nie panując nad słowami ciągnącymi im się na język, nie miarkując się w tych coraz bardziej posranych wyrzutach to tutaj...
...tutaj wkroczyli na zupełnie inne płaszczyzny. Tu zaczęli wykrzywiać rzeczywistość w taki sposób, w jaki dotychczas tego nie robili. Nie odkąd ponownie zaczęli przebywać w swoim towarzystwie. Niemal wszystkie mniej czy bardziej (raczej stopniowo coraz bardziej, właśnie w tym kierunku, nie na odwrót) zaognione kłótnie nie wpadały w aż tak ambitne tony. To zdecydowanie nie była ich domena. A jednak?
Nie ta teraz, lecz swego czasu? W momentach, w których naprawdę trudno byłoby ciągnąć wymianę argumentów tego pokroju bez czucia się jak ostatni debil. To był zupełnie inny rodzaj zniżania się do naprawdę godnych politowania zagrywek.
- Hm? - Unosząc brwi, bardzo powoli przesunął spojrzeniem w dół - z twarzy Geraldine na własne lekko rozchylone ramiona, robiąc to może w nawet przesadnie wymowny sposób.
Tyle tylko, że nie sądził, żeby to mogło tak po prostu zadziałać. Nie teraz, nie po tym wszystkim. Nie w ten sposób. Tutaj nie mógł być raczej chujem tego typu (czy tam połowicznym chujem tego typu) oczekując wręczenia go w próbie czegoś. Pojednania? Ciężko było to tak nazwać, ale chyba zaczynało brakować mu już jakichkolwiek słów. W ostatnim czasie powiedział ich zdecydowanie zbyt dużo jak na siebie. Co gorsza z większości korzystając zupełnie niepotrzebnie a na sam koniec już całkiem bez polotu.
- No dobra - mógłby wzruszyć ramionami, w tym momencie kolejny raz wywiązując tym kłótnię pomiędzy nimi, obrażając się o odrzucenie i tak dalej.
Tyle tylko, że nie zamierzał tego robić. Dało się to dostrzec we wszystkim. Od tonu głosu po zmęczone, choć nie do końca zrezygnowane spojrzenie. Wreszcie też faktycznie wzruszenie ramion, tyle tylko, że towarzyszące ruszeniu się z miejsca.
Nie zamierzał oficjalnie pytać o pozwolenie. Wyczekiwać reakcji na zmianę pozycji. Oczekiwać na dalszą kreatywną odpowiedź, zastanawiając się nad tym, czy w ogóle powinien posuwać się do czegoś takiego. Nie, gdy tego poranka posunęli się do zdecydowanie dużo bardziej parszywych rzeczy. W tym momencie mogła go od siebie odepchnąć. Pewnie by ją puścił, odsuwając się o krok czy dwa i nie poszukując już ponownie kontaktu, ale nie mógł się o niczym przekonać, jeśli nie zamierzał spróbować, prawda?
W dalszym ciągu byli mokrzy po tamtym deszczu. Geraldine zdjęła z siebie wierzchnie okrycie. On tego nie zrobił. Oznaczało to ni mniej, ni więcej jak to, że niechybnie miał ją teraz dodatkowo przemoczyć. Tym bardziej, że wcale nie zamierzał podejść do niej ostrożnie czy zachowawczo.
Objął ją bez dalszego słowa, tym razem już nie myśląc o tym, że chciałby móc to zrobić. Robiąc to. Zamykając Yaxleyównę w ciasnym uścisku mokrych ramion, wychylając się, żeby spróbować oprzeć czoło o jej czoło. Jasne, zdając sobie sprawę z jakiegoś sześćdziesięcioprocentowego ryzyka, że zamiast tego dostanie z bani. Być może nawet zaliczając przy tym krwawienie z nosa, ale czego się nie robiło, żeby spróbować wymazać choć część wrażenia, jakie zapanowało między nimi? No właśnie.
Standardowo pewnie dodałby w tym momencie coś o nie wbijaniu mu czegoś ostrego między żebra, ale obecnie chyba nie zamierzał tego robić. Chuj wie jak mogłaby to odebrać. On nie wiedział. Czyli chyba jednak nie do końca był chujem, mimo chujowych zachowań? To też chuj wiedział.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#16
03.03.2025, 00:45  ✶  

- Nie, jesteś czarnowidzem, pesymistą, jak zwał tak zwał. - Chujem, mujem, dzikim wężem. Nie wątpiła, że realia aktualnie były dość nieprzyjemne, jednak mimo wszystko można było w nich dostrzec chociaż odrobine światła. Jej zdaniem Ambroise skupiał się wyłącznie na tym wszystkim, co było złe. Mógł mówić, że jest realistą, ale ona w to nie wierzyła, nie po tym, co od niego ostatnio usłyszała. Skupiał się na tym, co było niewłaściwe.

Ostatnio taplali się w bagnie, tak, to było prawdą, jednak miewali swoje przebłyski, kilka chwil, momentów zupełnie niepasujących do tego obrazka, to oznaczało, że jeszcze czasem mogło być między nimi dobrze. Gdyby tylko spróbowali podchodzić do siebie nieco inaczej. Nie miała pojęcia dlaczego rozmawiali ze sobą w ten sposób, chyba próbowali po prostu jakoś sobie radzić z tym, co ich przytłaczało, nie było to jednak szczególnie zdrowe, wręcz przeciwnie. Mogli się dość mocno zranić zupełnie niepotrzebnie. Gdyby tylko, któreś z nich potrafiło przestać. To też wcale nie było takie proste, bo kiedy już pozwolili sobie popłynąć, to zupełnie nie panowali nad tym, co opuszczało ich usta. Brnęli w to dalej, bez żadnego zastanowienia, jakby faktycznie te słowa nie miały żadnego znaczenia, a przecież uderzały w nich, w jedno i w drugie, ranili się nimi dosyć mocno.

- Narracja się zmieniła, ona jest elastyczna. - Wybierała tę opcję, która jej bardziej pasowała w danej chwili, co świadczyło samo o sobie. Była kurewsko zagubiona w swoich osądach, zmieniała zdanie, w zależności od tego, jak zawiał wiatr, bo tak naprawdę nie była skłonna przyjąć jednej wersji. Zresztą sama przed chwilą mu oznajmiła, że się z nim zgadza, że to był koniec, że ich czas nadszedł, a teraz stała przed nim i kłóciła się z nim chuj jeden wiedział o co, a najwyraźniej i on nie wiedział, bo Roise też wydawał się być w tym zagubiony.

- Raczej rozumiem, bo znamy się przecież od dawna. - Przynajmniej kiedyś przecież go rozumiała, bez najmniejszego problemu, często bez słów, wystarczyło, że na niego spojrzała i dokładnie wiedziała, o czym myśli, czego chce. Teraz było zupełnie inaczej, nic nie było takie proste, jak mogło się wydawać. To przez to, że niby byli ze sobą szczerzy, niby sięgali po prawdę, ale miała wrażenie, że nie była ona do końca odsłonięta. Nadal ukrywali przed sobą część myśli, nie dzielili się wszystkim, co dość mocno utrudniało ustalenie czegokolwiek. Poszli więc zupełnie inną ścieżką, tą, w której rzucali w siebie bezsensownymi wyzwiskami i oskarżali się o coś, o co? Sama nie do końca umiała to stwierdzić.

Nie powinna wspomnieć o bracie, ale to też jej się wymsknęło, cóż, widać było, że zupełnie nie panowała nad tym, co padało z jej ust, bo zdecydowanie nie chciała się dzielić z Roisem swoim nowym problemem, którym był młodszy brat, wampir, uzależniony od eliksirów nasennych. To powinno interesować tylko i wyłącznie ją, nie mogła mieć o to pretensji przecież do Greengrassa, to był i wyłącznie wybór Astarotha i to, że sobie nie radził z rzeczywistością, w której musiał się odnaleźć. Musiała jakoś mu pomóc, bo była w końcu jego starszą siostrą, to do niej należał ten obowiązek, a nie do innych, postronnych osób. Nie mogła wymagać od nich jakiejkolwiek odpowiedzialności za to, co działo się z jej bratem, a i tak to zrobiła. Świadczyło to tylko i wyłącznie o tym, w jakim stanie się aktualnie znajdowała, jak bardzo straciła kontrolę. Nie chciała przecież dokładać kolejnych problemów Ambroisowi, a i tak to zrobiła.

Trafili już chyba na samo dno podczas tej kłótni, zresztą przecież sama to zauważyła, że to nie miało najmniejszego sensu. Nie wiedziała o co się kłócili, kiedyś nie sięgali po takie niskie zagrywki, jak w tej chwili. Błądzili, bardzo zabłądzili, na szczęście chyba jeszcze mieli jakieś ostatnie pokłady rozsądku, może bardzo głęboko ukryte, ale jeszcze gdzieś tam tkwiły. Była zrezygnowana, nie miała pojęcia, co uda im się osiągnąć poprzez tę rozmowę, raczej wydawało jej się, że nic, bo czego właściwie mogła spodziewać się po tym filozoficznym rozważaniu na temat chujów? To zdecydowanie było zbyt wiele. Świadczyło to tylko o tym, jak bardzo się zagubili i nie panowali nad tym, co się wokół nich działo. Kiedyś nie doprowadziliby do tego, żeby poruszać równie ambitne tematy.

Najwyraźniej i Ambroise zauważył absurd tej całej sytuacji, bo kiedy się odezwał zupełnie zszedł tonu. Zaskoczył ją tym nagłym opamiętaniem się, to wybiło ją z rytmu, po raz kolejny. Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, przeszywała go wzrokiem, naprawdę tego chciał? Naprawdę sądził, że tego właśnie potrzebowali? Nie ruszyła się jednak z miejsca, bo dość mocno ją zdziwiła jego zmiana zachowania.

Naprawdę chciał, żeby teraz, po tym wszystkim znalazła się w jego ramionach? Nie mogła w to uwierzyć, to znaczy nie było to też niczym nietypowym, bo przecież nieraz w swoim życiu zaliczyli już kłótnię, tyle, że ta była nieco inna. Dużo bardziej przykra, zupełnie się w niej nie miarkowali i rzucali w siebie naprawdę kąśliwymi uwagami. Odetchnęła więc głęboko, chyba próbowała podjąć decyzję, co właściwie powinna zrobić. Nie żywiła do niego urazy, wiedziała, dlaczego ta sytuacja między nimi była tak okropnie napięta.

Nie ruszyła się z miejsca mimo tego, że widziała do czego zmierza, tym razem jednak nie musiała tego robić. W mgnieniu oka znalazł się tuż przy niej i zamknął ją w swoich ramionach. Tego się nie spodziewała, zupełnie. Pozwoliła mu to zrobić, bo dlaczego miałaby go teraz odrzucić? Miała świadomość, że to co się między nimi przed chwilą wydarzyło uderzyło i w nią i w niego, to nie było jednostronne.

Był przemoczony, ale zupełnie jej to nie przeszkadzało, zresztą ona kiedy się pojawiła w jego gabinecie zrobiła to samo, też znalazła się w jego ramionach po spacerze w deszczu. Z początku jej ciało było nieco napięte, jednak bardzo szybko się rozluźniła, kiedy poczuła ciepło bijące od mężczyzny, jego zapach przemieszany z zapachem wilgoci, po tym jak znaleźli się na dachu.

To wystarczyło, aby się uspokoiła, by te emocje, które jeszcze przed chwilą nią targały opadły. Zawsze dużo łatwiej przychodziło im porozumiewanie się przy pomocą gestów, to je wybierali, a nie słowa. Tym razem chyba również niosło to za sobą większe przesłanie.

Nie zamierzała go okładać, to nie był odpowiedni moment, nie kiedy zeszły z niej już te wszystkie negatywne emocje. Zamiast tego po prostu przymknęła oczy i napawała się po raz kolejny tą wspólną chwilą i bliskością, którą wybrał. Może nie powinna zakłócać tej ciszy, która teraz ich otulała, ale wypadałoby jednak się odezwać. - Przepraszam. - Mruknęła cicho, bo wypadało przecież przeprosić go za to, że przed chwilą wyzywała go od chujów i chujków, to w ogóle nie powinno mieć miejsca i zdawała sobie bardzo dobrze z tego sprawę. Niby była sfrustrowana, to jednak nie powinno być wytłumaczeniem tego zachowania.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#17
03.03.2025, 03:36  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.03.2025, 03:41 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
- Znowu używasz niewłaściwej nomenklatury - jakże wielką przyjemność sprawiało mu teraz zwracanie Geraldine uwagi na te całkowicie pozbawione sensu detale, czyż nie?
Tak niesamowicie głęboką i otumaniającą, że sycąc się tym najwyraźniej zapominał o jakiejkolwiek kontroli. Po prostu odpowiadał dziamdzianiem na dziamdzianie. Wyrzucał z siebie kolejne czepliwe słowa, byleby tylko nie oddać Yaxleyównie tego ostatniego. Nie po to, żeby brzmieć przy tym z sensem ani tym bardziej zachowywać ciągłość logiczną własnych wysrywów. W żadnym wypadku.
- Jasne. Jak guma w pantalonach - nic więc dziwnego, że stosunkowo szybko zaczęły pojawiać się między nimi pierwsze przebłyski kreatywnego geniuszu, nieprawdaż?
Podświadomie zmierzali w tym pokracznym kierunku. O ironio, nawet nie do końca zdając sobie sprawę z tego jak bardzo mogli jeszcze przekroczyć dziś granicę kompletnego absurdu.
Jej narracja była elastyczna? A to ciekawe, bo jednocześnie bez dwóch zdań kręciła się wokół założeń wziętych z dupy. Cała ich rozmowa taka była. Miał dosyć. Naprawdę miał tego dosyć.
- Więc tego nie rób - to było tak proste, że zasługiwałoby na rozłożenie rąk i wzruszenie ramionami, gdyby tylko nie zaciskał właśnie dłoni na materiale wydzielającym wnętrza kieszeni spodni.
Skoro go znała, on znał ją to czemu tak właściwie służyła ta rozmowa? Prowadzona w dokładnie taki sposób, w jaki poinformował Geraldine zaledwie chwilę wcześniej: jakby chuja o sobie wiedzieli, świadomie wybierając jak najbardziej pokrętne interpretacje.
Znaleźli się na samym dnie. Osiągnęli je tego wieczoru, wcale nie dając sobie wrażenia, że mogli się od niego odbić. To miał być ich koniec. Świadczyły o tym wszystkie słowa. Każdy znak na niebie i ziemi, ale nie gesty, prawda?
Nie gesty.
Wcale nie potrzebował słyszeć tych przeprosin, nawet jeśli nieświadomie drgnęły mu kąciki ust. Nawet jeśli kiwnął głową, zaciskając wargi, ale tym razem po to, żeby zebrać i przełknąć gęstą ślinę, jaka przez ten czas zdążyła zebrać mu się w ustach. Nabierając jeszcze jeden głęboki wdech, powoli przerwał ciszę także ze swojej strony.
- Wiem. Ja też przepraszam - odmruknął, mocniej przyciskając czoło do czoła Geraldine, zbliżając do siebie ich twarze i przymykając oczy.
Pozwalając sobie na tę kolejną rzecz, o której instynktownie myślał już wcześniej. Tyle tylko, że odsuwając od siebie tę możliwość. Powstrzymując się od takiego gestu aż do teraz kiedy tak bez słowa zakołysał ją w ramionach. Wcześniej wydawało mu się to nieosiągalne, a jednak obecnie przyszło samo z siebie. Czemu tyle im to zajęło? To wcale nie było bardziej słuszne.
Dystans nigdy im nie służył. Ta chwila była kolejnym dowodem. W końcu czuł jak napięte ciało dziewczyny powoli coraz bardziej osuwa mu się w ramiona. Jak jej oddech uspokaja się wraz z jego własnym spokojniejszym nabieraniem tchu. Jak jego przyspieszone bicie serca powoli wraca do swojego bardziej typowego rytmu. Było lepiej. Tyle tylko, że wciąż nie całkowicie dobrze, prawda?
- Nie powin - zaczął tym samym tonem, co chwilę wcześniej, gdy kierował do niej swoje niezmiernie ciche słowa.
Jednak tym razem urwał, mamrocząc pod nosem.
- Szlag - nic więcej nie potrzebowało paść w miejsce tamtych brakujących słów, prawda?
To on powinien. Powinien zacząć od nowa, tym razem usiłując nie zasłaniać się tą pierwszą myślą. Czymś, co niechybnie nie było ani potrzebne, ani w niczym by im nie służyło. Stanowiłoby kolejną rzecz, której wcale nie chciał.
Co prawda nie sądził, by mieli się teraz na powrót pokłócić o dobór odpowiednich słów.
Nie wydawało mu się, że mógł się mylić w osądzie. W końcu od połowy nocy mówili sobie dokładnie to samo. Byli zmęczeni. Wyczerpani, pozbawieni jakiegokolwiek wrażenia stabilności, nawet jeśli w tym momencie w pewnym stopniu stawiali te bardzo ostrożne kroki, żeby je odzyskać.
W dalszym ciągu nie postanowił odsunąć się od Geraldine. Nie zamierzał go robić. Nie, gdy to,  o teraz robili było czymś, czego oboje obecnie potrzebowali. Zamknięcia się w tym swoim dwuosobowym świecie. Otoczenia się wrażeniem ciepła utraconego wtedy na dachu i ulatującego dalej przez niezliczone minuty, gdy wyrzucali sobie to całe oziębłe gówno.
Nie zwracał już uwagi na to, że tak właściwie nie stali obecnie na pewnych nogach. On nie powrócił do tego zesztywnienia. Nie przyjął pozycji podobnej do tej, którą robił, gdy starał się utrzymać dystans. To było jasne. Nie mógł tego robić jednocześnie przytulając dziewczynę do jego piersi. Jednak z drugiej strony nie stał się też tą stabilną opoką. Nie stanął twardo na linoleum.
Nie było to nic wielkiego, nic specjalnie wyraźnego, ale bardzo nieznacznie kołysał ich to w jedną, to w drugą stronę. W prawo i w lewo, w prawo i w lewo. Gładko i nieprzerwanie, miarowo, może wręcz monotonnie. Jednym rytmem, niemalże jednym ruchem. Próbując zebrać myśli, choć czy na pewno o to chodziło?
Ileż można było zasłaniać się chaosem panującym w głowie i w życiu? Nawet wtedy, gdy ten stan rzeczywiście trwał bez ustanku od naprawdę długiego czasu. Pewne kwestie wcale nie były niezrozumiałe i zagmatwane. Tego wieczoru rzeczywiście w dalszym ciągu serwowali sobie półprawdy. Bardziej szczere niż kłamstwa, życzenia i iluzje, mniej zachowawcze, ale wcale nie lepsze od czegokolwiek, do czego się wcześniej posuwali.
Nie, skoro używali ich w celu ugodzenia się nimi nawzajem. Nie po to, żeby nadać im jakiś wartościowy cel. Po to, żeby odebrać go swoim interakcjom. Swoim dalszym rozmowom, które nie miały mieć już miejsca po czymś takim.
Jakim takim?
Parszywym i paskudnym.
Nie chciał tego. Naprawdę tego nie chciał. Kłócić się z Geraldine. Zasłaniać się wypowiedziami formułowanymi w ten sposób, żeby mógł następnie zareagować gniewem za zarzucanie mu kłamstwa, bo przecież był szczery. Szczery tak, ale nie szczęśliwy. Żadne z nich nie czuło satysfakcji z mienia racji. To było jasne. Może nawet całkiem przytłaczająco klarowne.
- Nie chcę - podjął ponownie, powoli wypuszczając powietrze przez usta - żebyś wychodziła w ten sposób. W takim stanie. W tym momencie - tak lepiej, prawda?
Wcale nie łatwiej, za to przynajmniej przechodził prosto do sedna, nawet jeśli trudno było to robić. Mówienie o takich rzeczach zawsze sprawiało mu problemy. Wbrew pozorom wcale nie potrafił tak gładko formułować swoich oczekiwań. Nie, gdy jednocześnie oznaczały przyznanie się do czegoś, co mogło zostać odebrane jako przejaw słabości.
- I nie, nie chodziło ani nie chodzi o ten rodzaj odpowiedzialności - skoro już na powrót zdecydował się przerwać tę ciszę, należało wrócić do tego, co nie padło a powinno paść.
W tych wszystkich słowach ubieranych w miano prawdy, ale wcale nią nie będących. Będących jedynie skrawkiem prawdy. Półprawdą ukształtowaną w ten sposób, aby jak najmocniej zapiekła. Nie po to, żeby odsłoniła całe wnętrze.
- Widzisz - próbował ubrać to teraz w słowa, wahając się przez chwilę i usiłując właściwie sformułować myśli - odpowiedzialny mogę być za moich pacjentów. Za stażystów, kiedy są pod moim nadzorem. Za siebie. Za to, co prezentuję. Za ciebie nie mogę być odpowiedzialny. To oznacza, że możesz wyjść w każdej chwili, ale nie chciałbym tego. Nie w ten sposób - stwierdził całkiem poważnie, tym razem nie ukrywając tego, że choćby nawet usiłował to zmienić z zewnątrz. Starał się wszem i wobec pokazywać, że to on był tu tą racjonalną stroną, wewnątrz i tak znał prawdę.
Oboje ją znali. Byli dorosłymi ludźmi. Mogli iść na kompromisy tak jak przez wiele lat. Mogli ścinać się i usiłować przymuszać się nawzajem do przyjęcia konkretnych założeń, ale nie byli w stanie kontrolować się nawzajem do takiego stopnia, żeby dało się to nazwać byciem odpowiedzialnym. Odpowiedzialni byli wyłącznie sami za siebie i za swój wpływ na sytuację. Mogli próbować brać odpowiedzialność za to drugie, jednak to nic nie znaczyło bez otrzymania na to zgody. A tej między nimi nie było.
Wręcz przeciwnie. Już udowodnili swoją tendencję do prób ściągania na siłę wszelkich win z barków tej drugiej osoby, przerzucania jej na siebie i jednoczesnego żarcia się o to, kto powinien móc czuć się winny. Byli w tym wyjątkowi. Naprawdę popierdolenie wybitni.
W tym momencie nie starał się ukrywać tego, w jaki sposób w rzeczywistości to wyglądało. Stażyści, studenci, pacjenci, rodziny pacjentów, dyrekcja szpitala, znaczna część rodziny i tak dalej. Niezliczone osoby bardzo chętnie oddawały swoją część ciężaru. Ale nie Geraldine. Nie Rina. Nie mógł wydzierać jej tego na siłę. Do niczego ich to nie prowadziło.
Więc nie. Nie zamierzał tego robić. W żadnym momencie nie było to jego główną motywacją do powrotu z nią do Whitby czy pozostawania tu przez ten cały czas.
Tak. Chciał ją odciążyć. Tak, miał poczucie odpowiedzialności za to, by nie rozpadła się po tym wszystkim, co się stało. Żeby nie zatraciła się we wspomnieniach tamtych wydarzeń. By miała przy sobie kogoś, przy kim mogła poczuć się bezpiecznie (tak, jak mu to wychodziło? no właśnie) i kto nie miał zamiaru wytykać jej słabości, nieprzygotowania (co to w ogóle było, do kurwy nędzy?), złych intencji czy egoistycznych pobudek związanych z jednym z najgorszych momentów w życiu.
Tak, w istocie chodziło przede wszystkim o ten inny powód.
- Nie mogę być za ciebie odpowiedzialny. I ja to wiem, i ty to wiesz - jasne, nie znaczyło to, że nie próbował brać na siebie choć części odpowiedzialności.
Wcale nie takiej małej. Ba, lwiej części odpowiedzialności. Momentami reagując przesadnie. Biorąc na siebie naprawdę wiele, zapędzając się trochę za mocno i za daleko, jednak w gruncie rzeczy w dalszym ciągu oboje zdawali sobie sprawę z tego, co powiedział teraz na głos. Chyba pierwszy raz w ten konkretny, bardzo opanowany sposób. Stwierdzając fakt, nie posuwając się do wyrzutów ani zasłaniania się tym poczuciem odpowiedzialności. Byciem realistą, mieniem obowiązków.
- Nie zniżajmy się do nazywania tego, o co zawsze chodziło, chodzi i będzie chodzić, tym innym powodem, dobrze? - Spytał, starając się zignorować perspektywę, z której starał się teraz spojrzeć w oczy Geraldine, licząc na to, że ona też ponownie je wreszcie otworzy.
To nie było dobre miejsce na to, żeby kontynuować zagłębianie się we wszystkie prywatne sprawy. Nawet jeśli pomieszczenie zostało wyciszone. Nawet jeśli mówili szeptem i jeśli wiedział, że usłyszenie ich przez kogoś niepowołanego graniczyłoby teraz z zupełnym absurdem. Było fizycznie niemożliwe. To wciąż wolał mieć większą swobodę zachowań.
Nie po to, żeby pozwalać sobie na zachowania na miarę tego wieczoru (one ewidentnie nie miały ani określonego miejsca, ani czasu; po prostu się działy). Tylko w całkowicie drugą stronę. Zdecydowanie lepiej było rozmawiać w ten sposób. Bez dystansu, bez powstrzymywania ruchów.
- Chciałbym wrócić do domu - tym razem nie zależało to od niego, miał tę świadomość.
W tym momencie nie chodziło też o nic więcej. O zmiany zdania. O przyjmowanie nowej narracji. O rezygnację ze starej. O te wszystkie kwestie, w których nadal się nie zgadzali, nie mając kompromisu, stojąc po dwóch przeciwnych stronach barykady. To nie była kapitulacja. To nie była deklaracja. To była odpowiedź na to elementarne pytanie. To, od którego powinni wyjść już dawno temu.
Nie co mogli.
Czego chcieli.
Nawet jeśli to było niemożliwe. Ten dom już nie istniał, brak możliwości nie zależał od nich czy ich intencji. Od elastyczności narracji. To nie były radosne słowa. To była szczerość. Przynajmniej tyle, przynajmniej na tyle mogli sobie pozwolić.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#18
14.03.2025, 10:58  ✶  

- Oczywiście, to typowe dla mnie. - Czy mogła się spodziewać czegoś innego? Nie, nie powinna. Łapał ją za słowa, czepiał się szczegółów, jakby to było w tej chwili faktycznie istotne. Po prostu nie mógł dopuścić do tego, żeby ona miała ostatnie słowo w tej konwersacji, jasne, bardzo jasne, nie zamierzała jednak dawać mu tej satysfakcji, ona również nie potrafiła odpuszczać, więc byli siebie warci.

Wiedziała, że to jest irracjonalne. Powinna się trzymać jednej wersji, ale sytuacja była wyjątkowo zmienna, więc jej narracje również nie należała do szczególnie stałych. Zresztą próbowała dać mu tego, czego on potrzebował, a później skupiała się na sobie, co powodowało tę różnicę. Miotała się, od samego początku tego tygodnia miotała się we wszystkim. Naprawdę starała się wybrać najlepszą opcję, ale to nie było takie proste. Powodowało to te absurdalną wymianę zdań między nimi, która w ogóle nie powinna mieć miejsca. Nie tego chciała, nie tego potrzebowała, nie mogła uwierzyć w to, że ciągle to sobie robili, bo to nie miało żadnego sensu, a jednak nadal w to brnęli. To było nienormalne.

Powinna już dawno stąd odjeść, zrobić to, na czym mu zależało. Zniknąć z jego życia, chociaż, czy na pewno? W końcu też sugerował jej to, że będzie obok, kiedy znajdzie się taka potrzeba. To też nie było w porządku, nie mogłaby sobie trwać z tą świadomością, że on gdzieś tam jest i zawsze może się do niego zwrócić, to nie miało sensu. Zresztą nic z tego, co robili w tej chwili go nie miało. Upadli naprawdę nisko, brodzili w bagnie, z którego trudno im było się wydostać.

Słowa zmierzały ku jednej narracji, ale gesty, gesty mieszały im w głowie. Ponownie znalazła się bardzo blisko niego, ponownie byli tuż przy sobie, a to wiele zmieniało. To było słuszne, właśnie w tym kierunku powinni zmierzać, zamiast wyrzucać z siebie te absurdalne, nic nie warte oskarżenia. Pojawiła się ulga, ale czy powinna? Znowu to sobie robili. Mieszali sobie w głowach? Byli tego świadomi, a dalej to sobie robili. Mówili o tym, że koniec powinien nadejść, ale czy na pewno?

Poczuła ulgę, gdy znalazła się w jego ramionach, jej ciało zaczęło się rozluźniać, to wyrażało wszystko, co się z nią działo. Tego potrzebowała, niczego więcej, i nie miała problemu, by po to sięgnąć mimo tego, co sobie w międzyczasie wyrzygiwali. Jak to o niej świadczyło? Pewnie nie najlepiej, ale w dupie miała teraz to, że mogła wyjść na desperatkę. Przestała się tym już przejmować na samym początku tego tygodnia. Nadal próbowała o nich walczyć, mimo tego uporu z jego strony, mimo, że mówił, że to było niewłaściwe, cóż, znowu dał jej moment, którego potrzebowała. Być może jemu wcale też nie było z tym tak łatwo, jak w ogóle mogłoby być łatwo, skoro czuł to samo co ona? Podziwiała go nawet za to, że tak się powstrzymywał, bo ona nie byłaby w stanie zachowywać się w ten sposób w jego towarzystwie.

Jej irytacja minęła równie szybko, co się pojawiła. Jak widać była kurewsko stabilna, tak, cały ten tydzień. Zupełnie nie panowała nad tym, co się z nią działa, pozwalała tym wszystkim emocjom podejmować za nią decyzje, zapętlała się w tym, nie myślała racjonalnie.

- Nie chcę stąd wychodzić, nie teraz. - Nie tego potrzebowała, i chyba mieli co do tego jasność. Po raz kolejny się zgadzali, szkoda, że dopiero w takiej sytuacji. Nie miała pojęcia, jak inaczej miałaby to zrobić, najpewniej najprościej byłoby jej opuścić go właśnie kiedy nie panowała nad swoimi emocjami. To byłoby najwygodniejsze, chociaż czy na pewno? Później żałowałaby tej decyzji i pewnie starałaby się to naprawić.

- Rozumiem. - Nie była w stanie powiedzieć nic więcej, nie chciała za bardzo ciągnąć tej rozmowy. Była zmęczona, marnowali sporo sił na kłótnie, które niczego nie wnosiły do ich życia, no, może poza tym, że były kurewsko wyczerpujące.

- To nie ten rodzaj odpowiedzialności. - Tak, rozumiała ku czemu zmierzał. To nie do końca była odpowiedzialność, tylko w takim wypadku, czym to było? Po co to całe zainteresowanie, skoro i tak chciał ją porzucić, nie chciał, a musiał, dosyć szybko poprawiła to w swojej głowie. Przez to dziwne poczucie nie do końca odpowiedzialności przecież postanowił ją zostawić, bo miała być dzięki temu bezpieczna, co jak widać na załączonym obrazku chyba nie zadziałało. Yaxleyówna nie potrzebowała Roisa do tego, żeby wpierdalać się w coraz większe bagno, miała ku temu wybitne umiejętności. Zresztą może dobrze, że widział ją w takim stanie, przynajmniej wiedział, że wcale nie potrzebowała go do tego, aby jej życie było jednym, wielkim rozpierdolem. Sama to sobie robiła.

- Dobrze, przepraszam, faktycznie to nie na miejscu. - Nazywanie tego, co ich łączyło innym powodem faktycznie było dosyć niską zagrywką, nie powinna była sięgać po takie nazewnictwo, jakby to nie było nic wielkiego. Zdawali sobie sprawę, że byli dość mocno uwikłani, ich uczucia były bardzo silne, nie powinna do tego podchodzić tak lekko. To było trudne, a ona zdecydowanie dzisiaj przekroczyła kolejne granice.

Udało jej się jednak w końcu otworzyć oczy i spojrzeć na Roisa. Widziała, że również jest zmęczony. Znajdowali się na skraju, co wcale nie było niczym dziwnym. Ten tydzień był kurewsko męczący, kiedy musieli walczyć z samymi sobą i ze sobą nawzajem, to było wyniszczające. Powinni odpocząć, może wtedy wrócić do rozmowy? Nie, żeby sądziła, że przyniesie im ona jakiekolwiek zmiany, bo przecież próbowali rozmawiać od jakiegoś tygodnia i średnio im to wychodziło.

Zresztą znajdowali się w Mungu, w ogóle nie powinna dopuścić do tego, że w tym miejscu wyrzucała z siebie wszystkie gorzkie żale, to nie był na to odpowiedni czas. Dobrze, że w końcu to do niej dotarło.

- Kiedyś wrócisz. - Powiedziała cicho, bo naprawdę w to wierzyła. Liczyła na to, że to stanie się prędzej, czy później, bo przecież była w stanie na niego czekać, mówiła mu o tym, zdawali sobie sprawę, że ich dom zawsze miał znajdować się w jednym miejscu, przy jednej osobie. Nic nie było w stanie tego zmienić.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (11847), Geraldine Greengrass-Yaxley (7959)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa