20.03.2025, 20:48 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.03.2025, 20:49 przez Elias Bletchley.)
| Zajebiście, to chyba najwyższa pora zacząć panikować, skomentował w myślach Elias, wlepiając pozbawione inteligencji spojrzenie w swojego nowego kolegę. Żałował, że nie było tutaj Prudence. Albo kogoś z dormitorium. Wolał już zostać sprowadzony do parteru jakimś przydługim wykładem na temat zachowania różdżek w chwili kryzysu ich właściciela lub historii tutejszych zabezpieczeń magicznych. Takie wyjaśnienia byłby przynajmniej zakorzenione w faktach. Historii. Oficjalnych procedurach bezpieczeństwa sektora odpowiedzialnego za zabezpieczenia miejskie. Ale odpowiedź ''nie wiem''? Takie słowa zwiastowały kłopoty. Cholernie wielkie kłopoty. Czarodzieje może i mieli chwilami przedziwne poczucie stylu, latali na magicznych miotłach, hodowali smoczogniki na działkach za miastem, ale nie dokonywali spontanicznych samozapłonów! I już na pewno nie robili tego w samym centrum pożaru w magicznej dzielnicy Londynu. Ogień z każdej strony i dziwnym trafem żywioł zdawał się trawić ludzi nawet od środka? Coś było bardzo nie tak. A Bletchley nie chciał mieć z tym nic wspólnego. Ta, spróbuj teraz się z tego wycofać, jebany debilu, przeklął bezgłośnie, pozostając jakieś pół kroku za drugim czarodziejem. — M-mam? — sarknął zestresowany, wciągając głośno powietrze do płuc. Chrząknął niewyraźnie, próbując przyzwyczaić się do nagłej zmiany jakości powietrza wokół nich po wyczarowaniu magicznego bąbla. — Jasne... Ekhm… Że mam. Zostanie tutaj to czyste ekhm samobójstwo. Nawet teraz, chociaż płonęła wokół nich Aleja Horyzontalna, wypełniało go zdziwienie, że zaledwie kilka prostych słów z jego strony zdołało przekonać drugiego czarodzieja, aby wycofać się w inne miejsce. Nie był jakimś genialnym mówcą. Nie przywykł też do potulności ze strony osób, które w gruncie rzeczy go nie znali. A teraz... Cóż, najwyraźniej, kiedy przychodzi kryzys i płonie twoja rodzinna dzielnica, to każdy potrafi wykrzesać z siebie trochę mądrości. A może to ten słynny zmysł przetrwania? — A kim... Kim ty właściwie jesteś? — spytał, gdy zaklęcie chłopaka odsunęło na bok tumany dymu unoszącego się w powietrzu. Mimowolnie podniósł rękę, aby osłonić oczy, jakby spodziewał się, że pył poleci w ich stronę. — Tam pod pubem, przegoniłeś tych ludzi w bezpieczne miejsce. — I nie zarzygał sobie własnych butów. — Jakbyś już to kiedyś robił. Jesteś jakimś... ochroniarzem? Nie przypominał sobie, żeby widział go na bramce w Fontannie Szczęśliwego Losu. Może bronił jakichś większych imprez. Albo jakiejś ministerialnej szychy? A może po prostu pilnował zieleniaka? Kiedy udało im się wydostać z ruin z powrotem na główną drogę, Bletchley rozejrzał się z krzywą miną na prawo i lewo. Nie wyglądało to dobrze. Właściwie to miał wrażenie, że okoliczne budynki wyglądały jeszcze gorzej niż parę minut temu. Dochodzące zewsząd okrzyki i harmider zdawał się jednak zmienić nieco swój ton. Z czystej paniki do... chaosu? Czy to w ogóle była jakaś poprawa. — On nie przestaje — wymsknęło mu się, gdy wodził wzrokiem po płomieniach buchających z wyższych pięter kamienic Alei Horyzontalnej. Mimowolnie bębnił palcami o rączkę swojej różdżki, wystukując bliżej nieokreślony rytm. — Ogień w sensie. To się nie skończy w pół godziny w tym całym burdelu. — Zatrzymał się nagle jak wryty. — ...Moje mieszkanie. — Obejrzał się w drugą stronę, zagryzając dolną wargę. — I zakład... Powędrował wzrokiem w jeszcze innym kierunku, oddychając coraz szybciej. Cholera. Cholera! |