• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 11 Dalej »
[08.09.1972] World on Fire - Astaroth, Geraldine & Ambroise

[08.09.1972] World on Fire - Astaroth, Geraldine & Ambroise
Czarodziejska legenda
Wilderness is not a luxury but a necessity of the human spirit.
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Czarodzieje dążą do zatarcia granicy pomiędzy jaźnią i resztą natury, wchodząc tym samym na wyższe poziomy świadomości. Część z nich korzysta do tego z grzybów, a część przeżywa głębokie poczucie spokoju i połączenia podczas religijnych obrzędów i rytuałów. Ostatecznie jednak ciężko opisać najgłębsze wewnętrzne doświadczenia i uznaje się, że każdy z czarodziejów odczuwa je na swój sposób. Zjawisko to nazywane jest eutierrią.

Eutierria
#11
05.04.2025, 19:01  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.04.2025, 19:24 przez Eutierria.)  
Grupa czarodziejów, którym przyglądał się Astaroth była na tyle inteligentna, aby zasłonić swoje twarze, ale twoja percepcja pozwoliła ci dostrzec, że pozbawienie jednego z nich materiału zasłaniającego twarz i gwarantującego anonimowość w tym bestialskim czynie wydaje się bardzo łatwe. Wystarczy proste zaklęcie, głupie Wingardium Leviosa nauczane w Hogwarcie i chusta uniesie się w górę, bo nie była w żaden sposób zawiązana. Pozostawał jednak jeden problem - kiedy ta uniesie się w górę, cała grupa zacznie szukać winnego, a ucieczka przed nimi może okazać się ciężka.

Interwencja mistrza gry zgodnie z prośbą. Wybaczcie zwłokę - przyznaję, że przeoczyłam post, bo forum mnie przerzuciło na drugą stronę wątku, za co przepraszam. Wykonałam rzuty, które podlinkowałam wyżej. To od was zależy, czy zamienicie tę sesję w coś o podwyższonym ryzyku. Jeżeli chcecie to zrobić, macie dwie tury na reakcję, według poniższego schematu:

Tura 1: Nie wykonujecie żadnych rzutów, pierwszy odpisuje Astaroth. Przekonaj towarzystwo, co chcesz zrobić lub zaskocz ich zatrzymaniem się i zareagowaniem na sytuację. Geraldine i Ambroise odpisują po tobie, w dowolnej kolejności.

Tura 2: Kolejność waszych odpisów jest dowolna, każdy z was otrzymuje jeden rzut na post. Musicie przerzucić moje rzuty, czyli:

a) Rzucacie na ściągnięcie chusty z twarzy czarodzieja i musicie wyrzucić więcej niż 4.

b) Rzucacie na odwrócenie uwagi reszty grupy. Możecie zrobić to w dowolny sposób. Tak, żeby nie wzięli was za winnych zdemaskowania kolegi, zwrócili uwagę na coś innego, wystraszyli się, etc... Musicie w tym celu wyrzucić więcej niż 61. Sugeruję, aby pierwsza osoba ściągnęła maskę, a dwie kolejne próbowały odwrócić uwagę (lub poprawiły po pierwszej osobie, jeżeli jej się nie uda... yikes).

Zamiast z kości [roll=ocena] skorzystajcie z [roll=1d100] dodając do niej modyfikator +5 za każdą ocenę powyżej trolla. Na przykład gdyby Geraldine próbowała skorzystać z Kształtowania ◉◉◉◉○ rzuca [roll=1d100+20]. Kość zsumuje wszystko i poda wam wynik w takiej formie.

Możecie też zrezygnować z tego, obejść się ze smakiem i odejść z tego miejsca bez demaskowania czarodzieja. Za podjęcie ryzyka przyznam wam więcej punktów doświadczenia pod koniec wydarzenia. W przypadku nieprzerzucenia kości zainterweniuję ja lub inny wyznaczony przeze mnie mistrz gry. Post edytowałam w celu poprawienia błędów, bo za szybko go wysłałam - nie zmieniłam logiki tego co się dzieje.

@Astaroth Yaxley @Geraldine Yaxley @Ambroise Greengrass
Panicz Z Kłami
Hot blood these veins
My pleasure is their pain
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Bardzo wysoki - mierzy 192 cm wzrostu. Z reguły ubiera się w czarne bądź stonowane kolory, ale można go spotkać w wielobarwnym ubiorze. Włosy ciemnobrązowe, oczy zielone. Jest bardzo blady, ma sine wokół oczu, które nieco jaśnieje, kiedy jest nasycony, ale to nieczęsto się zdarza.

Astaroth Yaxley
#12
06.04.2025, 22:25  ✶  
Zawahałem się. Geraldine jeszcze nie zdążyła odpowiedzieć na moje pytanie, ale... obejrzałem się przez ramię na tych podejrzanych typów. Przystanąłem. Wkurwiało mnie, że takie oblechy panoszą się po ulicach – szczególnie po naszej, zazwyczaj spokojnej, Alei Horyzontalnej. Tu mieszkali porządni ludzie. Starsze kobiety, rodziny z dziećmi, dzieciaki grające w palanta magicznego po szkole. A teraz takie ścierwo przechadzało się środkiem ulicy, jakby należało im się wszystko.
Może jednak powinienem coś zrobić? Może nie było teraz czasu na bohaterskie interwencje, ale... ich wizerunek? Ich twarze? To zawsze mogło się przydać. Oczywiście w pierwszej kolejności chciałem ich zgłosić do Ministerstwa Magii – jeszcze nie utraciłem wiary w instytucje. Ale gdyby to nie poskutkowało... halo, przecież byłem łowcą. Może nie ludzi, ale bestii jak najbardziej. A oni? Oni wyglądali jak bestie, tylko przebrane za czarodziejów.
– Chwila! Czekajcie! – rzuciłem krótko za siostrą i Roise'em, a może nawet złapałem Geraldine za łokieć, jeśli miałem szansę. Trzeba było działać błyskawicznie – zanim się zorientują, zanim odejdą, zanim my pomkniemy ratować dzieciaka.
– Ten jeden kutas ma luźno założoną chustę. Jedno drobne zaklęcie i zobaczymy jego mordę... Ja bym im nie popuścił. Teraz nie mamy czasu, nie mamy ludzi, żeby ich zmiażdżyć, ale możemy to zgłosić. Albo wrócić po nich później. Ja wrócę. – Skinąłem brodą w kierunku wspomnianej mendy. Odchrząknąłem, bo złapałem do płuc nieco dymu. Palił, ale to nie było najcięższe, co czułem.
Wściekłość buzowała mi pod skórą. Najchętniej skoczyłbym tam i rozszarpał im wszystkim gardła, ale... śmierć czegoś mnie nauczyła. Nie warto być w gorącej wodzie kąpanym. Trzeba działać z głową. I wiedzieć, co jest naprawdę ważne.
Dzieciak był ważniejszy.
Ale ta chwila? Ten jeden moment, to jedno spojrzenie – mogło zrobić kolosalną różnicę. Może w przyszłości uratować jakieś istnienia? Może wspomnianego dzieciaka?
Spojrzałem na nich oboje – błagalnie, jeśli trzeba było. Ręka sama zacisnęła się na różdżce, gotowa do działania. Może nie było w tym tylko wściekłości. Może była też jakaś chora nadzieja... że w końcu zrobię coś, co naprawdę ma sens. Że choć trochę odkupię to, co spieprzyłem jako krwiożerczy drań.
Że uciszę chociaż trochę sumienie, które nie odpuszczało nawet na chwilę.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#13
07.04.2025, 04:21  ✶  
Osoby będące częścią systemu na ogół można było przypisać do jednej z dwóch grup. Dało się je wyszczególnić nawet pośród osób uważających się za wszech miar wyjątkowe i trudne do zaszufladkowania (a on bez wątpienia miał się za kogoś takiego). W najprostszym ujęciu można było:
a) być przedstawicielem grupy pierwszej - frajerów - naprawdę wierzyć w to, że wszystko, co robi Ministerstwo ma swój głębszy sens. Angażować się, bronić wyższego dobra, którym zasłaniali się politycy. Poświęcać się dla sprawy. Ignorować chaos panujący w miejscach podlegających rządowi, problemy biurokratyczne biorące się z niedziałających, zamierzchłych, całkowicie pozbawionych sensu przepisów. Ciągłe dziury budżetowe i brak inwestowania w rozwój  najważniejszych gałęzi gospodarki. Obcinanie dofinansowań, grantów, stypendiów, płac i tak dalej, i tak dalej. Z całkowitą opieszałością wszelkich działań systemu prawnego jako wisienką na torcie. Bo przecież rząd robił wszystko, co mógł, żeby w kraju działo się dobrze. Należało mu w tym zaufać. Dokładnie tak jak funkcjonariuszom prawa, którzy z pewnością było już pośród spanikowanego tłumu. Tylko bardzo malutcy.
b) przynależeć do grupy drugiej - tych rozsądnych - być całkowicie, momentami nawet zbyt mocno świadomym tego, że ten mityczny ład i porządek, jaki powinien panować w instytucjach publicznych nigdy tam nie istniał. Nie było żadnej złotej ery. Żadnych starych, dobrych czasów, do których odnosili się co poniektórzy. System zawsze był dziurawy. Polepiony na ślinę. Skorumpowany, chaotyczny i przeżarty zgnilizną. Stworzony tylko po to, żeby sprawiać wrażenie stabilnego (no, w miarę przyzwoitości) i przynosić zyski tym, którzy powinni je z niego czerpać. Wiedzieć to i wciąż działać na rzecz ludzi, jednocześnie nie zamierzając postawić ani jednego knuta na to, że Ministerstwo będzie wdzięczne za tę posługę. Ani tym bardziej nie oczekiwać wsparcia czy pomocy. Wszystkie sprawy załatwiać bez udziału funkcjonariuszy prawa. Nie liczyć na sprawiedliwość tam, gdzie nigdy jej nie było.
Nietrudno było stwierdzić, do której grupy przynależy Ambroise, prawda?
Oczywiście, że do tej pierwszej. Jak każdy dobry uzdrowiciel i człowiek, który wielokrotnie współpracował z ministralnym Pogotowiem Magicznym. A jakże. Bohater w limonkowym wdzianku, którego niestety nie miał szans założyć na tę akcję. I bardzo z tego powodu ubolewał, bo nie dość, że byłby żarówiasto widoczny, to pewnie dostałby plus dziesięć do animuszu.
Może dlatego zachowywał się wyłącznie w połowie heroicznie? Tak. To z pewnością miało wiele sensu.
Niemal bez zastanowienia wyciągnął ramiona do tyłu, przenosząc ręce z dłoni Geraldine na talię dziewczyny. Nawet, jeśli nie mógł jej bardziej przyciągnąć do swoich pleców, bo sama też do niego przylgnęła, wciąż spróbował to zrobić.
Zachował się automatycznie, jednocześnie gwałtownie pochylając głowę i wciskając podbródek w szyję. Sekwencja tak szybkich, że niemalże symultanicznych ruchów, przez które na kilkanaście, może na kilkadziesiąt sekund zastygł w jednej z bardziej niewygodnych pozycji, jakie mógł przyjąć.
Jednak o tym nie myślał, przynajmniej nie teraz. Dyskomfort fizyczny był ostatnią rzeczą, jaka mogłaby być dla niego ważna. Liczyło się coś zupełnie innego: skupił się na tym, aby osłonić dziewczynę i, żeby nie dostać w twarz gradem szklanych odłamków. Tych, które odbiły się od pobliskiej ściany, obsypując tłum. Nie tylko ostrych, lecz także gorących. Niosących ze sobą falę parzącego powietrza, swąd palonych włókien szmat wciśniętych w butelki i to, co najbardziej go niepokoiło - drażniący smród łatwopalnych substancji.
Tych, które i bez towarzyszącego im ognia mogły powodować poparzenia skóry. Cholera jasna wiedziała, co wymieszali ze sobą ci ludzie. Z pewnością żaden z nich nie wyglądał, jakby w przerwach od demolowania okolicy i siania zamętu hobbistycznie bawił się w twórcę eliksirów.
Nie chciał dowiadywać się jak jest w rzeczywistości. Kim są ci ludzie i tak dalej. Nie chciał ich poznawać. Rozpoznawać też nie. Pchnięty przez Geraldine, po prostu ruszył dalej. Nie zamierzał zbyt długo patrzeć na grupę.
Jego priorytety zdecydowanie leżały gdzieś indziej. Być może nie była to powszechna wiedza, a nawet wręcz przeciwnie. Dotychczas nie był specjalnie skory ku temu, żeby prezentować tę część swoich przekonań przed kimkolwiek, kto nie był Geraldine. Bo i po co? Wyłącznie zaszkodziłoby to jego renomie.
Zazwyczaj raczej wybierał sprawianie dokładnie takiego wrażenia, jakiego oczekiwało po nim otoczenie. No, przynajmniej w takich sytuacjach jak ta teraz. Część systemu, oczojebnie limonkowa szata i powołanie nader wszystko, nawet ponad zdrowy rozsądek.
Był uzdrowicielem. Wyjątkowo szanowanym uzdrowicielem. Raczej znanym z tego, że nie dawał się ponieść emocjom, gdy chodziło o pracę. Interweniował, zachowywał zimną krew, nie pozwalał sobie na brak profesjonalizmu. Ratował ludzi. Powinien robić to właśnie w tej chwili ale no, kurwa, tu był pies pogrzebany, bo nie miał swojego bohaterskiego wdzianka.
Nie zależało mu na aprobacie społecznej, ale znacznie wygodniej było pozwalać sobie na łamanie konwenansów w warunkach towarzyskich aniżeli w momentach kryzysowych. Wtedy, kiedy oczekiwano od niego przede wszystkim zawodowego obycia. A więc dokładnie tak się zachowywał. Był częścią systemu. Dobrym człowiekiem interweniującym, gdy go potrzebowano.
W wypadku Riny sytuacja wyglądała inaczej niż przy wszystkich innych. Ona wiedziała. Była świadoma tego, że gdy nie musiał, nie próbował być bohaterem. Nie tylko dlatego, że bezgranicznie jej ufał, nie obawiając się pokazać od tej strony.
Jasne, to przede wszystkim, lecz była jeszcze druga kwestia. Zdecydowanie gorsza przyczyna: był z nią całkowicie szczery również przez to, że parokrotnie naprawdę mocno go wpieniła. Zmusiła go do tego tym swoim porywczym, pochopnym zachowaniem. Na tyle mocno, że nie wahał się skomentować tego, co w jego oczach było samobójczymi tendencjami, nie bohaterstwem.
I co właśnie z dużym prawdopodobieństwem odstawiał także jej rodzony brat. Cóż, pokrewieństwu między tą dwójką nie dało się zaprzeczyć. Tak samo jak wychowaniu w rodzinie, w której tylko jakimś cudem wszyscy nadal żyli. No, powiedzmy, że żyli. Połowicznie.
Słysząc słowa płynące z ust Astarotha, Ambroise ponownie się zatrzymał. Tym razem obracając głowę w kierunku chłopaka. Pozwalając mu dokończyć myśl a potem zabierając głos.
- Po co? - Spytał bez chwili wahania, wbijając wzrok w Astarotha.
Wbrew pozorom, nie było to ostre pytanie. Nie podniósł głosu bardziej niż wymagała tego sytuacja. Tylko na tyle, żeby być w stanie przebić się przez kakofonię dźwięków.
Przez wszechobecny rumor. Hałas, wrzask, panikę, płacz i zawodzenie. Trzask ognia, upiorne odgłosy wydawane przez konstrukcje dachów bliskich zawalenia, echo tupotu stóp uderzających o brukowaną ulicę, niosące się pomiędzy kamienicami, wdzierające się w uszy. Wszechobecne.
Przez odległe nawoływania dochodzące z budynków, których wejścia zostały odcięte przez żywioł. Czasami po prostu przez płomienie, czasem przez fragmenty drewnianych belek stropowych, przepalonych podłóg, zwalonych ścian. Jeżeli Roth rzeczywiście tak bardzo chciał być bohaterem, mógł wybrać bardziej bezpośrednią ścieżkę niesienia pomocy. Nie sugerować stanie się częścią wszechogarniającego chaosu jako sześćdziesiątka Wampirzy Ministralny Mściciel™ dobry, zaniepokojony obywatel.
Bo to właśnie sugerował, że zamierza zrobić, prawda? Zdemaskuje jednego z tych ludzi i do nich wróci. Albo z władzami, albo sam wytropi tego pierwszego, później kolejnych. Skrzywdzi ich, zrani, może nawet zabije. Podejmie się vendetty za to, co stało się tego wieczoru. Przeleje jeszcze więcej krwi i co dalej?
Tej nocy takich grup z pewnością było wiele. Nie ci jedni postanowili przyłożyć swoją rękę do siania zamętu. Takie sytuacje wyciągały z ludzi to, co najgorsze. Pozbawiały człowieczeństwa. A może raczej po prostu ściągały maski? Nieważne. W gruncie rzeczy to było bez znaczenia. Liczyła się świadomość, że jakakolwiek ingerencja była bezcelowa. Pozbawiona sensu. A przy tym także kurewsko niebezpieczna.
Na jednego takiego ujawnionego skurwiela miało przypaść co najmniej kilku innych. Jednego martwego mieli zastąpić następni. Możliwe, że bardziej brutalni. Może nie od razu tej nocy, ale stosunkowo szybko. Świat nie lubił pustki i dysharmonii.
Ci tutaj byli źli, jasne, ale mogli nie być najgorsi. Uderzali butelkami w budynki, nie bezpośrednio w ludzi. Szkło odbijało się rykoszetem. Celowali w kamienice, które jeszcze nie płonęły, lecz z pewnością miały zapłonąć i bez tego.
Roise nie był kimś, kto popierałby taką przemoc, ale nie był także naiwny. Zdawał sobie sprawę z tego, że ich interwencja nie miała nic polepszyć.
Nie mogli tym nikogo uratować. Co najwyżej na chwilę ochronić, ale co dalej?
Nawet, gdyby rzucili się na grupę, ta pewnie rozpierzchłaby się we wszystkie kierunki a potem znowu znalazłaby sposób, żeby siać zamęt. Być może w innym miejscu. Może nawet groźniejszy, bo ci ludzie byliby dodatkowo rozwścieczeni. Szczególnie, jeśli ich lider zostałby przy tym zdemaskowany.
To nie byli Śmierciożercy. Mogli być pomniejszymi poplecznikami Voldemorta, nikim więcej. Nie byli tymi, którzy najpewniej w głównej mierze odpowiadali za pożary. Za nienaturalnie czarne chmury, za duszący popiół, śmierć i zniszczenie.
Po co mieli próbować ich demaskować?
To było bardzo konkretne pytanie. Nie pasywno-agresywne. Jeśli już, być może mogące odrobinę zbyt mocno podchodzić pod akademicki ton głosu. Zabrzmieć jak nauczycielskie upomnienie: jeśli chcesz nas w to zaangażować to chociaż podaj nam jasne korzyści, konkretny powód, cokolwiek. I nie, nie mów o dobru ogółu albo ratowaniu dobytku. Wszystko i tak płonie. Nikt tego nie gasi. Ludzie umierają. Astaroth, no weź pomyśl.
W jego własnych uszach takie ujęcie odpowiedzi nie było niczym niewłaściwym. Raczej jasno stawiało sprawę. Świadczyło tym, czego oczekuje od Astarotha. A było tym przemyślenie własnych słów. Swoich zamiarów. Idei, która przyświecała Yaxleyowi, gdy sugerował im wszystkim zajęcie się wcielaniem w życie amatorskiego planu vendetty na bandziorach.
Jasne, demolujących im ulicę. Mogących niedługo przejść do wdzierania się do kamienic. Podpalania mieszkań, może nawet tych, które należały do kogoś z towarzystwa Ambroisa. Do jego własnego domu. To zasługiwało na reakcję. Dokładnie tak samo jak fakt, że obsypano go rozgrzanym szkłem, że w powietrzu unosiły się duszące opary dymu i chemikaliów.
Ale tekst o zgłoszeniu tego, kim byli podpalacze? To właśnie te słowa sprawiły, że od razu zakwestionował logikę kierującą Rothem. On sam nie tyle nie mógł, co zdecydowanie nie zamierzał sobie na to pozwolić. Współpraca z Ministerstwem w tym zakresie nie wchodziła w grę. Nie, bo nie wierzył w skuteczność działania systemu. Niespodzianka. Zwłaszcza przy tym, co nie działo się w związku z Knieją.
Poza tym sam zajmował się interesami robionymi w znacznej mierze z ludźmi mogącymi z powodzeniem wchodzić w skład tej grupy. A więc także hipotetycznie będącymi w stanie rozpoznać go, pomimo zasłoniętej twarzy, bowiem nawet z tą osłoną raczej wyróżniał się na tle tłumu. Nie był przygotowany na takie konfrontacje. Nie chciał w nich uczestniczyć.
Tym bardziej, że mieli coś ważniejszego do zrobienia. Dziecko, które było dla nich istotne. Przyjaciół, zwierzęta. Wiele powodów, aby nie tracić czasu. Chyba nie musiał mówić tego na głos, prawda? Zatrzymał się, spojrzał to na jedno, to na drugie z rodzeństwa. On już się wypowiedział. Tymi dwoma słowami. Jeden do jednego. Pozostała Geraldine.
Miał więcej niż wrażenie, że jej decyzja zdecydowanie mu się nie spodoba. Był o tym święcie przekonany.


Gram z uwzględnieniem przewagi Znajomość półświatka (II) - there's always a bigger skurwiel ta grupa nie jest najgorsza, ruszenie jej może być tragiczne w skutkach. Czy to teraz, czy w dłuższej perspektywie.

Zawada Uparciuch (I) - do przekonania powyżej.

Zawada Foliowa czapka (I) - rząd jest fe, zawsze był fe, zgłaszanie podpalaczy jest fe.

Wciąż gram pod pogorszony stan psychiczny, utrudnione skupienie, chaotyczne myśli etc. będący efektem połączenia zawad Gigant (I) i Tafefobia - strach przed byciem pogrzebanym żywcem (0) w wydarzeniach z poprzednich wątków.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#14
07.04.2025, 13:35  ✶  

Nie było w porządku to, że ludzie korzystali na nieszczęściu innych, że postanowili angażować się w to całe zamieszanie. Nie wyglądali na tych prawdziwych popleczników Czarnego Dzbana, raczej na przebierańców, którzy postanowili skorzystać z okazji i nieco pobawić się nieszczęściem innych.

Grupa czarodziejów nie miała oporów przed tym, aby podpalać kolejne budynki, jakby ogień który się rozprzestrzeniał samoistnie nie był wystarczającym nieszczęściem.

Gena nie wydłubiesz... czy coś. Uśmiechnęła się, kiedy usłyszała słowa swojego brata. Spojrzała w między czasie na Ambroisa z uśmiechem malującym się na jej ustach. To było takie typowe dla niej zachowanie, że była dumna z tego, że jej brat miał to samo. Mimo tego, że był wampirem, nadal nie był obojętny na los niewinnych. To ją nieco podbudowywało, miał w sobie więcej człowieczeństwa, niż niejeden człowiek. Poczuła rękę brata, która zacisnęła się na jej łokciu, zrozumiała o co mu chodzi, dlatego też teraz wpatrywała się w Roisa z tym uśmiechem na twarzy. Wiedziała, jak zareaguje, przecież przeżyli niemalże to samo wcześniej, tego dnia. To nie było dla niego nic nowego, najwyraźniej Yaxleyowie tak już mieli. To było u nich rodzinne. Była nawet z tego trochę dumna, mimo, że wiedziała, że jej chłopak uzna to za zupełnie niepotrzebne.

- Po to, żeby pokazać im, że za swoje czyny ponosi się konsekwencje. - Mruknęła cicho, tak, żeby nie usłyszał jej nikt poza bratem i Ambroisem, zresztą to chyba i tak nie było możliwe, z racji na piski, krzyki i chaos który ogarnął okolicę.

Nie zamierzała oczywiście udać się z tym do ministerstwa, bo uważała, że działało ono tak nieporadnie, że to nie miało większego sensu. Jeśli jednak tego chciał jej brat, kimże była, aby mu tego zabraniać? Nie widziała nic złego w tym, aby zajął się sprawą na własną rekę, może dzięki temu znalazłby sobie jakiś nowy cel w nieżyciu, przestałby się skupiać na swoim wampiryźmie.

Miała świadomość tego, że mieli co robić, mieli wyznaczone cele na dalszą część wieczoru, ale to zajęłoby im tylko chwilę, nic więcej, nie widziała więc nic złego w tym, aby faktycznie odsłonili twarz tego typa. Dwa do jednego, Roise chyba nie miał za bardzo z kim dyskutować.

- Tylko szybko. - Rzuciła jeszcze do Astarotha, jasno dając mu do zrozumienia, że jest w tej sytuacji po jego stronie, może była gdzieś pomiędzy? Nie zamierzała typowo dla siebie rzucić się na tę grupę i pokazać im od razu, gdzie jest ich miejsce, nie - tego nie mogła zrobić, ale mogła bez mniejszego zawahania pozwolić na to, by zobaczyli tę twarz.

Nie wątpiła, że i do tego tematu wróci Roise, gdy się już znajdą w bezpiecznym miejscu, oczywiście zdawała sobie sprawę z tego, że jej nie odpuści, ale miała to gdzieś. Będzie sobie w stanie z nim poradzić, prawda, jakoś zawsze to robiła.

Panicz Z Kłami
Hot blood these veins
My pleasure is their pain
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Bardzo wysoki - mierzy 192 cm wzrostu. Z reguły ubiera się w czarne bądź stonowane kolory, ale można go spotkać w wielobarwnym ubiorze. Włosy ciemnobrązowe, oczy zielone. Jest bardzo blady, ma sine wokół oczu, które nieco jaśnieje, kiedy jest nasycony, ale to nieczęsto się zdarza.

Astaroth Yaxley
#15
08.04.2025, 10:37  ✶  
Choć zupełnie się tego nie spodziewałem, podświadomie znałem reakcję Geraldine na moją prośbę. Ale Ambroise… jego krótkie pytanie zaskoczyło mnie bardziej, niż powinno. Od razu uzasadniłem swoje plany, a on wciąż domagał się więcej, jakby moje słowa były zbyt małe, zbyt kruche, zbyt nieistotne.
Myślałem, że to aktywny czarodziej. Nie tylko jako medyk, ale jako ktoś wyjęty spod prawa, kto potrafi działać tam, gdzie moralność przestaje być jednoznaczna. Nasza ostatnia wyprawa do podziemnych rejonów magicznego Londynu zdawała się to potwierdzać – był człowiekiem orkiestrą. Umiał być zarówno porządnym obywatelem, jak i rynsztokowym ścierwem. Ale może jednak się myliłem? Może nie był nikim dobrym, ani nikim złym. Może był tylko… sobą. Egoistą, kierującym się wyłącznie własnym interesem?
Nie chciałem teraz tego rozgryzać. To nie był moment na filozofię o ludzkiej naturze. Jedno było pewne – jego dotychczasowe działania nie miały wiele wspólnego z troską o mnie. Może z Geraldine… a może i nie. Z pewnością powinienem mu się bliżej przyjrzeć. Nie chciałem, żeby znów moja siostra przez niego cierpiała. Nie zamierzałem na to pozwolić.
Ale to teraz nie miało znaczenia. Czas nas naglił. Miałem błogosławieństwo Geraldine, a to mi wystarczało. Minuta, może dwie. Więcej nie dostaniemy. Zamierzałem wpłynąć na chustę czarodzieja, dyskretnie, bez gwałtownych gestów. Zdjąć ją z jego twarzy tak, by nie zorientował się, że to moja sprawka. Byłem świetny w translokacji, więc dla mnie to był tylko drobiazg. Chusta. Ruch powietrza. Panujący wokół chaos. I prawda, której nie da się już zasłonić.

| rzucam na translokację w celu zsunięcia chusty oprycha
Rzut 1d100+15 - 60 +15 = 75
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#16
08.04.2025, 11:18  ✶  

Nie dało się nie zauważyć, że rodzeństwo Yaxley było w tym wypadku wyjątkowo zgodne. Nie było sensu tracić czasu, ani zastanawiać się nad tym zbyt długo. Musieli działać jak najszybciej, aby faktycznie mogli już stąd spierdalać w podskokach. Ta akcja nie wymagała wielkiego zaangażowania, nie musieli prowadzić do bezpośredniej konfrontacji, nie miała więc problemu z tym, aby zrobić to dla swojego brata.

Rozumiała jego pobudki, zresztą cieszyło ją to, że nie stał się obojętny na los obcych, niewinnych ludzi. Wiedziała, że Roise będzie wkurwiony, ale powinien jej wybaczyć, zresztą i tak czekała ją rozmowa o tym, co niemalże zrobiła wcześniej, tyle, że nie udało się jej to przez warunki dookoła nich.

Tym razem nie miała pakować się w środek problemu, to miało być tylko i wyłącznie zaklęcie, które odwróci uwagę tej grupy, na krótką chwilę, zajmie ich czymś, dzięki czemu Astaroth będzie mógł się im bliżej przyjrzeć, przynajmniej jednemu z nich. Co z tym zrobi? Wierzyła, że nie pójdzie do ministerstwa, bo działało ono nieudolnie i zajmie się tym sam.

Nie uważała, żeby ludzie pokroju tej grupy zasługiwali na to, aby chodzić po świecie. Nie, kiedy korzystali na tym, że innym działa się krzywda. Nie powinni być, aż tak obojętni, jasne - mogli zająć się sobą, i swoimi najbliższymi, mieli w końcu się o kogo troszczyć, tyle, że w tej chwili nie mieli poświęcać temu czasu. Astartoh na pewno odnajdzie tego typa, wtedy kiedy tamten będzie się namniej tego spodziewał i stanie się jego najgorszym koszmarem.

Złapała mocniej różdżkę w lewej dłoni. Skoro jej brat skupił się na tym, aby ściągnąć typowi chustkę z twarzy ona zamierzała odciągnąć od nich ewentualną uwagę. Najlepiej by było, aby tamci nie zobaczyli kto postanowił ich zdemaskować. To nie było takie trudne, prawda? Nie zamierzała rzucać skomplikowanych zaklęć. Machnęła po prostu różdżką, aby wyczarować silny promień światła, który oślepi na chwilę tamtą grupę.



// korzystam z kształtowania

Kształtowanie ◉◉◉◉○
Rzut 1d100+20 - 38 +20 = 58
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#17
08.04.2025, 13:03  ✶  
Nie podobało mu się to, co zaproponował Astaroth. Nawet nie próbował tego ukrywać. Nie zamierzał przyklaskiwać czemuś, co w jego oczach było nie tylko bezcelowe, lecz także z dużym prawdopodobieństwem skrajnie głupie i niebezpieczne.
Grupa oprychów nie zwracała na nich uwagi. Była zajęta demolowaniem ulicy, podpalaniem budynków, rzucaniem bombami domowej roboty w elewacje, nie w ludzi. To, że grad gorącego szkła odbijał się od ścian i leciał w tłum było skutkiem, efektem ubocznym. Pewnie po części też czymś, co dodatkowo satysfakcjonowało bandziorów, ale w gruncie rzeczy nie dochodziło do bezpośrednich rękoczynów.
Nikt nie próbował podpalać przechodniów, nikt nie wyciągał nikogo na środek ulicy, żeby spróbować zająć mu ubrania ogniem. Jeszcze nie. Tych konkretnych ludzi interesowało wyłącznie sianie zamętu, nie mordowanie. Przynajmniej nie bezpośrednie, bo jednocześnie bez wątpienia przyczyniali się do rozprzestrzeniania ognia, który prędzej niż później miał kogoś zabić.
Jasne, oczywiście, na pewno nie było mu w smak to, co robili ci ludzie. W żadnym wypadku nie popierał ich działań. Ale interwencja? Uważał ją za ostatnią rzecz, jaką powinni robić. Mieli swoje zadanie, musieli zająć się czymś, co mogło mieć znacznie większy wpływ na czyjeś życie. Albo na czyjąś śmierć, choć w tym momencie naprawdę usiłował o tym nie myśleć. Niestety nie był w stanie zignorować świadomości, że każda chwila poświęcona na zajmowanie się czymś, czego nie muszą robić mogła zaważyć na być albo nie być ich najbliższych.
Tego wieczoru byli już z Geraldine świadkami sytuacji, w której dosłownie sekundy zadecydowały o ostatecznym rozwiązaniu tragicznej sytuacji. W takich momentach liczyła się każda kolejna minuta. Wszelki czas, jakim dysponowali. A oni nie mieli go praktycznie wcale. Oczywiście, że był wściekły.
Być może w całym swoim dotychczasowym życiu robił naprawdę sporo rzeczy na przypał. Szczególnie we wczesnej młodości niespecjalnie analizował sytuację, mając tendencję do rzucania się w nią na główkę. Tyle tylko, że w tym momencie podchodził do tego już zdecydowanie bardziej analitycznie.
Jego całkowicie idiotycznie porywcze zachowanie uległo zmianie w momencie, w którym przestał odpowiadać wyłącznie za siebie. Choć z początku wcale nie tak łatwo było mu zmienić dawne nawyki, z czasem zaczął zachowywać się znacznie bardziej zachowawczo. Być może w dalszym ciągu niekoniecznie spokojnie, ale jeśli nie potrzebował rzucać się w ogień to się weń nie rzucał.
No, poza ostatnim półtora roku, gdy zdecydowanie zbyt często wracał do starych przyzwyczajeń, ale to w teorii powinno już być za nim. Za nimi. Przeprowadzili już rozmowę o priorytetach. O tym, że w ich nowej rzeczywistości nie było miejsca dla idealistów. Dla ludzi działających dla większego dobra, nie patrząc wpierw na swoje własne otoczenie. Na swoich najbliższych i siebie.
Do chuja Merlina, do kurwy nędzy, dla ich bliskich te zmarnowane sekundy mogły mieć znaczenie. Znacznie większe od tego, co mogli zyskać przeznaczeniem ich na identyfikację podpalaczy.
W jego oczach sytuacja wyglądała zupełnie inaczej niż w umysłach reszty towarzystwa. To, że w tym momencie nie musieli prowadzić bezpośredniej konfrontacji nie oznaczało, że swoimi czynami nie mieli się w nią wmieszać. Trudno było ukryć, że wszyscy troje mogli w znacznym stopniu wyróżniać się na tle tłumu. Nawet tak chaotycznego i spanikowanego, na którego ciągłym przelewaniu się trudno było na dłużej skupić wzrok.
Jasne, nie byli jedynymi wysokimi ludźmi w całej okolicy. Ich głowy wcale nie były wyłącznymi, które wystawały ponad mrowie ludzi. Zniknięcie pośród stłoczonej masy, gdyby coś im się nie powiodło, było jak najbardziej wykonalne. Miał w tym już wcześniejsze doświadczenie, nawet jeśli jeszcze nigdy nie było one związane z koniecznością unikania wszechobecnych płomieni i walących się fragmentów budynków.
Miał niemal całkowitą pewność, że tak czy siak miało mu się udać utorować sobie drogę do wyjścia szybciej niż bandziory byłyby w stanie dopaść do niego. Dzieliła ich całkiem spora odległość. Miał też przewagę związaną z momentem zaskoczenia, bo wątpił, by którykolwiek z tych ludzi spodziewał się ataku. Gdyby tak było, ktoś na pewno zwróciłby uwagę na niezwiązaną chustę i ją poprawił.
Te oprychy być może były na tyle inteligentne, żeby zasłaniać swoje twarze, ale ewidentnie już nie tak bardzo, żeby robić to w bardziej przemyślany sposób. Nie tak jak on czy Geraldine, bowiem oboje mieli w dalszym ciągu osłonięte usta i nosy. Wokół dolnej połowy twarzy Ambroisa zawiązana była ciemna, praktycznie czarna chusta. Górna połowa była już trochę osmolona, przybrudzona sadzą. Jego dziewczyna zasłaniała się ciemnozielonym, trochę grubszym szalikiem, który przekazał jej na samym początku pożarów. Ponadto sam Greengrass miał naciągnięty kaptur a włosy jego dziewczyny, choć nieosłonięte nie były już w ciepłym odcieniu. Zostały przysiwione przez pył i popiół. Z pewnością mogli nie być tacy łatwi do identyfikacji po fakcie. To trochę go uspokajało, choć nieznacznie. Nadal był bardziej rozbity niż próbował okazywać.
Zwłaszcza, że Astaroth, wysmarowany czerwoną farbą idealista, zdecydowanie go rozdrażnił. Z gówniakiem też ewidentnie miał do pogadania. Tyle tylko, że nie teraz. Aktualnie musiał reagować na równi z tym, co postanowili odstawić Astaroth i Geraldine. Nie czekał. Gdy Roth przy pomocy zaklęcia zdarł osłonę z twarzy bandziora, Roise również skupił się na wyczarowaniu kuli bardzo jasnego, wręcz oślepiającego światła, która miałaby zawisnąć przed twarzami bandziorów. Potrzebowali mieć szansę na ucieczkę, do której też nie zamierzał się zbyt długo szykować.


Kształtowanie (III) - kula oślepiającego światła
Rzut 1d100+15 - 46 +15 = 61


Wciąż gram pod pogorszony stan psychiczny, utrudnione skupienie, chaotyczne myśli etc. będący efektem połączenia zawad Gigant (I) i Tafefobia - strach przed byciem pogrzebanym żywcem (0) w wydarzeniach z poprzednich wątków.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Czarodziejska legenda
Wilderness is not a luxury but a necessity of the human spirit.
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Czarodzieje dążą do zatarcia granicy pomiędzy jaźnią i resztą natury, wchodząc tym samym na wyższe poziomy świadomości. Część z nich korzysta do tego z grzybów, a część przeżywa głębokie poczucie spokoju i połączenia podczas religijnych obrzędów i rytuałów. Ostatecznie jednak ciężko opisać najgłębsze wewnętrzne doświadczenia i uznaje się, że każdy z czarodziejów odczuwa je na swój sposób. Zjawisko to nazywane jest eutierrią.

Eutierria
#18
12.04.2025, 19:57  ✶  
Chusta, zgodnie z twoim założeniem, opadła z twarzy czarodzieja i wszyscy mogliście dostrzec rysy jego twarzy. Był to młody mężczyzna o jasnej cerze i orzechowych oczach z ciemną obwódką, chociaż ten akurat detal zauważyła tylko Geraldine. Nos prosty, proporcjonalny, usta pełne z wyraźnym łukiem kupidyna. Twarz miał o owalnym kształcie z zaznaczoną szczęką i wąskim podbródkiem. Brwi gęste, łukowate, włosy ciemnobrązowe, lekko falowane, opadające na czoło. W spojrzeniu, nawet mimo dopuszczania się tak podłego czynu, dostrzegalne były czujność i melancholia, w kącikach oczu drobne linie od uśmiechu. Przerażającego uśmiechu skierowanego w waszym kierunku.

Czasami czuje się od człowieka, że jest niebezpieczny. Że mógłby bez mrugnięcia okiem zabić was lub członka waszej rodziny. Przerażający, mrożący w żyłach wyraz twarzy kogoś, kto nie cofnąłby się przed niczym, a teraz drwi z was - taki to był przypadek i zmroził krew w żyłach każdego, kto nie był wystarczająco odważny.

Nie udało wam się. Wy widzieliście jego, ale on widział was. Wy przekażecie te informacje Ministerstwu, a on...? Komu?

Voldemortowi?

Nie nosili wcale masek Śmierciożerców. Nie widzieliście z kim i dlaczego mielibyście walczyć, ale rozumieliście, że zatrzymanie się tutaj mogło odbić wam się czkawką. Szczególnie, że jego koledzy zirytowani próbą oślepiania ich, cisnęli w waszym kierunku ofensywnym zaklęciem. Musieliście stąd uciekać, ale to zadanie mogło w waszej sytuacji nie być takie proste.

Ofensywnym zaklęciem jest strumień nieznanej wam, zielonej energii lecący w waszym kierunku z dużą prędkością, ale nie jest to prędkość nie do pokonania. Rzucacie na ucieczkę - musi to być rzut na translokację lub aktywność fizyczną, dodając modyfikator +5 za każdą ocenę powyżej trolla (czyli dokładnie tak samo jak ostatnio). Translokacja pozwala wam teleportować się w bezpieczne miejsce, aktywność fizyczna odbiec na bok i porwać się do ucieczki (nie uprawnia was do ukrycia się w tłumie - jesteście za wysocy). Udaje wam się to jeżeli przerzucie liczbę 28. Każdy rzuca za siebie, na końcu swojego posta. Jeżeli komuś nie wyjdzie, może się bronić. Musi przerzucić liczbę 79 rzucając na rozproszenie lub inną dziedzinę magii mogącą go ochronić. Jeżeli mu się to nie uda, postać otrzyma obrażenia w kolejnym poście mistrza gry. Jeżeli wszyscy uciekną, mistrz gry nie kontynuuje rozgrywki. Brak chęci do uczestnictwa w walce został skonsultowany z Geraldine - w związku z tym post mistrza obejmuje tylko opcje ucieczki. Jeżeli zmienicie zdanie, dajcie mi znać.
Panicz Z Kłami
Hot blood these veins
My pleasure is their pain
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Bardzo wysoki - mierzy 192 cm wzrostu. Z reguły ubiera się w czarne bądź stonowane kolory, ale można go spotkać w wielobarwnym ubiorze. Włosy ciemnobrązowe, oczy zielone. Jest bardzo blady, ma sine wokół oczu, które nieco jaśnieje, kiedy jest nasycony, ale to nieczęsto się zdarza.

Astaroth Yaxley
#19
12.04.2025, 21:54  ✶  
Pięknie. Wpatrywałem się w oczy diabła. Mógł nam zrobić wiele, bo był potworem. Jedno spojrzenie wystarczyło, by to potwierdzić. Nie musiał rzucać zaklęć, jego wzrok sam w sobie był groźbą. Ale...
Może myślał, że to on jest niebezpieczny. Może czuł się panem sytuacji, królem tego mroku. Ale ja też taki byłem. A przynajmniej, podobnie jak on, miałem o sobie takie mniemanie.
Diabeł kontra diabeł. Dwa drapieżniki. Dwa zagrożenia. On patrzył na mnie, a ja patrzyłem na niego. Potyczka spojrzeń, napięta jak cięciwa, gotowa pęknąć. Tak zacięta, że przez chwilę moglibyśmy zapomnieć o całym świecie. O krzykach, o ogniu, o naszych towarzyszach. O ludziach przeciskających się w panice między uliczkami.
Byłem zacięty, momentami uparty. Może i bym zapomniał, gdyby nie to, że oprych rzucił nienawistne spojrzenie również w stronę Geraldine i Ambroise.
Wtedy wszystko wróciło. Cała rzeczywistość. Wpakowałem nas w to. Ich również. A ruch ręki jednego z jego kumpli nie wróżył niczego dobrego.
– UCIEKAMY! – krzyknąłem ostro, bez cienia wahania.
Rzuciłem krótkie spojrzenie Geraldine, ponaglający gest, choć wiedziałem, że ona już wie. Ona zawsze wiedziała, co robić. Byliśmy jak jeden organizm, jak dobrze nakręcony zegarek... Ręczna robota, duma rodu Yaxleyów. Choć Ambroise zapewne przewróciłby oczami na to porównanie, tak sądząc po jego poprzednich minach.
Zgarbiłem się i ruszyłem biegiem w tym samym kierunku co reszta. Nie trzymałem się ich zbyt blisko, ale też nie pozwoliłem, by się oddalili. Nie było mowy o żadnym gęsim szyku – to byłby błąd, jeden z tych tragicznych. Musieliśmy się rozproszyć. Wystarczająco, by nie oberwać wszyscy naraz. Ale na tyle blisko, by móc wrócić do siebie w razie potrzeby.
Nie było odwrotu. Teraz trzeba było biec.

| rzucam na AF

Rzut 1d100+20 - 100 +20 = 120
Czarodziejska legenda
Wilderness is not a luxury but a necessity of the human spirit.
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Czarodzieje dążą do zatarcia granicy pomiędzy jaźnią i resztą natury, wchodząc tym samym na wyższe poziomy świadomości. Część z nich korzysta do tego z grzybów, a część przeżywa głębokie poczucie spokoju i połączenia podczas religijnych obrzędów i rytuałów. Ostatecznie jednak ciężko opisać najgłębsze wewnętrzne doświadczenia i uznaje się, że każdy z czarodziejów odczuwa je na swój sposób. Zjawisko to nazywane jest eutierrią.

Eutierria
#20
12.04.2025, 22:27  ✶  
Lecąca w ciebie wiązka energii, którą posłali niszczący Londyn, zamaskowani czarodzieje, mogła sięgnąć ciebie, ale mogła zrobić to również z kimkolwiek innym próbującym wydostać się z tego koszmaru. Jedną z takich osób była 16-letnia Melinda, która cudem wydostała się z płonącego budynku naprzeciwko i omal nie wpadła ci pod nogi. Zdarzenie śmierdziało potencjalna porażką - bo przecież ta poświata już sięgała ciebie i ją, ale poczułeś to - nagły przypływ adrenaliny, który pozwolił ci na dokonanie niemożliwego. Szarpnąłeś dziewczynę, pociągnąłeś ją w kierunku, w którym biegłeś, nacisnąłeś ręką na jej głowę, kiedy snop iskier zatańczył nad jej włosami. To mogły być gesty nieco brutalne, ale liczyło się jedno - ocaliłeś Melindzie życie. Kiedy znajdowaliście się w bezpiecznym miejscu, skołowana i zaskoczona nie mogła nic z siebie wydusić. Dyszała, jej załzawione, zielone oczy były czerwone od stresu i łez, a umorusana buzia pieguski sprawiała, że wyglądała jak uciekinierka wojenna. Ten widok przypominał ci, czym stał się teraz Londyn. Polem walki.

- J-ja... -jak mogę ci się odwdzięczyć?

Albo może mogła przynajmniej poznać imię swojego wybawiciela?

Mistrz gry nie kontynuuje rozgrywki - pojawił się w sesji proszony o interwencję. Mogę jednak odpisać na kolejny post, jeżeli zostanę w nim otagowana i poproszona o kontynuację historii. Zdarzenie zostało odnotowane - Astarothowi przysługują dodatkowe punkty w związku z wyrzuceniem krytycznego sukcesu.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (6715), Astaroth Yaxley (2952), Eutierria (970), Geraldine Greengrass-Yaxley (3752)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa