• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence

[10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#11
20.04.2025, 20:37  ✶  

Czuła, że sytuacja w której się znaleźli powodowała w powietrzu dziwne napięcie. Na pewno żadne z nich nie zakładało, że dojdzie do kolejnego spotkania, mimo, że przecież o nim rozmawiali tamtej pamiętnej nocy. Nie mogli się spodziewać, że trafią na siebie ledwie dwa dni później, sprawa była całkiem świeża, nie miała pojęcia jak on, ale ona nie mogła o tym zapomnieć. Wracała myślami do tego wieczoru, do czasu, który razem spędzili. Wiedziała, że mogłoby być z nią krucho gdyby wtedy nie znalazł się na jej drodze, nie ma się co oszukiwać, umiała oszacować sytuację - mogła wtedy umrzeć. Szczególnie z tą swoją przypadłością, która przypominała o swoim istnieniu w najmniej oczekiwanych momentach. Zawsze powinna spodziewać się niespodziewanego. Nie mogła przewidzieć na co i jak zareaguje jej umysł. To było dość problematyczne, szczególnie w momentach jak tamten. Zazwyczaj starała się unikać takich sytuacji, ale nie zawsze było to możliwe, nie na wszystko mogła mieć wpływ, chociaż uwielbiała kontrolować to co działo się wokół niej. Tak było prościej, mogła się przygotować na różne ewentualności. Tamtego dnia nie była zupełnie gotowa na to, co się wydarzyło. Wszystko działo się szybko, stała się zależna od zupełnie obcej osoby, i nawet szybko to zaakceptowała. Zaufała nieznajomemu, który faktycznie okazał się być osobą, której nie musiała się obawiać. Spełnił swoje obietnice, których nie musiał wcale realizować. Nie miała pojęcia, dlaczego i po co to robił, co zresztą nie było, aż takie ważne. Dzięki niemu znajdowała się teraz w tej piwnicy, było bowiem spore prawdopodobieństwo, że gdyby nie on, to nigdy nie opuściłaby Alei Horyzontalnej.

Niby mu za to podziękowała, ale miała wrażenie, że nieodpowiednio, że wypadało wrócić do tego tematu i docenić to, co dla niej zrobił. Zrobiło się nieco niezręcznie, bo pożegnała się w nim w dość spontaniczny sposób, pocałowała go. Miała ogromną ochotę to zrobić i to zrobiła, tak po prostu bez zastanowienia, bez rozważania nad konsekwencjami, bo miały się nigdy nie pojawić. To nie tak, że nie zakładała, że może się kiedyś nie spotkają, zdarzyło się to już bowiem dwukrotnie, zawsze istniało jakieś prawdopodobieństwo, że będzie i trzeci raz, tyle, że to, że przytrafił się on ledwie dnia dni po ich poprzedniej, dość intensywnej interakcji... cóż, to było niezwykłe. Nie dawało jej to spokoju, szukała przyczyny, ale nie umiała jej znaleźć, może powinna odpuścić, pozwolić wszystkiemu płynąć, nie zastanawiać się nad niczym, ale chyba nie do końca umiała działać w ten sposób.

Powinna się po prostu pogodzić z tym, że los chciał inaczej, nie miała na to wpływu, prawda? Trochę przerażało ją to, że może jednak być kimś znajomym, może nie jej, bo na pewno nie potrafiła ogarnąć skąd go kojarzy, jednak musiał znać osoby z jej otoczenia. Łatwiej żyło jej się z myślą, że była wtedy kimś innym, nie można było połączyć tego zachowania z jej osobą, nie miała jednak zamiaru udawać, że to wszystko się nie wydarzyło. Nie potrafiłaby tego zrobić. Może więc było niezręcznie, ale będzie musiała jakoś odnaleźć się w tej sytuacji, ułożyć sobie to w głowie. Nie spodziewała się tego zupełnie, nie zakładała, że w ogóle do tego dojdzie, więc to, że znaleźli się tutaj, w swoim towarzystwie tak szybko było dla niej sporym odchyłem od normy. Będzie musiała się do tego ustosunkować.

Nie chciała naruszać jego prywatności, na pewno nie bez powodu znalazł się w tej ciemnej piwnicy, racząc się trunkiem przed ósmą rano. Nie oceniała go, bo przecież postanowiła zrobić to samo - może zupełnie przypadkowo, bo sięgnięcie po alkohol w jej przypadku okazało się być po prostu zbiegiem okoliczności z którego postanowiła skorzystać.

Była zmęczona, marudna, znajdowała się w miejscu, które było jej obce, tak właściwie to nie miała pojęcia dlaczego zgodziła się na ten wypad, nie wypytywała jednak szczególnie do czego jej tu potrzebowali, nic nie trzymało jej w Londynie, więc tu przyjechała. Stwierdziła, że to będzie idealna okazja, aby odetchnąć od tego, co się wydarzyło. No i ledwie się tutaj znalazła, a spotkała właśnie jego, w piwnicy, no pojebana sprawa. Najwyraźniej jej życie zaczęło tracić swoją zwyczajność, przestała podążać za schematami, do których przywykła, coś się zmieniło i w jej zachowaniu w tym, co oferował jej świat. Co zamierzała z tym zrobić? Może po prostu pozwolić ten jeden raz się ponieść.

Pożary uświadomiły jej, że przez większość swojego życia trwała w dziwnej stagnacji, dotarło do niej, że wcale aż tak bardzo jej się to nie podobało, bo czy chciałaby umrzeć ze świadomością, że żyła w taki sposób, aby nie wychylać się za bardzo, aby nie uprzykrzać życia innych, trzymała się z boku, to było całkiem wygodne, zwłaszcza, że prawie nikt jej nie zauważał. Tyle, że, czy to było naprawdę tym, czego chciała, czy nie powinna oczekiwać czegoś więcej? Świadomość, że umarłaby nie osiągając niczego ciekawego nieco ją przytłoczyła, nie chciała dłużej podążać tą drogą, skoro już dostała kolejną szansę, to miała zamiar ją nieco lepiej wykorzystać. Zresztą zaczęła to już robić tamtego wieczora, podejmowała decyzje nietypowe dla siebie, bez zastanowienia, nie martwiąc się tym, czy mogą skomplikować jej życie, nie miały, bo przecież nie było szansy, na to, aby się znowu spotkali. Przeliczyła się nieco, ale co z tego? Suma summarum, nikogo nie skrzywdziła, nie zrobiła niczego złego, może nietypowego dla niej samej, ale co z tego?

Poczuła z nim wtedy dziwną więź, tak lekko im się rozmawiało, o tych głupotach, ale też o tematach, które wcale nie były łatwe. Nie miała więc najmniejszego problemu z tym, aby sięgnąć po to na co miała ochotę, zrobić coś zupełnie innego od zwyczajnych dla niej zachowań. Nie wydawało jej się, aby wtedy mu się to nie podobało, wręcz przeciwnie, instynktownie zareagował na ten pocałunek, przyciągnął ją do siebie, czas się zatrzymał i nie liczyło się nic, ani nikt. Tylko oni pośród chaosu, który ich otaczał. Nie pamiętała, aby kiedyś przeżyła coś takiego wyjątkowego, żaden z dotychczasowych pocałunków nie smakował jak tamten, może tu był pies pogrzebany, bo jeszcze chwilę temu nie zakładałby, że mogłoby się to powtórzyć, a teraz siedział tu przed nią, w tej ciemnej piwnicy. Czy byłaby skłonna zrobić to ponownie, by tylko sprawdzić, czy faktycznie było to tylko chwilowe, czy może on tak już po prostu miał? Może to dzięki niemu wszystko było takie inne.

Nie powinna o tym myśleć, zdecydowanie wypadałoby zejść na ziemię i skupić się na tym, że znajdowali się po prostu w piwnicy ich wspólnego znajomego, jakimś cudem, mieli zostać na trochę w jednej rezydencji, wygodniej chyba byłoby po prostu zachowywać tak, jakby faktycznie byli sobie obcy, jakby nic ich nie łączyło, niby tak było, bo przecież się nie znali, jednak nie mogła się pozbyć tego uczucia, że było zupełnie inaczej.

- Nie zamierzam dyskutować o Potterze, nie chcę sprawiać mu tej przyjemności. - Postanowiła uciąć temat, bo naprawdę nie przepadała za tym zadzierającym nosa narcyzem. Dobrze było wiedzieć, że inni mają o nim podobną opinię, jednak naprawdę nie chciała mu dać tej satysfakcji, bo przecież mogło do niego dotrzeć, co o nim mówiła. Na pewno byłby szczęśliwi, gdyby się dowiedział tego, że nie był jej taki obojętny, doprowadzał ją do szału, próbował sprawiać, by przekraczała swoje granice, ba na pewno zdawał sobie sprawę, że czasem przez niego znajdowała się na skraju, co zdarzało jej się bardzo rzadko. Nie znosiła tego typa, tak po prostu, a wcale nie było wiele osób, które darzyłaby nieprzyjemnymi uczuciami. Jemu jednak się to udało. Pracował na to przez wiele lat.

Obserwowała mężczyznę, gdy przekazała mu butelkę wina, którą wybrała. Nie widziała zbyt wiele w ciemności, pomieszczenie nie było zbytnio oświetlone, jednak starała się dostrzec jak najwięcej pomimo mroku, który ich otaczał. - Nie mam takich zabawek, więc pewnie tego nie powtórzę. - Nie dlatego, że tego nie widziała, dostrzegła bowiem błysk ostrza, które mignęło jej, gdy wyciągnął je spod nogawki. Powinna się spodziewać, że miał przy sobie broń, wyglądał na takiego, który był nią obwieszony niczym świąteczne drzewko bombkami podczas Yule.

- Szkoda, bo mogłoby mi się to przydać w przyszłości. - Ominęła ją ogromna szansa podpatrzenia nowej, bardzo przydatnej w życiu umiejętności, jakoś będzie musiała sobie z tym poradzić, prawda?

Całkiem szybko udało mu się pozbyć korka, powinna się tego spodziewać, radził sobie z każdym problemem stającym na drodze, przynajmniej kiedy znajdował się obok niej, nie wątpiła, że jej towarzystwo jest jakieś wyjątkowe, więc po prostu musiał tak już mieć.

- Dziękuję. - Nie byłaby sobą, gdyby nie podziękowała za przysługę, więc zrobiła to, kiedy przekazywał jej butelkę. Niemalże od razu skierowała ją w stronę ust, aby pociągnąć spory łyk. Tak, od razu lepiej, potrzebowała alkoholu i w końcu miała możliwość się go napić, jeszcze chwila i pewnie poczuje ciepło krążące w jej żyłach, na pewno będzie dzięki temu bardziej przystępna, stres powinien być mniejszy. Może uda jej się czegoś dowiedzieć, bo gdy piła stawała się nieco bardziej otwarta i mniej przejmowała się tym, co ludzie powiedzą.

- Lou Carcolh jak dla mnie brzmi całkiem imponująco, zeżarty przez wielkiego ślimaka, nie widzę sensu szukać lepszego powodu śmierci. - Nie skomentowała zakażenia, bo to byłoby naprawdę słabe, ale wielki ślimak, który żył w jaskiniach, to nie było wcale takim zwyczajnym sposobem na odejście z tego świata.

Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, kiedy znowu się odezwał. Analizowała słowa padające z ust mężczyzny, to co mówił jednak nie było takie oczywiste, nie dla niej, nie kiedy mówił o tym w ten sposób. Upiła kolejny łyk wina z butelki próbując ułożyć sobie w głowie coś niecoś.

- Nie każdy, jak widać. Ciągle nie wiem kim jesteś i nie mogę znaleźć odpowiedzi na tę zagadkę. - To nie było takie proste, jak się mogło wydawać. Oczywiście, że zamierzała się tym z nim podzielić, skoro dla niego wszystko było takie proste... Cóż, dla niej nie było. Nie należała do ich kliki, była osobą zewnątrz, może oni znali ją, wiedzieli kim jest, najwyraźniej jednak ona miała jakieś braki. Nie dostała wszystkich informacji, czegoś jej brakowało. Trochę ją to irytowało, bo przez to nie mogła połączyć wszystkich faktów, jakby gdzieś zgubiła kilka puzzli przez które nie mogła ułożyć całego obrazka.

- Próbowałam? Wydaje mi się, że raczej udało mi się Cię okraść. - Chociaż, czy można było faktycznie mówić o kradzieży, kiedy druga strona zrobiła to samo? Chyba nie do końca, mniejsza o to, tak, czy siak osiągnęła wtedy to, czego chciała, za co nie zamierzała przepraszać. Nie była już tą dziewczyną, która bała się własnego cienia, życie dosyć mocno ją zweryfikowało na przestrzeni lat, w końcu chyba zaczęła również robić to, na co tylko miała ochotę. Wcale nie miała z tego powodu wyrzutów sumienia, chociaż może powinna je mieć?

- Życie potrafi zaskakiwać. - Ona również nie przewidziała przecież tego, że spotkają się tak szybko, że w ogóle się spotkają, ale do tego doszło. Musiała to jakoś przetrawić, z każdym kolejnym łykiem wina, po który sięgała jakoś lżej jej było z tym wszystkim, tym całym spotkaniem, do którego nie powinno dojść. Wiedziała, że alkohol nie był szczególnie dobrym pomysłem w tej sytuacji, bo była zmęczona, co wiązało się z tym, że język rozplątywał się jej zdecydowanie szybciej niż normalnie. - Nic jednak nie dzieje się bez przyczyny. - Stara prawda, czyż nie? Jeszcze nie wiedziała, jaka to przyczyna spowodowała to, że znaleźli się razem w tej piwnicy, ale zamierzała do tego dojść.

- Wcześniej nie byłam swoja? - Tak, wiedziała do czego zmierza, musiał znać jej brata, to mogłoby świadczyć o tym, co mówił, no i należała teraz do znajomych Corneliusa, więc nie była tak zupełnie obca, tyle, że nadal jeszcze nic jej się w tym wszystkim nie zgadzało. - Ty też jesteś swój? - Tak, bardzo zależało jej na tym, aby ustalić, jakie właściwie było jego miejsce w tym wszystkim. Niby wiedziała, że nie był zupełnie obcy, ale ciągle brakowało jej danych, aby połączyć wszystkie kropki. - Nie wiem tylko do końca, jaki właściwie był punkt wyjścia, możesz rozjaśnić? - Zdecydowanie wiedział więcej od niej, posiadał informacje, których ona nie miała, musiała je jakoś z niego wyciągnąć.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#12
21.04.2025, 00:41  ✶  
Siedziałem na podłodze w półmroku, w tej zatęchłej części piwnicy, czując pod palcami zimne, przykurzone deski, ale myślami byłem gdzie indziej, chociaż moje ciało jeszcze tkwiło w tym miejscu. Nie wyszedłem, zabierając moje cielsko spod ściany, tylko nadal się o nią opierałem, z kolanem podciągniętym pod brodę, prowadząc jedną z najdziwniejszych rozmów, jakie miałem okazję ostatnio prowadzić - nawet biorąc pod uwagę naszą osobliwą interakcję podczas pożaru Londynu albo tę wcześniejszą z kotem uciekinierem, tym razem to było znacznie bardziej dziwne spotkanie, a słowa nie szły nam już tak lekko, zdania nie chciały się układać, było znacznie bardziej nienaturalnie. Prawdopodobnie nie tylko ja miałem wrażenie, że w oku cyklonu zachowywaliśmy się wobec siebie znacznie bardziej przyjacielsko i luźniej, niż w momencie, w którym już nic nam nie groziło. To chyba była ta magia chwili, albo siła impulsu przetrwania, która nas wtedy ze sobą powiązała. Teraz miałem wrażenie, że może tak naprawdę nigdy nic nas nie łączyło, żadna nić porozumienia, a to wtedy to były tylko instynkty, maski do nakładania, ubierane po to, żeby przeżyć. Prudence była ode mnie zależna, ja pierwszy raz od dawna czułem się, jakbym mógł być altruistyczny i opiekuńczy - razem stworzyliśmy teatr iluzji. To, co zostało w tej chwili, to były tylko cienie tamtych chwil... I właśnie się rozmywały.
Wpatrywałem się w nią, tę kobietę, którą widziałem niedawno, a którą w rzeczywistości znałem od dawna - tę samą, a jednocześnie inną Prudence Bletchley. Widziałem jej twarz, teraz doskonale ją rozpoznawałem, mimo drobnych zmarszczek i innej fryzury - wciąż miała w sobie coś z tamtej dziewczyny, którą znałem w szkole. Tej, która nosiła głowę wysoko, nawet jeśli jednocześnie grała niepewną i wycofaną. Snuła się po korytarzach - z zadartym nosem i odpychającym wyrazem twarzy, który jeszcze bardziej sztywniał i gęstniał na mój widok, jakby pielęgnowała w sobie coś, co miało mi pokazać, że nie ma dla mnie nawet odrobiny uwagi, a ja marnuję czas, próbując do niej zagadać, bo dla niej nie jestem tym, kim uważałem, że byłem - w jej oczach nie jestem fajnym dzieciakiem, tylko nikim szczególnym. Odmawiała spojrzenia na mnie, jakby była lepsza od wszystkiego, co reprezentowałem. Parokrotnie próbowałem do niej podbijać, a ona mnie zlewała, traktowała jak trędowatego. Tyle tylko, że im bardziej się ode mnie odsuwała, tym bardziej próbowałem się do niej zbliżyć, chociaż w głębi serca wiedziałem, że to była głupota, bo nasze rozmowy przypominały raczej jednostronny bullying, ewentualnie musztrę. Wtedy czułem się jeszcze bardziej upokorzony, jeszcze bardziej zły na siebie, bo wiedziałem, że ona miała w dupie moje starania, więc zaczynałem robić się wredny... Im bardziej ją drażniłem, tym bardziej ona się odsuwała, traktowała mnie z góry... Należałoby odpuścić, nie? Ale nie, ja tego tak nie odbierałem - ja, wtedy młody i głupi, ponownie próbowałem ją zdobyć, chociaż w dalszym ciągu wiedziałem, że to nie miało sensu w tym wydaniu. Aż w końcu granice zostały przekroczone i pozostała tylko antypatia.  Wtedy nie obchodziło mnie, że jest siostrą bliźniaczką jednego z moich najlepszych przyjaciół - to nie było dla mnie żadnym argumentem, by na nią nie lecieć, natomiast stało się idealnym pretekstem, żeby ją dręczyć, bo przecież miała na pieńku z Eliasem. Byłem tak skupiony na własnym ego, na własnej dumie, że nie liczyło się nic innego. Ona miała w dupie mnie, ja miałem w dupie ją, i tak się to toczyło przez lata. Obnosiłem się z tą swoją frustracją, irytacją, próbując ją zranić, bo  wydawało mi się, że to jedyna metoda, by się z nią uporać. Podczas tych szkolnych lat, rozgrywała się między nami jakaś gra, której nie rozumiałem do końca - byłem tylko dzieciakiem, kimś nieprzykłym do okazywania sympatii innej niż przyjacielska, to zmieniło się dopiero z czasem, niestety, przy niewłaściwej, ale wtedy bardzo dopasowanej osobie - tylko czułem, że jest w tym coś więcej, coś, co mnie wkurwiało i pchało do jeszcze większej głupoty. 
Siedząca obok mnie kobieta była taka sama, a jednocześnie inna od tej nastolatki, którą znałem kiedyś - to była ta sama twarz, te same rysy, ale coś w jej spojrzeniu, w postawie, drobnych gestach, zdradzało, że od tamtego czasu minęło wiele. I ja też, w tym czasie, zmieniłem się nie do poznania. Nie byłem tym samym chłopakiem, którym byłem - te wszystkie lata, decyzje, błędy i rozczarowania, odcisnęły na mnie swoje piętno. Nie widziałem swojego odbicia, ale miałem wrażenie, że w naszych oczach, które się spotkały, z początku było można zobaczyć tę samą mieszankę zaskoczenia, niepewności, ale i czegoś innego - jakiegoś cichego zrozumienia, które pojawiło się mimochodem, jakby poza naszą wolą. Mignęło mi to w twarzy Prudence, chociaż zaledwie przez chwilę, zanim zastąpiła je konsternacja i sztywność. Już żadne z nas nie zachowywało się naturalnie swobodnie. Całe tamte wydarzenia zaczynały przypominać mglisty sen - nasze rozmowy, poruszane tematy, a potem, na końcu, smak jej ust - truskawkowy, słodki, jakby na przekór wszystkiemu, co się działo wokół... Gdyby nie wiedza, że to nie była zbiorowa halucynacja i wszystkie fizyczne dowody na to, że przeżyliśmy tamten moment, mógłbym nawet kwestionować zaistnienie tych wydarzeń. Przy tej oficjalności, z jaką obecnie podchodziliśmy do siebie, nie byłoby to bardzo trudne - niby używaliśmy potocznych słów, gadaliśmy o przywarach Pottera i tak dalej, ale to nie był dialog ludzi, którzy zaledwie dwa dni wcześniej całowali się w spanikowanym tłumie, przedtem rozprawiając na temat nawiązania przyjaźni.
Jednak ta chwila minęła, zostawiła po sobie tylko gorzki posmak, który rozlewał się wewnątrz mnie, i chociaż próbowałem to od siebie odsunąć, to podświadomość mówiła mi, że nie dało się tego zrobić. Nie było już między nami tamtego charakterystycznego napięcia - czegoś na granicy między przyjacielskim zrozumieniem obcej osoby, a wysublimowanym, może trochę niebezpiecznym, odrobinę niewłaściwym flirtem - była tylko pustka, i świadomość, że wszystko, co się wydarzyło, zostało w przeszłości. Nie rozpoznałem jej w Londynie, nie miałem pojęcia, co się u niej działo, jak wyglądało jej życie - dopóki sama mi o tym nie powiedziała, biorąc mnie za obcego. Nie sądziłem, iż jeszcze kiedykolwiek będziemy mieć okazję porozmawiać. Uśmiechnąłem się pod nosem, trochę z przekorą, i spojrzałem na nią lekko z ukosa.
- Nie tszymasz noszy w tych ładnych bucikach? - Powiedziałem cicho, z lekkim niedowierzaniem w głosie. - Jak ty pszeszyłaś tyle lat... - Skomentowałem siląc się na przekorę, którą pociągnąłem dalej - pociągając ją przez te słowa o ślimakach i zakażeniach, ale nie odpowiadając niczym więcej, jak tylko krzywym uśmiechem. Tym krzywszym na to, jak mnie podsumowała.
Wyciągnąłem do niej rękę, nie posuwając się do innego komentarza, niż to, co zaraz opuściło moje usta - tak, jak to robiło setki tysięcy razy, zupełnie naturalnie, ale od razu z rozwinięciem.
- Benjy. Benjy Fenwick. Od biedy, mosesz mi mówiś Fen, jeszli chces. Nie Benjamin, nie Ben... Albo „ej, ty”... To mi wystalszy. - Powiedziałem powoli, z lekkim uśmiechem, który nie był ani radosny, ani smutny, tylko gorzki i przekorny. Nie mówiłem tego głośno, ale wewnątrz, w głębi siebie, czułem się z tym całkowicie w porządku - od wielu lat byłem pogodzony z faktem, że nie ma już we mnie nic z tamtego chłopaka, bo stałem się kimś innym. Musiałem dostosować się do warunków panujących w tym nowym świecie, w jakim przyszło mi żyć. Dawny Aloysius Rookwood... Nie, po prostu Aloysius Rookwood, bo był tylko dawny, nie było żadnego obecnego, wbrew temu, co pewnie zakładali moi przyjaciele, nadal od czasu do czasu mówiąc mi starym przezwiskiem. To był inny człowiek, ja i jednocześnie nie ja - ktoś, kto przeszedł piekło i wrócił, choć już nie do końca w całości. Tak czy inaczej - Aloysius Rookwood nie przeżyłby jednej dziesiątej tego, co ja przeżyłem. To, kim stałem się teraz, to zupełnie inna osoba, silniejsza, bardziej wytrwała, choć momentami i bardziej zagubiona. Nic dziwnego, prawda? W pewnym sensie ta nowa osoba miała raptem piętnaście lat, nie trzydzieści trzy - to brzmiało jak nieśmieszny żart mający w sobie trochę za dużo prawdy. Tamten niespełna dziewiętnastoletni dzieciak nie mógłby się tu znaleźć, w tej piwnicy, z tym człowiekiem, który teraz siedział na podłodze i patrzył na Prudence Bletchley - nawet, jeśli bywał tu przy wielu okazjach, to gardziłby takim towarzystwem. Miał przed sobą świetlaną, najpewniej akademicką przyszłość - tymczasem ja nigdy nie zrobiłem żadnego kursu ponad te w Hogwarcie, na którym zakończyłem moją formalną edukację.
Unosząc butelkę do ust, pociągnąłem głęboki łyk, ale przedtem znowu przytoastowałem bez słowa z myślą, że robię to całkiem egoistycznie - by mieć świadomość, że przynajmniej nie tylko ja piję w tej ciemnej, zatęchłej piwnicy. Nie chciałem, by uznawała wzięcie od niej butelki, podanie jej wina, za coś więcej niż tylko dzielenie się alkoholem. To, w rzeczy samej, była próba nawiązania jakiegoś kontaktu, tak samo ten głupi komentarz o tym, że nie powinna powtarzać moich technik. Parsknąłem, słysząc jej komentarz i lekko się uśmiechnąłem.
- Nie udało ci szię, niestety, nie udawaj, sze nie wies, sze odeblałem szwoją własnoś... No, chyba, sze lobisz to celowo. - Powiedziałem cicho, trochę rozbawiony, jeszcze zanim sięgnąłem po dużego hausta alkoholu z butelki, zamykając tym sobie usta z coraz bardziej rozplątanym językiem, żeby nie powiedzieć za dużo. Na chwilę zamilkłem, bo uświadomiłem sobie, że tak naprawdę nie wiedziałem, czy wcześniej była swoja - i nie miałem żadnego powodu, by jej ufać. Miałem za to bardzo wiele powodów, by jej nie ufać - to nie była jakaś głupia gra, to było życie, pełne konieczności dochowywania I pilnowania tajemnic, i zdrad mogących wynikać ze zbytniego zaufania, bo przecież wiedziałem, że ono nie było dla mnie bezpieczne - zwłaszcza w obrębie granic Wielkiej Brytanii. A mimo to, miałem świadomość, że ona zaufała mi wtedy na ulicy, gdy doprowadziłem się do urazu kolana, chociaż może nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, co robi. Może o tym nie myślała albo po prostu uznała, że nie miała wyjścia, bo razem zaangażowaliśmy się w sytuację z kotem - tak czy owak, zabrała mnie do swojego mieszkania. Później przebyła ze mną pół Londynu stojącego w ogniu. Nie mogłem też zignorować świadomości, że siedziała tutaj ze mną, w tej ciemnej, zatęchłej piwnicy - to też dawało mi do myślenia. To albo oznaczało, że jest skrajnie głupia, albo też, że coś się między nami pojawiło - coś, co wykraczało poza zimny osąd, logikę i rozsądek. Nie bała się, nie odsuwała, nie odwracała - to albo była głupota, albo coś innego. Coś, czego nie dało się tak łatwo zignorować.
- Cokolwiek szobie telas pomyślis, to jeszt jescze balsiej szkomplikowane, nisz ci szię wydaje. - Pokręciłem głową z niedowierzaniem, milcząc przez chwilę, patrząc przed siebie na ciemną przestrzeń, jakbym próbował znaleźć w niej jakieś rozwiązanie, które nie istnieje. - Daj szpokój, Bletchley... - W końcu wziąłem głęboki oddech, czując, jak powietrze wypełnia moją klatkę piersiową, i powiedziałem cicho, ale z pełnym przekonaniem. - Jeszteś inteligentna. Jeszteś najmądszejszą oszobą, jaką znam. I wiem, sze jusz znasz odpowieś na pytanie, któle mi zadałaś... - Wiedziałem, że mnie kojarzy, tylko nie wie, skąd. To fascynujące, jak czas i los potrafią namieszać w głowach, jak tworzą te ukryte ścieżki powiązań, które nie zawsze są takie oczywiste.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#13
21.04.2025, 05:55  ✶  

Nie zostałaby w tej piwnicy, gdyby nie chciała doprowadzić do tej rozmowy. Mogła już na samym początku dostrzeżenia mężczyzny grzecznie przeprosić za przeszkadzanie mu w tej chwili, którą najprawdopodobniej chciał spędzić sam, bo nie znalazł się w tej ciemnej piwnicy, nie siedział tu z butelką w dłoni bez konkretnego powodu. Schował się przed towarzystwem, które znajdowało się na piętrze, pewnie nie chciał z nikim rozmawiać, miał zamiar zaszyć się w tej nieszczęsnej piwnicy. Nie była głupia, potrafiła łączyć kropki, domyśliła się, że chciał najprawdopodobniej po prostu uciec od tego co działo się na górze, chociaż na chwilę. Wiedziała, że sytuacja musiała być napięta, bo Corio i Ambroise byli w Londynie, zapewne najbliżsi na nich czekali, to nie był spokojny czas. Martwili się o nich.

Przeszkodziła mu w tym, zaskoczyła go. Wyłoniła się z ciemności niczym cień, którego się nie spodziewał i postanowiła zapytać o to, czy może się dołączyć. Zapewne nawet gdyby chciał jej odmówić, to było na to zbyt późno, bo zdążyła się już rozgościć w tej nieszczęsnej piwnicy, zdążyła go nieco osaczyć, przerwać mu tę chwilę samotności. Na pewno się tego nie spodziewał, nie mógłby domyślić się tego, że pojawi się tutaj zupełnie znikąd, dla niego to też było coś zaskakującego. Zapewne przez to w jakim miejscu się znaleźli czuła się tak nieswojo. Rozmowa była zdecydowanie trudniejsza od tych wcześniejszych, mniej zobowiązujących. Miała już świadomość tego, że będą się spotykać, mijać, przynajmniej w najbliższym czasie. To sporo zmieniało, chociaż czy naprawdę? Czy musiała przejmować się tą drobną zmianą? Czy faktycznie to miało wprowadzić takie zmiany w jej podejściu?

No nie do końca. Była w stosunku do niego wyjątkowo otwarta, ale on też to robił. Pojawiał się w jej życiu w zupełnie losowych sytuacjach, kiedy potrzebowała wsparcia, wyciągał do niej rękę, pomagał jej, a później znikał. Tym razem miał być tuż obok, nie zniknąć. Mogła dłużej przebywać w jego otoczeniu, okazał się istnieć naprawdę, a nie pojawiał się i znikał wyłącznie w sytuacjach zagrożenia.

To umożliwiało jej zaspokojenie ciekawości, dowiedzenie się o nim czegoś więcej, chociaż niby co nieco już jej powiedział podczas ich wspólnej wędrówki przez płonący Londyn. Nie wątpiła, że to wszystko o czym wtedy wspominał było prawdziwe, nie wyglądał na kogoś kto by ją okłamał, może była naiwna, ale ufała mu wtedy. Ciekawe, czy postąpiła słusznie.

Ona była z nim szczera, sytuacja była tak poplątana, nadzwyczajna, że nie wpadła na to, że mogłaby mu nie mówić prawdy, zresztą nie chciałby tego tamtej nocy. Dobrze było wiedzieć wtedy, że jest z kimś, że mimo tego, że się nie znali nie została zupełnie sama podczas tego chaosu, który trawił Londyn. Dowiedzieli się wtedy co nieco o sobie, bo ich wędrówka nie była wcale taka krótka, spędziła na jego plecach sporo czasu, przytulona do ciała nieznajomego, który teraz siedział przed nią w piwnicy. Byli bardzo blisko siebie tamtej nocy, nie powinno ją dziwić to, że teraz zrobiło się dość niezręcznie. Nie założyli możliwości ponownego spotkania, bo nie było ono wcale takie oczywiste. Nie mogli wiedzieć, że znajdą się w tym samym miejscu, nie mieli świadomości tego, że otaczają się znajomymi ludźmi, bo sami nie mieli szansy się wcześniej poznać. Zapewne przez to, że nie było go na miejscu, mówił o tym zresztą. Wspomniał, że tutaj nie mieszkał tamten nocy. Opowiadał o Stanach, o swoich podróżach, o pracy, o byłej żonie. Słuchała wszystkiego, co miał jej do powiedzenia, teraz na moment znowu się na tym skupiła, na tych wspomnieniach z tamtej nocy. Przymrużyła oczy, upijając przy tym spory łyk wina ze swojej butelki. Nadal coś nie dawało jej spokoju, ta dziwna świadomość, że go kojarzy, że już wtedy przy tym kocie miała to wrażenie, dziwne uczucie, że nie spotkali się pierwszy raz. To, że teraz byli w tym nie przypadkowym miejscu razem tylko to potwierdzało. Musiała myśleć, łączyć kropki, to na pewno nie był zbieg okoliczności.

Mrugnęła, przerwała chwilowo swój proces myślowy, przeniosła ponownie na niego spojrzenie. - Nie trzymam, nie wszyscy potrzebują noży do tego, aby się bronić, czy robić krzywdę innym. - Tak właściwie to mógł korzystać z nich dwojako, nie zakładała, że tylko się bronił, raczej korzystał z tego w obie strony. To chyba tak działało. Nie znała się szczególnie na nożach, nigdy nie ciągnęło jej do takich narzędzi. Zresztą, czy wyglądała na dziewczynę, która korzystała z przemocy? No nie, zdecydowanie nie. Jej wygląd mógł być mylący, Prue wcale nie była taka niewinna na jaką się kreowała. Nie wiedziała, czy ktoś z tutaj obecnych coś o niej wspominał, nie miała pojęcia, co mógł o niej wiedzieć poza tym, że znał jej imię i nazwisko i zapewne zdawał sobie sprawę z tego, że na górze znajdował się jej brat.

- Też się nad tym czasem zastanawiam, ale chyba po prostu jeszcze nie było mojej pory na to, żeby odejść. Coś mnie tu trzyma, wiesz, inaczej chociażby przecież nie podsunęło by mi Ciebie pod nogi tamtej nocy. - Skoro już rozmawiali o jej życiu, to nie mogła nie wspomnieć o tym, że to była też jego zasługa, przynajmniej te dwa dni temu. Właściwie to była chyba najbardziej bliska śmierci sytuacja, w której się znalazła, więc naprawdę zrobiło to na niej spore wrażenie. Nie spodziewała się, że coś takiego może się.jej przytrafić, zresztą dość mocno to na nią wpłynęło. Spowodowało dziwne myśli, dziwne decyzje.

- Dobrze, więc miło mi Cię w końcu oficjalnie poznać Benjy, nie Benjaminie, nie Benie. Na pewno nie będziesz ej Ty, skoro już mi się przedstawiłeś, bo nie jesteśmy sobie obcy, prawda? To byłoby niegrzeczne zwracać się do Ciebie w ten sposób. - Skoro wyciągnął w jej kierunku dłoń, to zrobiła to samo, wypadało przejść przez te konwenanse prawda. To nie tak, że nie miała szansy już przełamać niemalże wszystkich granic dotyku ostatnim razem. Siedziała na jego plecach, wtulona w nie przez długi czas, później go pocałowała. Uścisk dłoni był naprawdę niczym wielkim jak na to, co miała szansę już z nim robić. Trochę ją nawet bawiło to, jakie to było popaprane, bo jej nie przytrafiały się podobne rzeczy, nie w jej poukładanym nudnym życiu. Może faktycznie miała się stać bardziej cool, skoro miała już takiego cool znajomego. Skoro się jej przedstawił, to nie byli sobie już obcy prawda? Ona również wiedziała kim jest, chociaż nic nie powiedziały jej te dane osobowe. Nadal coś jej tutaj nie grało, nadal nie wszystko do siebie pasowało, jakieś dane jej umykały. Miała to dziwne przeczucie, które jej nie opuszczało.

Zawtórowała mu w tym toaście i również upiła spory łyk alkoholu ze swojej butelki. Wino było całkiem smaczne, wchodziło jak złoto, wiedziała, że to może być zdradliwe, zważając na to, że znalazła się tutaj po dwóch  nieprzespanych nocach, to mogło się skończyć bardzo słabo, ale zdecydowanie tego potrzebowała. Musiała odreagować wszystko, co się wydarzyło. Nie robiła tego sama, wbrew temu, co myślała jeszcze kilka minut temu. Nie sądziła, że kogoś tutaj spotka, zawsze lepiej pić w towarzystwie, więc może to naprawdę nie było takie złe, że się tutaj spotkali. Właściwie coraz bardziej wydawało jej się w porządku, to, że mieli szansę zobaczyć się zupełnie sami tak wcześnie, może miejsce nie było szczególnie atrakcyjne jak na nawiązywanie nowych znajomości, ale nie bardzo ją to obchodziło. Piwnice też miały swój urok, tak samo jak cmentarze, uwielbiała cmentarze.

- Ja, celowo? Coś Ty, przecież jestem bardzo sztywna, nie umiem się bawić. - Do tego też doszli ostatnio, że to on był tym bardziej cool w ich gronie. Najwyraźniej Bletchley postanowiła mu udowodnić, że ona także potrafiła czasem zaskakiwać i działać nieprzemyślanie, może nieco pozazdrościła mu tego, że był fajniejszy? Kto ją tam wiedział, co nią kierowało. Niczego jednak nie żałowała,  nawet nie miała zamiaru udawać, że było inaczej. - Chociaż to prawda, jak widać okropna ze mnie złodziejka, mimo, że powinnam jakoś sobie radzić z kradzieżą, jako przedstawicielka wymiaru sprawiedliwości, jak widać nie wyszło najlepiej. - Bawiło ją to, że rozmawiali o tym tak zupełnie niezobowiązująco. Znowu to robił, nie umknęło jej to, znowu rozładowywał napięcie poprzez żarty i to działało. Powodował, że ponownie czuła się lepiej, przestawało jej towarzyszyć to uczucie niezręczności. Nie oceniał, nie zaczepiał jej w żaden chamski sposób, a mogło być przecież różnie, chociaż czy aby na pewno? Czy Bletchley pocałowałaby kogoś kogo miała za buca, no nie. Jej odczucia rzadko kiedy się myliły, jeśli chodzi o osądy innych osób. Miała te swoje śmieszne, posrane zmysły, dzięki którym widziała nieco więcej, była wrażliwsza na pewne rzeczy.

- Ja ciągle myślę, nie teraz, nie w tej chwili, ja ciągle o tym myślę, wiesz. - Na pewno nie miał pojęcia w jaki sposób dokładnie działał jej umysł. Nie mógł tego widzieć. Zdrowe osoby nie miały pojęcia, jakie go potrafiło być upierdliwe, jak bardzo męczące potrafiło być takie odrywanie od rzeczywistości w czasie zwyczajnego dnia. Odrywanie się zupełnie znienacka od wykonywanej czynności, łapanie się na tym, że myśli o tych znajomych oczach, próba dopasowania ich do twarzy, jednej z wielu twarzy z przeszłości. - Wiem, że Cię wcześniej widziałam, przed kotem, wiem o tym. - Pociągnęła łyk wina, odpowiedź wydawała się być na wyciągnięcie ręki, jeśli faktycznie ją do tego tak zachęcał. Myślała o tym wcześniej, pomyślała o brakującym ogniwie, o tym, którego obecność wydawała się być oczywista. Pojawiła się jej teraz przed oczami twarz Rookwooda, przyjaciel jej brata, przyjaciel Ambroise, Romulusa, Corneliusa. Kolejne brakujący element. Te oczy i tamte oczy, to by się zgadzało. Dopiero gdy znalazła się w tym miejscu miała możliwość połączyć kropki, dopiero teraz wiedziała, gdzie powinna szukać rozwiązania, obecność w tym miejscu trochę jej to rozjaśniła. Nie znalazł się przecież tutaj przypadkowo, musiał być kimś z ich otoczenia, a ona miała pewność, że znała te brązowe oczy. Wszystko samo się nasuwało.

- Dziwne, kiedyś nie powiedziałbyś mi czegoś takiego, raczej sięgałeś po inne epitety. - Spojrzała mu w oczy, wiedziała, teraz już to było dla niej jasne. Miała świadomość z kim właśnie rozmawiała, kto siedział z nią w piwnicy. Jak na to zareagowała? Póki co nie wybiegła z wkurwen z piwnicy, więc chyba nie było wcale tak najgorzej. Upiła za to spory haust wina, należało jej się, zasłużyła na nagrodę za rozwiązanie tej jakże trudnej zagadki. Dosyć długo trwało łączenie przez nią kropek, jednak w końcu jej się udało.

- więc Benjy, kopę lat, życie bywa przewrotne, co? - Do czego zmierzała, nie miała pojęcia. Nie do końca wiedziała, jak miała reagować na te rewelacje. Była pewna, że Rookwood znajdował się w Australii, mówił kiedyś o tym Elias, a jak widać siedział tutaj przed nią. Zdecydowanie nie przypominał tego gówniarza, którego zapamiętała, zadziwiającego nosa, chcącego ciągle udowodnić swoją wyższość nad takimi jak ona.

Oczywiście, że nie zapomniała tego, jak ją traktował, miała te okropne szczęście, że bardzo dokładnie pamiętała niemalże wszystko, co działo się w jej życiu, te dobre, czy mniej przyjemne chwile, więc będzie jej to pewnie towarzyszyło do usranej śmierci. Nie, żeby chętnie wracała do tych wspomnień, wolała nie skupiać się na takich rzeczach, bo robiło jej się przykro, kiedy wracała do tamtych czasów.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#14
21.04.2025, 18:18  ✶  
To była dziwna sytuacja - nieoczekiwanie znaleźć się z nią tutaj, jednocześnie prowadząc coś w rodzaju luźnej rozmowy, ale wewnątrz czuć się tak, jakby to było jedno wielkie, wierutne kłamstwo, które zaraz miało wyjść. Wybuchnąć jak bomba z opóźnionym zapłonem, bo jakoś trudno mi było uwierzyć w to, że prędzej czy później nie wyjdzie na jaw to, co było już dla mnie bardzo jasne - znaliśmy się z dawnych czasów. Dla mnie rzeczywiście z czegoś na kształt poprzedniego życia, ale dla Prudence to musiało być bardziej skomplikowane. Mogłem udawać, że jest między nami lekkość, jednak w głębi duszy wiedziałem, że oboje bardzo się pilnujemy. Nie spodziewaliśmy się siebie tutaj - to było bardzo odczuwalne, nawet jeśli rozmowa płynęła nam całkiem miło.
- Ten nie jeszt ani do tego, ani do tego. - Odpowiedziałem z nagłym parsknięciem i szerszym uśmiechem, bo chociaż jej założenia były w dużej mierze słuszne, to myliła się odnośnie tego jednego przedmiotu - z drugiej strony, rozmawialiśmy o nożach w liczbie mnogiej, a tych rzeczywiście miałem przy sobie więcej niż ten jeden, i znaczną większość służyła do tego, o czym mówiła. Wzruszyłem ramionami. - Wyobraś szobie, sze nawet w moim świecie, nie zawsze tszeba od lasu pszechodziś do pszemosy. Czasami wystalszy, sze oponent wie, sze nosis bloń. Im więsej noszy mas, tym silniejsze szą twoje algumenty. - Błysnąłem zębami w szerokim uśmiechu, który utrzymałem na wargach, dopóty nie usłyszałem tych następnych słów. - Nie, kulwa, ploszę, tylko nie to... - Powiedziałem bardzo nieprzejętym, powolnym, niewzruszonym głosem, jednocześnie kręcąc głową. - Nie chcę byś szadną częścią planu sił wyszszych, m'kay? Nie wieszę w pszeznaszenie, soly. - Przyznałem bez oporów - nie chciałem tego rozwijać, ale w przypadku historii takiej, jak moja, to było całkiem logiczne. Zrozumiałaby, gdyby była w mojej skórze. Aloysiusa, Benjy'ego, kogokolwiek, obu na raz...
- Cześć, Prudence, miło mi. - Kiwnąłem głową, puszczając jej dłoń, chociaż wewnątrz wcale nie chciałem musieć tego robić, tak samo jak udawać, że to nasze pierwsze przedstawianie się sobie. Nie wypadało jednak robić z tego czegoś jeszcze bardziej niezręcznego, może nawet trochę upiornego, niż konieczne. Może, gdybyśmy zachowywali się trochę swobodniej, to byłoby bardziej na miejscu, ale nie teraz.
- Plasujesz w kostnisy, w dodatku sządowej, to nie do końca twoja wina, sze jeszteś sztywnialą. - Powiedziałem starając się zachować powagę, ale rozbawienie przebijało się przez mój opanowany ton głosu, gdy wywróciłem oczami. - Pszedstawisiele wymialu szplawiedliwości kladną inaszej. Macie inne szposoby, machlojki, łapówkalstwo... Nie dostałaś bloszuly, bioląs tę lobotę? - Spytałem trochę uszczypliwie, pociągając solidny łyk z butelki. Nie wątpiłem, że ktoś taki jak Prudence Bletchley przeczytałby ją od deski do deski, nic nie pomijając, najpewniej kilka razy, żeby wykuć wszystko na blachę. Nie mogłem tego powiedzieć - darowałem sobie ten komentarz, żeby nie wyjść na kogoś, kto zna ją bardziej, niż powinien, tyle tylko, że nasza rozmowa i tak zeszła na tory tego, skąd się kojarzyliśmy. Pierwszy raz powiedziała mi na głos, że mnie zna - jeszcze z pewnością nie wiedziała, skąd, ale to była tylko kwestia czasu, prawda? Nie zamierzałem jej tego ułatwiać, ale też nie mogłem zamilknąć albo zacząć zmieniać temat - szczególnie, że uścisnęliśmy sobie rękę, a chwilę później Prudence odpowiedziała coś, co wywołało u mnie jeszcze głębszy uśmiech, choć tym razem był on bardziej zmieszany niż wcześniej. Spojrzałem na nią dłużej, przyglądając się jej twarzy, tym razem z bardziej uważnym spojrzeniem. Zawsze była dla mnie jak zagadka, którą próbowałem rozwiązać, ale teraz wiedziałem, że to rozwiązanie jest gdzieś poza moim zasięgiem.
- To jakaś pszypadłoś, nie? - Spytałem bez zastanowienia, nawet nie zwróciwszy uwagi na to, że to może być zbyt otwarte, albo nawet chamskie, bo od razu kontynuowałem wypowiedź, zmierzając do tego, czemu to pytanie w ogóle padło. - Posnałem kilka oszób, któle tesz wyklaszały posa glanise sztandaldowej loskminy. Był taki jeden alcheolog, spesjalista w szwojej dziedzinie, ale gdy zaszynał analisować szytuasję... - Przez chwilę patrzyłem na nią, jakby chciał się upewnić, że rozumie, co mówię, a potem odwróciłem głowę w tył, zbierając słowa w głowie, próbując znaleźć odpowiednie. Wiedziała, wiedziała od początku, pewnie od chwili, gdy się poznaliśmy, spotkaliśmy czy jak to nazwać, choć może wtedy jeszcze nie zdawała sobie z tego sprawy. Teraz, gdy znajdowaliśmy się w bardziej sprzyjających warunkach, sam na sam, i rozmawialiśmy całkiem otwarcie, coś się zmieniło, coś, co wkrótce mogło całkiem odciąć nas od dawnej lekkości, którą jeszcze niedawno cieszyliśmy się w tych rozmowach. Przez chwilę patrzyłem na Prudence, jakbym chcąc odczytać z jej twarzy coś więcej, choć już i tak wszystko było jasne. Nie uciekła z tego miejsca krzycząc, ale to, co się działo w jej oczach, mówiło samo za siebie. Odetchnąłem głęboko, opierając tył głowy o zimną, piwniczną ścianę, starając się zebrać myśli, chociaż w głowie już kiełkowała mi ta nieprzyjemna świadomość - Prudence dodała dwa do dwóch, nie dało się tego ukryć. Wiedziałem, że wie. Może nie było to jeszcze ostateczne rozwiązanie niezręcznej sytuacji, ale powoli zbliżało się do punktu, w którym nie będzie już powrotu. Nie miałem pojęcia, jak się z tym czuć, bo z jednej strony czułem się jak ktoś, kto właśnie traci coś, co jeszcze niedawno wydawało się całkiem miłe, a z drugiej - miałem w głowie twarde przekonanie, że tak właśnie będzie najlepiej. Koniec, i nie ma sensu się łudzić, że da się to odkręcić.
- Nie uwieszysz mi, gdy ci powiem, sze pszeszedłem nagłe oświesenie i telas jesztem lepszym człowiekiem? - Uniosłem brwi, zadając jej to wcale nie podchwytliwe pytanie, bo skoro wydawało mi się, że ja znam odpowiedź, to ona też z pewnością już ją miała.
Przeniosłem wzrok z powrotem na Prudence, próbując zinterpretować tę jej mowę ciała, tę subtelną zmianę, którą dostrzegłem w jej oczach, gdy nasze spojrzenia się skrzyżowały. Prudence spojrzała na mnie, a ja nie umiałem powstrzymać się od lekkiego uśmiechu, chociaż był to uśmiech krzywy, pełen ironii i gorzkiego rozbawienia. Nie zamierzałem z nią rozmawiać o tym, co się zmieniło, bo to i tak nie miało sensu. Właśnie to zawsze było najgorsze, gdy chodziło o ludzi z przeszłości spotykanych w teraźniejszości - zawsze zakładali, że jesteś dokładnie taki sam jak kiedyś. Nie miałem jeszcze doświadczenia w braniu kogokolwiek za kogoś innego, traktowaniu go inaczej, a potem rozpoznawaniu, jako tamtą osobę - to była dla mnie zupełna nowość. Tym bardziej w lawirowania w dyskusjach z kimś, kto już wiedział, z kim ma do czynienia. Poznającym mnie, jako tamtą osobę, nie jako kogoś, kim teraz byłem. To było dziwne - wiedzieć, że w tym momencie, to wszystko miłe, nawet jeśli nawiązane w nieprzyjemnych okolicznościach, właśnie się kończy, a jednocześnie nie móc nic z tym zrobić. Bletchley nie uciekła z wrzaskiem, ale to chyba było jasne, że zadawałem sobie pytanie nie o to, czy a o to, ile w naszej relacji popsuła ta świadomość - to, że już wiedziała.
- No, ale jeszli mamy tszymaś szię dawnych schematów, to chujowo, bo jusz pszewaliliśmy jakieś seś lat linii dialogowych, i bęsiemy muszieli ostlosznie dysponowaś lesztą, w mialę moszliwości, milcześ do sziebie po wyjsiu s tej piwnicy. - Głos miałem twardy, chropowaty i wyraźny, trochę prześmiewczy, chociaż w głębi duszy czułem lekkie rozgoryczenie, bo wiedziałem, że tak właśnie będzie - że ta cisza, ta milcząca zgoda na wszystko, co się nie zadzieje, będzie najlepszym rozwiązaniem.
Wewnętrznie, czułem lekkie rozgoryczenie, bo wiedziałem, że tak właśnie się stanie. Że to będzie nasz nowy, cichy etap, kiedy słowa będą cenniejsze od złota, a każde wzajemne spojrzenie, każde uniesienie brwi, będzie miało podwójną wagę. To było do przewidzenia i, szczerze mówiąc, wcale mnie to nie zdziwiło. Może nawet czułem ulgę, że nie muszę już udawać, że wszystko jest w porządku, bo przecież jest gorzej, niż się wydawało. Znów zadałem sobie wewnętrzne pytanie: „Ile w tej chwili w naszej relacji zostało jeszcze miejsca na jakiekolwiek odkupienie?” Odpowiedź nadal brzmiała: „Zero.”
To był ten moment, kiedy zdajesz sobie sprawę, że wszystko, co wywiązało się przelotnie, w porównaniu do wieloletnich interakcji, jest jak piasek w rękach - ucieka, a ty nie masz nad tym kontroli. Wiedziałem, że to nie jest tylko kwestia słów przeprosin, to było coś głębszego, coś, czego nie da się tak po prostu naprawić. To był koniec, i chociaż jeszcze tego nie powiedziałem na głos, wychodząc, to w głowie miałem obraz naszej przelotnej relacji - to jak się rozłaziła, jak rozrywany gobelin, jak ta cienka nić, która nas trzymała, powoli się pruła.
- Tak, faktysznie...W istosie, kopę lat... - Zacząłem, z ironią, którą trudno było ukryć. - Jak mniemam, nadal ciesysz szię, sze mnie widzis? - Sam sobie pokręciłem głową na te słowa. Doskonale znałem odpowiedź, bo to była taka sama prawda, jak to, że słońce wschodzi na wschodzie, a zachodzi na zachodzie.
To był ten moment, kiedy znów przeniosłem na nią wzrok, próbując zrozumieć, czy ta cała rozmowa ma jeszcze jakiś sens, czy może już dawno go straciła. Zwróciłem uwagę na sposób, w jaki wypowiedziała moje imię. Zdecydowanie podkreśliła, że przedstawiłem się jej jako Benjy, a nie Aloysius. Jakby tego było mało, po tych słowach, spojrzała na mnie z tym swoim specyficznym wyrazem twarzy - mogła mieć trzydzieści trzy, prawie trzydzieści cztery lata, ale w pewnych momentach dalej potrafiła patrzeć na człowieka z góry, bardzo oceniająco. Nieświadomie, chociaż może nie do końca, poczułem, jak na mojej twarzy pojawia się lekki, trochę krzywy uśmiech. Nie był to uśmiech radosny, raczej taki, który mówi: „No tak, tak to właśnie wygląda” - tak, życie bywa przewrotne. W tym jednym ułamku sekundy wszystko się zmieniło. To nie była tylko kwestia imienia, to była kwestia tego, jak ona mnie widziała i jak ja ją widziałem. I choć próbowałem się uśmiechnąć, to był to uśmiech pełen gorzkich refleksji, które nie chciały się ulotnić. O ile na zewnątrz próbowałem wyglądać jak ktoś, kto trzyma emocje na wodzy, to wiedziałem, że to wszystko idzie ku końcowi. Wiedziałem, że tak właśnie będzie, i że może właśnie to będzie najlepsze - zamknąć się w kilku zdaniach, rozwiać wątpliwości i zakończyć interakcję. Rzeczywiście, nigdy nie rozmawialiśmy ze sobą dłużej, niż to konieczne, raczej tym razem nie miało być inaczej, i w sumie - chyba było to w porządku. Pasowało mi to, bo w głębi duszy czułem, że to jest właśnie to, czego potrzebujemy - niewielka, przelotna konfrontacja z rzeczywistością, chociażby gównianie wycyrklowana, bo inaczej nie można było tego nazwać, ponieważ nie było już miejsca na iluzję. Nie byliśmy już tymi samymi ludźmi, co kiedyś, ale to nie znaczy, że tamte okoliczności zostały zapomniane, a spory - wymazane.
Głos miałem raczej rozluźniony, ale w głębi duszy czułem, że to prawda - ta sytuacja, chociaż niespodziewana, mogła jednak wyjść nam na dobre, bo nie nawiążemy żadnej głębszej relacji i nie będziemy na upartego udawać, że wszystko jest w porządku - i choć te słowa były wewnątrz pełne rozczarowania, na zewnątrz opakowane w złotą folijkę rozluźnienia i żartu, to była w nich też jakaś nuta akceptacji tego, że wypadało, żebyśmy oboje byli ze sobą szczerzy i zdawali sobie sprawę, że chyba tak będzie najlepiej - posłać sobie uprzejmy uśmiech i najszybciej skończyć rozmowę.
W tym uśmiechu kryło się wszystko - i to, że rozumiem, co się dzieje, i to, że jestem już na tyle zmęczony, by nie próbować niczego ukrywać. W tym momencie, zamiast rzucić coś mądrego albo coś równie głupiego, co te poprzednie zagadywanie, powiedziałem gorzko:
- Kalma, huh? - Spytałem nieco kąśliwie, jakby wyśmiewając się z samego siebie i z jej reakcji jednocześnie. Wciąż trzymając całkiem pełną butelkę w dłoni, przewróciłem oczami, tłumiąc lekkie parsknięcie, które wywołał ten cały teatr. Pociągnąłem solidnego łyka alkoholu, czując, jak paląca ciecz rozchodzi się po gardle i znowu odginając głowę. W tym wszystkim, co się działo, była też pewna ironia - jakby los postawił nas przed wyborem: albo przyjmujemy to, co jest, albo zostajemy w martwym punkcie, niezdolni do ruszenia naprzód, przeciw przeszłym doświadczeniom. Po ostatniej wypowiedzi Prudence, wydawało mi się jasne, że chyba dokonaliśmy bardzo automatycznego wyboru, kierując naszą rozmowę na takie, a nie inne tory. Czułem lekkie rozgoryczenie, które próbowałem ukryć, chociaż wiedziałem, że i tak się przed tym nie obronię. To, co się działo, było jak cicha zgoda na to, że tak właśnie będzie, bo może to i lepiej, żebyśmy po prostu przestali się oszukiwać, że wszystko jeszcze da się odkręcić i mieć z tego całkiem miłe kilka dni. Bezcelowe byłoby pytanie, o to, czy ta cała maskarada jeszcze ma sens.
- Odplowasiś cię na gólę? - Spytałem bez dalszych uprzejmości, unosząc brwi i posyłając wymowne spojrzenie w stronę Prudence, jakbym tak naprawdę mówił: „No tak, przecież wiem, że jesteś tutaj, bo się zgubiłaś”.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#15
21.04.2025, 20:20  ✶  

Jak się okazało nieświadomość czasem wcale nie była taka zła, wręcz przeciwnie powodowała, że nie dostrzegało się tych oczywistych wniosków, które nie zawsze przynosiły tylko i wyłącznie pozytywy. Nie do końca jeszcze wiedziała, jak powinna na niego reagować, wiedziała, że coś wisi w powietrzu, póki co jednak to, co mówiła było zupełnie szczere. Mimo tej poprawnej sytuacji w której się znaleźli, mimo tego że nie spodziewała się go więcej spotkać, to dobrze było mieć świadomość, że nic mu się nie stało, że był bezpieczny. To, że nie umiała powiązać faktów, nie zmieniało niczego, uratował ją tamtej nocy, nie sądziła, że cokolwiek mogłoby zmienić jej uczucia z tym związane. Potrafiła być wdzięczna, raczej nikt nie interesował się jej losem, więc to, że postanowił wyciągnąć do niej dłoń w tej niecodziennej sytuacji wiele dla niej znaczyło.

- To do czego jest? Widać nie znam się na nożach. - Założyła pierwsze co przyszło jej na myśl, nie miała pojęcia, jaki inne zastosowanie mógłby mieć nóż trzymany w tym miejscu, ale no, nie była to jedna z dziedzin na których się znała. Mogłaby rozpoznać cięcie,  kształt, ewentualną długość narzędzia, którą ktoś dostał. Naogladała się wielu różnych przypadków w pracy, wiedziała, że tak naprawdę każdym ostrzem można zabić, nie miała pojęcia jednak o tych typowych zastosowaniach podobnych przedmiotów. Może to mógł być dzień, w którym miała dowiedzieć się czegoś nowego.

- Mówisz więc, że wystarczy obwiesić się nimi od stóp do głów i to daje gwarancję bezpieczeństwa? Przynajmniej częściowo? - Pewnie w przypadku kogoś takiego jak on miało to całkiem sporo sensu. Samą swoją aparycją mógł wzbudzać strach, właściwie to w mniemaniu Prue nie potrzebował nawet tych noży, wyglądał na kogoś kto potrafi zrobić krzywdę i się obronić, nie był to przypadek w którym pozory powinny mylić, ten wygląda nie wziął się znikąd. Widać było, że lubił się pakować w kłopoty, a może to one lubiły jego, zresztą wspominał jej o tym, czym się zajmuje, na pewno potrafił o siebie zadbać.

- Możesz nie chcieć być, ale to nie do końca tak działa. - Wzruszyła jedynie ramionami, mógł mówić swoje, nie chciała się kłócić o podejście, o to, jak działał świat jej zdaniem. Najwyraźniej mieli nieco inną opinie na ten temat, tak się zdarzało. Nie miała w zwyczaju usilnie przepychać swojego podejścia, bo wiedziała, że każdy mógł mieć inne doświadczenia, inne wrażenia. Sama kilka razy zastanawiała się nad tym, dlaczego pewne rzeczy jej się przytrafiły, wolała sobie tłumaczyć, że zdarzyło się tak po coś. Tak było jej po prostu łatwiej, może on miał zupełnie inaczej.

- Obawiam się, że to nie jest cecha nabyta przez drogę zawodową, jaką obrałam. - Chociaż jego argument był całkiem niezły, mogłaby nawet zgodzić się z niego korzystać tłumacząc swoje zachowanie. Zresztą nie był to jej pierwszy wybór, jeśli chodzi o zawód jaki chciała wykonywać. Przez wiele lat była lekarzem, tyle, że później wszystko się skomplikowało, przestała zajmować się żywymi, łatwiej jej było otaczać się trupami. Czy żałowała tego wyboru, decyzji, którą podjęła? Chyba nie, nie do końca. Z trupami bowiem było łatwiej, nie musiała się przejmować tym, że jej wiedza jest niewystarczająca, że przyniesie komuś śmierć. Tak było wygodniej.

- Nie jestem więc najwyraźniej typowym przedstawicielem wymiaru sprawiedliwości. Nie byłam wtedy w swojej najlepszej formie, powiedzmy, że nie do końca wczytywałam się w broszury, ominęłam te gwiazdki, drobny druk i całą resztę. - To nie tak, że nieco nie wykorzystywała swojego stanowiska. Dzięki niemu zyskała sporo nowych znajomości, z których korzystała, aby rozwijać swoje pasje. Mało kto o tym wiedział, nie chwaliła się bowiem jakoś szczególnie swoimi zainteresowaniami, im mniej osób o nich wiedziało - tym lepiej. Zdawała sobie sprawę, że praca nieco ułatwiła jej rozwijanie się w tej zakazanej dziedzinie magii, która okazała się być dla Bletchley naprawdę okropnie interesująca. To było całkiem zabawne, bo kiedyś zawsze przestrzegała reguł, była przykładna, nigdy nie można było znaleźć powodu, aby zarzucić jej cokolwiek, a teraz, teraz nieco się to różniło. Robiła to właściwie pod nosem ministerstwa, co też było dosyć sporą ironią, bo konsekwencje jakie mogłyby ją spotkać były dosyć drastyczne, nie przejmowała się tym jednak. Prawie niczym się ostatnio nie przejmowała.

- Choroba Milforda. - Powiedziała bez chwili zawahania. Nie miała z tym żadnego problemu, przyzwyczaiła się do tego, że musiała z tym żyć. Nie sądziła, że ta nazwa może mu coś powiedzieć, nie był medykiem, mógł więc nie do końca wiedzieć czym konkretnie się objawia. Zapewne zauważył pewne symptomy, nie mogło być inaczej, każdy widział, że jest nieco odklejona, nie próbowała tego ukrywać.

- Analiza w naszym przypadku bywa okropnie męcząca, to jest pewnego rodzaju fiksacja, która dzieje się w naszej głowie. Choroba objawia się niezwykłą wprost pamięcią, zdolnością do zapamiętywania długich ciągów liczb, a także fotograficzną pamięcią. Nie brzmi to tak źle, ale bywa czasem męczące. - Skoro już o to zapytał, to dała mu chyba całkiem przystępną odpowiedź, nie sięgała po jakieś zawiłe medyczne wytłumaczenia, bo nie było to potrzebne.

- Można się do tego przyzwyczaić, ale nie da się ukryć, że jesteśmy trochę dziwni dla otoczenia, chociaż zawsze też mogłam trafić gorzej, to nie jest najgorsza przypadłość z jaką można się urodzić. - Zawsze mogło być gorzej prawda? Istniały choroby genetyczne, które wiązały się z przedwczesną śmiercią, więc nie było tak źle.

Przywykła do tego, że ludzie nie umieli jej zrozumieć, że zawsze była traktowana jako dziwak, nie miała na to większego wpływu, zresztą czy gdyby istniało remedium to by z niego skorzystała? Raczej nie, straciłaby wtedy sporą część siebie, wydawało jej się, że dzięki tej chorobie była w pewien sposób kompletna, to od dawna warunkowało tym, jakim była człowiekiem. To było jej.

Udało jej się rozwiązać zagadkę, ale wyjątkowo nie przyniosło jej to wcale ulgi, wręcz przeciwnie spowodowało, że Bletchley była jeszcze bardziej zagubiona. Miała wiele pytań, przede wszystkim, zastanawiała się, czy wiedział kim jest gdy spotkał ją po raz pierwszy po tych wielu latach w Londynie. Miał nad nią przewagę, zdawał sobie sprawę, że może ją znać, tyle, czy pomógłby jej dwa razy, zupełnie bezinteresownie. Nigdy za nią nie przepadał, nie darzyli się sympatią. Nie znosił jej. Właściwie to po latach również potrafiła to zrozumieć. Nie była najłatwiejszym człowiekiem, w szkole musiała sprawiać pozory poukładanej, zwłaszcza kiedy została prefektem naczelnym. Nie była ulubienicą innych uczniów, często psuła im zabawę. Wbrew pozorom potrafiła dostrzec błędy, które kiedyś popełniała. Mogła sama prosić się o takie traktowanie. Tak to przecież działało, dostawało się to, co dawało się innym, chociaż czy faktycznie zasługiwała na aż takie baty jakie dostawała? Nie było końca jego dopierdalaniu jej, wykorzystywał każdą nadarzającą się interakcję na to, aby jeszcze bardziej demonstrować Prue, gdzie było jej miejsce. Nie wydawało jej się, że aż tak uprzykrzała mu życie. Zresztą trudno jej było to teraz ocenić, nie była już tamtym człowiek, tak samo jak on nie wydawał się być zupełnie do siebie podobny.

- Czy ja wiem, miałam chyba szansę ostatnio zobaczyć, jakim jesteś człowiekiem. - Nie wiedziała z czego wynikało to nagle oświecenie, nagła zmiana zachowania. Jasne, na pewno sporo przeżył, była w stanie się tego domyślić po tej rozmowie, którą odbyli podczas pożarów. Nie mogła jednak uwierzyć w to, że tak późno do niej dotarło, kim faktycznie jest. Odpowiedź znajdowała się tak blisko, a okropnie długo jak na nią zajęło jej zdobycie jej.

- Nie sądzę, żebyś kiedyś tak bezinteresownie wyciągnął dziwaczkę z tłumu, bo wpatrywała się w płomienie i nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, co dzieje się wokół. - Jasne, nie mieli szczególnie przyjemnej przeszłości, ale czy to kim był kiedyś faktycznie warunkowało to, jaką osobą był aktualnie? Na pewno nie przyjdzie jej łatwo zapomnieć tego wszystkiego, zbyt wiele złego się kiedyś między nimi wydarzyło, ale nie zmieniało to faktu, że przy ich drugim poznaniu, jak zwał tak zwał, ocalił ją przed śmiercią, doniósł na swoich plecach pod Ministerstwo aby poczuła się bezpieczna. To nieco zmieniało jej pogląd na jego osobę. Komplikowało sprawę, ale świat nie był przecież czarno biały i właśnie się o tym przekonywała.

- Wiedziałeś, że to ja? Czy gdybyś wiedział, to byś mnie tam zostawił? - Zaczęła obracać w dłoni butelkę, nie wiedziała czemu się o to zapytało, bo właściwie czy odpowiedź na to pytanie coś zmieniała? Raczej nie. Tak, czy siak - ocalił jej życie. Bez względu na to, co nim wtedy kierowało, o czym sobie myślał, to się stało.

- Nie ma sensu w trzymaniu się czegoś, co było chujowe. - Nie przeklinała zbyt często, tym razem jednak chyba nie potrafiła inaczej określić tego, co kiedyś ich łączyło. Tego wzajemnego podejścia, które mieli do siebie. Wolałaby nie wracać do przeszłości, zwłaszcza, że byli innymi ludźmi, ba okazało się nawet, że gdy nie wiedziała kim jest potrafiła z nim rozmawiać. Może to wcale nie było takie trudne, może również jej uprzedzenia robiły swoje.

Sięgnęła znowu po butelkę i zbliżyła ją do ust, potrzebowała się napić, bo ta informacja wcale nie należała do takich, które przyjęła lekko. Dużo prościej byłoby, gdyby faktycznie okazał się być jakimś zagubionym kuzynem, o którego istnieniu nie miała pojęcia. Sprawa jednak nieco bardziej się skomplikowała. Trochę na jej życzenie, okropnie łatwo przyszło jej stwierdzenie, że jest zupełnie obcy, że nigdy więcej się nie spotkają. Gdyby tylko wiedziała... No właśnie, co zrobiłaby gdyby wiedziała? Nie miała pojęcia, trudno było jej to przewidzieć. Zresztą mężczyzna, który przed nią siedział nie zachowywał się jak Rookwood. Może miał w sobie coś z tego chłopaka, którego pamiętała ze szkoły, niektórych cech charakteru nie dało się tak łatwo wyzbyć, ale kiedy z nim rozmawiała nieświadoma tego kim jest zupełnie jej to nie przeszkadzało, na imponowała jej nawet na swój sposób jego pewność siebie.

Miała mętlik w głowie, musiała sobie powoli to wszystko jakoś uporządkować. Zastanowić się nad tym, jak do tego podejść, co powinna zrobić, czy zacząć go unikać? Nie mieliby problemu z tym, żeby przetrwać te kilka dni w swoim otoczeniu.

- Tego jeszcze nie wiem, zapewne dopiero się okaże, czy faktycznie się cieszę. - Nie zamierzała go skreślać za to jakim człowiekiem był kiedyś. Właściwie wyczuwała, że coś się w nim zmieniło. Mimo tego uśmiechu, który pojawił się na twarzy mężczyzny, czuła, że nie do końca jest zadowolony z tego, jak kiedyś się zachowywał. Nie musiał jej przepraszać, nie potrzebowała teraz litości po takim czasie, który minął. - Też nie byłam łatwa w obyciu. - Prue nie miała najmniejszego problemu z tym, aby zwrócić uwagę również na swoje zachowania, które nie zawsze były w porządku, potrafiła zauważać swoje błędy, nie miała kłopotu z tym, aby wziąć część winy na siebie.

- Tak, karma, mówią, że jest suką i chyba jest w tym nieco prawdy. - Sięgnęła do kieszeni swojej koszuli, aby wyciągnąć z niej srebrną papierośnicę. Potrzebowała zapalić, bo dosyć wiele się wydarzyło w przeciągu tych kilkunastu minut, które spędziła w tej piwnicy. Wsadziła sobie fajkę w usta, po czym przesunęła w jego kierunku papierośnicę, cóż nadal nie przestawała być kulturalną, nigdy nie brakowało jej ogłady. Nikt raczej nie powinien mieć problemu z tym, że postanowiła jarać w tej piwnicy, zapach tytoniu pewnie ulotni się dość szybko.

- Mam jeszcze ponad pół butelki wina do wypicia, wolałabym to zrobić tutaj. - Zapewne młodsza wersja Prudence już dawno zmierzałaby w podskokach w stronę drzwi, jednak ta dorosła nie wydawała się unikać konfrontacji, wręcz przeciwnie, coś powodowało, że chciała tutaj zostać, że miała chęć sprawdzić, jak bardzo się zmienił, chociaż już sporo widziała i to naprawdę było dość mocnym argumentem za tym, że nie był tym zapatrzonym w siebie gówniarzem. Nie musiała się stąd od razu ulatniać, mieli sobie przecież sporo do wyjaśnienia.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#16
22.04.2025, 17:28  ✶  
Myślałem, że już nic mnie nie zaskoczy, a tu nagle pojawiła się ona - Prudence Bletchley, we własnej osobie, jakby znikąd, z powietrza, z ciemności, z tym swoim chłodnym spojrzeniem i słowami, które wybrzmiały... Dziwnie. Nie od razu wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć. Z jednej strony czułem ulgę, że nic jej nie jest, jest bezpieczna, a z drugiej - głęboko we mnie pojawiło się coś, co przypominało niepokój, a nawet obawę. Nie umiałem od razu znaleźć słów, bo ta cała sytuacja - ta nagła, niespodziewana konfrontacja - wywróciła wszystko do góry nogami, całą moją namiastkę piwnicznego spokoju. Szczególnie, że już wiedziałem, z kim mam do czynienia. Wcześniejsza nieświadomość mogła być błogosławieństwem, bo pozwalała zapomnieć o pewnych rzeczach, o których wolałoby się nie myśleć, ale mimo wszystko trudno było ukryć, że prędzej czy później musiałbym się dowiedzieć. Ona też musiała - prawda ma to do siebie, że wraca, niezależnie od tego, jak mocno próbujesz ją odsunąć na bok. Wiedziałem, że to wszystko się kiedyś wyda, że ta maska, którą dziś nosiłem, i tak się rozpadnie, bo prawda i tak wyjdzie na jaw. Mimo to miałem opory, żeby poinformować Prudence o tym, z kim rozmawia. Nie, nie dlatego, że nie chciałem, żeby wiedziała - wręcz przeciwnie, chciałem, żeby wiedziała wszystko, co konieczne, żeby nie było między nami najgorzej, gdy znajdziemy się pośród ludzi. Z dwojga złego, lepiej było, że uniknęliśmy publicznego zaskoczenia. Tyle tylko, że zarazem nie wiedziałem, jak postępować, czy powinniśmy rozmawiać zupełnie o wszystkim, czy dać sobie spokój ze szczegółami, czy może jeszcze coś z tego wyjdzie, choć z drugiej strony - czy jest jeszcze coś do ratowania? Czy to, co się między nami działo w Londynie, nie było już tylko wspomnieniem i złudzeniem, które właśnie się rozpadało? Bardzo dużo pytań, mało odpowiedzi, a jeszcze nie przeszliśmy do najgłębszych wyjaśnień - chwilowo krążyliśmy wokół pobocznych tematów.
Kiedy powiedziała, że nie zna się na nożach i że to chyba nie jest jej domena, poczułem lekkie drżenie warg i uśmiech, który sam z siebie znowu wykrzywił mi usta. To właśnie w tym momencie uświadomiłem sobie, jak bardzo różnimy się w tym, co rozumiemy przez bezpieczeństwo i zagrożenie. Nie musiała przejmować się tymi samymi rzeczami, co ja - ja nie musiałem przejmować się jej domeną. No, może poza kilkoma sprawami związanymi z samopomocą medyczną, ale jak już ją poinformowałem - nie przykładałem wielkiej uwagi do tego, żeby postępować w zgodzie ze sztuką leczenia. Ważne było dla mnie to, żeby się zaleczyć - nie to, żeby zrobić to najlepiej, jak to możliwe.
- Athamé. - Uśmiechnąłem się mimo wszystko, chociaż na zewnątrz wyglądało to raczej na uśmiech pełen rezerwy, trochę wymuszony. Zamilkłem na chwilę, patrząc na nią, jakby próbując odgadnąć, czy rozumie, co mam na myśli. Wiedziałem, że jako ktoś, kto pracuje w medycynie, miała do czynienia z różnymi narzędziami, ale nie była specjalistką od broni czy ostrzy. Z drugiej strony, rytualne noże były częścią obrzędów w kowenach, których częścią często były osoby takie jak ona, więc pewnie miała o nich jakieś tam pojęcie. - Nie pytaj mnie, ploszę, o szczegóły, bo nie mam głowy do ściemnania. Jesztem jego kolejnym właszcisielem, taka tladysja, a popszedni nie był zbyt doblym bajaszem, więs nic nie wiem. Mógłbym ci powiedzieś, sze to do lytuałów, blablabla... I po plawsie, taka powinna byś jego funksja. Pszechodzi s mistsza na ucznia, po śmielci pielwszego, w momensie, w któlym tytuł zosztaje  pszekasany. Pewnie kiedysz nawet sluszył jako coś więsej nisz jako lekwisyt, ale w międzyczaszie zaczął pełniś funksję otwielasza do butelek, młotka, ostszałki do plawdziwych noszy... Cholela, czego to on nie lobi... - Ambitnie pokiwałem głową, jakbym naprawdę był zachwycony wielofunkcyjnym użyciem tego cacka, chociaż to nie powstrzymało mnie przed tym, żeby dodać trochę niepoważną wtrętkę. - No, posa tym, sze nie biesze udziału w lytuałach. - Prychnąłem. Wiedziałem, że to jakiś sposób na odwrócenie uwagi, trochę z dezynwolturą wobec mojego martwego przyjaciela, trochę z ironią, jakbym chciał zbagatelizować pełne, znacznie bardziej ponure znaczenie tego, co powiedziałem, po czym od razu przeszedłem dalej.
Znowu prychnąłem z rozbawieniem - jasne - to, co powiedziała, miało w sobie ziarenko prawdy - wizualny aspekt był istotny, ale ludzie, którzy wyglądają groźnie, często są właśnie tacy, bo wiedzą, jak się bronić.
- Obwiesaś szię nimi od sztóp do głów? W szumie, to nie do końca głupi pomyszł, jeszli chces, szeby cię zostawili w szpokoju... W jakiejś isolatce, czy coś. - Odpowiedziałem lekko wzruszając ramionami. - Do obwieszenia się od stóp do głów musis dodaś jeszcze umiejętnoś pokasywania tego tylko w odpowiednich momentach. Bes tego, nawet s szetką ostszy, moszesz szię łatwo wyłoszyś. - Odpowiedziałem jej spokojnym, lekko ironicznym głosem.
Nie chciałem się kłócić o koleje losu, bycie we właściwym miejscu o właściwym czasie, przeznaczenie i tak dalej - nie miałem na to siły, nawet jeśli jej słowa zabrzmiały trochę jak wyzwanie i kiedyś pewnie na siłę starałbym się udowodnić Prudence, że się myli. Wzruszyłem ramionami, bo chociaż wiedziałem, że ona ma głębokie przekonanie o tej swojej racji, to w głębi duszy czułem, że to nie do końca tak działa. Przeznaczenie nie istniało - a jeśli istniało, to zdecydowanie dało się je zmienić, postępując nie w zgodzie z założeniami losu. Byłem tego chodzącym przykładem - przynajmniej w mojej własnej opinii, a i w oczach otoczenia pewnie także. Tyle zaprzepaszczonych szans i zmarnowanego potencjału... Nie zamierzałem jej jednak przekonywać, że wiara w przeznaczenie to bujda, bo wystarczy jedna nieprzewidywalna decyzja, żeby je odmienić, bo wiedziałem, że to nie ma sensu. Każdy ma swoje przekonania, swoje sposoby radzenia sobie z rzeczywistością - a osoby z jej predyspozycjami mózgowymi z pewnością mają dużo okazji, by je rozbudowywać.
Odnosząc się do jej słów o chorobie Milforda, skinąłem głową, słuchając uważnie. Wiedziałem, że to, co powiedziała, jest szczere, bo jej twarz nie ukrywała żadnych emocji, tylko czyste, chociaż trochę zagubione spojrzenie. Patrząc na nią, miałem w głowie tysiące myśli, które próbowałem poukładać w spójną całość, chociaż w głębi serca wiedziałem, że to, co mówiła, to tylko kolejny kawałek układanki, którą próbowałem rozgryźć w czasach szkolnych, zanim nie dałem sobie z tym spokoju, wybierając jawną niechęć. Teraz natomiast nie czułem się tak, jakbym mógł zadawać jej setki pytań na ten temat, bo po co mi była ta wiedza...
- To muszi byś wyszelpujące. - Powiedziałem, z wahaniem, starając się wyobrazić sobie, jak to musi wyglądać z jej perspektywy - od razu przypomniałem sobie te chwile, kiedy ją taką widziałem - jej odklejenie, ten moment, kiedy była jakby trochę obok, jakby jej głowa była w innym miejscu. To było smutne, a zarazem trudne do zrozumienia, jak ktoś może żyć z takim ciężarem i jednocześnie próbować normalnie funkcjonować. Wiedziałem, że jej słowa o tym, że to męczące, i o tym, że można się do tego przyzwyczaić, były szczere. Tak po prawdzie, nie czułem od niej nieszczerości w naszych ostatnich rozmowach - w żadnym momencie. Dogadywaliśmy się lepiej niż kiedykolwiek.
- Znowu oseniasz mnie po wysinku zachowania, Bletchley? - Nie mogłem się powstrzymać, żeby tego nie powiedzieć, chociaż w moim tonie zabrzmiała żartobliwa lekkość - to nie było czepianie się słówek, ale jednocześnie musiałem dać jej znać, że nie popieram takiego zachowania. Tym bardziej, że zaraz przeszła do rozwinięcia swojej myśli...
Przyglądałem się jej z mieszanką niedowierzania i czegoś na kształt rezygnacji - głowie kłębiły mi się wspomnienia, obrazy sprzed lat, te chwile, kiedy wierzyłem, że wszystko jest proste, a życie to tylko jedna, wielka gra. Mimo to, wiedziałem też, że z każdym słowem, które wypowiadała, odsuwała się od prawdy, którą ja znałem od dawna, i to właśnie mnie zaczynało wkurwiać. Nie przywiązywałem zbyt głębokiej wagi do tego, że życie to ciąg wyborów i decyzji mających swoje długofalowe konsekwencje, ale nie byłem, kurwa, aż takim nieczułym draniem. Wydawało mi się jasne, że mimo wszystko nie miała mnie wtedy za kogoś takiego. Teraz jednak, siedząc naprzeciw niej i słysząc takie wypowiedzi, czułem, jak wszystko się komplikuje. Zaczęliśmy rozmawiać, powiedzieliśmy sobie kilka rzeczy, gdy sądziliśmy, że się nie znamy, teraz kontynuowaliśmy rozmowę z tą nową perspektywą. Dawne schematy zaczynały się kruszyć, ustępując miejsca nieznanemu - a więc niepewności i nerwowości. Tak - to prawda, nie wiedziałem wtedy wszystkiego, ale to, co widziałem, i tak było już zbyt wyraźne, by można było je zignorować. Potrzebowała mojej pomocy, zareagowałem instynktownie, historia potoczyła się dalej. Stało się. Powinniśmy skończyć na tym te rozważania, ale nie... Musiała dodać coś, co było zupełnie nie na miejscu - nie powstrzymała się od komentarza, chociaż może to i dobrze, bo przynajmniej byliśmy wobec siebie szczerzy, ale i tak zabolało. Wjechała we mnie z subtelnością buldożera - na pełnej kurwie sugerując swoją opinię odnośnie podstaw mojego zachowania.
Poprawiłem się na miejscu, czując, jak w moich oczach pojawia się chłód i zdystansowanie, które w dalszym ciągu ukrywałem pod maską swobodnego, ironicznego uśmiechu. Odpowiedziałem, próbując zachować luz, chociaż w głębi czułem, jak ta rozmowa powoli zaczyna mnie wyczerpywać. W jej słowach usłyszałem coś, co mnie zirytowało, ale i jednocześnie wiedziałem, że rozdrażniło mnie to nie bez powodu - zdawałem sobie sprawę, że to, co mówi, jest szczere i ma swoje głębokie podstawy. Naprawdę mogła sądzić, że jestem aż takim dupkiem.
- Nie. - Zabrzmiałem trochę ostrzej, niż zakładałem, gdy spojrzałem na nią z lekkim niedowierzaniem, unosząc brwi. Przytkało mnie i nawet nie próbowałem tego ukryć, bo takie założenie wyjątkowo mocno we mnie godziło - nie spodziewałem się usłyszeć od niej czegoś takiego, nawet biorąc pod uwagę nasze dawne relacje, co dosyć jasno i mocno sugerowało, za kogo mnie tak naprawdę uważała. Starałem się nie skrzywić, ale posłałem jej urażone spojrzenie, kręcąc głową spode łba. - Na oba pytania będzie taka sama odpowieś. - Powiedziałem, zerkając na Prudence, próbując odczytać coś z jej twarzy, choć w tym półmroku trudno było się czegokolwiek dopatrzeć. O ile pytanie o to, czy od początku ją skojarzyłem miało jakiś sens, o tyle zasugerowanie mi, że mogłem chcieć ją zostawić na pastwę losu, bo była tym, kim była było... Nie na miejscu, obrzydliwe założenie. - Nie i nie. Nie wiedziałem, sze ty to ty, ale gdybym wiedział, to nic by nie zmieniło. Jesztem kutafonem, byłem kutafonem, będę kutafonem, ale nie asz takim, wies. Nie lubimy szię, jasne, ale nie musis od lasu zakładaś, sze cię nienawidzę i nigdy bym ci nie pomógł. - Z westchnieniem, próbując nie brzmieć ostro, sięgnąłem po własną butelkę, uniosłem ją do ust i pociągnąłem głęboki łyk bourbonu, czując, jak gorzki smak rozlewa się po języku. - Nie życzę ci śmielsi. Pomógłbym ci na kaszdym etapie naszej lelasji, chośby dla Eliasa. - Odwróciłem się na chwilę, spojrzałem na surowe, wystające belki sufitowe i wilgotnawe kamienie, przełykając ślinę, żeby nie powiedzieć czegoś, czego mógłbym żałować - odniesienie się do pomocy ze względu na przyjaciela było dobrym rozwiązaniem, to był na tyle gładki wykręt, że nie mogła go podważyć, więc nie miała podstaw do tego, żeby go nadmiernie analizować - i tak było najlepiej, bo mój stosunek do niej od zawsze był bardziej skomplikowany, niż powinien być. Natomiast nie musieliśmy o tym teraz rozmawiać - wystarczyło, że na pewno to wtedy wiedziała. Po co rozdrapywać dawne rany i posypywać je solą, skoro to już bez znaczenia? Fakt faktem - nawet wtedy, kiedy oboje całkowicie się znielubiliśmy, osiągając w tym wzajemność, nie przeszedłbym obojętnie wobec takich wydarzeń.
Wbiłem wzrok w pajęczynę w rogu sufitu, dochodząc do wniosku, że tak - ta piwnica była słabym miejscem na spotkanie, ale dla nas była lepsza niż konieczność wyciągania tych tematów bardziej publicznie. Mieliśmy szczęście w nieszczęściu robić to z zaskoczenia, tu i teraz, a nie przy reszcie ludzi. Wciąż nie rozumiałem, jak to się stało, że tu razem trafiliśmy, a wcześniej przypadkowo dwukrotnie spotkaliśmy się po tylu latach i najwyraźniej żadne z nas nie poznało tego drugiego, dopóki nie zostało uświadomione, z kim ma do czynienia, ale nie miałem zamiaru tego przesadnie rozkminiać. Moja odpowiedź była jednoznaczna - nie żałowałem tamtej pomocy i nie oczekiwałem nic w związku z nią - wystarczyło, że była tu i jeszcze żyła, mimo że świat wokół nas się rozpadał. Odsunąłem butelkę od ust, patrząc na nią z tym swoim neutralnym spojrzeniem.
- Miałem wlaszenie, sze szię skądś znamy, ale nie wiedziałem, skąd... Posa tym minęło piętnaście lat, odkąd ostatni las byłem w klaju, a ty mówiłaś, sze jeszteś tu poniekąd uwiąsana... Laszej sądziłem, sze to pszypadkowe podobieństwo do kogoś, gdzieś posnanego. Dopielo Ambloise mi powiesiał. Wisiał nas wtedy na ulisy, uszwiadomił mnie jeszce w Londynie, Eliasza zlestą tesz, tak samo, jak całą lesztę, oplusz Colneliusa, więs... - Rozłożyłem ręce, wzruszając ramionami. - Plawdopodobnie powinnaś udawaś, sze wiedziałaś, gdy skoszystałaś s mojej pomosy, dzięki temu w jednym kawałku dotarliszmy do ministelstwa i tyle. Nikt nie wie, co szię wydaszyło. Sądzą, sze nie ma nic do opowiadania. Niech tak zosztanie, m'kay? - Dodałem, z ironicznym uśmiechem, próbując ukryć, jak bardzo mnie to wszystko męczy - cała ta rozmowa w tym wydaniu. Zdecydowanie wolałem, gdy uważałem ją za nieznajomą. Z drugiej strony - tamte chwile udowodniły nam, że możemy ze sobą jakoś rozmawiać, bez dawnych chujowych schematów...
No właśnie, może miała rację - nie powinniśmy powielać chujowych schematów, wracać do starego zachowania, choć łatwiej powiedzieć niż zrobić... Ja sam nie do końca wiedziałem, czego się spodziewać po tym spotkaniu i po finalnym efekcie, i to trochę wybijało mnie z równowagi. Gdzieś z tyłu głowy miałem świadomość, że nadal mogliśmy mimowolnie wrócić na ścieżkę wojenną, nawet jeśli wiedziałem, iż nie powinniśmy tego rozgrywać na nowo - nie powinniśmy się zagłębiać w te dawne schematy. Ba, w głębi serca czułem, jak coś we mnie się wyrywa w kierunku tamtego zachowania, jakby te wspomnienia, te dawne uczucia, wciąż jeszcze miały jakiś wpływ. Już raz jej się odszczekałem - przed chwilą - wtedy, gdy tak śmiało założyła, że mógłbym nie chcieć jej pomóc. Poza tym trudno mi było przed sobą ukryć, że mimo wszystko, trochę irytowało mnie to, że Prudence potrafiła wygłaszać swoje prawdy i zachować się przy tym tak spokojnie, jakby nie czuła tej ogromnej góry emocji, która na pewno się w niej kotłowała. Ja sam musiałem wkładać bardzo dużo energii w to, żeby zachować pokerową twarz, choć miałem tę przewagę, że od początku miałem świadomość, o czym będziemy rozmawiać i że ta rozmowa, jeśli kiedyś się odbędzie, będzie trudna. I była...
- Nie musis szię obawiaś. Nie będę cię ciągaś za walkosze, jusz mi pszeszło. - Uśmiechnąłem się pod nosem, chociaż może trochę bez przekonania, i raczej bez rozbawienia - to było mało śmieszne, w obliczu tego wszystkiego, co ze sobą przeszliśmy. W młodości raczej nie ograniczałem się do niewinnego pociągania Prudence za włosy, w innym wypadku nie byłoby między nami tak źle, jak było w rzeczywistości. Mój poziom był znacznie, znacznie gorszy - dużo bardziej wyrachowany, momentami naprawdę obrzydliwie przykry. Byłem tego świadomy, zwłaszcza po latach. Z drugiej strony - ona też rzeczywiście nie była mi tak do końca dłużna. Jednocześnie zaskoczyło mnie to, że tak otwarcie się do tego teraz przyznała, i zupełnie nie zdziwiło mnie to, że jej zachowania nie były nieświadome. Wiedziała - musiała wiedzieć, skoro teraz to potwierdzała. Nie wiedziałem tylko, czemu postanowiła to tak wyciągnąć. Uśmiechnąłem się pod nosem, lekko kręcąc głową.
- No, co ty nie powies... Szkąd takie wnioski? - Spojrzałem na nią z lekko niedowierzającym spojrzeniem, po czym prychnąłem. To, że dziwiło mnie, że jeszcze tu jest i nadal ze mną rozmawia, nie oznaczało, iż nie mogłem sobie pozwolić na trochę sarkastycznych wtrętek. Bez nich nie byłbym sobą, to akurat nie miało prawa się zmienić - na pewno zdawała sobie z tego sprawę, bo rozmawialiśmy w ten sposób już w trakcie pożarów. Nie chciałem jej ponownie oceniać przez tamten pryzmat, ale w przeszłości trudno było nie zauważyć, że coś się między nami nie klei. Nawet jeśli nigdy mi nie powiedziała, co to tak właściwie było. Ciągle miałem wrażenie, że jej spojrzenie gdzieś uciekało, kiedy się zbliżałem. Zaczynała się robić zimna, zdystansowana, zadzierała nosa, a na każdą próbę rozmowy reagowała, jakby zaraz po jej zakończeniu zamierzała iść brać prysznic. To było upokarzające - zwłaszcza z perspektywy kogoś, kto nie miał tak z nikim innym. Na ogół byłem lubiany, i nawet jeśli potrafiłem zachodzić ludziom za skórę, to traktowali mnie raczej jako nieszkodliwego pajaca, nie jak plagę egipską. Mimo wszystko, początkowo starałem się zachować spokój i nie odpuszczać tak łatwo, bo naprawdę mi się wtedy podobała, dopiero z czasem widząc, jak wydaje się być wyjątkowo ostentacyjnie obojętna na moje słowa, zacząłem irytować się na każdą okoliczność interakcji.
- No, nie byłasz najbaldziej humanitalna. - Uśmiechnąłem się pod nosem, próbując ukryć tę nutę złośliwości, choć w głębi wiedziałem, że wcale nie muszę się starać - ona i tak znała moje podejście z końca tamtych czasów. Poza tym, jak zwykle, nie potrafiłem się powstrzymać - musiałem powiedzieć coś, co także podkreśliłoby, że znam ją lepiej, niż się wydaje, i że jej gra była mi znana. W pewnym momencie nie miałem innego wyjścia, jak zrozumieć to, że naprawdę mocno mnie, kurwa, nie chciała, ale nie zamierzała tego mówić wprost, tylko wybierała bycie ostentacyjnie, niemiłosiernie lodowatą i odpychającą - jednym słowem - niehumanitarną. Poza tym nie chciałem wdawać się w głębszą dyskusję na ten temat, bo nie chciałem pytać o powody, nawet po latach wolałem nie wiedzieć, dlaczego - to nie było coś, co naprawiłoby nasze relacje, a nawet wręcz przeciwnie - nie ulżyłoby mi, gdyby mi powiedziała, co tak właściwie było główną przyczyną takiego zachowania. Raczej by mi się to nie spodobało.
- No tak, kalma to suka. S dlugiej stlony, szycie szadko kiedy jest jak film, gdzie wsystko końszy się happy endem. To pszywilej nielicznych... - Podsumowałem, wzruszając ramionami - taka prawda, trudno było tego nie zauważyć, znajdując się w takiej, a nie innej pozycji.
Spojrzałem na nią z lekkim niedowierzaniem, unosząc brwi.
- Pół butelki i tyle? - Powtórzyłem po niej, pociągając łyk bourbonu z własnej butelki. Smak był mocny, gorzki, ale jak zwykle - po kilku głębszych wchodził naprawdę dobrze. Na pewno zdecydowanie lepiej niż pół butelki wina. Obracając papierosa w palcach, spojrzałem na nią sceptycznie, kręcąc głową. - Butelka domowego wina to tyle, co nic. Tyle to stszelają debiutantki, by pszydaś sobie kulaszu... No, weś, skolo tu zosztajemy, to chociasz wstydu oszczędź. - Powiedziałem cicho, patrząc na nią, z wyczuwalnym powątpiewaniem. Ta półpełna butelka wina, którą Prudence jeszcze trzymała w ręku, to naprawdę było mało co. Spojrzałem na kobietę jeszcze raz, próbując odgadnąć, czy ona naprawdę chce tu tkwić, czy może tylko tak mówiła, bo nie miała wyboru. Wilgoć w powietrzu, chłód, który wbijał się pod ubranie, drażnił skórę - to nie było miejsce, gdzie można się zapodziać na dłużej. Siedzenie tu na tylko po to, żeby wypić, ale nie czuć przynajmniej drobnego ruszyły, było słabym pomysłem. Przyglądając jej się jeszcze przez chwilę, wzruszyłem jednak ramionami, bo przecież nie zamierzałem jej mówić, co ma robić - było już za późno, żeby cofnąć pozwolenie na wspólną posiadówę. Równie dobrze mogliśmy kontynuować.
- To co? - Odezwałem się powoli, przenosząc wzrok na trzymaną butelkę - patrzyłem na nią przez parę sekund, po czym bez dalszych oporów wyciągnąłem ją w kierunku butelki Prudence, oferując jej rozwiązanie naszej sytuacji. Wystarczyło tylko, żeby dopięła je ze swojej strony, stuknięciem. - Sztama? - Nie naciskałem na ten nieoczekiwany rozejm po latach, ale bez wątpienia przerwanie ognia było najsłuszniejszym, co mogliśmy zrobić, żeby przeżyć najbliższe dni, a jeśli już mieliśmy w to iść, to równie dobrze mogliśmy nawet spróbować się polubić.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#17
22.04.2025, 20:22  ✶  

Prudence również była zaskoczona, bo właściwie mogła się spodziewać wszystkiego, ale nie tego, że spotka akurat jego w tej piwnicy. To było zupełnie nie do przewidzenia, bo niby skąd mogła wiedzieć, że nieznajomy będzie znał jej znajomych? Szczególnie, że jeszcze przy ich ostatnim spotkaniu wspominał o tym, że niedługo wyjeżdża, że nie jest stąd, a teraz siedział sobie w ciemności, w piwnicy w letnim domku Corneliusa. No, nie była w stanie tego założyć, a naprawdę była mistrzem analiz i zakładania tego, co może jej się przydarzyć. Tym razem zdecydowanie brakowało jej zbyt wielu danych, aby dojść do odpowiednich wniosków. Czuła, że niedługo się to zmieni, że pozna prawdę, bo nie zamierzała udawać, że to nic takiego. Nie znalazł się tutaj bez przyczyny, Corio nie zaprosiłby go tutaj gdyby nie miał konkretnego powodu, musiał być mu bliski, na pewno dowie się wszystkiego. Właściwie to mogła po prostu przycisnąć Eliasa, potrafiła być bardzo natrętna, jeśli chodziło o wyciąganie informacji ze swojego brata bliźniaka, nie miał z nią szans w konfrontacjach.

- Athamé. - Powtórzyła za nim, cóż, akurat ten nóż powinna rozpoznać. Nie do końca jednak chyba widziała ostrze pośród tych ciemności, tak właściwie to dość szybko założyła, że służył on do czegoś innego. Pospieszyła się ze swoim osądem, nie, żeby był to pierwszy raz, ale trochę ją to wybiło z rytmu.

- Nie potrzebuję szczegółów, akurat takie noże nie są mi obce, po prostu nie założyłam, że będziesz korzystał z podobnego przedmiotu do otwierania wina, jak widać mogą mieć one więcej zastosowań niż zakładałam, tych mniej oczywistych. Zresztą, kto by się przejmował do czego był stworzony. - Zastosowanie w dużej mierze zależało od tego, kto go posiadał, czyż nie? Jej zapewne szkoda byłoby podobnego przedmiotu do tego, aby przerobić go w scyzoryk, czy coś, ale najwyraźniej Benjy tego właśnie potrzebował. Nie zamierzała go oceniać, oczywiście.

- Izolatka nie brzmi znowu tak najgorzej, właściwie to może być całkiem ciekawe doświadczenie. - Święty spokój od całego świata, czy można chcieć czegoś więcej? - To może być dla mnie zbyt wiele, brzmi dość skomplikowanie, wyczucie odpowiedniego momentu, pewnie szybko bym się spaliła. - Zdecydowanie należeli do zupełnie obcych światów. Bletchley nie musiała demonstrować swojej siły w ten sposób, właściwie to raczej nigdy nie miało się zmienić. - Jeszcze gorzej, jakbym musiała pokazać, jak się bawię takim nożem, zapewne sama bym sobie przy tym zrobiła krzywdę i tyle by było z przedstawienia. - Zdecydowanie wolała zrezygnować z tego sprytnego planu. Nie należała do osób, którym łatwo przychodziło udawanie. Nie potrafiła grać, zaczynała się dość szybko plątać w swoich zeznaniach. Nigdy nie była gwiazdą towarzystwa, najprościej jej wychodziło nie dopuszczanie do interakcji i stanie z boku. Wtedy mogła w pełni skupiać się na obserwacji, a zdecydowanie to wolała robić. Analizować.

- Bywa, ale to nic takiego. - Nie zamierzała się rozczulać nad swoim losem. Sama przywykła do tego, że była nieco inna. Czasem nawet zastanawiała się jakby to było, gdyby te wszystkie głosy w jej głowie przestały się odzywać, gdyby ciągle nie odtwarzała w myślach pewnych sytuacji, gdyby nie wracała do przeszłości. Z drugiej strony uznawała to trochę za swoją przewagę, mało kto potrafił wszystko zapamiętywać tak jak ona, znaleźć w krótką chwilę zapiski z książek, które trzymał w dłoniach x lat wcześniej. To miało swoje plusy i minusy, zresztą, jak wszystko. Zawsze mogło być gorzej, może nie było to szczególnie pokrzepiające myślenie, ale tego się trzymała. Zresztą mimo tego udało jej się jakoś znaleźć swoje miejsce w świecie, nie była aż takim dziwakiem, jakim mogłaby być. Nauczyła się jakoś odnajdywać w rzeczywistości. Nie najgorzej to funkcjonowało, może obcym nadal zdarzyło się posyłać jej zastanawiające spojrzenia, ale przestała na to zwracać uwagę. Dorosła, może trochę to jej zajęło, ale pogodziła się ze swoim losem.

- Widzisz, nic, a nic się nie zmieniłam. - Przewróciła oczami, chociaż pewnie nie zauważył tego w tej ciemności. Powinna się spodziewać tego, że będzie ją łapał za słówka. Próbowała być miła, wyszło jak zawsze. Naprawdę doceniała to co dla niej zrobił tamtej nocy, próbowała wyrazić to swoimi słowami, może nieco pokrętnie, ale się starała. To nie tak, że mogłaby być bardziej bezpośrednia, bo oczywiście, że mogła to zrobić, ale nie mogła aż tak mu wszystkiego ułatwiać. To byłoby dla niej nienaturalne, nie w jego przypadku.

Nie mogła o to nie zapytać. Wiele razy dawał jej powody, aby myślała, że jest raczej człowiekiem innego sortu, tego gorszego niż on sam. Jasne, zakładanie, że mógłby ją tam zostawić może było dość chamskie, bo nie sądziła, żeby pragnął jej śmierci, mimo wszystko coś spowodowało, że zadała to pytanie. Nie przemyślała tego do końca, ale w jego obecności jakoś ciężko było jej w pełni się skupić. Nie po tym, co się wydarzyło, czego się dowiedziała. Nie potrafiła do końca przenalizować całej sytuacji, raczej błądziła w dziwnych założeniach, a to nie było dla niej typowe.

- Przepraszam, to było nie na miejscu. - Zauważyła, że zareagował dość ostro, najwyraźniej musiała uderzyć w nieodpowiednie miejsce. Nie chciała go atakować, ale trochę tak to wyglądało. Prue potrafiła być dość bezpośrednia, nie zawsze umiała przewidzieć co może to spowodować. Nie była najprostszym w obyciu człowiekiem. Od zawsze. Miała raczej chłodne podejście pozbawione zbyt wielkich emocji, a przynajmniej starała się, żeby tak było. Zapewne nawet nie zdziwiłaby się, gdyby usłyszała inną odpowiedź, wiedziała, że każdy miał swoje priorytety, a ona aktualnie nie była niczyim priorytetem, no, może nie wliczając w to własnego brata, chociaż z tym też bywało różnie, bo i w stosunku do niego potrafiła być dosyć mocno upierdliwa.

- Dobrze wiedzieć, że mnie nie nienawidzisz. - Kiedyś wydawało jej się inaczej, zresztą nie było sensu wracać do tego, co było jakieś piętnaście lat temu. Samo to, że go o to zapytała... nie miało podstaw. Ich drogi się rozeszły, każde z nich miało swoje własne życie, ludzie się zmieniali przez doświadczenia, które je spotykały. Miała szansę dowiedzieć się już tego, że nie był tym człowiekiem, którego znała w przeszłości, może nie powiedział jej zbyt wiele, ale była w stanie założyć, że przeszedł dosyć sporo. Zwłaszcza jak na kogoś, kto był przyzwyczajony do dobrobytu, nie wydawało jej się, aby lekko było mu odnaleźć się w świecie, w którym musiał sobie radzić zupełnie inaczej niż w przeszłości.

- Fakt, mojemu bratu na pewno byłoby przykro, gdybym zginęła. - Byłby pewnie jedyną osobą poza rodzicami, która by się tym przejęła. Jakże mogła zapomnieć o tym, że istniał jakiś kodeks przyjaźni, w którym nawet jeśli pogrywało się z rodzeństwem swoich przyjaciół, to jednak nie można było dopuścić do ich śmierci. W sumie to było całkiem logicznym podejściem, pewnie łatwiej byłoby jej to ogarnąć, gdyby otaczała się większą ilością ludzi. Prudence była nie do końca przystosowana do interakcji międzyludzkich, zdawała sobie z tego sprawę. Nie powinna była rzucać takich słów, bo przecież słowa zostawały w ludziach na dłużej, nie chciała, żeby sądził, że miała go za skończonego kutasa, ale chyba trochę tak wychodziło.

Mieli swoja historię, jednak aktualne interakcje udowadniały jej to, że mogła się mylić. Może już na samym początku nieodpowiednio go oceniła, nie dawała mu szansy, raczej zakładała, że nigdy nie będą w stanie się dogadać. Nie była łatwa w obyciu, w zasadzie dla większości osób bywała chłodna i oschła, jednak w jego przypadku reagowała jeszcze bardziej intensywnie. Nie miała pojęcia skąd się to brało, nigdy też nie umiała zrozumieć, jak doszło do tego, że jej brat odnalazł się w ich gronie niemalże od razu, może trochę mu tego zazdrościła? Ona doskonale znała swoje miejsce w tej całej śmiesznej, narzuconej hierarchii.

- Ambroise musiał się zdziwić, kiedy nas razem zobaczył. - Ona również widziała go w tłumie, teraz więc rozjaśniało jej się, skąd Benjy wiedział kim jest. Greengrass podzielił się tą informacją, szkoda, że jej nie poinformował wcześniej. Nie byłoby teraz tego elementu zaskoczenia. Na pewno wypożyczy go sobie na chwilę i przekaże mu, co myśli o takim ukrywaniu faktów. Szczególnie, że wydawało jej się, że ostatnio raczej się lubili, a miał świadomość, jak wyglądała jej relacja z Rookwoodem w czasie Hogwartu. Mogłaby się nieco bardziej przygotować do tego spotkania, które nadeszło. Tak działała zupełnie impulsywnie, nie miała szansy za bardzo rozmyślać o tym, w jaki sposób powinna przebiec ta rozmowa. Nie znosiła nie mieć kontroli nad tym, co działo się wokół niej.

- Jasne, niech sądzą, że nie ma nic do opowiadania. - Mruknęła jeszcze sięgając po butelkę. Upiła z niej kolejny łyk. Właściwie to ta historyjka nie brzmiała najgorzej. Rozpoznał ją, wyprowadził ją stamtąd bo była siostrą jego przyjaciela, to miało sens, czyż nie? Było też całkiem wygodne.

- Niech tak będzie, jakby ktoś pytał, to powiem, że wiedziałam, chociaż nie wydaje mi się, żeby kogokolwiek to interesowało. - Nie była tutaj dlatego, że należała do ich grona przyjaciół. Znalazła się w tym miejscu przypadkowo, przez to, że był tu jej brat i na coś mogły się im przydać jej umiejętności. Nie spodziewała się, żeby miała zawierać z nimi jakieś bliższe relacje, nigdy nie należała do tej kliki, i raczej to nie miało się zmienić, zresztą Prue nie szukała na siłę bliskich relacji.

Nie spodziewała się, że zacznie wizytę w tym miejscu od takiej rozmowy. Była zmęczona, te dwa dni były naprawdę tragicznie, a teraz jeszcze musiała ustalać z nim jakiś dziwny plan, co do tego, co mieli mówić o tym, co się wydarzyło. To było dość wiele jak na to, w jakim aktualnie stanie się znajdowała. Sporo się wydarzyło, docierało do niej wiele informacji, powoli składała sobie to wszystko w całość. Właściwie to uważała, że dobrze się stało, że mieli szansę porozmawiać na osobności nim znaleźli się między pozostałymi osobami przebywającymi w tym miejscu. Tak było prościej - ustalić jedną, wspólną wersję. Przynajmniej nikt nie będzie wątpił, że to co mówią jest kłamstwem, gorzej jakby zaczęli mieszać swoje zeznania.

- To dobrze, lepiej dla Ciebie, bo teraz potrafiłabym się odgryźć. - Zresztą już dawno nie nosiła tych głupich warkoczy, ale wiedziała do czego zmierzał. Znowu próbował wprowadzić nieco lżejszą atmosferę między nimi, zauważyła, że działał w ten sposób już tamtego pamiętnego wieczora podczas pożarów. Nie przeszkadzało jej to jakoś szczególnie, zresztą przynosiło oczekiwany efekt, czuła, że napięcie powoli przestaje jej towarzyszyć. Może faktycznie byli w stanie jakoś się ze sobą dogadać, nawet jeśli poznali swoje tożsamości. Jasne, dużo łatwiej było podchodzić jej do niego bez uprzedzeń, które wynikały z przeszłości, gdy nie miała pojęcia kim był dużo prościej im się rozmawiało, jednak, czy to, co miało miejsce, aż tak dawno temu powinno warunkować teraźniejszość?

Nie mogła zapominać o tym, jak wiele dla niej zrobił ostatnio. Wiedziała bowiem, że gdyby nie jego, zupełnie bezinteresowna pomoc to mogłoby być z nią krucho, może nie okazywała tego jakoś specjalnie w tej chwili, jednak naprawdę brała to pod uwagę podczas tej dziwnej interakcji, do której aktualnie między nimi dochodziło.

- Czasem przydaje się odrobina autorefleksji, szczególnie, gdy można z niej wyciągnąć coś dobrego. - Naprawdę starała się być nieco innym człowiekiem, niż była w przeszłości. Miała nadzieję, że to doceni, bo nadal potrafiła się odcinać i być wyjątkowo chłodna, gdy coś nie do końca jej odpowiadało. Aktualnie walczyła ze sobą, aby być tą najbardziej przystępną w obyciu wersją siebie. Starała się nie oceniać go przed pryzmat ich dawnej znajomości, mimo tego, że on miał sporo za uszami jeśli o to chodzi, to wiedziała, że nie był jedynym, który spowodował, że ich relacja potoczyła się tak, a nie inaczej. Reagowała na jego zaczepki nazbyt intensywnie, spinała się zawsze, gdy znajdował się obok, napuszała się, chociaż wcale nie musiała tego robić, wszystko po to, aby nie stać się jego kolejną zabawką. Miała spory dystans do osób jego pokroju, tak właściwie bez żadnych konkretnych podstaw, założyła sobie, że nikt z nich nie był w stosunku do niej szczery, wydawało jej się, że próbują przekraczać jej granice przez to, że się od nich różniła. Wybrała nie do końca odpowiednią metodę aby z tym walczyć, mogła być milsza, mogła spróbować łagodzić konflikt, zamiast tego celowo go podsycała, aby w końcu się od niej odczepił, co działało wręcz odwrotnie. Powinna się tego spodziewać.

- Nie da się tego ukryć, że nie byłam, ale trochę się o to prosiłeś. - Nigdy nie powiedział wprost dlaczego to robił, nie była w stanie domyślić się przyczyny tego zachowania, szczególnie, że z czasem stało się coraz gorsze. Odpłacał jej pięknym za nadobne, tego nie dało się nie zauważyć, chociaż mogli to wyjaśnić już na samym początku. Nie dopytywała nigdy jednak, zamiast tego wybrała zupełnie inną drogę, która wydawała jej się zapewnić bezpieczeństwo, brak niepotrzebnych interakcji. Zresztą nigdy nie wydawało jej się, aby ktoś jego pokroju mógłby zainteresować się kimś takim jak ona. Bletchley naprawdę wiedziała, gdzie jest jej miejsce, starała się tego trzymać. Nie miała zbyt wygórowanych oczekiwań związanych ze swoim losem. Przez to próbowała trzymać się z boku, nie zwracać na siebie uwagi, przemykać w cieniu, co on dosyć często jej utrudniał.

- Nielicznych, do których chyba nie należymy. - Była to może smutna, ale jednak prawda. Jakże inaczej mogłaby określić tę sytuację w której się znajdowali. Wiedziała, że byli doświadczeni przez życie i ona i on, może w zupełnie inny sposób, bo należeli do różnych światów, ale nie dało się dostrzec tego, że każde z nich sporo przeżyło. Niekoniecznie spotkało ich to, co mogło być uznane za najlepsze. Przeżyli swoje osobiste tragedie, o których nawet udało im się wspomnieć, nie spodziewała się, że kiedykolwiek będzie jej pisane jakieś szczęśliwe zakończenie, już jedno miała mieć, nie wyszło, więc nie zamierzała próbować po raz kolejny, zresztą, czy w świecie, w którym przyszło im żyć ktokolwiek mógł liczyć na szczęśliwe zakończenie? To, co wydarzyło się dwa dni temu raczej skłaniało ku refleksji, że wszystko jest okropnie kruche i może się skończyć w każdej chwili.

Prychnęła, kiedy usłyszała jego słowa. - Sprowadzasz mnie na złą drogę, a jestem tu ledwie od kilkunastu minut. - Powinna się tego spodziewać, prawda? Jasne, wino jak wino, chciała się nawalić, żeby nieco odetchnąć, tylko, czy faktycznie wypadało, aby w zupełnie obcym miejscu doprowadzała się do stanu, w którym nie będzie nad sobą panować? Z drugiej strony, czy ktoś w ogóle by się tym przejął, gdyby zobaczył ją nawaloną jak szpadla? Pewnie nie. Każdy miał swoje problemy, którymi musiał się zająć. - Po drugiej butelce wina nie będzie szansy, że znajdę stąd wyjście, więc będziesz musiał mi je pokazać. - Nie, żeby na trzeźwo potrafiła się wydostać z tych korytarzy, jednak nie zamierzała wspominać teraz o tym, jak bardzo zagubiona była jeszcze chwilę temu, właściwie to i teraz. W ten sposób będzie mogła sobie zapewnić jakoś wydostanie się z tego miejsca. Nie wątpiła bowiem w to, że Benjy mógłby znaleźć wyjście z zamkniętymi oczami.

Nie wydawało jej się, żeby musiała szybko się stąd zmywać, z każdym kolejnym łykiem wypitego wina przestawała zastanawiać się nad słusznością swojego postępowania. Zresztą nie robiła nic złego bratając się z wrogiem z przeszłości, prawda? Nikt nie będzie jej oceniał, no poza nią samą, kiedy otrzeźwieje, ale tym będzie się martwić Prudence z przyszłości, nie ta siedząca w piwnicy, która próbowała jakoś uporządkować wszystkie informacje, które do niej dotarły.

Dostrzegła ten gest i butelkę, którą wyciągnął w jej stronę. Przesunęła się nieco bliżej niego i zbliżyła w stronę mężczyzny flaszkę, którą trzymała w dłoni. - Rozejm. - Powiedziała cicho. Niczego nie traciła prawda? Zresztą nie chciała wracać do tego, co było w przeszłości. Rozumiała to, że ludzie się zmieniali, że każdy mógł nie do końca być dumny z tego, co się kiedyś wydarzyło, ona nie była. Nie było więc sensu się na tym skupiać, kiedy los dawał im kolejną szansę. To zdecydowanie było właściwsze niż wracanie do czegoś, co było dawno i nieprawda.

Na pewno będzie im łatwiej przeżyć z innym nastawieniem te kilka dni, które mieli spędzić w tym miejscu. Tak, czy siak mieli tu zostać, bez potrzeby było skupiać się na niepotrzebnym darciu kotów, kiedy właściwie zaczęli ten nowy rozdział w zupełnie inny sposób. Fakt, może nie wiedzieli kim są, ale dzięki temu mogli zauważyć, że potrafią ze sobą rozmawiać, byłaby nawet w stanie stwierdzić, że gadka całkiem nieźle im się kleiła. Najwyraźniej uprzedzenia w przeszłości były spowodowane czymś innym.

Sięgnęła jeszcze do kieszeni spodni, aby wygrzebać z nich mugolską zapalniczkę, którą odpaliła sobie fajkę. Zaciągnęła się dymem, a po chwili wypuściła niewielką chmurę na zewnątrz. - To jest nieprawdopodobne. - Musiała skomentować całą sytuację, ale trochę brakowało jej słów. Nigdy nie uwierzyłaby w to, że będzie z nim siedzieć i pić, rozmawiając przy tym całkiem neutralnie. Życie faktycznie bywało bardzo przewrotne i chyba nikt nie był w stanie przewidzieć tego, co może się wydarzyć. Bletchley nigdy nie wpadłaby na to, że może ją spotkać podobna sytuacja, zresztą wszystko, co ostatnio się działo było powalone, pozostawało chyba faktycznie twierdzić, że nie ma sensu zastanawiać się nad tym, co może przynieść przyszłość, bo nie dało się przewidzieć, co może się wydarzyć.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#18
22.04.2025, 23:04  ✶  
Athamé - Prudence brzmiała tak, jakby dobrze wiedziała, o czym mówię, więc nie uciekłem się do tego, by wyjaśniać jej znaczenie tego sztyletu czy tam noża - a było naprawdę wiele różnych wersji tego cacka. Nic dziwnego, że nie od razu go rozpoznała. Było ciemno, a przedmiot, który jeszcze przed chwilą znajdował się w moich dłoniach był trochę inny od tych powszechnie widywanych. Bez wahania przesunąłem go ręką po podłodze w kierunku buta kobiety - tak, by mogła mu się przyjrzeć, jeśli chciała.
- Większoś nowych pewnie szię nie nadaje. Na pszykład ten, któly mam ofisjalnie do tego zadania, pewnie szybko by szię zniszczył, ale ten tutaj, jak jusz mówiłem, jeszt dosyś staly i... Spesyfiszny. Pszekasywany s pokolenia na pokolenie pszysposobionych paliasów. - Wyjaśniłem, jednocześnie rzuciwszy okiem na wspomniany przedmiot, wzruszając ramionami. - Musi byś inny. - Stwierdziłem, skupiając się na reszcie wypowiedzi, którą do mnie wygłosiła - mniej więcej w połowie nieznacznie wywróciłem oczami. No, jasne - oczywiście, że powiedziała coś takiego. - Mamy kilka dni, wies, więc jeszli będzies miła, to mosze nawet pokaszę ci kilka pszydatnych sztuszech. - Nie łudziłem się, że zbyt wiele z tego wyniesie, ani tak naprawdę, nie wiedziałem, czy po naszej rozmowie nadal będzie chciała spędzać ze mną jakikolwiek czas - ba, ja też nie wiedziałem, czy zechcę go spędzać z nią, ale to nie powstrzymało mnie przed robieniem dosyć śmiałych założeń. Chwilowo naprawdę dobrze nam się rozmawiało - przynajmniej do momentu, gdy mnie nie obraziła.
- Zlusuj, powiesiałaś dokładnie to, co chciałaś powiesieś. Obiesaliśmy szobie szczelość, jak szię jeszcze pszyjaśniliśmy, nie? - Nie od razu zareagowałem, tylko jeszcze przez chwilę patrzyłem na nią, próbując zrozumieć, co dokładnie miała na myśli - dawna Prue zdecydowanie by mnie nie teraz nie przepraszała, więc wyczuwałem w tym jakiś podstęp - tyle tylko, że chyba go nie było. To były tylko moje zamierzchłe doświadczenia, a te mieliśmy odstawić na bok, więc wypadało, bym wyjął kija z dupy. To nie była taka znowu przykra niespodzianka, że założyła coś na mój temat, a potem to zweryfikowała... - Chciałaś mnie tym ugodziś, bo zaczęłaś walczyś o swoje... - Podsunąłem jej ten całkiem wygodny argument, skwitowawszy to wzruszeniem ramionami, jakby wcale, a wcale nie zrobiło mi to żadnej przykrości - dosyć szybko przechodziłem do porządku dziennego z takimi sytuacjami. To nie był pierwszy raz, gdy krzywdziła mnie kobieta, na której zainteresowaniu mi kiedyś zależało. Poza tym Prudence w przeszłości robiła to dosyć regularnie - raz za razem przechadzała się z butami po mojej pewności siebie, depcząc ją i wycierając sobie o nią podeszwy, dopóki nie postanowiłem, że mam dosyć tego układu sił i nie odpuściłem prób poderwania jej, czy nawet zakolegowania się z nią. Nie wiedziałem, z czego wynika to jej zachowanie, bo z początku naprawdę nie robiłem nic, co uważałabym za złe - starałem się być miły, może się do niej nie umizgiwałem, ale próbowałem być kimś więcej, niż tylko kolegą jej brata bliźniaka. Tylko po pewnym czasie dotarło do mnie, że to od samego początku było nacechowane w jakiś dziwny sposób - nigdy nie było między nami tak naprawdę dobrze, ani przez chwilę nie byliśmy nawet na stopie towarzyskiej, a potem wszystko potoczyło się samo - nasza relacja wykoleiła się mniej więcej po trzech czwartych szkoły, gdy przestałem próbować szarpać za hamulec awaryjny, tylko stwierdziłem, że cokolwiek robię - robię to źle. Prudence spojrzała na mnie z tym swoim specyficznym, nieco poważnym spojrzeniem, które chyba miało coś zmienić w tym odbiorze sytuacji, ale ja tylko wzruszyłem ramionami.
- Zalasłaś mi za skólę, ale potszeba znasznie więsej, szebym mógł cię nienawidziś. Znasznie, znasznie więsej. - Wreszcie, z lekkim rozbawieniem, odchrząknąłem, przenosząc wzrok na kobietę i posyłając jej nieprzeniknione spojrzenie. - Myślę, sze nawet balsiej nisz pszyklo. - Sprostowałem, ponieważ nie do końca odpowiadało mi to, do czego sprowadziła podobną tragedię - jasne, ja sam też mogłem śmiać się z własnej rychłej śmierci, mieć do niej bardzo luźne podejście, ale tu była między nami naprawdę diametralna różnica - za nią miałby, kto płakać, rodzina by za nią rozpaczała, otoczenie na pewno by o niej wspominało, to naprawdę byłby dla kogoś osobisty dramat. Po mnie? Nie było już nikogo, kto zwróciłby na to uwagę - nie miałem złudzeń, nawet przyjaciele nie wiedzieliby, że zginąłem. Po prostu nagle przestałbym pisać i zniknąłbym w piaskach zapomnienia - mogliby się tylko zastanawiać, ale nie byłoby żadnej oficjalnej żałoby. No, cóż - sam się pisałem na takie życie, to nie była żadna trudna filozofia, wiedziałem o tym od bardzo dawna.
- Czy ja wiem... Nie wyglądał na zdziwionego, ale to tesz była taka sytuasja, któla laszej nie spszyjała wymianie spostszeszeń, wies... - Odparłem, nie czując potrzeby owijania w bawełnę - z tego, czego się dowiedziałem, Prudence w tym momencie utrzymywała kontakt z Greengrassem, znała go prawdopodobnie po części tak dobrze, jak ja, a po tylu latach - co było dla mnie dosyć trudne do przełknięcia - może po pewnej części nawet lepiej, więc nie miałem tu wiele do dodania. - Po plostu spytał, gdzie jeszteś i czy jeszteś bespieszna. - Dodałem zgodnie z prawdą, nie chcąc wnikać w to, że mnie to zaskoczyło, bo na samym początku nie miałem pojęcia, że Roise kieruje swoje słowa do mnie. Kiedy to do mnie dotarło, musiałem włożyć naprawdę dużo energii w to, by nie okazywać zmieszania - to nie był najlepszy moment, żeby dowiedzieć się detali na temat tego, kim była moja towarzyszka. Tym bardziej, że nadal miałem całkiem miłe odczucia po końcówce naszego spotkania - te same, które teraz się już zupełnie rozwiewały, bo chociaż nie miałem złudzeń, że nie mam podjazdu do kogoś tego pokroju, to jednak miło było pomyśleć, że taka osoba okazała mi cień niewymuszonego zainteresowania... Ale że to była Prudence Bletchley... No, cóż.
- Twojego blata? - Podsunąłem, bo wydawało mi się, że Elias może być osobą, która spyta o okoliczności naszego spotkania i wtedy wypadałoby, żebyśmy byli jednomyślni w wersji, jaką mu przedstawimy. Ta ze spotkaniem, rozpoznaniem się i współpracą była najwygodniejsza - a nawet mijała się aż tak bardzo z prawdą. Tylko trochę, więc mogliśmy ją tak przedstawiać, nie uciekając się do wierutnego kłamstwa - zakrzywianie rzeczywistości to była moja specjalność, przez lata, więc to miało ręce i nogi.
- Chamski, letni podlyw, nie? No, kto by pomyszlał, sze mosze byś chamski i skończyś szię w ten szposób... - Cmoknąłem z nutką niedowierzania, unosząc brwi i posyłając wymowne spojrzenie na Prudence, nawet jeśli prawdopodobnie nie widziała tego zbyt dobrze. No, cóż. Minęło tyle lat - doszliśmy do tego, że doskonale zdawała sobie z tego sprawę, więc to nie był żart nie na miejscu. Nie miałem wrażenia, że mówię coś wyjątkowo kontrowersyjnego - to było już bez znaczenia, tak samo jak tamten pocałunek pod ministerstwem.
- No, co ty... Zajebisie nam idzie. - Zwłaszcza ukrywanie sarkazmu szło mi teraz naprawdę zajebiście, normalnie, jakbym był ekspertem - tyle tylko, że po paru głębszych, gdy język jeszcze mi się nie plątał, ale głowa była już trochę lżejsza, a więc łatwiej formułowało mi się takie zdania. Miałem niezaprzeczalną tendencję do wyszydzania sytuacji, naśmiewałem się z rzeczywistości - co mi innego pozostało. To była najlepsza i najmniej druzgocąca forma autoterapii. Sprowadzenie wszystkiego do żartu nic nie kosztuje...
- Wiem, sze tu jeszt ciemno, ale zdlasę ci sekret, m'kay? - Spytałem zupełnie bez powagi w głosie, nachylając się w bok - ku kobiecie, żeby oświecić ją w tym, co już na pewno wiedziała, a co nieodmiennie mnie bawiło, bo było nie tyle częścią mojego imidżu, co założeń ludzi dookoła - szczególnie kobiet i zazdrosnych facetów. - Tak jakby jesztem bad boyem, bébé, splowadzanie dziewcząt, panien w kaszdym wieku, na złą ścieszkę to zalasem mój główny cel w szysiu i jedyna cecha chalaktelu. Jesztem płytki jak kałusza, zmęszysz szię mną po kilku minutach monologu s okasjonalnym chamskim, letnim fliltem, ale pszynajmniej wyglądam hot, więs kto by szię tym pszejmował... - Zacmokałem, jak przystało na rasowego fircyka, babiarza, człowieka tak płytkiego, że trudno było dopatrywać się w nim jakiejkolwiek głębi - za to mającego konwencjonalnie atrakcyjny ryj, prawie dwa metry wzrostu i mogącego mieć całkiem dużego kutasa. - Helen s kszięgowości spłonie s zaszdlości. Przytaknąłem sobie samemu, kiwając głową z miną eksperta - poniekąd nim byłem, miałem tę wszystkie przeszłe doświadczenia z kobietami zainteresowanymi mną tylko pod kątem seksualnym albo jako pieska do pokazania, ewentualnie, jako obiektu badawczego do przetestowania swoich umiejętności terapeutyczno-naprawczych. Mogłem posunąć się do rzucania takimi komentarzami, to było bardzo na miejscu - co prawda nie wiedziałem, co ona uważa na ten temat, ale czy tak naprawdę mnie to obchodziło? No, niekoniecznie. Nasza dotychczasowa interakcja szła lepiej, niż zakładałem, chyba nie miała już takiego kija w dupie, więc ja też trochę zacząłem się rozluźniać. Na zewnątrz nic się nie zmieniło, ale od środka rzeczywiście zluzowałem - w moim zachowaniu było więcej szczerych reakcji, mniej grania wyluzowanego.
- Ok, zgoda... A nawet więsej. Mam dobly dzień, więc lozszeszę ofeltę... Jak dopijesz tszy, to pokaszę ci, jak ominąś główne wejsie. Dwa wina i dwusetka czegoś mosniejszego i będziesz wiesieś, gdzie koczowaś, szukająs szpokoju od posostałych... Ale to dlugie to muszi byś coś lepszego, bo... Daj szpokój, Pludence, kiedy osztatnio miałaś okasję piś wino o waltości twojej wypłaty i móc spokojnie sztwieldziś, sze smakuje, jak szczyny hipoglyfa, a potem zapiś to małpką? - Mówiąc to, trochę przechyliłem butelkę, żeby dokonać dzieła i stuknąć się z nią flaszkami. Właśnie nawiązaliśmy oficjalny rozejm, chociaż jeszcze nie do końca wiedziałem, czy to nie tylko chwilowy spokój, czy naprawdę udało się odpuścić dawne urazy. W pewnym momencie, z rozbawieniem, odgiąłem głowę do tyłu, w końcu wtykając sobie między wargi fajkę, którą mnie poczęstowała, tłumiąc śmiech i sięgając po zapalniczkę niemal w tym samym momencie, w którym ona zrobiła to ze swoją. Czułem, jak dym powoli wypełnia moje płuca, a w głowie pojawiła się jakaś dziwna lekkość.
- Co? - Spytałem w pierwszej chwili, by zaraz sam sobie odpowiedzieć, z zewnątrz kwitując to prychnięciem pod nosem - tym razem był to jednak wyraz rozbawienia, nawet jeśli oszczędny. Nie spodziewałem się tego, nie wierzyłem, że kiedykolwiek do tego dojdzie, ale tutaj, w tej chłodnej, trochę zapyziałej piwnicy, wśród butelek alkoholu i zapachu wilgoci i kurzu, wszystko wydało się możliwe. Wcisnąłem fajkę głębiej między wargi, próbując opanować rozbawienie, ale w momencie, gdy dotarło do mnie pełne znaczenie tych trzech słów, które usłyszałem z jej ust, poczułem, jak coś się we mnie przełamało - wybuchłem śmiechem. Nie trwał długo, szybko przeszedł w kaszel - ten, który towarzyszył mi od pamiętnej nocy pożarów - ale był całkiem szczery i niewymuszony. - Uwaszaj, bo jesce mnie polubisz, a sztąd jeden klok do pszyjaśni. - Zagroziłem, mimo tego, że raczej nie sądziłem, byśmy musieli przejmować się takimi efektami tego naszego porozumienia, skoro miało potrwać tylko kilka dni, a potem w dalszym ciągu planowałem się stąd zwijać. Miałem w planach wyjazd poza Wielką Brytanię, bo po prawdzie - nic mnie tu nie trzymało, sam to sobie udowodniłem, wreszcie zmierzyłem się z długo odwlekanym zahaczeniem o ojczyznę i to, co w niej zastałem, okazało się mijać zarówno z moimi oczekiwaniami, jak i z obawami. Uświadomienie sobie tego, że nic mnie już nie wiąże z tym krajem było równie przykre, co odkupiające. Z każdym mijającym dniem coraz bardziej uświadamiałem sobie, że Stany, przynajmniej od dekady z półtorej, były mi dużo bliższe niż Wyspy Brytyjskie. Nic dziwnego - to tam spędziłem większość dorosłego życia, to tamto miejsce ukształtowało obecnego mnie, to tam chciałem wrócić - może z paroma przystankami po drodze, żeby wykorzystać pobyt w Europie i wykonać kilka zleceń w obcych krajach, ale to za Amerykami tak naprawdę tęskniłem, Wielka Brytania stała mi się obca, nieprzystępna i nic mnie tu nie trzymało. Na skutek tej świadomości, zamierzałem zrobić to, co powiedziałem Prudence podczas naszej wędrówki przez Londyn - wyjechać stąd, gdy tylko wesprę przyjaciół w poradzeniu sobie z odwykiem Astarotha, a więc najpóźniej za kilka dni, może około tygodnia. To nie był czas, w którym dało się nawiązać przyjaźń z kimś, z kim wcześniej przez lata miało się na pieńku, nawet z przerwą pomiędzy, gdy nasze relacje zupełnie się rozmyły. Co prawda, nie było to takie znowu niemożliwe - przynajmniej to polubienie się, a od polubienia się do przyjacielskiej sympatii nigdy nie było zbyt daleko, ale to raczej nie było dla nas groźne... Czy tam „nam pisane” - jak to pewnie mogłaby powiedzieć Bletchley. Co podsunęło mi kolejną myśl - coś, co raczej powinienem powiedzieć.
- A... I, Bletchley... - Zacząłem, poważniejąc, ale sekundę później celowo się poprawiłem, bo skoro mieliśmy ten rozejm, to mogłem sobie darować mówienie jej po nazwisku. - Pludence, to nie była ściema, szeby ci szię nie pszedstawiaś. Od blisko piętnastu lat ja to nie ja, m'kay? Ofisjalnie nie ma mnie na Wyspach, nie było i nie bęsie, więs najlepiej, jeszli nawet na osobnoszci, czy w towaszystwie pozostałych, bęsiesz mi mówiś Benjy. - Poinstruowałem ją, wierząc w to, że mimo wszystko, nie zacznie zadawać zbyt wielu pytań, chociaż to była Prudence, więc mogłem się spodziewać dosłownie wszystkiego - szczególnie tych głębokich, zawiłych analiz, których temat już dziś poruszyliśmy. W tym momencie moja głowa była cięższa o nowe wnioski, jakich wcześniej nie miałem, bo nigdy nie poświęciłem zbyt wiele czasu, żeby wnikać w to, co dokładnie robi Prudence z Prudence - miałem wyrywkowe, subiektywne szczątki informacji, które w głównej mierze sprowadzały się do tego, że jest dziwna, bo na coś choruje... Ale na co? To już do mnie nie docierało, a nawet jeśli dotarło, to obiło mi się o uszy i poleciało dalej. Nie to, żebym nagle stał się zupełnie oświecony, ale przynajmniej cokolwiek już wiedziałem - to był niezły punkt wyjścia do... Czegoś. W razie potrzeby.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#19
23.04.2025, 00:33  ✶  

Prudence wiedziała sporo rzeczy, może nie wyglądała na pierwszy rzut oka, jakby interesowała się pewnymi dziedzinami, jednak jej umysł był dosyć pojemnym miejscem, czytała ogrom ksiąg związanych z najróżniejszymi rytuałami, wszystko zapamiętywała - nawet to, czego nie chciała, bo tak już miała. W przypadku Bletchley niczego nie dało się odzobaczyć.

- Jasne, rozumiem, już dawno przestał służyć do tego, do czego został stworzony. - Nie został jednak wyrzucony, tylko nadal był przedmiotem przekazywanym z pokolenia na pokolenie, pamiątką, było to nawet całkiem sensowne, wiedziała, że takie przedmioty potrafiły nabierać nieco osobistego znaczenia.

Dostrzegła, że przysunął nóż w jej stronę, nie zastanawiała się nawet chwili, tylko od razu po niego sięgnęła, skoro dostała szansę, aby przyjrzeć mu się bliżej, to dlaczego miałaby z niej nie skorzystać? Widziała już podobne noże, ale każdy mógł być inny, nie byłaby sobą, gdyby go nie dotknęła.

- Muszę być miła? Co to za dyskryminacja? - Nie, żeby nie starała się, jak może, ale różnie bywało. Nie była lekka w obyciu i wiedziała, że bardzo szybko może zostać odebrana za kogoś, kto był przeciwieństwem bycia miłym, musiała się więc odpowiednio zabezpieczyć, na każdą ewentualność. - Mogę spróbować, ale nie obiecuję, że to przejdzie. - To i tak było wiele jak na pannę Bletchley, nie miała w zwyczaju nawet próbować trzymać się jakichś schematów zachowania, nie przywiązywała do tego wagi, ale skoro mogła na tym skorzystać, nauczyć się czegoś nowego to warto było sprawdzić, czy jej się uda.

Nie, żeby faktycznie uważała, że będzie on w stanie nauczyć ją jakichś magicznych sztuczek związanych z nożami. Bletchley wiedziała, że nie była szczególnie pojętna w podobnych rzeczach, ale dlaczego nie miałaby spróbować? Nauczyła się ostatnio, że bez sensu jest trzymać się utartych schematów i ograniczać, chętnie sprawdziłaby się w jakiejś nowej sytuacji, to była idealna okazja.

- Jestem wyluzowana. - No, zdecydowanie była, może nie wyglądała... jasne. Nadal nieco nie mogła oswoić się z tą całą sytuacją, ale próbowała jak mogła sprawić, żeby łatwiej było im przez nią przejść. Nie udawało jej się to chyba do końca tak jakby chciała, ale naprawdę starała się, aby było dobrze. - Tak, szczerość była obiecana. - Najwyraźniej nie tylko ona pamiętała to, co działo się podczas pożarów, właściwie to powinna się tego spodziewać, takich rzeczy raczej się nie zapominało, nawet jeśli dochodziło do nich w towarzystwie zupełnie obcych osób.

Zdecydowanie na przestrzeni lat zmieniło jej się zachowanie. Zaczęła wyłapywać swoje błędy w komunikacji i nie miała oporów przed tym, aby za nie przeprosić, kiedyś takie zachowanie było jej obce, raczej usilnie brnęła w swoją narrację, szczególnie, kiedy za kimś nie przepadała. Bez względu na to, jak bardzo głupie nie byłyby jej opinie to nie miała najmniejszego problemu z tym, aby ich bronić.

- Może trochę. - Nie mogła mu przyznać racji, przynajmniej po części, kiedyś to też raczej by się nie zdarzyło, ale ona się zmieniła, realia się zmieniły, więc nie miała z tym większego problemu. Faktycznie trochę chciała w niego uderzyć, bo ciągle nie czuła się zbyt pewnie, a on wydawał się być jak zawsze bardzo onieśmielający. Nadal miał to w sobie, mimo, że minęło już tak wiele lat. Starała się jakoś mu dorównać, wybrała nie do końca odpowiedni sposób, chyba jednak był jej w stanie to wybaczyć? No, przynajmniej na to wyglądało. Zdecydowanie byli innymi ludźmi, bo jego poprzednia wersja tak łatwo nie odpuszczała, wręcz przeciwnie, łapał ją za słówka i nie przestawał drążyć tematu. W tym wypadku wydawał się po prostu zaakceptować to, że miała swoje zdanie.

Sporo z tego, jaki tor obrała ich relacja miało swoją winę w jej zachowaniu. Zdawała sobie z tego sprawę, zresztą aktualnie nie miała najmniejszego problemu z tym, aby o tym wspominać. Wiedziała, że nie była najłatwiejszym człowiekiem, wtedy na pewno, teraz może nieco mniej, bo dopuszczała opcje, w której się myliła. Dosyć często zastanawiała się nad swoim zachowaniem i nad tym, czy faktycznie było słuszne. Zaczęła myśleć o tym, w jaki sposób może wpływać na to, jak właściwie inni ja traktowali, przestała to dopisywać do tych wszystkich czynników, na które nie miała wpływu, wiedziała, że nie tylko one to warunkują.

- Chyba nie chcę tego sprawdzać. - Potrafiła sobie wyobrazić to, jak bardzo mógłby być paskudny dla kogoś, kogo faktycznie nienawidził. Zdecydowanie wolałaby się nie znaleźć w tym miejscu, aktualnie twierdziła nawet, że lepiej było mieć w nim sprzymierzeńca, bo wydawał się być bardzo świadomy swoich zalet i tego, co może osiągnąć. Oczywiście, że to wszystko to były tylko hipotezy, nie zamierzała ich sprawdzać, mimo wszystko czuła do niego pewien respekt, przynajmniej po tym, co usłyszała od samego zainteresowanego.

- Nie wiem, czy cokolwiek jest go w stanie zdziwić. - Stwierdziła zgodnie z prawdą, wydawało jej się, że Ambroise miał wyjątkową tolerancję na wszystkie dziwne sytuacje, które mogły się przytrafić. Poznała go nieco w przeciągu kilku ostatnich lat, właściwie to ich współpraca układała się całkiem nieźle, może nie byli jakimiś bliskimi przyjaciółmi, ale wiedziała, że może na niego liczyć w pewnych sprawach, w których mało kto mógł jej pomóc.

- To całkiem miłe. - Powiedziała jeszcze cicho, bo raczej nie przywykła do tego, aby ktokolwiek martwił się o jej bezpieczeństwo, to nie było typowe, najwyraźniej jednak ciągle nieco zbyt krytycznie oceniała przyjaciół swojego brata, może wcale nie byli, aż tacy okropni jak się jej wydawało. Jasne, na przestrzeni lat zmieniała swoje opinie, jednak nie spodziewała się, że którykolwiek z nich przejmowałby się jej losem. Nie miała chyba nosa do ludzi, powoli to do niej docierało.

- Fakt, może go to zaciekawić, póki co jednak nie wypytywał mnie o to, więc może też mieć to w głębokim poważaniu, wiesz, jak mają artyści, są dosyć mocno odklejeni. - Wcale by jej nie zdziwiło, gdyby Elias w ogóle nie poruszył tego tematu, chociaż tak naprawdę trudno było przewidzieć, co może go zainteresować. Bywał dziwny, to znaczy, zdarzało się, że zupełnie nie rozumiała jego pojęcia, bo byli bardzo od siebie różni, mimo tego, że byli bliźniakami.

- Chamski na pewno, ale podryw? - Dopytała z niedowierzeniem. Nie sądziła, że mogło o to chodzić, nie domyśliła się, to nie było szczególnie subtelne, wręcz przeciwnie, zakładała raczej, że chodziło mu o coś zupełnie innego. Zdecydowanie nie była najlepsza w odczytywaniu intencji innych ludzi, nie przy takich interakcjach.

- Sorka, nigdy nie byłam szczególnie bystra w odczytywaniu takich komunikatów. - Warto było o tym wspomnieć, Bletchley właśnie przez to ceniła sobie bezpośredniość, bo rzadko kiedy umiała stwierdzić, co ktoś miał na myśli zachowując się w ten, a nie w inny sposób. Była nieco upośledzona, jeśli chodzi o rozumienie zachowań innych osób. Zresztą nigdy nie pomyślałaby nawet o tym, że ktoś taki jak on mógłby chcieć ją podrywać, bardziej uważała się za zwierzynę, na którą polował i chciał się nad nią trochę poznęcać. Jak widać nie do końca odpowiednio odczytała jego intencje.

- Powiedzmy, zdecydowanie mogło iść nam gorzej. - Zważając na to, co wydarzyło się w przeszłości. Ich stosunki od zawsze były dość mocno napięte, teraz chyba powoli docierało do niej dlaczego. Wszystko zaczynało układać się w całość, rozumiała skąd mogło wynikać jego zachowanie, a przynajmniej starała się to zrozumieć. Nie była łatwym obiektem do testowania na nim swoich sztuczek, wręcz przeciwnie wydawała się być bardzo odporna na jego wdzięki, przynajmniej kiedyś, to mogło go zaboleć.

- Jasne, dajesz, nie mogę się doczekać, aż go usłyszę. - Nie sądziła, żeby chciał się z nią podzielić czymś, czego nie wiedziała. Mimo wszystko postanowiła go wysłuchać, a nuż ją oświeci.

Parsknęła śmiechem, kiedy w końcu wyznał jej tę swoją tajemnicę. Czy naprawdę sądził, że w to uwierzy po tym wszystkim, co dla niej zrobił? - Ambitny masz ten cel w życiu. - Oczywiście, że musiała to skomentować. Oczywiście nie negowała tego, że mógł wydawać się atrakcyjny, ba, nie mógł, ale był, ugryzła się w język nim to powiedziała, bo na pewno wykorzystałby to w przyszłości. - Czy to moment, w którym powinnam stąd wyjść i uznać, że nie chcę należeć do grona Twoich fanek? - Całkiem lekko szła im ta rozmowa, mimo tego, że doszło do nich to, że mają pewne doświadczenia, to jednak brnęli bardziej w ten ton, z którego korzystali podczas pożarów, to było nieco mylące, ale z drugiej strony, może właśnie powinni rozmawiać ze sobą w ten sposób, wtedy przychodziło im to łatwiej. Wydawali się całkiem nieźle dogadywać.

- Helen nie uwierzy dopóki nie zobaczy, więc wiesz, musiałbyś jeszcze być gotów na przedstawienie. - A ona zdecydowanie nie była na nie gotowa. Bawiło ją trochę to, że on nadal był tak kurewsko pewny siebie, mimo tego, że znajdował się w zupełnie innym miejscu i był innym człowiekiem. Jak widać, niektórych rzeczy nic nie mogło zmienić.

- Jest to oferta z tych nie do odrzucenia, co? - Oczywiście, że potrafił czarować, nie dało się mu odmówić uroku osobistego, jakże mogłaby negować taką propozycję? - Obawiam się, że po dwóch winach i czymś mocniejszym mogłabym nic z tego nie zapamiętać, więc musisz mi obiecać, że przypomnisz mi to wszystko jak otrzeźwieję, inaczej ten cały sprytny plan nie ma racji bytu. - Najwyraźniej nie widziała najmniejszego problemu w tym, aby się z nim tutaj nawalić, musiała mieć jednak pewność, że faktycznie będzie w stanie zrealizować swoją ofertę. Wiedziała, że może jej się to przydać w przyszłości, bo miała tu spędzić kilka dni, przyzwyczajona była raczej do życia w samotności, więc jego propozycja wbrew pozorom miała naprawdę sporo sensu.

- Kiedy? Nigdy? Wolę wydawać swoją wypłatę na tanie sikacze, które po prostu mieszają w głowie, smakują tak samo, jak szczyny hipogryfa. - Skoro mieli być ze sobą szczerzy, to faktycznie była szczera. Bletchley nie miała w zwyczaju przeznaczać swojej wypłaty na jakieś wymyślne trunki, nigdy nie była prawdziwym koneserem, od czasu do czasu lubiła się czymś znieczulic i to by było na tyle.

- Jajco, jeden zero dla mnie... - Bardzo dobrze wiedział co, najwyraźniej jednak musiał się nad tym zastanowić. Wino zdecydowanie zaczynało jej wchodzić, czuła się już całkiem lekko i nie miała mniejszych oporów przed tym, żeby zachowywać się w nieco mniej oficjalny sposób. Te dwa ostatnie dni były dla niej dość mocno wyczerpujące, potrzebowała okazji, aby odetchnąć, dziwnym trafem nadarzyła się akurat w tej piwnicy, i w jego towarzystwie, nie zamierzała tego negować, najwyraźniej tak miało być. Zamiast tego pociągnęła kolejny, spory haust alkoholu z butelki.

- Skąd wiesz, że już Cię nie polubiłam? Zresztą, myślałam, że już się przyjaźnimy. - Odpowiedziała lekko, jakby to było najbardziej oczywistą z oczywistości. Tak, mieli trudną przeszłość, nie potrafili się ze sobą dogadać, warczeli na siebie, kłócili się przy każdej możliwej okazji, starali się sobie udowadniać swoje racje, tyle, że coś się zmieniło. No, zmieniło się to, że doszło między nimi do interakcji podczas której nie mieli pojęcia z kim mają do czynienia, przez co okazało się, że potrafią się ze sobą komunikować. Teraz właściwie znajdowali się gdzieś pomiędzy przeszłością, a teraźniejszością, więc mogło być zdecydowanie gorzej, na szczęście ustalili, że nie chcą wracać do samego początku. Dzięki temu mogli uniknąć tego najbardziej drastycznego etapu ich znajomości.

Nie umykało jej to, co zdarzyło się ostatnio, to, co zmieniło jej zdanie na temat jego osoby, tak właściwie to aktualnie patrzyła na niego głównie przez ten najświeższy pryzmat zachowania, który był daleki od tego, co pamiętała. To mogło być mylące, tak właściwie to było mylące, ale co z tego. Czasem tak się działo, że człowiek gubił się w swoich osądach i najwyraźniej spotkało ją to właśnie teraz. Nie do końca wiedziała, co powinna myśleć, jak reagować, chociaż wydawało jej się, że podeszła do tematu całkiem rozsądnie, może powinna być ostrożniejsza, tylko po co? Nic jej przecież nie groziło.

- Rozumiem, nie będę wnikać, jeśli tak jest, to nie zamierzam Ci tego utrudniać. Na mały palec? - Nie miała problemu ze złożeniem obietnicy, że nie puści pary z ust, może nawet tego od niej nie wymagał, ale chciała wyjść na słowną, a jak wiadomo obietnica na mały palec była najbardziej wiążąca ze wszystkich, silniejsza nawet od przysięgi wieczystej. Bez większego oporu więc wychyliła się do przodu i wyciągnęła prawą rękę do przodu, wyginając przy tym najmniejszy palec swojej dłoni. Mogła zaryzykować.

Nie należała do osób, które chciały komplikować życie innym. Nie znała jego całej historii, jednak na pewno miał swoje powody, przez które nie chciał wracać do tego, kim był kiedyś, nie chciała o to pytać, bo nie sądziła, że był to na to odpowiedni czas i miejsce, zresztą sam wspomniał o tym, że jeszcze nie byli przyjaciółmi, może kiedyś uda jej się dowiedzieć czegoś więcej, była nawet nieco ciekawa tego, co takiego mu się przydarzyło, że musiał przyjąć nową tożsamość. Nie miała pojęcia też, jak właściwie doszło do tego, że uwierzyła, że po prostu zniknął z Wielkiej Brytanii i rozwijał swoją karierę naukową w Australii, nigdy nie drążyła tego tematu, czego teraz odrobinę żałowała, bo może byłaby bardziej świadoma całej sytuacji.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#20
23.04.2025, 13:52  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.04.2025, 13:52 przez Benjy Fenwick.)  
Siedziałem na chłodnej podłodze w piwnicy letniego domu przyjaciela, z głową lekko przechyloną do tyłu, patrząc na Prudence z niedowierzaniem. Dopijałem bourbon, który trzymałem w ręku, czując jak palący płyn rozgrzewa mi gardło. Odginając głowę do tyłu, tłumiłem uśmiech, czując jak powoli rozluźniam się w tej dziwnej sytuacji. Jedna z bardziej nieoczekiwanych osób siedziała naprzeciwko mnie w półmroku piwnicy, światło z lampy na korytarzu ledwo oświetlało jej twarz, a atmosfera między nami była wyjątkowo korzystna - to było zadziwiające, zważywszy na to, jak to wyglądało między nami przez lata, gdy jeszcze byliśmy młodsi, nie tak przeżarci przez życie. Kiedyś na pewno byśmy tak nie rozmawiali, to było coś nowego.
- Musis byś miła, bo to ja tutaj dyktuję walunki. - Odpowiedziałem spokojnie, z lekkim pobłażaniem w głosie. - W tym szlodowisku usnajemy legułę wsajemnoszci. Jeszli chces byś damskim dupkiem, to nic z tego nie wyjsie. - Przez kilkanaście sekund powstrzymywałem się od komentarza, aż w końcu lekko chrząknąłem, taksując ją wzrokiem. Mógłbym jej wskazać palcem jeden taki przykład w naszym towarzystwie, mając w dupie to, że to niekulturalne wytykać paluchami. Bździągwa Ambroise'a. Nie znosiłem jej, a ona zdawała się to całkowicie odwzajemniać - szybko wyczułem jej nowy, odświeżony charakter, samemu też na momencie ją wkurwiając. W przeciwieństwie do zmian między mną a Prue, które były zaskakujące, ale na plus - ta nowa Gerda już nie była zaczepną dziewczyną z drużyny - była zwyczajnie chamska, wredna, bezczelna, jakby wszystko było jej obojętne, bo jej się po prostu należało, a jednocześnie pełna tej samej roszczeniowości i pogardy wobec innych, typowej dla jej grupy zawodowej, których tak nienawidziłem. Sytuacja między mną a kobietą Ambroise'a była napięta jak plandeka na żuku - starliśmy się już na pierwszym spotkaniu po latach, wszystko wskazywało na to, że znów się pokłócimy i raczej spodziewałem się, że jeszcze kiedyś się pobijemy - była to tylko kwestia czasu. Chwilowo utrzymywałem należyty dystans, bo nie chciałem się kopać z koniem, czy tam z królikiem o zębach ze szparą na pięciocentówkę - chociaż nie dałbym jej nawet nikla, no, chyba że by się dzięki temu zamknęła, jak przeciwieństwo szafy grającej - miałem ważniejsze sprawy do załatwienia, niż wymiana zdań z kimś, kto nawet nie próbował słuchać, i po prawdzie, gdyby nie Astaroth i Ambroise, nie zaangażowałbym się w nic, co wymaga przebywania w zasięgu swojego wzroku. Nie zawsze mogłem sobie pozwolić na to, żeby odrzucić współpracę, ale w tym wypadku mógłbym to zrobić - i zrobiłbym, gdyby nie pozostali, na których mi zależało. Uspokajałem i napawałem się myślą, że to tylko kwestia czasu, jak wyjadę, nie musząc patrzeć na żadne bździągwy zadzierające nosa, jakby były lepsze - tylko dlatego, że miały łatwiejszy start i więcej możliwości rozwoju, zaczynając wcześniej, ale w moim mniemaniu i wcześniej osiągając domniemane maksimum potencjału, i osiadając na laurach.
Prychnięcie, które wydostało się z moich ust, nawet nie próbowało nie brzmieć, jak niekontrolowany parsk niedowierzania - parsknąłem pod nosem, bo nie mogłem uwierzyć w to, co słyszałem. Oczywiście, że musiała zdawać sobie sprawę, co było moją pierwszą intencją wtedy, gdy jeszcze byliśmy dziećmi. Nie mogła być ślepa na to, co się działo, skoro zachowywała się tak jawnie odtrącająco. Jasne, to były niezbyt delikatne zaczepki, ale byliśmy wtedy tylko dzieciakami, bez przesady. Nie, nie wierzyłem, że to wszystko było tylko niewinnym przeoczeniem i zapomnianym wyjaśnieniem: „Sorki, ale nie, nie jestem zainteresowana ani przyjaźnią, ani niczym więcej.”
- No nie wieszę... Chamski, letni podlyw, tak, dwu-i-pół-letni. - Powiedziałem cicho, z ironią, ale darowałem sobie resztę przekazu, która prawdopodobnie brzmiałaby: „Ty naprawdę myślałaś, że to było przypadkowe zmienienie nastawienia na jeszcze gorsze, a to wszystko przedtem, ta cała otoczka, to był tylko chłopięcy żart, jakiś zakładzik, gra? No, bez przesady... Nie pitol.” Prychnąłem pod nosem, parsknąłem, bo nie dowierzałem temu, co właśnie usłyszałem. Nie mogła być ślepa na to, co się działo - nie, gdy zachowywała się tak jawnie antypatycznie, jakby od początku celowo odwracała wzrok, mrużyła ślepia i zadzierała nosa. To były niezbyt wysublimowane zagrywki, tak, bo byliśmy wtedy młodzi, głupi, pełni energii i głupich pomysłów - ale bez przesady, żeby od razu wciągać w to tak głęboko zakorzenione w nienawiści intencje? To nie była zwykła zabawa, wtedy to było coś głębszego, coś, co teraz, patrząc wstecz, nadal wydawało się być tak oczywiste, a mimo to ona grała na swoją korzyść, odwracając wszystko, wywracając kota ogonem, jakby nie miało to żadnego sensu.
Wypiłem jeszcze trochę bourbonu, zanim rzuciłem, unosząc brwi - butelka powoli stawała się coraz lżejsza, w przeciwieństwie do głowy, która była coraz to bardziej pełna myśli.
- No nie, Pludence, nie wklęsaj mnie.- Spojrzałem na nią, nie ukrywając powątpiewania, ale też lekko uśmiechając się pod nosem. Teraz nie wierzyłem, żeby to wszystko miało aż tak głęboki podkład, a jednak wtedy miałem wrażenie, że to był odwrócony klasizm z jej strony, jakby od początku założyła najgorsze możliwe scenariusze i ukształtowała sobie myśli na mój temat, zanim w ogóle mieliśmy okazję się poznać - jakby wyczekiwała momentu, żeby móc pokazać swoją wyższość, bycie ponad nami wszystkimi, albo żeby od razu zakładać, że jestem kimś, kogo już poddała analizie, wyciągnęła wnioski i znielubiła od pierwszego wejrzenia. Poza tym, że po fakcie sam się zreflektowałem, odnośnie własnego natrętnego zachowania, dochodząc do wniosku, że to wszystko trwało długo, długo za długo - ten pierwszy etap, przed rzeczywistym znielubieniem jej. Nigdy byśmy się nie dogadali w ten sposób. To zbyt mocno przypominało zabawę w kotka i myszkę, tyle tylko, że Prudence od samego początku nie miała zamiaru zmieniać swojego podejścia - w pewnym sensie właśnie mi to powiedziała, na co zareagowałem uniesieniem brwi.
- Nie mogłaś byś ślepa, Bletchley. To, co lobiłaś, mówiło coś zupełnie innego, i wies co? Momentalnie załoszyłaś szobie te najgolse intensje. Wstyś szię. - Wziąłem łyka bourbonu, który trzymałem w ręku, i wyluzowałem się jeszcze bardziej, choć w głębi czułem, jak mnie to trochę irytuje, a trochę bawi - sposób, w jaki odpowiadała, biorąc odpowiedzialność, a jednocześnie migając się od wzięcia odpowiedzialności. Spojrzałem na nią z lekkim rozbawieniem, kontynuując. - Oszywiście, sze musziałaś zdawaś szobie splawę, co było moją pielwotną intensją. Nie mogłaś byś ślepa, no chyba, sze byłaś, ale wtedy pszynajmniej powinnaś zwlóciś uwagę na zmianę zachowania s tego wsględnie nieszkodliwego na bysie twoim najgolsym koszmalem, i mieś jakieś pytania. Z dlugiej stlony, jednego ci nie odmówię, ty pszynajmniej byłaś jednolodna i od poszątku zachowywałaś się tak, jakbyś automatycznie odtlącała wsystko, co plóbowałem zlobiś. Jasne, to były mało wywaszone, chłopięse zaszepki, bo byliszmy wtedy dziesiakami, ale bes przesady. - Powiedziałem, upijając trochę więcej z flaszki. - To tlwało długo, naplawdę długo, za długo, szeby byś nieświadomym. I jakoś mam wlaszenie, sze to był odwlócony klaszizm z twojej stlony, bo momentalnie załoszyłaś szobie, sze mam najgolsze moszliwe pobudki. - Podsumowałem, tym razem już z zaczepką i trochę z przymrużeniem oka, bo po prawdzie teraz tak nie uważałem, unosząc butelkę bourbonu i biorąc duży, głęboki łyk. Nie chciałem, by ta rozmowa była ciężka, ale nie mogłem się powstrzymać, żeby nie powiedzieć tego, co myślałem. Rozmawialiśmy lekko, bo to przecież było dawno, ale nie mogłem się zgodzić z tym, co mówiła - nie dało się.
- Szyjemy, nic nas nie pozabijało, my szię nie pozabijaliszmy - nie wiem, jak w twoim, ale w moim szwiesie, to jeszt całkiem niezły wyszyn. - Mruknąłem do niej porozumiewawczo - warto od czegoś zacząć, c'nie? Nie od razu Rzym zbudowano, jeszcze mogliśmy mieć coś w rodzaju umiarkowanie dobrego zakończenia, ustabilizować nasze stosunki, zanim przestaniemy ze sobą rozmawiać, bo w dalszym ciągu nie widziałem możliwości, żeby wysyłać jej te widokówki z podróży albo tego rodzaju rzeczy. Nie robiłem tego często - nawet do przyjaciół. Nie komunikowałem się z nikim regularnie, z wiadomych względów. Za kilka dni, być może tydzień albo dwa, już miało mnie tu nie być, więc do tego czasu było miło poczuć się mniej zażenowanie na myśl o tym, że się nie rozpoznaliśmy i przez to teraz znajdowaliśmy się w dziwnej sytuacji - ani nie byliśmy przyjaciółmi, ani wrogami. Byliśmy gdzieś pomiędzy tym a tym, ale nie na neutralnym gruncie. To było coś w rodzaju czyśćca.
- Glunt to stawiaś lealistyszne cele. - Stwierdziłem - no, bo co by mi było z dążenia do czegoś, czego nie mogę spełnić, choćbym się bardzo starał - nic, to powodowało tylko frustrację i zawód. - Nie. - Dla skuteczności weryfikacji dodatkowo zmrużyłem oczy, przyglądając jej się przez chwilę i do przesady ją oceniając, po czym pokręciłem głową - nie, podtrzymywałem pierwszą wersję odpowiedzi. - Nie taki mas talget, co poniekąd ustaliliśmy - mogę nawet zgadnąś, jaki, wies, to nietludne - więs nie dam ci szię zapisaś, bo zajmiesz miejsce komuś, kto mnie doceni. - Wiedziałem już, że ona to ona, i to zmieniło wiele - nie czułem już takiego zahamowania, choćby dlatego, że nie była przypadkową obcą kobietą, była Prudence - tą Prudence, po prostu Prudence, osobą, u której nie mogłem sobie bardziej nagrabić i z którą domyślnie nigdy nic mnie nie mogło łączyć, na stopie romantycznej, więc mogliśmy sobie darować przesadne savoir-vivre. Co najwyżej miała mnie mieć za tego samego buraka, co kiedyś - choć wolałbym nie. - Soly, to nie wchodzi w skład mojego pakietu, s tym ladź szobie sama. - Powiedziałem, parskając pod nosem, bo nie mogłem się powstrzymać. Na pewno, nawet gdybyśmy coś serio planowali, nie wybrałbym się do ministerstwa, żeby chodzić z nią tam po korytarzach za rękę. Od wielu lat nie pokazywałem się z nikim - doświadczenie nauczyło mnie cenić sobie prywatność tych przelotnych relacji, poza tym bujanie się z kimś w przestrzeni publicznej w samym sercu Londynu byłoby szczytem idiotyzmu - niebezpiecznym dla obu zaangażowanych stron, niestety, szczególnie dla tej niebędącej mną, bo jak wiadomo - najłatwiej było uderzyć w kogoś, kto nie może się bronić i nic się nie spodziewa. Od lat wychodziłem właśnie z tego założenia, sprowadzając to jednak do żartu, odnośnie tego, że to nie jest w moim zakresie usług jednonocnego bawidamka-łobuza.
Za to w prywatnych przestrzeniach mogłem być całkiem niezłym, wyluzowanym towarzyszem, nawet jeśli nie pod kątem romantycznym, tylko w przyjacielskim wydaniu - szczególnie, że z chwili na chwilę, coraz bardziej wydawało mi się, że jeszcze mogą być z naszej dwójki całkiem dogadujący się ludzie. Może to była zasługa pitego alkoholu - miałem mocną głowę, Prudence chyba mniej - z tego, co zasugerowała, ale mimo to już czułem wpływ procentów na moje zachowanie. Zaczynaliśmy w dużo bardziej oficjalnym tonie, teraz naturalnie przeszliśmy do zachowania na kształt tamtego podczas pożarów i kilka dni wcześniej, co było nie lada sukcesem - patrząc na to, że już oboje byliśmy świadomi, skąd się znamy i kim jesteśmy. Sytuacja mogła obrócić się na wiele sposobów - ten zdecydowanie nie był najgorszy.
- Co za zaufanie... - Spojrzałem na nią, uśmiechnąłem się lekko i, podpuszczając, z lekkim rozbawieniem zapytałem. - Jeszteś pewna, sze chces mi asz tak ufaś? - Spytałem, grając w otwarte karty, chociaż, oczywiście, nie zamierzałem jej wystawiać, ani pozwolić na to, żeby stało się coś naprawdę, naprawdę głupiego - tylko prowokowałem ją do myślenia, chyba już dostatecznie dobrze wiedziała, że może mi trochę ufać, dać mi drobny kredyt zaufania. - Niemniej, okej, ja mosze nie mam supelpamięsi, ale podejmę szię tego zadania. - Kiwnąłem głową, puszczając do niej perskie oko, chociaż pewnie nie mogła tego dostrzec - mieliśmy jakąś całkiem śmieszną tendencję do rozmawiania w warunkach, w których średnio się widzieliśmy, tak było dwa na trzy razy. Może dzięki temu łatwiej nam było osiągnąć porozumienie - odpadał wizualny aspekt złych wspomnień...
- Nie pitol... - Aż rozszerzyłem powieki i rozchyliłem usta, zaciągając się fajką. Ach, tak - kulturalne zachowanie wobec eleganckiej kobiety, to też odpadło, gdy uświadomiłem sobie, że to Prudence Bletchley, ale na swoje wyjaśnienie miałem to, że i ona nie była już wobec mnie zbyt wytworna - znacząco obniżyliśmy nasz poziom kultury wobec siebie nawzajem. - Plasująs s Lestlangem, nigdy nie skapnął ci, choćby Bollingel? Dom Pélignon? - Spytałem przekornie, unosząc brew, pokręciwszy głową z zażenowania, czym kupiłem sobie kilka sekund na wzięcie oddechu przed następnym pytaniem. - EgonMüllelSchalzhofSchalzhofbelgelLieslingTlockenbeelenauslese? - Wypaliłem na jednym wydechu, zlepiając nazwę w bardzo długi i skomplikowany wyraz, praktycznie nie do powtórzenia, ale nie o to mi chodziło, żeby miała go zapamiętać - to był żart, oczywiście, na poziomie. Nie mogłem jej dać zapomnieć o tym, że jestem człowiekiem z elity, posiadającym klasę i takie tam. Kiedyś na pewno - co nie zmieniało faktu, że nadal troszkę bawił mnie ten rodzaj humoru, wbrew pozorom, nigdy nie brakowało mi autoironii. Parsknąłem, gdy Prudence znalazła okazję do tego, żeby wbić sobie punkty w rozgrywce, którą najwyraźniej zaczęliśmy, ale kiwnąłem głową - przyjmowałem tymczasową przegraną.
- A polubiłaś? - Spytałem, bo nie zamierzałem się nad tym zastanawiać długo - ciekawość, co jeszcze miała do powiedzenia, brała górę nad wszystkim, nawet nad tymi pierwszymi oporami. - Jeszli tak, to tlochę pszypał, wies... - Dodałem, żeby nie myślała, że może być za łatwo - miałem swoje zdanie odnośnie podstaw naszej relacji, powiedziałem jej je wcześniej, i zamierzałem trzymać się bronienia tego stanowiska. Odginając głowę do tyłu, powstrzymałem się od uśmiechu, tłumiąc śmiech, i przez kilkanaście sekund milczałem, patrząc na nią z lekko pobłażliwym wyrazem. W końcu prychnięcie i lekkie chrząknięcie przerwało ciszę, gdy zauważyłem wyciągniętą ku mnie rękę. Nijak tego nie skomentowałem, ale wyciągnąłem ku niej mały palec, kiwnąwszy głową - mieliśmy to.
Patrzyłem na Prudence w półmroku, czując jak lekkie rozluźnienie wkrada się w moje ciało. Butelka wcześniej pełna, teraz prawie pusta, dawała mi pewien przyjemny rauszyk, i choć zaraz musiałem sięgnąć po kolejną, to jeszcze nie chciałem się ruszać. Mimo, że w dalszym ciągu siedzieliśmy na podłodze w piwnicy letniego domu Corio, która raczej nie była szczytem miejscówek towarzyskich, atmosfera między nami się rozluźniła, światło z lampy ledwo co oświetlało pomieszczenie, chyba trochę sprzyjając bardziej swobodnym rozmowom, bo nie widzieliśmy się dokładnie - patrzyłem na nią z lekkim rozbawieniem, czując, że już pewne granice się zatarły, więc postanowiłem nie owijać w bawełnę. Wiedziałem już, że nie jest przesadnie pruderyjna, podobnie jak ja, więc nie miałem oporów, żeby to powiedzieć prosto. W końcu, skoro poruszyliśmy tyle różnych kwestii, to chyba czas zamknąć ten temat, prawda?
- No dobla, Pludence, a tak s ciekawoszci... - Zacząłem z uśmiechem, unosząc brew - nie chciałem się już bawić w jakieś niedomówienia, więc nie widziałem powodu, żeby się hamować. Oczywiście, nie mówiłem tego poważnie, ale to pytanie jakoś się samo nasunęło, kiedy już przeszliśmy przez tyle różnych tematów, należało je powiedzieć, żeby nie siedzieć nad tym w nieskończoność. - Powies mi szczesze, czy całujes wsystkich szwoich pszyjasiół? - Spojrzałem na nią z uśmiechem, czekając na jej reakcję, ale wewnętrznie czułem, że to pytanie raczej nie zostanie odebrane w żaden zły sposób - to był taki mały ukłon w stronę tego, co się już wydarzyło, no, bo sumie, skoro już poruszyliśmy tyle różnych kwestii, to czemu nie zamknąć tego tematu, wywołać prychnięcie i wrócić do tego, co najważniejsze - opijania rozejmu.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (31324), Pan Losu (29), Prudence Fenwick (29750)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa