25.04.2025, 19:01 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.04.2025, 19:04 przez Mona Rowle.)
Jaki był sens wracania po tego głupiego kota, kiedy płonęła stolica Anglii?
Mona próbowała wmówić sobie, że stanowiło to wynik chłodnej kalkulacja. W obrębie Horyzontalnej nie znalazłaby nikogo, kto wart byłby więcej niż własne bezpieczeństwo. Prawda okazała się jednak prostsza i obdarta z resztek człowieczeństwa: zwierzęta i magiczne stworzenia zajmowały w jej prywatnej hierarchii wyższe szczeble niż większość ludzi, więc nie potrafiła zostawić tego rozkapryszonego kota samego. Zwierzak kiedyś należał do Bletchleyów, a potem z braku lepszej opcji do niej. Rzecz w tym, że stał się czymś więcej niż tylko stworzeniem o zbyt krótkich łapach i pysku wiecznie niezadowolonego czystokrwistego arystokraty.
A kocię z początku było niepokojąco ciche. Miauczał, tak, gdy był głodny, gdy zamykała drzwi do łazienki, gdy znikała z pola widzenia choćby na moment i drapał. Czasem zasypiał jej na piersi. Ciężki jak wyrzut sumienia, pachniał kurzem, sierścią i resztką magii z czasów, kiedy wszystko było jeszcze do uratowania. Mruczał wtedy głośno, tak głośno, że potrafił zagłuszyć myśli. Może właśnie dlatego po tę nieporadną kulkę futra wróciła.
— Świstek — dźwięk imienia przedarł się przez zasłony milczenia. Ciemność spowijała lokum, które było zbyt zbyt puste, aby mogło w nim żyć jedno serce, nie mówiąc już o dwóch. Czarownica stała w progu bez ruchu przez dłuższy moment. Jej ciało jeszcze nie otrząsnęło się z resztek adrenaliny, a umysł zbyt powoli rejestrował sygnały. Jakby przez zamknięte drzwi nadal nie dochodził do niej krzyk pochodzących z płonących ulic za oknem. Dlaczego było tu tak spokojnie? — Świstek — powtórzyła ciszej, a w odpowiedzi naszedł znajomy odgłos miękkiego lądowania z wysokości, stuknięcie czaszki o kant fotela, który słyszała dziesiątki razy.
W drzwiach kuchni, otoczony mrokiem niczym aktor w ostatnim świetle reflektora, stał biały kot. Rozczochrany i obrażony, święcie przekonany, że był jedyną istotą w tym mieszkaniu, której należało się wyjaśnienie. Mona była temu winna. Zostawiła go w piekle, prawda? Ogień, wrzask, dym i czarna magia, a on tu sam. Zwierzak podniósł swój puchaty ogon i powolnym, teatralnym dostojnym krokiem przeszedł dwa metry, zatrzymał się przed nią, aby na nią po prostu popatrzeć. I kiedy uznał, że kara została wymierzona wystarczająco dotkliwie, bezceremonialnie się odwrócił, powędrował w głąb mieszkania. Łaskawie jej wybaczył, ale musiał pokazać, że nie zrobił tego dla niej, tylko z litości. Mona pochyliła się, aby szybko schwytać go pod pachę, jednakże zanim poczuła znajomy, miękki ciężar mruczącego ciała, widok na podłodze przyciągnął jej wzrok.
Szczeliny parkietu wsiąkały krew, która podpełzała pod meble, próbowała zniknąć, ale nie potrafiła, bo sama siebie zdradzała zapachem. Rowle zesztywniała, kiedy w tym samym momencie w kuchni coś zagrzechotało. Metal o porcelanę. Świstek? Może przewrócił filiżankę. Może tylko przewrócił filiżankę. Serce, do tej pory wciśnięte gdzieś między przełyk a żołądek, zaczęło jej bić szybciej, a myśli rozpierzchły się w popłochu. Ostrożnie zajrzała do miejsca, gdzie dojrzała przewrócone naczynie, a wokół niego mleczną plamę nurkującą w fugę między płytkami. Ślady maleńkich, mokrych łapek prowadziły salonu.
Mona próbowała wmówić sobie, że stanowiło to wynik chłodnej kalkulacja. W obrębie Horyzontalnej nie znalazłaby nikogo, kto wart byłby więcej niż własne bezpieczeństwo. Prawda okazała się jednak prostsza i obdarta z resztek człowieczeństwa: zwierzęta i magiczne stworzenia zajmowały w jej prywatnej hierarchii wyższe szczeble niż większość ludzi, więc nie potrafiła zostawić tego rozkapryszonego kota samego. Zwierzak kiedyś należał do Bletchleyów, a potem z braku lepszej opcji do niej. Rzecz w tym, że stał się czymś więcej niż tylko stworzeniem o zbyt krótkich łapach i pysku wiecznie niezadowolonego czystokrwistego arystokraty.
A kocię z początku było niepokojąco ciche. Miauczał, tak, gdy był głodny, gdy zamykała drzwi do łazienki, gdy znikała z pola widzenia choćby na moment i drapał. Czasem zasypiał jej na piersi. Ciężki jak wyrzut sumienia, pachniał kurzem, sierścią i resztką magii z czasów, kiedy wszystko było jeszcze do uratowania. Mruczał wtedy głośno, tak głośno, że potrafił zagłuszyć myśli. Może właśnie dlatego po tę nieporadną kulkę futra wróciła.
— Świstek — dźwięk imienia przedarł się przez zasłony milczenia. Ciemność spowijała lokum, które było zbyt zbyt puste, aby mogło w nim żyć jedno serce, nie mówiąc już o dwóch. Czarownica stała w progu bez ruchu przez dłuższy moment. Jej ciało jeszcze nie otrząsnęło się z resztek adrenaliny, a umysł zbyt powoli rejestrował sygnały. Jakby przez zamknięte drzwi nadal nie dochodził do niej krzyk pochodzących z płonących ulic za oknem. Dlaczego było tu tak spokojnie? — Świstek — powtórzyła ciszej, a w odpowiedzi naszedł znajomy odgłos miękkiego lądowania z wysokości, stuknięcie czaszki o kant fotela, który słyszała dziesiątki razy.
W drzwiach kuchni, otoczony mrokiem niczym aktor w ostatnim świetle reflektora, stał biały kot. Rozczochrany i obrażony, święcie przekonany, że był jedyną istotą w tym mieszkaniu, której należało się wyjaśnienie. Mona była temu winna. Zostawiła go w piekle, prawda? Ogień, wrzask, dym i czarna magia, a on tu sam. Zwierzak podniósł swój puchaty ogon i powolnym, teatralnym dostojnym krokiem przeszedł dwa metry, zatrzymał się przed nią, aby na nią po prostu popatrzeć. I kiedy uznał, że kara została wymierzona wystarczająco dotkliwie, bezceremonialnie się odwrócił, powędrował w głąb mieszkania. Łaskawie jej wybaczył, ale musiał pokazać, że nie zrobił tego dla niej, tylko z litości. Mona pochyliła się, aby szybko schwytać go pod pachę, jednakże zanim poczuła znajomy, miękki ciężar mruczącego ciała, widok na podłodze przyciągnął jej wzrok.
Szczeliny parkietu wsiąkały krew, która podpełzała pod meble, próbowała zniknąć, ale nie potrafiła, bo sama siebie zdradzała zapachem. Rowle zesztywniała, kiedy w tym samym momencie w kuchni coś zagrzechotało. Metal o porcelanę. Świstek? Może przewrócił filiżankę. Może tylko przewrócił filiżankę. Serce, do tej pory wciśnięte gdzieś między przełyk a żołądek, zaczęło jej bić szybciej, a myśli rozpierzchły się w popłochu. Ostrożnie zajrzała do miejsca, gdzie dojrzała przewrócone naczynie, a wokół niego mleczną plamę nurkującą w fugę między płytkami. Ślady maleńkich, mokrych łapek prowadziły salonu.