Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Wszedłem do domu bez zwalniania kroku, szybki impuls wyprzedzający myśl - nie pozwoliłem sobie na rozproszenie, chociaż mój wzrok mimowolnie ślizgał się po znajomych konturach korytarza. Znałem to miejsce wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że jeśli ktoś ma być w środku w tej porze dnia, to znajdzie się w największym salonie - przy kominku, lampach, czymkolwiek, co daje złudzenie ciepła w tej przeklętej szarudze - to tam kierowałem krok. Ściany nasiąknięte zapachem dymu z kominka, odległy rezonans rozmów, które tu przetaczały się przez lata - wszystko to zarejestrowałem w półświadomym akcie, mój umysł rejestrował szczegóły tylko po to, by je później przeanalizować. Teraz liczyła się tylko sprawa dotycząca zarówno jednej z dwóch osób, które zostały na zewnątrz, jak i tych, którzy stamtąd zniknęli. Wszedłem do środka, nie czekając, aż którykolwiek z nich rzuci za mną pytające spojrzenie. Nie było na to czasu. Ambroise siedział na werandzie z Fabianem - chłopak trzymał się nieźle, zważywszy na to, że jego ojciec chrzestny właśnie zbladł jak ściana i zawiesił wzrok gdzieś poza horyzontem. Intuicja młodego - jeszcze nie był do końca świadomy, co się dzieje, ale przeczuwał, że to nie był zwykły moment słabości, więc zeskoczył z huśtawki i pojawił się obok nas. Nie powiedziałem Fabianowi nic o tym, co się stało - zostawiłem go, bo wiedziałem, że on zostanie. To było dziecko o wyjątkowo wyprostowanym kręgosłupie moralnym, ciepłe i wrażliwe, jego obecność miała na chwilę pomóc, ale Ambroise potrzebował czegoś innego - kogoś, kto zna jego przypadłość, nie będzie zadawać pytań, wahać się, bać się dotknąć, potrząsnąć, jeśli zajdzie potrzeba. Potrzebował jej - Geraldine, choćby nie chciał tego przyznać. Nie zrobiłbym tego dla niej, ale dla niego - owszem.
Yaxley, sama w sobie, mówiła w sposób, który sprawiał, że miałem ochotę wyjść z pokoju, ale była z Ambroise’em, co oznaczało, że znała jego słabości, jego lęki, jego... Przypadłość. Może nie w pełni, prawdopodobnie tylko tyle, ile sam jej zdradził - a pewnie było tego niewiele - ale wystarczająco, by wiedzieć, co oznaczało to wyłączenie, ten odległy i zamglony wzrok, cisza, która nie miała nic wspólnego z zamyśleniem. On jej ufał, w tym swoim osobliwym zakresie, więc zakładałem, że ją wtajemniczył. Jeśli nie... Cóż. Niech to będzie dzień, w którym się dowie, bo tak czy inaczej, była potrzebna.
Skręciłem w prawo - do największego salonu, znałem ten dom już zbyt dobrze, a salon był najoczywistszym kierunkiem. Kiedyś nie sądziłem, że to możliwe - że tak łatwo zacznę znać rozkład pokojów cudzych domów, ich głosy, skrzypienie podłóg, zapach morskiego drewna w kominku, a jednak nogi niosły mnie tam bez zawahania, jakbym chodził tymi korytarzami nieprzerwanie od wielu lat - jak gdyby nigdy nic się nie zmieniło. Rodzinny dom uczył człowieka sztuki cichego poruszania się od najmłodszych lat - nie była to wiedza przekazywana wprost, ale zakorzeniona głęboko, jak wszystkie rzeczy, których nie wypowiada się na głos, to była jedna z tych umiejętności, które dostawało się w spadku razem z nazwiskiem - niezapisana w testamencie, ale wpisana w kości. Po kilku krokach zniknęły za mną odgłosy werandy, a światło dzienne - szare i ponure - zostało w tyle. Nie musiałem się skradać, ale i tak poruszałem się bezszelestnie, to nie była ostrożność, to nie był nawyk - to był instynkt, zakorzeniony tak głęboko, że ciało nie znało innego sposobu.
Drzwi były uchylone. Nie musiałem pukać - nigdy nie musiałem, nie w salonach Ursuli, więc przeszedłem przez próg zupełnie bezszelestnie, jak miałem w zwyczaju. To nie był akt ostentacji, tylko nawyk, coś głęboko we mnie, jak odruch - sposób, w jaki stawiałem stopy, rozkładałem ciężar, oddychałem płytko. Zdarzało się, że ludzie drżeli na mój widok, kiedy dopiero po chwili orientowali się, że jestem już w pomieszczeniu.
W salonie panował miękki półmrok, mimo popołudniowej pory. Pochmurny dzień rozciągał się za oknami jak zmięta szarość, ale tu, w środku, płonący kominek rzucał ciepłe światło na ściany, a lampy - te stare, z mosiężnymi ramionami i kloszami z matowego szkła - rozlewały bursztynowy blask nad fotelami i sofami. Pachniało kurzem książek, kadzidłem i różami.
Znalazłem ją wzrokiem natychmiast, ale nie powiedziałem: „Dobry wieczór, Geraldine.”, ani „Przepraszam, że przeszkadzam, ale...”, bo to byłoby fałszywe z moich ust - ona wiedziała, że jej nie lubię, a ja wiedziałem, że nie udajemy. Nasza relacja - jeśli można to było tak nazwać - opierała się na niechęci i dezaprobacie, która miała funkcję użytkową: wiedzieliśmy, że się nie lubimy, ale chwilowo zawarliśmy coś w rodzaju zawieszenia broni, bo to nie był sojusz. Czasem miałem ochotę zignorować ją zupełnie, albo rzucić coś kąśliwego, ale Ambroise siedział teraz na ganku, a to nie był czas na prywatne wojny. Zamierzałem być tym, kim trzeba było być - kto trzyma świat w ryzach, kiedy ktoś inny właśnie się z niego wyślizguje.
Nie odchrząknąłem - nie zrobiłem żadnego dźwięku uprzedzającego, po prostu wszedłem, stanąłem kilka kroków od niej, bez cienia zawahania, i powiedziałem:
- Jeszteś potszebna. - Odezwałem się - nie czekałem na jej pytania, nie znosiłem tego jej świdrującego: „Zawracasz mi dupę, dlaczego?” w oczach, które wybrzmiewało, zanim jeszcze usta się otworzyły. Wiedziałem, że się nie odezwie, dopóki nie zanalizuje tonu, nie sprawdzi, czy głos mi nie drgnął, czy nie przyszedłem z własnej woli czy z przymusu - mogłem oszczędzić jej pracy. Nie dałem jej czasu na uprzedzające spojrzenia, na przeciągające się milczenie, które miało zmusić mnie do niepotrzebnych wyjaśnień. - Ambloise miał wisję. - Odezwałem się od razu, tonem spokojnym i płaskim, jakby to była informacja, którą mógłby przekazać każdy, a padło na mnie. - Siedzi na ganku, Fabian jest s nim, ty tesz powinnaś tam byś. - Mówiłem spokojnie - głosem, który nie dopuszczał wątpliwości. Nie lubiłem jej, nie ufałem jej, zbyt wiele w niej było gniewu, który przypominał mi o moim własnym - tylko że jej był kalkulacją, mój - obroną. Nasze interakcje wyglądały jak rozgrywki szachowe, w których oboje nie mieliśmy zamiaru grać białymi, ale Ambroise ją wybrał, z jakiegoś powodu, i teraz jej potrzebował.
- Poza tym, jesce jedno. - Dodałem, jakby to była dopiero druga, marginalna informacja. - Zniknęli Pludence i Lomulus, plawdopodobnie nie s własnej woli, są ślady magisznej telepoltasji. Śmieldząsa splawa, od tego wsystko szię zaczęło. - Uniosłem lekko brwi, wzruszyłem ramionami, jakbym mówił o niewielkim deszczu, a nie o tym, że osoba, którą… No, cóż. Prudence zniknęła. Romulus również. Mogłem to rozwinąć, ale nie chciałem - zamiast tego, obróciłem się, dając jej wyraźny sygnał, że ma za mną iść, a gdyby potrzebowała więcej słów, to już byłby jej problem.
!Strach przed imieniem
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)