• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[11/09/72] A disturbingly short time ago, in a land uncomfortably close by

[11/09/72] A disturbingly short time ago, in a land uncomfortably close by
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
19.05.2025, 16:25  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.09.2025, 22:53 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic III
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II

11/09/1972 | późne popołudnie | Exmoor | Benjy, Geraldine, Ambroise

Wszedłem do domu bez zwalniania kroku, szybki impuls wyprzedzający myśl - nie pozwoliłem sobie na rozproszenie, chociaż mój wzrok mimowolnie ślizgał się po znajomych konturach korytarza. Znałem to miejsce wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że jeśli ktoś ma być w środku w tej porze dnia, to znajdzie się w największym salonie - przy kominku, lampach, czymkolwiek, co daje złudzenie ciepła w tej przeklętej szarudze - to tam kierowałem krok. Ściany nasiąknięte zapachem dymu z kominka, odległy rezonans rozmów, które tu przetaczały się przez lata - wszystko to zarejestrowałem w półświadomym akcie, mój umysł rejestrował szczegóły tylko po to, by je później przeanalizować. Teraz liczyła się tylko sprawa dotycząca zarówno jednej z dwóch osób, które zostały na zewnątrz, jak i tych, którzy stamtąd zniknęli. Wszedłem do środka, nie czekając, aż którykolwiek z nich rzuci za mną pytające spojrzenie. Nie było na to czasu. Ambroise siedział na werandzie z Fabianem - chłopak trzymał się nieźle, zważywszy na to, że jego ojciec chrzestny właśnie zbladł jak ściana i zawiesił wzrok gdzieś poza horyzontem. Intuicja młodego - jeszcze nie był do końca świadomy, co się dzieje, ale przeczuwał, że to nie był zwykły moment słabości, więc zeskoczył z huśtawki i pojawił się obok nas. Nie powiedziałem Fabianowi nic o tym, co się stało - zostawiłem go, bo wiedziałem, że on zostanie. To było dziecko o wyjątkowo wyprostowanym kręgosłupie moralnym, ciepłe i wrażliwe, jego obecność miała na chwilę pomóc, ale Ambroise potrzebował czegoś innego - kogoś, kto zna jego przypadłość, nie będzie zadawać pytań, wahać się, bać się dotknąć, potrząsnąć, jeśli zajdzie potrzeba. Potrzebował jej - Geraldine, choćby nie chciał tego przyznać. Nie zrobiłbym tego dla niej, ale dla niego - owszem.
Yaxley, sama w sobie, mówiła w sposób, który sprawiał, że miałem ochotę wyjść z pokoju, ale była z Ambroise’em, co oznaczało, że znała jego słabości, jego lęki, jego... Przypadłość. Może nie w pełni, prawdopodobnie tylko tyle, ile sam jej zdradził - a pewnie było tego niewiele - ale wystarczająco, by wiedzieć, co oznaczało to wyłączenie, ten odległy i zamglony wzrok, cisza, która nie miała nic wspólnego z zamyśleniem. On jej ufał, w tym swoim osobliwym zakresie, więc zakładałem, że ją wtajemniczył. Jeśli nie... Cóż. Niech to będzie dzień, w którym się dowie, bo tak czy inaczej, była potrzebna.
Skręciłem w prawo - do największego salonu, znałem ten dom już zbyt dobrze, a salon był najoczywistszym kierunkiem. Kiedyś nie sądziłem, że to możliwe - że tak łatwo zacznę znać rozkład pokojów cudzych domów, ich głosy, skrzypienie podłóg, zapach morskiego drewna w kominku, a jednak nogi niosły mnie tam bez zawahania, jakbym chodził tymi korytarzami nieprzerwanie od wielu lat - jak gdyby nigdy nic się nie zmieniło. Rodzinny dom uczył człowieka sztuki cichego poruszania się od najmłodszych lat - nie była to wiedza przekazywana wprost, ale zakorzeniona głęboko, jak wszystkie rzeczy, których nie wypowiada się na głos, to była jedna z tych umiejętności, które dostawało się w spadku razem z nazwiskiem - niezapisana w testamencie, ale wpisana w kości. Po kilku krokach zniknęły za mną odgłosy werandy, a światło dzienne - szare i ponure - zostało w tyle. Nie musiałem się skradać, ale i tak poruszałem się bezszelestnie, to nie była ostrożność, to nie był nawyk - to był instynkt, zakorzeniony tak głęboko, że ciało nie znało innego sposobu.
Drzwi były uchylone. Nie musiałem pukać - nigdy nie musiałem, nie w salonach Ursuli, więc przeszedłem przez próg zupełnie bezszelestnie, jak miałem w zwyczaju. To nie był akt ostentacji, tylko nawyk, coś głęboko we mnie, jak odruch - sposób, w jaki stawiałem stopy, rozkładałem ciężar, oddychałem płytko. Zdarzało się, że ludzie drżeli na mój widok, kiedy dopiero po chwili orientowali się, że jestem już w pomieszczeniu.
W salonie panował miękki półmrok, mimo popołudniowej pory. Pochmurny dzień rozciągał się za oknami jak zmięta szarość, ale tu, w środku, płonący kominek rzucał ciepłe światło na ściany, a lampy - te stare, z mosiężnymi ramionami i kloszami z matowego szkła - rozlewały bursztynowy blask nad fotelami i sofami. Pachniało kurzem książek, kadzidłem i różami.
Znalazłem ją wzrokiem natychmiast, ale nie powiedziałem: „Dobry wieczór, Geraldine.”, ani „Przepraszam, że przeszkadzam, ale...”, bo to byłoby fałszywe z moich ust - ona wiedziała, że jej nie lubię, a ja wiedziałem, że nie udajemy. Nasza relacja - jeśli można to było tak nazwać - opierała się na niechęci i dezaprobacie, która miała funkcję użytkową: wiedzieliśmy, że się nie lubimy, ale chwilowo zawarliśmy coś w rodzaju zawieszenia broni, bo to nie był sojusz. Czasem miałem ochotę zignorować ją zupełnie, albo rzucić coś kąśliwego, ale Ambroise siedział teraz na ganku, a to nie był czas na prywatne wojny. Zamierzałem być tym, kim trzeba było być - kto trzyma świat w ryzach, kiedy ktoś inny właśnie się z niego wyślizguje.
Nie odchrząknąłem - nie zrobiłem żadnego dźwięku uprzedzającego, po prostu wszedłem, stanąłem kilka kroków od niej, bez cienia zawahania, i powiedziałem:
- Jeszteś potszebna. - Odezwałem się - nie czekałem na jej pytania, nie znosiłem tego jej świdrującego: „Zawracasz mi dupę, dlaczego?” w oczach, które wybrzmiewało, zanim jeszcze usta się otworzyły. Wiedziałem, że się nie odezwie, dopóki nie zanalizuje tonu, nie sprawdzi, czy głos mi nie drgnął, czy nie przyszedłem z własnej woli czy z przymusu - mogłem oszczędzić jej pracy. Nie dałem jej czasu na uprzedzające spojrzenia, na przeciągające się milczenie, które miało zmusić mnie do niepotrzebnych wyjaśnień. - Ambloise miał wisję. - Odezwałem się od razu, tonem spokojnym i płaskim, jakby to była informacja, którą mógłby przekazać każdy, a padło na mnie. - Siedzi na ganku, Fabian jest s nim, ty tesz powinnaś tam byś. - Mówiłem spokojnie - głosem, który nie dopuszczał wątpliwości. Nie lubiłem jej, nie ufałem jej, zbyt wiele w niej było gniewu, który przypominał mi o moim własnym - tylko że jej był kalkulacją, mój - obroną. Nasze interakcje wyglądały jak rozgrywki szachowe, w których oboje nie mieliśmy zamiaru grać białymi, ale Ambroise ją wybrał, z jakiegoś powodu, i teraz jej potrzebował.
- Poza tym, jesce jedno. - Dodałem, jakby to była dopiero druga, marginalna informacja. - Zniknęli Pludence i Lomulus, plawdopodobnie nie s własnej woli, są ślady magisznej telepoltasji. Śmieldząsa splawa, od tego wsystko szię zaczęło. - Uniosłem lekko brwi, wzruszyłem ramionami, jakbym mówił o niewielkim deszczu, a nie o tym, że osoba, którą… No, cóż. Prudence zniknęła. Romulus również. Mogłem to rozwinąć, ale nie chciałem - zamiast tego, obróciłem się, dając jej wyraźny sygnał, że ma za mną iść, a gdyby potrzebowała więcej słów, to już byłby jej problem.

!Strach przed imieniem


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#2
19.05.2025, 16:25  ✶  
Chociaż nie doznajesz żadnych omamów słuchowych, nie jesteś w stanie wydusić z siebie Jego imienia. Kogo? Sam-wiesz-kogo... T-tego, którego imienia nie wolno wymawiać... Tego, który zasiał w ludziach strach.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#3
19.05.2025, 20:48  ✶  

Założenie Rookwooda okazało się słuszne. Yaxleyówna siedziała w jednym z foteli, który znajdował się tuż przy kominku. Nie do końca jeszcze potrafiła sobie tutaj znaleźć miejsce, ze świadomością, że jej brat siedział zamknięty w piwnicy. Tam na pewno nie było ani trochę przyjemnie, nie, żeby potrzebował ciepła w tej swojej nowej wersji, mimo wszystko trochę źle czuła się z tym, że zamknęli go w tak mało ludzkich warunkach, nawet jeśli nie był człowiekiem już od jakiegoś czasu. Jasne, robili to dla jego dobra, jednak nie do końca wiedziała, czy wybrali odpowiednie środki. Miała nadzieję, że doceni troskę, chociaż obawiała się tego, że może to zająć sporo czasu, miała pewność, że ją przeżyje, może nie będzie wypominał jej tej sytuacji do śmierci, szkoda by było zmarnować chwile, które mogli spędzić jako całkiem zgrane rodzeństwo. Nie mogła jednak zakładać, jak bardzo się na nią wkurwi, bo potrafił reagować bardzo intensywnie. Na razie jednak był skazany na jej opiekę, więc musiał się pogodzić z tym, że sytuacja wyglądała tak, a nie inaczej. Robiła, co mogła, żeby faktycznie było mu jak najlepiej, a że trochę błądziła na oślep - cóż, dla niej to też było zupełnie nowe i musiał jej to wybaczyć. Nie za bardzo miał inne opcje.

Geraldine polerowała jeden ze swoich sztyletów, lubiła zajmować czymś ręce, nie do końca umiała siedzieć bezczynnie. Trochę żałowała, że nie wybrała się do jednego z okolicznych lasów, a nóż widelec znalazłaby jakieś stworzenie, które dałoby się złapać, pewnie nie byłoby to nic interesującego, ale nie nudziłaby się przynajmniej, i zajęła czymś myśli. Bez sensu jednak było teraz to rozważać, bo wcale nie było jej tak najgorzej w tym całkiem ciepłym salonie.

Jesień powoli zaczynała przypominać o tym, że zbliża się ten czas w roku, kiedy dni robią się krótsze, mniej przyjemne, kiedy większość normalnych ludzi woli siedzieć w domu, niżeli wyściubiać nos na zewnątrz. Nie, żeby jej samej pogoda jakoś szczególnie przeszkadzała w tym, aby spędzać całe dni na dworze, dzisiaj jednak była jak większość, dzisiaj nigdzie się nie włóczyła. Ten tydzień miał należeć do tych spokojniejszych, mieli sobie wszystko na spokojnie ułożyć, bez żadnych dodatkowych wrażeń, bo tych mieli już aż nadto, właśnie dlatego po prostu siedziała, jakby nigdy nic w tym fotelu i polerowała ten srebrny sztylet, bo nie miała za bardzo co innego ze sobą zrobić.

Oczywiście, że nie zauważyła, że ktoś pojawił się w salonie. Po pierwsze była wpatrzona w swój sztylet, po drugie nawet ktoś tak wprawiony w nasłuchiwaniu jak ona nie był w stanie usłyszeć skradania się akurat tego osobnika. Nie wiedziała, jak to się dzieje, jak to jest możliwe, ale Benjy potrafił pojawiać się zupełnie znikąd, nie umiała go wyczuć, nie umiała zauważyć jego obecności, dopóki sam tego nie chciał. Trochę mu nawet zazdrościła tej umiejętności, bo byłaby całkiem przydatna podczas polowań (oczywiście, że nie zamierzała mu o tym wspominać). Starała się nie mówić w głos o tym, że w jej oczach ma jakieś zalety, bo to byłoby dla niej zbyt wiele po ich pierwszym ponownym spotkaniu, które przebiegło dość intensywnie. Od tego momentu był w jej oczach skreślony, tolerowała go tylko ze względu na to, że zależało im na tych samych ludziach, więc nie wypadałoby, aby jakoś za mocno go nienawidziła. Nie zmieniało to jednak faktu, że po prostu go nie lubiła, nie chciała spędzać z nim więcej czasu, niż to było konieczne i miała pewność, że jest to obustronne. Działali na siebie w ten sam sposób.

Nie ruszyła się kiedy się odezwał. Geraldine nie miała w zwyczaju bać się niespodziewanych dźwięków, czy ruchów, nie była osobą, którą łatwo było wystraszyć. Uniosła jedynie głowę w jego kierunku, na jej twarzy malował się grymas. Benjy zdecydowanie nie wiedział, czym jest prywatność, ani kultura. Gdyby miał w sobie odrobinę przyzwoitości, to nie wszedłby tutaj w ten sposób. Nie skomentowała tego jednak, nie musiała, jej mina pewnie wyrażała wszystko, co mogłaby mu powiedzieć. Nie zamierzała się teraz z nim kłócić, czy pouczać go o tym, jak powinien zachowywać się bytując w jednym miejscu z innymi ludźmi. Westchnęła jedynie ciężko.

Dość szybko wyjaśnił powód swojej wizyty. Była potrzebna, komu, czemu? Podejrzewała, że zaraz się tego dowie. Póki co milczała, wpatrywała się w niego, czekała, aż wydusi z siebie coś więcej. Nie miała zamiaru się ruszyć, póki nie dostanie chociaż jakichś strzępków informacji. Pierwsze, co przyszło jej na myśl to to, że Astarothowi coś się stało, a właściwie, że może coś odjebał, może jakimś cudem ominął te zabezpieczenia, które Fenwick założył na piwnicę i stamtąd spierdolił... Dość szybko jednak dowiedziała się, że nie chodziło o niego.

- Zostawiłeś go pod opieką czterolatka... - Powiedziała, kiedy uniosła swój tyłek z fotela. Całkiem rozsądne, naprawdę całkiem rozsądne było to z jego strony. Nie, żeby wątpiła w to, że Fabian miał w sobie odpowiednie, ludzkie odruchy, ale na Morganę miał cztery lata...

Oczywiste było to, że zamierzała sprawdzić, jak się miewa Roise. W sumie póki co nie miała pojęcia, co wywołało tę wizję, ani co w niej widział. Miała świadomość tego, że takie sytuacje były dość mocno wyczerpujące dla osób, które posiadały te wyjątkowe umiejętności, więc wolała sprawdzić, jak się miewa Ambroise. Nigdy jeszcze nie była świadkiem jego zawieszenia, mimo, że wiedziała o tym, że posiada ten dar od lat, to właściwie dopiero niedawno wspomniała mu o tym, że jest tego świadoma, bo sam chyba zapomniał jej o tym powiedzieć przez ten cały czas, który razem spędzili. Tak, jasne, zapomniał... no ale już mieli możliwość o tym porozmawiać, właściwie to chyba odpowiednio sobie wyjaśnili co ona o tym sądzi.

Oczywiście, że to nie mogło być wszystko. To byłoby zbyt mało, musiało wydarzyć się coś jeszcze, bo czemu nie, jak zaczynało się dziać, to zazwyczaj wszystko w jednym momencie, żeby przypadkiem nie mogli narzekać na nudę.

- To wypadałoby zacząć ich szukać, dawno zniknęli? - Nie znała tej całej Prudence, zauważyła nieobecność Romulusa na obiedzie, fakt, tej kobiety też tam nie było, może i nawet założyła przez chwilę, że mogła się stać kolejną ofiarą Pottera. Wiedziała, że ten niemalże od razu, gdy w towarzystwie pojawiała się jakaś osoba innej płci niż męska próbował zarzucać swoje sidła. Potter bardzo lubił mieszać kobietą w głowach, zresztą był starym kawalerem, bo nigdy nie udało mu się żadnej zbyt długo przy sobie utrzymać. Z tego, co pamiętała wszystko przez jakąś laskę, z którą związał się w przeszłości. Teraz trochę jej było głupio z tego powodu, bo jeśli to była niespodziewana teleportacja, to pewnie wydarzyło się to wbrew ich woli. Tylko po co ktoś miałby ich porywać? Stąd? Czy to w ogóle miało jakiś sens? Nie do końca chciało jej się to złożyć w całość, przynajmniej jak na razie.

Nie potrzebowała więcej słów, zrozumiała aluzję. Wiedziała dokąd zmierzają, ruszyła więc za mężczyzną całkiem szybkim tempem, może nie umiała poruszać się równie cicho co on, jednak bez mniejszego problemu dorównała mu jeśli chodzi o tempo kroków.

Kiedy znaleźli się w końcu na ganku od razu podeszła do Ambroisa. Póki co jednak, nie odezwała się ani słowem tylko uważnie mu się przyglądała, bo chciała sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Wiedziała też, że musi uważać na słów, bo Fabian nadal znajdował się przy nich. Nie uważała, że powinni zaczynać rozmowę o tym, co się wydarzyło przy nim. Na pewno nie umknęłoby mu, że wydarzyło się coś niespodziewanego, nie do końca dobrego, a jednak wolała nie niepokoić dzieciaka problemami dorosłych.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#4
20.05.2025, 00:09  ✶  
Zostawiłem ich tam, na werandzie - Fabiana i Ambroise’a. Chłopiec siedział w milczeniu obok niego, wyprostowany z tą dziecięcą uwagą i miną, która mówiła więcej niż jakiekolwiek słowa, a Roise... Ambroise miał twarz spokojną - zbyt spokojną, nie drgnął, nie odwrócił się za mną, kiedy schodziłem z desek werandy, chociaż doskonale wiedział, że znikam z jego zasięgu - nadal przetwarzał informacje. Wiedziałem, co robić - przyspieszyłem kroku, niemal bezwiednie, tak, jakbym nie musiał tej decyzji podejmować, tylko wystarczyło pozwolić nogom ruszyć w stronę salonu. Kiedyś, dawno temu, Ursula powiedziała, że ludzie z mojej rodziny poruszają się jak duchy - zjawiają się nagle, cicho, zbyt blisko, i że to niepokojące. Cóż, być może miała rację, ale nie miałem zamiaru tego zmieniać.
Salon był tam, gdzie zawsze - po lewej od głównego holu, z wysokim sufitem i szerokimi oknami, przez które wpadało to blade, szare światło późnego popołudnia. Było w nim duszno i cicho, kominek płonął, a ogień rzucał ciepłe cienie na perskie dywany i podłogę z drewna dębowego. Lampy paliły się punktowo, rzucając złote plamy światła na poduszki, zasłony, brzeg fotela. Wszedłem do pomieszczenia, nie zdradzając obecności ani jednym skrzypnięciem podłogi, gdybym chciał, mógłbym stanąć komuś za plecami i czekać tak godzinami, ale nie miałem czasu na takie upiorne zagrywki, tak samo na uprzejmości - musiałem znaleźć konkretną osobę.
Nie miałem pojęcia, co Geraldine właściwie wiedziała o przypadłości swojego faceta - zakładałem, że wystarczająco, i spędziła z Ambroise’em wystarczająco wiele czasu, by rozumieć, co znaczą te zatrzymania, zamglone spojrzenia, zbyt długie milczenie. Nawet jeśli on sam nie mówił wprost i wolał udawać, że to nic wielkiego, wszystko ma pod kontrolą - tak jak to robił dzisiaj. Bzdura - Ambroise niczego nie miał pod kontrolą, gdy to się działo, tak samo jak Prudence. Tego się nie ukrywało na dłuższą metę. Nie z kimś, kto się z tobą dzieli łóżkiem i kawą o poranku. A jeśli jakoś to ukrywał - cóż, wtedy tym bardziej potrzebował, żeby przy nim była, dlatego nie zawahałem się nawet na chwilę, tylko poszedłem po nią. Bo jakkolwiek bym jej nie znosił, to ona była jego, a on był moim przyjacielem. Potrzebował kogoś obok - kto zna rytm jego oddechu, kto wie, jak reaguje, co lubi, czego nie toleruje, jak należy go trzymać, gdy to się kończy. To nie byłem ja - nie tym razem, to musiała być ona. Zobaczyłem ją od razu - siedziała bokiem do kominka, tuż przy nim, noga założona na nogę, dłonie na udach, sylwetka napięta w tej swojej kontrolowanej nonszalancji, którą próbowała sprzedać światu, ale nawet teraz była gotowa do skoku, tylko wewnętrznie - wyczuwałem to - ja bym był. Jej spojrzenie nie było utkwione w ogniu - nie, przesuwała wzrokiem po czyszczonym sztylecie. Nie spojrzała na mnie, a ja nie dałem o sobie znać, tylko podszedłem bliżej - nawet podłogi skrzypiały inaczej pod moimi stopami niż pod cudzymi, albo raczej... Wcale nie skrzypiały - po tylu latach nie myślałem już o tym świadomie, poruszałem się tak, jak zawsze poruszali się mężczyźni w mojej rodzinie, i nikt nie miał z tym problemu poza tymi, którzy nie lubili być zaskakiwani. Geraldine była właśnie taką osobą. Ojej, jak mi przykro... Nie było.
Zabrałem głos bez ceregieli, a następnie wbiłem wzrok w twarz Yaxley, obserwując zmianę wyrazu. To nie było zaniepokojenie, jakiego mógłbym się spodziewać. Raczej… Przetwarzanie - ocena sytuacji - trochę mnie to zdziwiło, bo spodziewałbym się, że będzie trochę cieplejsza i bardziej zaangażowana, skoro chodziło o jej drugą połowę, ale najwyraźniej w stosunku do niego też nie była zbyt ciepła. Niezła sobie wybrał królową lodu - nie ma co - ale, cóż, to nie była moja sprawa.
Zamrugałem. Powieki zwęziły mi się w odruchu obronnym, może i ze zdziwienia. To nie było zaskoczenie, że akurat ona coś takiego powie, ale jednak… Coś mnie uderzyło - nie same słowa, a to, co za nimi stało. Nie spodziewałem się, że pierwszą rzeczą, jaką Geraldine z siebie wypluje, będzie atak. Nie pytanie, nie troska, nie: „Czy wszystko z nim w porządku?”, tylko od razu insynuacja, że Ambroise stanowi zagrożenie, jakby jego zdolności były chorobą psychiczną. Sugerowała, że Ambroise nie powinien być sam przy dziecku - jak gdyby był zagrożeniem, jego dar był czymś, co należało trzymać na smyczy, izolować. Znowu - jakby był chory psychicznie i niepoczytalny. Po tym, co mówiłem Prudence, raptem wczoraj, usłyszenie tego od czyjejś partnerki było... Obrzydliwe. Zamierzałem to zapamiętać.
Miałem ochotę się skrzywić, może splunąć, ale nie dałem jej tej satysfakcji. Nie darzyłem jej sympatią, a teraz już w ogóle ledwie ją tolerowałem, bo nawet jeśli była skuteczna, jeżeli tropiła jak ogar, to właśnie dotarło do mnie, że serca nie miała wcale - zero empatii, zero przestrzeni na słabość, najwyraźniej również dla najbliższych. Wtedy na klatce schodowej odniosłem mylne wrażenie. Czułem w żołądku ten stary, gorzki wstręt do ludzi, którzy mówili: „Kocham cię.”, a potem cofali się o dwa kroki, gdy pojawiał się cień. Tego nie mogłem puścić mimochodem.
- Nie byłem w stanie szię losdwoiś. - Powiedziałem powoli, tonem, który był o kilka stopni chłodniejszy, niż to konieczne. - A - najwyraśniej mylnie - załoszyłem, sze bęsiesz tak miła, by byś pszy własnym chłopaku w takim momensie, ale jeśli to dla ciebie zbyt duszo, moszesz tu zostaś, polasimy szobie bes ciebie. - Dodałem cicho, bez emocji, z pasywną uprzejmością, której nauczyłem się od najgorszych członków swojej rodziny - mój głos nie uniósł się nawet o pół tonu - spokój, tym razem spokój - pasował mi do pasywnej agresji jak garnitur do pogrzebu.
- Naplawdę imponująse, jak balso potlafis szię odciąś... - Powiedziałem cicho, bardziej do siebie niż do niej, ale słyszała - oczywiście, że słyszała, miała usłyszeć. Tym bardziej, że to nie był komplement, chociaż szanowałem jej umiejętności zawodowe. Cholera, byłem wdzięczny, że chociaż w tym jednym - w działaniu poszukiwawczym - mogliśmy się jakoś zgrać,  choćby przez zaciśnięte zęby i przez antypatię. Poza tym jedno wiedziałem na pewno - gdyby Ambroise miał wybierać między siedzeniem samemu a siedzeniem z nią obok - wybrałby ją, a ja, choćbym miał się zadławić własnym obrzydzeniem, musiałem to uszanować... Chociaż, do kurwy nędzy, ona naprawdę była nieczułą suką - nawet jeśli skuteczną.
- Usiłujemy tego dociec. Chyba lano. - Odpowiedziałem sucho. Coś we mnie zadrgało, znowu, głębiej, chłodniej - głębokie, lodowate ukłucie, które nie miało nic wspólnego z jej słowami, a wszystko z tym, co za nimi szło.
Geraldine była szybka i doświadczona, na pewno umiała łączyć fakty, więc wiedziała, co oznacza teleportacja bez śladu. Czas się liczył, im dłużej nie wiedzieliśmy, gdzie są, tym większe prawdopodobieństwo, że już ich nie znajdziemy, a może nawet nie chcielibyśmy znaleźć ich w stanie, w jakim się znajdą, jeżeli poszukiwania zajmą nam za długo. Nie czekałem na pytania - nie miałem ochoty rozciągać tej chwili w żadne uprzejmości, nie byliśmy przyjaciółmi. Ba, ledwo ją tolerowałem. Jej obecność była dla mnie nieprzyjemna jak zadra pod paznokciem - drobna, ale uparcie niewygodna, coś w niej drażniło mnie od pierwszego spojrzenia wymienionego na klatce schodowej u Corneliusa. Może ten sposób, w jaki patrzyła na ludzi, jakby cały czas oceniała ich przydatność, ale nie o to teraz chodziło.
Wyszedłem pierwszy, bo nie zamierzałem pozwolić jej wyjść przede mną. Szliśmy razem przez korytarz - czułem, jak każdy jej krok rozbrzmiewa mi w uszach jak drażniące echo. Nie znosiłem jej, znikim nie miałem takiego problemu, jak z nią, nawet z typami, którzy mnie kiedyś wykluczali z towarzystwa podczas zleceń za pochodzenie - tak, oficjalnie byłem półkrwi - nie czułem takiego odruchowego obrzydzenia. Geraldine miała coś, co uznawałem za najgorsze z możliwych - była inteligentna, była dobra w swoim fachu, a mimo to nie miała w sobie ani grama ciepła, gdy naprawdę było to potrzebne. Była jak stal - błyszcząca, ale zimna, i cholernie niebezpieczna.
Wyszliśmy razem na ganek. Fabian nadal siedział przy Ambroise’ie, mówił coś spokojnie, a on sam... wciąż był nie do końca obecny - tak, jakby coś w nim zostało w tamtym miejscu, czasie, gdziekolwiek wessała go wizja. Powietrze było cięższe niż wcześniej, pełne zapowiedzi burzy albo czegoś jeszcze gorszego. Pozwoliłem Yaxley podejść do pozostałej dwójki. Ja tylko stanąłem opodal, opierając się o filar, ramiona skrzyżowane na piersi - obserwowałem, czekałem, pilnowałem... Nie powiedziałem już nic. Patrzyłem na linię drzew, ciemniejący horyzont i czułem, jak moje własne wnętrze przybiera ten sam odcień szarości, co niebo, bo to był jeden z tych dni, kiedy wszystko we mnie było za ciasne - nawet skóra.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#5
20.05.2025, 19:11  ✶  

Powinna się spodziewać, że jej sugestia może zostać odebrana w nieodpowiedni sposób. Yaxleyówna była szorstka w słowach, nigdy jakoś specjalnie jej to nie przeszkadzało, a jej najbliżsi wiedzieli, że została wychowana w ten sposób. W jej rodzinnym domu nigdy nie było czasu na sentymenty, podchodzono do wszystkiego bardzo pragmatycznie, rzeczowo. Sama też miała podobne podejście. Myślała trzeźwo, sięgała po konkretne pytania, liczyła na konkretne odpowiedzi. Plan się sam nie ułoży, a Fenwick przed chwilą uświadomił ja o tym, że pojawiło się kilka problemów. Wypadało zacząć ustalać priorytety, ułożyć jakąś listę punktów do odhaczenia, dzięki którym będą mogli sobie ze wszystkim pojawić.

Pozwolił na to, aby czterolatek został sam z osobą, która mogła wpaść w kolejny trans, co jej zdaniem było skrajnie odpowiedzialne, bo przecież wizja mogła wrócić, a dzieciak nie musiał tego oglądać. Obiecała Amandzie, że będzie się nim zajmowała, jak najlepiej potrafiła, powinni unikać sytuacji, w których będzie świadkiem podobnych wydarzeń, szczególnie, że ta wizja łączyła się najprawdopodobniej ze zniknięciem dwójki osób, które powinni się znajdować w rezydencji ciotki Corneliusa. Fabian nie powinien wiedzieć o tym, że coś takiego się wydarzyło, że ktoś przepadł bez słowa. Nie powinien niepokoić się problemami dorosłych, chcąc nie chcąc tak mogło się zdarzyć, bo pozwolili, żeby został na zewnątrz.

Przewróciła oczami słysząc słowa mężczyzny. Nie zareagowała na zaczepkę, zdecydowanie nie potrafił jej zrozumieć, nie umiał się postawić w podobnej sytuacji, nie spodziewała się tego, że będzie inaczej. Łatwo było mu ocenić jej zachowanie, jasne, zdawała sobie sprawę z tego, że nie zabrzmiała zbyt optymistycznie, brakowało jej podejścia typowe, troskliwej dziewczyny, która okazywałaby swoje emocje jakoś szczególnie wylewnie. Taka już była, przynajmniej w złożonych sytuacjach, które wymagały nieco dystansu. Potrafiła oddzielać swoje emocje od tego, czego od niej oczekiwano. Stawiała granice, ale to wcale nie oznaczało, że jej nie zależało. Nie musiał tego wiedzieć, nie znał jej nie miał pojęcia o tym, jakim była człowiekiem, jak reagowała. Bardzo łatwo przyszła mu ocena jej zachowania. Ludzie mieli to do siebie, że lubili wyciągać wnioski na podstawie pojedynczych interakcji.

- Ktoś musi trzeźwo myśleć. - Dodała cicho, tak, że ledwie można ją było usłyszeć. Uczucia, uczuciami, w tym wypadku chodziło o coś więcej. Ktoś zniknął, a mieli być tutaj bezpieczni, to wystarczyło, żeby Yaxleyówna sięgnęła po tą mniej delikatną wersję siebie.

- Dużo czasu minęło. - Powiedziała bardziej do siebie, niż do niego. Na pewno zdawał sobie sprawę z tego, co to oznaczało. Nie tak łatwo będzie ich znaleźć. Każda mijająca godzina, miała utrudnić ich działania. Nie dowiedzieli się o tym zniknięciu zbyt szybko, właściwie przecież widzieli ich nieobecność przy obiedzie, dlaczego nikt na nią nie zareagował? Nie miała pojęcia, jasne, znała Romulusa, wiedziała, że coś innego mogło go zająć, nie podejrzewała, że to może być jakaś siła wyższa, na którą nie mieli wpływu. Byli dorośli, nie kontrolowali tego, co robią w ciągu dnia, ale może wypadałoby aby chociaż częściowo znali swoje grafiki, wiedzieli, kiedy ktoś opuszcza dom i kiedy ma wrócić. To pozwoliłoby im uniknąć podobnych sytuacji, byli tu ledwie kilka dni i już pojawiały się komplikacje, a wiadomo, że świat aktualnie nie był zbyt bezpiecznym miejscem.

Gdy znaleźli się na zewnątrz wpatrywała się dłuższą chwilę w Roisa, po tym przeniosła spojrzenie na Fabiana. Była ciekawa, czy jego ojciec już wie, że dzieciak również należał do tych wybrańców, którzy mogli pochwalić się tymi wyjątkowymi umiejętnościami. Miała wrażenie, że co najmniej połowa czarodziejów w jej otoczeniu była w pewien sposób naznaczona, spotykała na swojej drodze wile, jasnowidzów, widmowidzów, wilkołaki, wampiry, jednak nigdy nie zdradzała ich tajemnic, nie kiedy to nie było konieczne i nie mogło wnieść niczego do sprawy. Właściwie przez to nie rozmawiała o tym jeszcze z Corneliusem, chciała, żeby sam się tego dowiedział. Nachyliła się do Fabiana i mruknęła mu coś do ucha. Zrobiła to na tyle dyskretnie, aby nikt poza nią nie wiedział, co powiedziała. Dzieciak zadowolony kiwnął głową i pospiesznie ruszył w stronę drzwi, za którymi zniknął. Dopiero wtedy - nadal bez słowa po prostu przytuliła Ambroisa, właściwie nie do końca wiedziała, jak powinna się zachować, bo nie zdarzało mu się to przy niej. Cóż, nie ma co się oszukiwać, ostatnie dwa lata spędzili osobno, nie byli swoim oparciem, a wcześniej nie wspominał jej o swojej przypadłości. Miała nadzieję, że wszystko jest z nim w porządku, właściwie to nie wyglądał jakby coś było nie tak, więc zakładała, że nie wpłynęło to na niego jakoś mocno.

Odsunęła się o krok, to powinno im wystarczyć na ten moment, zwłaszcza, że mieli dość naglącą sprawę, którą powinni się teraz zająć. - Skąd wiadomo, że to było nie z własnej woli? - Liczyła na to, że wprowadzą ją w to, co się wydarzyło, aby mogła zająć się tym, co aktualnie wydawało się priorytetem.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#6
23.05.2025, 13:30  ✶  
Siedział spokojnie na ławce na werandzie, wyprostowany tylko na tyle, by nie zsunąć się po oparciu. Powietrze było chłodne i przesycone wilgocią. Roise czuł ją nawet przez tkaninę swetra i cienki płaszcz, który zgarnął przelotnie zanim wyszedł na zewnątrz.
Nie spodziewał się, że spędzi tam dłużej niż kilkanaście minut a oto już od co najmniej pół godziny siedział niemal nieruchomo w jednym miejscu. Do tego stopnia, że na pierwszy rzut oka mógłby asymilować się z krajobrazem.
Z tyłu za jego plecami wrzosowiska zlewały się z ołowianym niebem. Powoli pogrążały się w coraz głębszej szarości z tą uporczywą północną cichością, która nigdy nie stawała się naprawdę nieprzyjemna, ale też nigdy nie dawała zapomnieć, gdzie się znajdowali. Wrzesień mógł być piękny, ale ten dzień wcale nie próbował taki być.
Przedtem to był zwykły, niepokojąco spokojny dzień. Po wszystkich wydarzeniach, jakie miały miejsce na przestrzeni ostatnich dni, naprawdę miło było móc odpocząć. Tyle tylko, że teraz... ...po tym, jak Prudence i Romulus rozpłynęli się w powietrzu... ...albo bardziej precyzyjnie: zniknęli po dotknięciu porannej gazety... ...ten dzień stracił miano dobrego.
Ambroise przeniósł spojrzenie z części ogrodu wyłaniającej się zza domu na przestrzeń obok siebie. Tuż przy nim siedział Fabian, z nogami dyndającymi nad ziemią, choć chłopiec bardzo  starał się udawać, że już do niej sięga. Chrześniak oparł mu się o bok, nie do końca wiadomo, kiedy przykrywając pledem kolana ich obojga. Teraz z zapałem obserwował bieg niedużego skorka po miękkiej fakturze koca, jednocześnie niemal przez cały czas snując historie na temat wszystkiego, co robili z Ursulą, zanim reszta domowników pojawiła się w Exmoor.
Lubił słuchać Fabiana. Mógłby to robić godzinami, nawet jeśli chłopiec zasypywał go pytaniami szybciej, niż dało się na nie odpowiadać. Było coś kojącego w tej obecności, może dlatego, że dziecko nie oczekiwało odpowiedzi, tylko uwagi. Opowiadało o szklarni, o swojej babci, o tym, jak biegał między skrzynkami, próbując złapać motyla, który na pewno miał misję szpiegowską.
Roise w tym czasie przypatrywał się to dziecku, to krajobrazowi, to palcom własnych dłoni, splecionym luźno na kolanach. Skórę miał bladą, jakby wypłukaną z mocnej letniej opalenizny, która choć nadal tam była, to w tym momencie wyglądała szaro i matowo. Zupełnie tak jak aura pogodowa na zewnątrz. Knykcie Greengrassa były nienaturalnie wyraźne, mimo że jego oczy wciąż niezupełnie łapały ostrość obrazu. W dalszym ciągu były lekko zamglone, szczególnie na peryferiach wzroku.
To działo się zawsze po widmowidzeniu. Nie to, że mdlał czy jęczał dramatycznie, ale przez jakiś czas miał wrażenie, że każda cząstka jego ciała tkwi na wpół zawieszona między tu i teraz a tym czymś, co dopiero minęło. Jego własne ciało wciąż było zresztą dla niego trochę obce, jakby jeszcze nie wróciło całkiem do siebie. W kościach miał wspomnienie kroków na wilgotnym szlaku, trawy, która lepiła się do butów, skóry, która pachniała nie jego wodą kolońską.
Czyją? Tego nie potrafił rozgryźć. Ale pamiętał tamten zapach: gorzki, trochę drzewny, z lekką nutą czegoś dymnego. Klasyczny. Nienachalny. Osobliwy przez to, że znajomy, ale jednocześnie zapomniany. Tym razem było inaczej. Nie była to obca przeszłość, więc pewnie prędzej czy później miał to skojarzyć, ale w tej chwili jeszcze miał trudność z łączeniem kropek.
Znał już smak takich wizji. Choć zajęło mu to wyjątkowo długo i było okupione wieloma chwilami, podczas których naprawdę zastanawiał się, na cholerę mu to było, Roise z czasem nauczył się ich nie odrzucać, nie brać za przekleństwo. Niosły coś cenniejszego niż tylko wiedzę. Niosły zrozumienie a czasem, jeśli miał szczęście, niosły też odpowiedź. Tym razem jeszcze jej nie miał, ale już wiedział, od czego powinien zacząć poszukiwania, żeby spróbować nie tyle rozwiązać tę zagadkę, co z dużym prawdopodobieństwem pomóc dwójce przyjaciół.
No, przyjacielowi i znajomej, jednak po tym, co miało miejsce zaledwie przez kilkoma minutami, znacznie łatwiej było mu myśleć o Bletchley w tych samych kategoriach, co o Potterze. W końcu niecodziennie miało się wgląd do jej historii, uczuć i emocji. Nie do końca na porządku dziennym było dla niego obserwowanie świata dosłownie oczami Prudence, nawet jeśli była ona jego wsparciem w zakresie opanowywania widmowidzenia.
Przymknął oczy, usiłując przetworzyć wszystko to, co widział do tej pory. Oparł się łokciami o uda a jego dłonie zsunęły się bezwładnie między kolana. To nie była wina Prue. Nie zaprosiła go tam celowo, nie wrzuciła go do własnych wspomnień. To był pierścionek zaręczynowy. Przedmiot nasączony nią, jej ciepłem, jej pamięcią. Ambroise sięgnął po niego z własnej woli. A że przeszłość odpowiedziała, cóż, taka była natura ich wspólnego daru. Jego i Bletchley. Albo przekleństwa, w zależności od dnia, ale dzisiaj nie był skłonny dramatyzować. Miał to już raczej daleko za sobą.
Zwykle takie wizje zostawiały w nim ślad pod postacią ciemnego, pustego i zimnego echa czegoś, co rozchodziło się w jego wnętrzu jeszcze długo po powrocie do rzeczywistości. Ale nie tym razem. Tym razem był spokojny. Nie zadowolony. Nie zaspokojony. Spokojny. W tym sensie, w jakim spokojny może być człowiek, który stara się poukładać swoje własne uczucia, powoli wyzbywając się cudzych.
Widmowidzenie miało to do siebie, że nie filtrowało emocji. Przekazywało je tak jak były: surowe, nienazwane, pełne sprzeczności. To był stan emocjonalny Prudence, ale rezonował z jego własnym, gdy znajdował się w jej wspomnieniach nie jako obserwator a pod postacią dziewczyny. W takich chwilach jego dusza stroiła się do częstotliwości jej frustracji, szczęścia, strachu, irytacji, rozbawienia i tak dalej. Odczuwał cały wachlarz uczuć i stanów.
Widmowidzenia miały tę upartą manierę, że pokazywały to, co było istotne dla emocji, nie dla informacji. Roise wiedział już, że czas w takich widzeniach nie układa się w szereg. On kluczy, kręci się w kółko, zgrywa odczucia z obrazami, nie fakty z datami.
W tym wypadku tych emocji było dużo. Kryły się tuż pod powierzchnią, drżały pod skórą wraz z delikatnym wibrowaniem pierścionka zaręczynowego dziewczyny. O dziwo, nie pokazującego mu nic, co mogłoby być związane z tym, kto wręczył go Bletchley. Mężczyzna, który był z nią na wzgórzu, zdecydowanie nie mógł być Bonesem. To było świeże wspomnienie, niedawne, powiązane z zakupem tych skórzanych butów z gumowaną podeszwą. No cóż, gdziekolwiek znajdowała się Prue, przynajmniej była lepiej obuta niż wtedy, nawet jeśli nie stanowiło to praktycznie żadnego pocieszenia.
Paradoksalnie, nawet jak na to nieprzewidziane, coraz bardziej niepokojące zaginięcie, te konkretne wizje były jednak znacznie przyjemniejsze niż zazwyczaj. Nie było w nich śladów śmierci, było tylko trochę irytacji i zgryzoty, co pozwoliło mu sądzić, że poprawnie zidentyfikował moment zaginięcia i słusznie powiązał go z Romulusem.
Ta dwójka zawsze miała napiętą relację. Może nie widział twarzy tamtego mężczyzny, który złapał za gazetę w tym samym momencie, co Prudence, ale skoro Benjy, którego też nie lubiła (choć przy okoliczności pożarów wyglądało to zgoła inaczej) stał obok, to musiał być Potter. Szczególnie, że jego też nigdzie nie było. Pierścionek był ostatnim śladem po obojgu.
Ambroise kolejny raz wziął głęboki oddech, po czym przeciągnął dłonią po karku. Pierścionek nadal był zimny, ale już nie pulsował, już nie wołał. Leżał zawinięty w haftowaną chusteczkę, odsunięty od niego i Fabiana, kontrolowany przez Ambroisa kątem oka. Teraz milczał i to było najważniejsze.
Greengrass siedział więc spokojnie, nieruchomo, z łagodnie pochylonymi ramionami i dłońmi splecionymi między kolanami. Na razie pilnował Fabiana. Dzieciak potrzebował tylko obecności, nie zaangażowania. I to była jedna z tych rzeczy, za które był mu niewymownie wdzięczny.
Kochał tego malca nie tylko za jego inteligencję, której nie wypadało jeszcze nazywać błyskotliwością, ale za to, że młody Lestrange rozumiał rzeczy bez słów. Nie zawsze dosłownie, ale wystarczająco. Może dlatego, że sam był wyjątkowo gadatliwy jak na czterolatka i wykorzystywał przez to cały zasób słownictwa przewidziany na otoczenie. Dla wszystkich rozmówców.
- A potem babcia kazała mi nie dotykać tej jednej roślinki, bo podobno gryzie. Ale ja dotknąłem, ale tylko troszkę. I ona nic nie zrobiła. Myślisz, że babcia blefowała? A czy rośliny umieją blefować? Albo… Czy gryzą tylko, jak wiedzą, że ktoś się ich boi? - Wyrzucił z siebie młody, ignorując własne plątanie się języka.
Ambroise uniósł lekko brew, ale nie odpowiedział od razu. Widział jak chłopiec podskakuje na miejscu, jak przestawia stopy na drewnianych deskach, ale zanim zdążył otworzyć usta, temat przeskoczył dalej. Lestrange znów zmienił tok opowieści. Tym razem zaczął mówić o konewce, która rzekomo krzyczała do niego plask! w najbardziej strategicznych momentach podlewania ogrodu ciociobabci.
Był wdzięczny za obecność Fabiana. Dziecko nie potrzebowało zbyt wiele. Wystarczała mu obecność, jakieś okazjonalne mhm, tak, nie, prawdopodobnie, spojrzenie, kiwnięcie głową. Młody miał też ten rodzaj wyobraźni, który nie wymagał potwierdzenia. Zupełnie wystarczało mu, że coś brzmi dostatecznie dobrze, by uczynić z tego prawdę. Teraz zaś wpatrywał się w niego uważnie, jakby czekał na odpowiedź na jakieś pytanie, którego jeszcze nie zadał.
- A jak myślisz - powiedział nagle - czy gdyby paproć była bardzo, bardzo mądra to umiałaby sama chodzić do kuchni po wodę? - Spytał, wbijając w Roisa spojrzenie wyjątkowo błyszczących niebieskich oczu i świdrując go wzrokiem.
Zdecydowanie musiał otrzymać adekwatną reakcję. Tym razem zwykłe mhm nie mogłoby mu wystarczyć. Ambroise doskonale wiedział, kiedy pełna odpowiedź, choćby krótka, była niezbędnym elementem rozmowy z jego chrześniakiem.
- Tylko wtedy, jeśli byłaby wystarczająco spragniona - odpowiedział, właściwie to całkiem zgodnie z prawdą, bowiem niektóre rzadkie gatunki magicznych paproci rzeczywiście zachowywały się całkiem ludzko i potrafiły dostatecznie samodzielnie zadbać o swoje potrzeby.
Co prawda, były to rodzaje na ogół sadzone w ogrodzie, które po prostu przesuwały się w ziemi w kierunku kranu ogrodowego, szlaufa albo małych zbiorników wodnych, ale to byłby już temat na dłuższą opowieść a Fabian wyglądał na usatysfakcjonowanego tą odpowiedzią. Lestrange wciągnął powietrze z takim entuzjazmem, jakby właśnie planował kolejną serię przemyśleń, tym razem na temat botanicznych procesji w stronę zlewu, jednak wtedy w powietrzu zabrzmiało bardzo charakterystyczne skrzypnięcie drzwi.
Niemal jak na rozkaz, obaj przenieśli wzrok w kierunku wejścia do domu. Ambroise nie liczył czasu, odkąd Benjy postanowił zniknąć we wnętrzu budynku, żeby poszukać wsparcia w zakresie poszukiwań. Równie dobrze mogło minąć pięć, jak i piętnaście minut. Może nawet więcej. Nie było jeszcze ciemno, ale szarówka powoli rozlewała się nad wrzosowiskami. Dokładnie tak samo jak wieczorna mgła, która ostrożnie formowała się w zagłębieniach terenu.
Roise zamrugał. Raz, potem drugi, lekko marszcząc przy tym brwi na widok obu osób, ale kąciki jego ust uniosły się automatycznie. Głównie na widok Geraldine. Oczywiście, że mógł spodziewać się jej obecności. W końcu była najlepszą możliwą tropicielką. Jeśli ktoś miał znacząco przyspieszyć czynności poszukiwawcze to była to właśnie jego dziewczyna. Poza tym na widok Yaxleyówny praktycznie zawsze robiło mu się ciepło, nawet jeśli sam był teraz dosyć wychłodzony, choć tego jeszcze nie czuł.
Wbił wzrok w twarz ukochanej, mimowolnie unosząc brwi. Spojrzenie Riny było ostre i badawcze. Stała przez chwilę w progu, jakby usiłowała sprawdzić, czy nie rozpadł się w międzyczasie. Patrzyła na niego w ten sposób, który znał wyjątkowo dobrze: pół zawodowo, pół prywatnie, jakby dziewczyna oceniała, czy powinien już leżeć z eliksirem w ustach, czy jeszcze może utrzymać pion. Wzruszył ramionami. To było wszystko, co mógł jej odpowiedzieć.
Najwyraźniej Fenwick opowiedział o całej sytuacji, ale przecież oboje wiedzieli, że Greengrass praktycznie nigdy nie chciał specjalnego traktowania. Nie oczekiwał głaskania go po głowie. Nie lubił, gdy obchodzono się z nim jak z jajkiem, kiedy to było zupełnie niepotrzebne. Być może nie miał jeszcze okazji porozmawiać z ukochaną odnośnie wszystkich aspektów swojego popapranego, mulciberowego dziedzictwa. To dopiero ich czekało, ale w tym konkretnym wypadku raczej rozumieli się bez słów.
Siedział wyprostowany, nie dygotał niczym osika na wietrze. Zachowywał względną trzeźwość umysłu. Był zamyślony, ale nie nieobecny. Nigdy nie pozwoliłby sobie na utratę koncentracji w obecności ich syna chrzestnego, będąc z nim sam na sam. Celowo odsunął od nich pierścionek, nie doszukiwał się nic więcej w biżuterii. Musiał dojść do siebie, ale robił to już na własnych warunkach a doznana wizja nie była najgorszą, jaką miał.
Może nie wszystko było zupełnie w porządku, ale Roise nie czuł się ani roztrzęsiony, ani przesadnie słaby. To nie on znalazł się w sytuacji potencjalnego zagrożenia zdrowia albo życia. Priorytety leżały gdzieś indziej. Wiedział to on, zdecydowanie wiedziała to jego dziewczyna, Benjy także. Musieli zająć się konkretami.
Geraldine pochyliła się do Fabiana, szepnęła mu coś na ucho a chłopiec uśmiechnął się szeroko i bez protestu zeskoczył z ławki. Przemknął do domu z błyskiem zadowolenia na twarzy, jakby właśnie powierzono mu jakąś supertajną misję. Nie zapytał, nie zatrzymał się. Zupełnie tak, jakby wiedział, że jego czas na scenie już się skończył.
Roise nie zapytał, co Rina powiedziała chłopcu. Nie zamierzał tego robić. To nie miało znaczenia. Cokolwiek to było, Yaxleyówna miała naturalny talent do zajmowania uwagi chrześniaka, więc mogli być spokojni. Młody zniknął we wnętrzu domu. Mogli spokojnie rozmawiać.
Wpierw jednak, dostrzegając ruch ze strony dziewczyny jeszcze zanim pochyliła się nad nim, odpowiedział na uścisk. Pozwolił sobie objąć Rinę ramionami, odpowiadając na dotyk i odruchowo kiwając głową. To było miłe, naprawdę miłe. Brakowało mu tego przez niemal półtora roku, wewnątrz naprawdę cieszył się ze zmiany ich sytuacji, nawet jeśli nie przyszła im łatwo i wciąż mieli dosyć dużo do omówienia. Między innymi tę nieszczęsną kwestię widmowidzenia.
Yaxleyówna powinna wiedzieć więcej, bo z pewnością nie miała pojęcia, czego się spodziewać. Widział, że była nieswoja, nawet jeśli reagowała tą typową dla siebie podskórną czułością. Z zewnątrz może wypadającą blado, bez głębokich, teatralnych gestów, ale Rina tak już miała. Oboje tak mieli. To w zupełności wystarczało. Zwłaszcza w takich sytuacjach, gdy coś innego było ważniejsze.
- Zniknęli po tym, jak sięgnęli po gazetę, chcąc ją sobie wydrzeć. Oboje wyparowali w tym samym momencie. To nie była ich wspólna decyzja, uwierz mi, Bruyère, nie ma takiej siły, która sprawiłaby, że Prudence z własnej woli telepotowałaby się gdziekolwiek z Romulusem. To był świstoklik - stwierdził cicho, ale na tyle pewnie i poważnie, żeby nie pozostawić cienia wątpliwości. - Bletchley zgubiła przy tym pierścionek, przez który mniej więcej wiemy, co się stało - dodał w razie, gdyby Fenwick o tym nie wspomniał, jednocześnie kiwając głową w stronę odsuniętej chusteczki z zawiniętą biżuterią.
Nie, ci dwoje nie zrobili tego z zamysłem. Roisee znał ich zbyt dobrze (zarówno osobno, jak i razem), by uwierzyć, że wspólnie zaplanowali jakąkolwiek eskapadę. Ostatni raz widział ich zgodnych… ...nie, właściwie nigdy nie widział ich zgodnych. Może cierpliwych wobec siebie, z grymasem wyrozumiałości, ale nie zgodnych.
Świstoklik. To musiał być świstoklik. I to taki przygotowany z pełną perfidią, zakamuflowany w czymś tak banalnym, jak poranna prasa. Wszystko na to wskazywało. Zresztą nie pierwszy raz ktoś używał takiego fortelu: przedmiot, który wyglądał na zupełnie zwykły, aktywował się przy dotyku, wciągając nieświadomych w podróż magiczną. Tyle że tym razem nie wiadomo było, gdzie. I po co. I kto za tym stał.
Gazeta. Zwykłe, codzienne wydanie Proroka pachnące wilgocią i farbą drukarską. Wystarczyło jedno mocniejsze dotknięcie, żeby zniknąć. To było eleganckie. Ciche. Skuteczne. I bardzo, bardzo celowe.
- Myślę, że w dalszym ciągu możemy spróbować namierzyć ślady teleportacji, ale... - Przerwał na chwilę, rozcierając skronie i biorąc wdech, żeby powiedzieć coś, co niekoniecznie mu się podobało. - To już prawdopodobnie wasze zadanie. Ja nie ruszę z magią przez najbliższe pięć minut, może dłużej. Potrzebuję całkiem odzyskać równowagę - nie lubił tego, wręcz nie cierpiał przyznawać się do słabości, ale w tym momencie musiał to jakoś przełknąć, bo nie chodziło o niego.
Im szybciej zaczną, tym lepiej. Już i tak stracili naprawdę cenne godziny a powoli zbliżał się wieczór.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#7
23.05.2025, 19:00  ✶  

Spojrzenie Yaxley wbijało się we mnie jak lodowata stal, oceniająco, władczo, z tą całą jej rodową wyniosłością, której nawet nie próbowała już kryć. Nie musiała – w końcu świat jej wszystko wybaczał, prawda? Bo była bystra, konkretna, bo się nie rozklejała, bo... „Ktoś musi trzeźwo myśleć” - padło z ust Geraldine, i przez sekundę miałem ochotę się zaśmiać - oczywiście, że musiał, ale trzeźwość umysłu nie polegała na dehumanizacji ludzi wokół, a przecież właśnie przed chwilą zniknęły dwie dorosłe osoby spośród nas, nasi bliscy, znajomi, przyjaciele i nie tylko. Nikt z nas nie miał pojęcia, gdzie są, i czy nie było to tylko preludium do czegoś gorszego, więc właśnie w tej chwili - właśnie teraz, kiedy powinniśmy chociaż na moment być razem, bo ludzie powinni być dla siebie punktem oparcia - ona stawiała ściany i granice. Aż świerzbiło mnie w język, żeby jej odpowiedzieć, że nie chodziło o trzeźwość, tylko o elementarną ludzką przyzwoitość, ale ugryzłem się w język. Stała tam, jakby to ona miała ustalać porządek świata, mierząc mnie wzrokiem i w milczeniu dokonując obliczeń, których nie znałem, nie patrzyła na mnie - nie potrzebowała. Wystarczyło, że mówiła wystarczająco głośno, żeby trafić do właściwych uszu, i wystarczająco cicho, żeby nie dało się jej łatwo zarzucić braku taktu. Znów poczuła się w obowiązku poustawiać wszystkich do pionu, i z całą beznamiętną siłą swojego rodowego dziedzictwa wygłaszała prawdy, które równie dobrze mógłby głosić jej ojciec. Może nawet to robił - wygłaszał te same słowa, a ona nauczyła się ich na pamięć. Tak to było w takich rodach - jak na ironię - w moim własnym także, chociaż nie miałem związku z łowcami.
Zacisnąłem szczękę, stawiając kolejne kroki w  stronę werandy. Nie gnałem korytarzami - wcale nie dlatego, że nie chciałem tam dojść, bo chciałem, i to jak najszybciej, po prostu próbowałem stłumić odruch, by nie przewrócić oczami z taką siłą, że dostanę zawrotów głowy. Ona po prostu nie rozumiała - nie, to złe słowo - rozumiała, ale miała to gdzieś, miała inne priorytety, i zawsze wiedziała, jak wbić szpilę tak, żeby próbowała wyglądać na konstruktywną uwagę. No i proszę - cała Geraldine Yaxley w pigułce - żadnych niedopowiedzeń, zero sentymentów, wzrok wbity we mnie, jakby naprawdę czekała, aż się potknę, żeby wyrzucić mi moją niekompetencję. Merlin mi świadkiem, że próbowałem być wyrozumiały. Próbowałem zrozumieć Roise'a, który patrzył na nią jak na jakieś wcielenie boskiej opatrzności, ale za każdym razem, gdy otwierała usta, czułem, jak moje zęby mimowolnie się zaciskają. Całe szczęście, nie rozmawialiśmy, bo gdybyśmy zaczęli rozmawiać, to pewnie mógłbym jej uprzejmie zasugerować, żeby swoje „trzeźwe myślenie” wsadziła sobie tam, gdzie słońce nie dochodzi, a od tego byłaby prosta droga dalej...
Wyszliśmy na zewnątrz, a ja bez słowa oparłem się o ścianę, pozwalając, żeby moje ramiona skrzyżowały się na piersi. Odwróciłem wzrok, przez chwilę tylko słuchałem wiatru, który ślizgał się po polach - mgła była coraz gęstsza, a wieczór zbliżał się nieubłaganie. Stałem w cieniu framugi, ramieniem oparty o chłodne drewno, pozwalając sobie przez chwilę po prostu obserwować, jak ta ich komunikacja odbywa się bez słów. Była jakaś ironia w tym, że ja byłem tym, który poszedł „po wsparcie”, a to ona z miejsca zaczęła oceniać sytuację, zaraz mając wydawać polecenia i układać plan działania, i jasne - plan był potrzebny, ale nie mogłem się pozbyć wrażenia, że gdyby to ode mnie zależało, cała sytuacja wyglądałaby mniej… Chłodno. Mniej jak operacja wojskowa, a bardziej jak ludzka reakcja na coś, co miało prawo przerazić.
Roise, oczywiście, chłonął jej obecność jak powietrze - uśmiechał się tym swoim półuśmieszkiem, i gdyby nie to, że znałem go tak długo, może by mnie to wzruszyło. A tak… Miałem ochotę nim potrząsnąć. Zamiast tego z boku obserwowałem sytuację. Mały zniknął za drzwiami, ucieszony jakby właśnie dano mu nową książkę o smokach. Nie słyszałem, co Geraldine mu powiedziała - i w sumie dobrze. Miałem dziwne wrażenie, że lepiej dla mojego ciśnienia było trzymać się z daleka od tego, co Yaxley szepcze dzieciom do ucha. Ambroise nic nie mówił, siedział cicho, jakby nadal balansował na cienkiej granicy między rzeczywistością a tym, co jeszcze tliło się w jego głowie, i miał prawo milczeć - odszedł na chwilę, może nieoczekiwanie, ale to nie była jego wina, tak samo, jak wczoraj to nie była wina Prudence. Wizje nie były wyborem - nie były też pretekstem, żeby ich oceniać. Nawet ja to wiedziałem. Złośliwa część mnie chciała zapytać, czy nosiła ze sobą jakąś listę kontrolną - kogo trzeba ratować, co należy wypomnieć, przeanalizować, a jakie cudze decyzje uznać za niewłaściwe, ale milczałem.
Widziałem, jak przytuliła Roise'a - krótko - to bardziej przypominało mi wyuczony ruch techniczny, jakby przypominała sobie, że tak wypada. W moich oczach nie było w tym ciepła - to nie była powtórka z klatki schodowej. Może to powinno mnie wzruszyć - jednak miała serce wobec swojego chłopaka, ojej - powinienem jej w duchu podziękować za ten gest, ale zamiast tego krzywo się uśmiechnąłem. Przylgnęła do Ambroise’a, jakby nagle przypomniała sobie, że miała jeszcze coś takiego jak ręce i gesty czułości. Ładnie, Geraldine Yaxley, piękny teatrzyk uczuć i emocji. Może to był jej sposób na troskę - właśnie tak wyglądała jej wersja czułej uważności, była sztywna, wykalkulowana, tylko że drugi człowiek nie był tabelką w skoroszycie. Nie odrywałem wzroku od ich wymiany spojrzeń - niby cicha, neutralna, a jednak w niej było coś więcej - to co Roise akceptował, co być może go nawet koiło, a mnie - irytowało, bo wiedziałem, że prędzej umrę, niż pozwolę jej traktować mnie w ten sam sposób... Jakby to ona przejmowała dowodzenie nad sytuacją, bo przecież potrzebowaliśmy kogoś, kto potrafił trzeźwo myśleć - jasne, bo przecież wszyscy wokół byli bezradni, upośledzeni emocjonalnie i niezdolni do myślenia logicznego. Całe szczęście, że mieliśmy ją - zimną, nieprzeniknioną Geraldine Yaxley, która przyszła z listą priorytetów i od razu wiedziała, kto zawiódł i co trzeba poprawić, wspaniale, szkoda tylko, że jej pragmatyzm był tak cholernie protekcjonalny. Uniósłbym brew, ale uznałem, że nie warto dawać jej satysfakcji. Mimo wszystko, wiedziałem, że mieliśmy do załatwienia poważne sprawy.
Nie znałem jej tak naprawdę, ale wiedziałem jedno - nie da się tak po prostu odciąć od emocji, nawet jeśli próbujesz zbudować wokół nich mur z logiki i chłodu, bo ludzie nie działają tak mechanicznie. Nie byłem szczególnie zły w ocenie - poznałem ją na tyle, żeby wiedzieć, że nie przyszła tu, żeby nas wszystkich dobić, zainteresowała się sprawą, ale też nie miałem złudzeń, iż w tej chwili potrafiłaby objąć sytuację inaczej niż przez pryzmat tabelki z paroma okienkami do postawienia tam fajeczki. Czemu? Nie wiedziałem... Cała ta sytuacja była ciężka. Byliśmy w miejscu, gdzie nie można było pozwolić sobie na słabość, ale równocześnie każdy z nas wiedział, że pod tą powierzchownością kryje się coś więcej, co trudno nazwać, ale może decydować o tym, czy zaginionym uda się wyjść z tego cało, gdziekolwiek byli.
- Zwaszywszy na okoliszności. - Powiedziałem, zniżając głos, ale nie udając już obojętności. - Lepiej bęsie, jeszli pszelwiemy im jakąś dziwną schaskę, nisz mielibyśmy lysykowaś, sze naplawdę zaginęli i jusz nie wlósą. - Dodałem - nie czekałem na zgodę, nie brzmiałem surowo, bardziej jak ktoś, kto naprawdę wolałby nie musieć zajmować się cudzymi dramatami, ale też nie potrafiłby spokojnie przełknąć myśli, że coś mogło się stać. Oderwałem się od chłodnej ściany, o którą dotąd opierałem ramię, wyprostowałem się i ruszyłem w stronę schodów prowadzących z werandy do ogrodu.
- Zobaczmy, czy coś tu jescze wisi w powietszu... - Rzuciłem, już ciszej, bardziej do siebie niż do nich, i wyjąłem różdżkę z kieszeni płaszcza. Pozostali mogli dołączyć - ja nie czekałem już ani chwili. Schodząc po schodach, czułem jak chłód nocy lepi się do skóry, ale coś w tej prostocie działania - ślad, krok, impuls, odpowiedź - koiło. Tu przynajmniej było coś konkretnego do zrobienia.

Percepcja ◉◉◉○○ - poszukiwania
Rzut Z 1d100 - 41
Slaby sukces...

Rzut Z 1d100 - 41
Slaby sukces...


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#8
24.05.2025, 00:46  ✶  

Czy Yaxley była wyniosła? Mogło być to tak odbierane. Wszystko zależało od punktu widzenia. Nikt nie miał pojęcia, ile kosztowało ją dojście do tego miejsca, w którym się znajdowała. Łatwo było wygłaszać osądy, że pochodziła z rodziny, która miała pewne naleciałości. Nikt nie pamiętał jednak o tym, że była kobietą. Przez wiele lat nie była traktowana poważnie w swojej branży, podchodzono do niej lekceważąco, ten zimny profesjonalizm nie brał się znikąd. Jeśli chciała się spełniać w dziedzinie, która ją najbardziej interesowała to musiała zachowywać się niemalże jak maszyna stworzona do zabijania. Coś za coś, nic nie brało się z niczego, ale nie wszyscy mogli to zrozumieć. Czy obchodziła ją ich opinia innych? Nie do końca. Już dawno przestała się tym przejmować. Od lat z tym walczyła, od lat udowadniała swoją wartość, aktualnie to było za nią. Nie musiała się tym dłużej przejmować, bo w końcu mężczyźni zaczęli brać ją na poważnie. Ojciec powtarzał jej, że jest najlepsza, że wyróżnia się między nimi, uwierzyła w to, i teraz chodziła z dumnie uniesioną głową. Nie każdy mógł liczyć na takie wsparcie, miała w tym naprawdę sporo szczęścia, była wdzięczna Gerardowi, jego dość alternatywnemu podejściu, bo przecież mógł oczekiwać, że będzie matką jego wnuków tuż po tym, jak skończy edukację w Hogwarcie. Nigdy jednak jej nie ograniczał, wręcz przeciwnie - pozwolił jej rozwinąć skrzydła, za co była mu ogromnie wdzięczna. Jej szacunek i miłość do ojca nie wzięła się znikąd, nie bez powodu ciągle chciała mu imponować. Była córeczką tatusia, ale w przypadku tym, czym się zajmowała, sporo ją to kosztowało.

Nie miała najmniejszego problemu z tym, aby sięgać po słowa, które musiały być wypowiedziane. Ktoś powinien być konkretny, kierować się czymś więcej niż tylko emocjami - mogło paść na nią. Może, nie wyglądało to najlepiej w ocenie jakichś relacji między ludzkich, ale nie do końca ja to obchodziło. Faktycznie sporo miała w sobie oschłości wyniesionej z domu. Tacy już byli Yaxleyowie.[/w]
[a]Nie obchodziło jej szczególnie to, czego oczekiwali inni. Nie była osobą, która zamierzała kogokolwiek klepać po ramieniu, czy jakoś specjalnie budować na duchu. Nie tego potrzebowali - musieli działać, zwłaszcza, że z tego, co się udało jej ustalić do do zaginięcia doszło dużo wcześniej. Szkoda było marnować czas, zresztą już dużo go zmarnowali. Nie chciała podchodzić do całej sytuacji sceptycznie, nie chciała, aby było po niej widzieć zwątpienie, ale nie wdziała szczególnie wielkich szans na to, że znajdą ich żywych.

Jej odruch był naturalny - przytuliła Ambroisa tak po prostu, jak miała w zwyczaju, krótko, bez zbędnego marnowania czasu, to nie zmieniało faktu, że jej na nim zależało. Pewnie mało kto był w stanie zrozumieć ich relację. Potrafili mieć problem z odklejeniem się od siebie przy ludziach, ale umieli też trzymać się na dystans. Aktualnie? Ledwie kilka dni temu wrócili do tej oficjalnej wersji, w której byli razem. Nie widziała potrzeby, aby zbyt wylewnie okazywać swoje zaangażowanie, to nie byłoby prawdziwe i Roise o tym wiedział, to co działo się między nimi zostawało z dala od oczu innych. Może nie każdy był w stanie to zaakceptować, ale w ich przypadku się to sprawdzało.

- Mamy dwie różne wersje. - Znała Romulusa, nie znała jego towarzyszki niedoli, więc nie tak łatwo było jej oceniać, jak wyglądała sytuacja. Wolała nie dzielić się swoja opinią na temat Pottera, miała świadomość, że wystarczył nie najgorszy wygląd, dwie nogi, dwie ręce, a ten był w stanie rzucić się za jakąś kobietą, był niczym wygłodniały pies. Ambroise jednak wydawał się być bardzo pewien swojej wersji. Akurat jemu ufała, no - nadal nie zamierzała umniejszać Fenwickowi, czy tam Rookwoodowi, wydawał się być specjalistą w swojej profesji, ale nic więcej nie skłaniało jej ku temu, aby mu przyklasnąć.

- Czy moglibyśmy podejść do sprawy realnie? - Jasne, Benjy wydawał się mieć bardzo optymistyczną myśl, której niestety nie potwierdzał Roise, a tak się składał, że dzisiaj widział więcej niż wszyscy, co by oznaczało, że on miał rację.

- Skąd on miałby się tutaj wziąć? - Kto podrzuciłby świstoklik w to miejsce? To wydawało się być teraz istotnym pytaniem, no i po co? W jakim celu miałoby ich stąd wywiać. Gazetę mogły złapać losowe osoby, nie było przecież podstaw ku temu, żeby zakładać, że akurat oni się nią zainteresują. To było dziwne.

- Odpocznij.- Powiedziała jeszcze do Ambroisa. Skoro sam zwrócił uwagę na to, że potrzebował czasu, to na pewno tak było. Nie zamierzała negować tej prośby.

Zastanawiała się, czy był to odpowiedni moment na to, aby wyciągnąć Rotha z piwnicy, w końcu, jak ona był łowcą - mógł się im przydać tej nocy, nieco jednak się obawiała jego nastawienia. Zresztą, jakby coś to zamierzała być przy nim.

Zaczęła się jednak rozglądać po okolicy, być może uda jej się coś zauważyć, później pójdzie po brata.



◉◉◉○○percepcja

Rzut Z 1d100 - 95
Sukces!

Rzut Z 1d100 - 3
Akcja nieudana
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#9
24.05.2025, 03:12  ✶  
Nawet jeśli nie był do końca zadowolony z takiego a nie innego obrotu spraw, Ambroise nie był głupi. Tak po prawdzie, miał się za wyjątkowo światłego i inteligentnego człowieka. W momencie, w którym uznał, że jest już dostatecznie nawykły do tych wszystkich chaotycznych, mniej lub bardziej przypadkowych wizji (bo nie, nie do końca był do nich przyzwyczajony), zaczął podchodzić do tego raczej w dosyć zadaniowy sposób.
A przynajmniej własne tak starał się twierdzić. Jasne, wewnątrz nadal był rozedrgany w ten specyficzny sposób. W dalszym ciągu był zmęczony. Widmowidzenie nadwyrężało organizm, szczególnie wszelkie struktury poznawcze. Wywoływało ból z tyłu oczu, który często niósł za sobą coś w rodzaju migreny. Ciało stawało się cięższe i zarazem lżejsze: członki były jednocześnie niczym z kamienia i z waty.
Teoretycznie mógłby teraz wstać z ławki. W końcu podczas całej sesji transu utrzymał się na nogach. Stał w miejscu i nie wydawało mu się, żeby w którymś momencie chociaż trochę się wygiął. Raczej przypominał sztywny słup soli, co także nie zawsze było dobre, bowiem w przypadku dłuższych widmowidzeń przekładało się na ból dolnej części ciała.
Tym razem wizja była stosunkowo krótka. Nie trwała długo. Nie była wypełniona cierpieniem, strachem i umieraniem. Raczej wręcz przeciwnie. Przez większość czasu, jakie Roise spędził pod postacią Prue, dziewczyna czuła się całkiem przyjemnie. Była podekscytowana, dosyć szczęśliwa z powodu robienia tych swoich nieoczekiwanych, trochę buntowniczych planów.
Nie były to dla niego wyjątkowo niemiłe doznania. A to zdarzało się raczej rzadko, ponieważ większość ciężaru przeszłości była... ...no, właśnie tym: ciężarem. Prawdopodobnie dzięki nieoczekiwanej lekkości doznań Bletchley, Greengrass nie czuł się tak, jakby potrzebował przesadnie dużo czasu na dojście do siebie. Tym bardziej, że poniekąd już był sobą. Wrócił, tylko bardziej zamyślony. Nie czuł konieczności obchodzenia się ze sobą jak z jajkiem...
...i był cholernie wdzięczny za to, że takowego z niego nie robiono. Ale przecież mógł być tego pewien. Być może zaliczył półtoraroczną przerwę ze swoją ukochaną, jednak pod tym względem zawsze dogadywali się praktycznie bez słów. To była nieodzowna część ich więzi. Teraz już nieco lepiej wiedział, z czego to wynikało, jednak tak naprawdę od zawsze oboje wiedzieli, kiedy jest czas na co.
Nie stronili od wymiany czułości. Bywało wobec siebie ciepli równie często, co po prostu żarliwi. Całkiem często zdarzało się, że mieli trudności w trzymaniu rąk przy sobie. Wymykali się, żeby skraść sobie kilkanaście minut albo ulegali porywom chwili w inny sposób.
Nie sądził, żeby to zmieniło się przez te miesiące rozłąki. Nie, skoro już wielokrotnie udowodnili sobie, że pod tym względem wciąż jest tak samo. Czy to podczas pobytu w Piaskownicy, czy to później w Londynie, czy też pod wpływem tamtej niechlubnej porywczości wtedy w maju, gdy zdecydowanie ze sobą nie byli. Zawsze ich ku sobie ciągnęło. Nieważne, ile lat mieli czy ile przeżyli.
Tyle tylko, że nie potrzebowali udowadniać tego sobie w każdym możliwym momencie. Szczególnie nie wtedy, kiedy oboje byli pewni, że nie muszą tego robić. Jemu nic się nie stało. Nie doznał żadnej traumatycznej wizji. A Geraldine zdecydowanie zdawała sobie sprawę z tego, że nie potrzebował być teraz pocieszany. Mogli nie mieć jeszcze okazji rozmawiać o wpływie widmowidzenia na jego i ich życie, ale doskonale znali się pod wszystkimi innymi kątami.
Potrzebował chwili na przemyślenie tego, co widział i tego jednego krótkiego uścisku. Odrobiny ciepła, znajomego zapachu wypierającego z nozdrzy woń skóry, gumy i wody kolońskiej, której nadal nie potrafił przypisać do niczego ani nikogo konkretnego. Zresztą nawet nie próbował.
Nie wymagał, nie oczekiwał, nie było mu konieczne nic więcej. Nie teraz, gdy Romulus i Prudence z dużym prawdopodobieństwem tkwili w jakimś bagnie. Czy to dosłownym, czy też metaforycznym. Nie mógł tego wiedzieć, bo pierścionek ukazał mu tylko to, co stało się do momentu, kiedy ich towarzysze rozpłynęli się w powietrzu. Nie to, co było po tym, gdy wyparowali.
Tego musieli się dowiedzieć. Najlepiej jak najszybciej. Nie powinni marnować czasu, szczególnie że wszyscy wiedzieli, że raczej nie dysponują nim w jakimś szerokim zakresie. Zbliżał się wieczór, później miała nadejść noc. Jasne, zaginiona dwójka mogła wrócić w każdej chwili, ale lepiej było sprawdzić wszystkie ślady.
Zresztą chyba wszyscy z nich w jakimś zakresie nie darowaliby sobie do końca, gdyby zupełnie nic nie zrobili. Mimo wszystko, to byli ich ludzie. Nawet jeśli Ambroisa zdecydowanie zaintrygował, może nawet nieco zaskoczył komentarz Benjy'ego dotyczący rzekomej schadzki Pottera i Bletchley. Raczej wydawało mu się, że przyjaciel potrafił wyczuwać ludzi. Obaj mieli też dosyć jasny ogląd na przeszłość, więc i to, co działo się jeszcze w czasach Hogwartu.
Już wtedy Romulus wykazywał ciągoty do męczenia Prudence swoimi zagrywkami, które raczej średnio dało się uznać za zaloty, nawet te końskie. Natomiast Prue nie lubiła go już praktycznie od pierwszej chwili. Z jej strony to była skrajna, wyjątkowo mocna antypatia od pierwszego wejrzenia. Nie, schadzki zdecydowanie nie wchodziły w grę.
- Możemy trzymać się jednej - stwierdził po kilku sekundach, przez ten cały czas kątem oka przypatrując się postawie Fenwicka. - Tej rzeczywistej - skwitował bez odrobiny skrupułów ani zawahania.
To nie było moment na przesadne kluczenie wokół odczuć a to on doświadczył tamtej chwili na własnej skórze. Oczywiście, że był pewien wydawanej opinii. Tyle tylko, że pozostali tu obecni niekoniecznie musieli zdawać sobie z tego sprawę. Prawdopodobnie powinien być bardziej szczegółowy, dodać coś do tego, co rzeczywiście nadałoby głębsze znaczenie wydawanemu przez niego osądowi.
- Takim wizjom towarzyszą odczucia. W tym wypadku należały do Prudence. Nie czuła wobec niego nic prócz frustracji i zniecierpliwienia - dopowiedział, nie zamierzając wdawać się w zbyt dogłębne nazywanie tych emocji.
Najważniejsze, że przeważały głównie takie, które można było wtłoczyć w ramy tych dwóch określeń. Co zaś tyczyło się kolejnego pytania, Ambroise mógł wyłącznie pokręcić głową i wzruszyć ramionami. Co prawda przymknął przy tym oczy, próbując przypomnieć sobie coś więcej, ale bez skutku. Nie miał zielonego pojęcia, czemu ci dwoje trafili na świstoklik ani co ten mógł robić na ganku wyjątkowo zabezpieczonego domu.
- Nie wiem. Gazeta była tutaj na długo przed tym jak oboje zjawili się na werandzie. Zdążyła zawilgotnieć, prawdopodobnie od porannej mgły - a więc leżała w tym miejscu od świtu, jeśli nie wcześniej. - To chyba było dzisiejsze wydanie - a przynajmniej miało dzisiejszą datę, którą przelotnie dostrzegł zanim wszystko rozpłynęło się w powietrzu.
Mieli naprawdę mało informacji. A on potrzebował jeszcze trochę czasu, żeby poukładać sobie to, co widział w tej chaotycznej, szarpanej wizji, zanim ci dwoje zniknęli. Jednakże zdecydowanie nie zamierzał tego robić na siedząco. Mówił o braku czarowania, nie o spędzaniu kolejnych pięciu minut na ławce.
Zresztą kto jak kto, ale Geraldine wiedziała, że rzadko kiedy odpoczywał w bezruchu. Oczywiście, że kiwnął głową, po czym wstał z miejsca, ruszając za pozostałymi. Może jeszcze nie wyciągnął różdżki, ale zdecydowanie wypatrywał wszelkich znaków tego, co mogło dać im nieco większy obraz sytuacji.

Percepcja (II) - również na ślady, tropy, itd.
Rzut N 1d100 - 95
Sukces!

Rzut N 1d100 - 35
Akcja nieudana


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#10
24.05.2025, 14:33  ✶  

Wychowałem się w zimnym domu. Nie chodziło tylko o marmurowe posadzki i kamienne schody, ani o przeciągi, których dotyk nawet latem potrafił przynosić dreszcz aż do kości - chodziło o coś znacznie głębszego, co przesiąkało ściany, jak połączenie wiecznej zmarzliny z wilgocią, które nie schło nawet wtedy, gdy w kominku płonął ogień. Nie było tam miejsca na czułość, a jeśli się gdzieś przypadkiem zaplątała, to tylko po to, by zostać przydeptaną obcasem albo wyszydzoną tak skutecznie, że już nigdy nie odważyła się wrócić. W moim domu nikt nie rozmawiał - a był pełen ludzi, ich milczenie cięższe od ołowiu i głosy ostrzejsze niż noże - wydawano polecenia, rzucano oskarżenia, komentowano porażki, jeśli ktoś się śmiał, to zawsze czyimś kosztem, a jeżeli ktoś płakał, to w ukryciu, a to nie zawsze uchodziło płazem. Ojciec był mistrzem w sztuce wyrachowanego zarządzania domem, dziadek jeszcze gorszym, wuj zazwyczaj pił, więc nie pamiętał, ile razy sięgnął po pas. Ja pamiętałem, i pamiętałem też, że to nigdy nie chodziło o to, co zrobiłem - ktokolwiek z nas zrobił - chodziło o to, że zrobiłem to nie tak - za głośno, powoli, szybko, zbyt pewnie siebie, jak na kogoś, kto powinien znać swoje miejsce... Musiałem się nauczyć czytać ich nastroje zanim jeszcze zdążyli je zwerbalizować. Poznawałem groźbę po barwie ciszy, po zbyt długim spojrzeniu w ogień, po przesunięciu ręki o centymetr za daleko. Byłem dzieckiem, które kalkuluje każdy krok, jakby stąpało po lodzie.Musiałem szybko nauczyć się rozpoznawać stany emocjonalne większości dorosłych mężczyzn, którzy mieli nad nami władzę - nad moją matką, nade mną, siostrami, ciotkami, kuzynami, kuzynkami nad służbą, nad sobą nawzajem. Z czasem przyswoiłem ten bezsłowny język - należało to zrobić, albo kończyło się to źle, bardzo źle - ledwie zauważalne napięcie w mięśniach twarzy, sposób, w jaki ojciec chwytał za rąbek mankietu, jak dziadek przerywał rozmowę na pół oddechu, jak wuj udawał, że czyta gazetę. Ojciec miał specyficzny sposób przechylania głowy, kiedy był bliski wybuchu, unikał kontaktu wzrokowego tylko wtedy, gdy planował coś szczególnie okrutnego. Wuj zawsze wydawał się rozbawiony, obojętnie, co się działo - nawet wtedy, gdy podnosił różdżkę z zamiarem udzielenia „nauczki”. Dziadek miał swój zestaw wyuczonych grymasów - jeśli pojawiał się ten z wyprostowaną linią brwi i uniesionym lekko kącikiem ust, należało natychmiast zniknąć z jego pola widzenia - zrozumienie tych emocji, a raczej ich antycypowanie, było kwestią przetrwania. Nie było pochwał, nie było czułości, nie było miejsca na niedoskonałość - wszystko, co robiłem, było niewystarczające, nawet jeśli czasem z łaski nie powiedzieli tego wprost, to czułem to w każdym spojrzeniu, niedokończonym skinieniu głowy, w tej wymownej ciszy, która nastawała po moim „sukcesie”. Chwalono mnie rzadko, a jeśli już - to w sposób, który bardziej przypominał zatwierdzenie faktu, że nie zawaliłem, jakbym funkcjonował w systemie punktowym, w którym maksymalna ocena to było „akceptowalnie”. Czasem wystarczyło krzywo postawione krzesło i przeciągłe spojrzenie, by przypomnieć sobie, że jesteś niczym, błędem, i że to twoja wina. Wyrżnąłem się na tych marmurach, spadłem z tych schodów, wypiąłem się na herb i sygnet, i wszystkie zasady, które mówiły mi, że tylko milczenie, opanowanie i stalowy wzrok czynią z ciebie człowieka.
Więc nie, nie rozumiałem zachowań Yaxley - szczerze mówiąc, nie miałem ochoty ich analizować. Nie dlatego, że nie potrafiłem ani tego, ani tego, a wręcz przeciwnie - potrafiłem aż za dobrze, ale to był inny typ bycia, ten przeze mnie nietolerowany. Emocjonalne wykastrowanie, wieczna potrzeba kontroli, trzymanie wszystkiego i wszystkich na dystans, a potem zdziwienie, że nikt nie chce dla ciebie ginąć. Nie obchodziło mnie, co ją ukształtowało, nie próbowałem odgadywać, skąd ten chłód, to protekcjonalne traktowanie innych, to wieczne ustawianie ludzi w szeregu, bo ja, po wszystkim, czego doświadczyłem, wyrosłem na zupełnie inny typ człowieka - nie oziębłego, nie teatralnie zdystansowanego, nie nosiłem się jak jebany szlachcic, nie tylko dlatego, bo nim już nie byłem. Oczywiście, porzuciłem to - wszystko, z nazwiskiem włącznie, odciąłem się od tej części swojej przeszłości tak dokładnie, jak tylko potrafiłem, a nawet jeśli coś ze mnie jeszcze tamtego zostało, to już nie dziedzictwo, tylko blizna - zanim zdołało mnie do reszty skorodować, ale gdybym tego chciał, pewnie nadal potrafiłbym powielać tamte wzorce zachowań, z tym, że świadomie decydowałem, iż nie będę. Nawet jeśli byłem zamknięty w sobie, nie byłem emocjonalnie martwy, troszczyłem się, może nie o cały świat, ale o tę garstkę ludzi, która się liczyła - jak najbardziej, jeśli któreś z nich mnie potrzebowało, miał moją pełną uwagę - bez półśrodków, bez chłodnego dystansu.
Geraldine tymczasem... Co było w tym wszystkim najśmieszniejsze? To, że jeszcze kilka dni temu Geraldine wydawała się... Ludzka. Nie serdeczna, ale chociaż autentyczna, może nawet na swój sposób wrażliwa. Wtedy nie było potrzeby, żeby grała. Miała ciepło w oczach, odrobinę czułości w gestach, wydawało mi się, że próbowała się naprawdę w coś zaangażować, w jakąś potrzebę wzajemnej ochrony. A teraz - teraz sprawiała wrażenie, jakby rozgrywała partię szachów z niewidzialnym przeciwnikiem i my wszyscy, pozostali, byliśmy tylko pionkami. Dlatego patrząc na to, miałem ochotę wywrócić oczami - nie z powodu zazdrości, tylko z czystego, lodowatego osądu, ale nie chciałem tego komentować, nie zamierzałem wdawać się w rozmowy o tym, jak powinno się kogoś pocieszać. Zaledwie kilka dni wcześniej wydawała mi się ludzka, a teraz, Merlinie, traktowała własnego chłopaka jak zbędny balast albo kolegę z wojska. Klepnięcie po plecach - przez ułamek sekundy, jakby dotyk przenosił „defekty genetyczne” takie, jak widmowidzenie - i uznała, że to wystarczy, zamyka sprawę. Może Ambroise to tolerował - pewnie nawet miał swoje powody, by cieszyć się ze złudzenia troskliwego dotyku, który miał załatwić wszystko - spoko, jeśli jemu to wystarczało, to jego sprawa, ale mnie już wystarczająco długo otaczały kobiety, które z maniakalną wręcz determinacją próbowały wpasować się w najbardziej toksyczne wzorce męskości - chłód, oschłość, wyższość, traktowanie ciepła, jak słabości. Ja już się napatrzyłem na te, które za wszelką cenę próbowały się wpasować w najgorszy, toksyczny model męskiego zachowania, tylko dlatego, że wydawało im się, że inaczej zostaną zjedzone, więc nie, nie zamierzałem być jej podnóżkiem. Nigdy nie byłem, zwłaszcza dla kogoś, komu się wydawało, że emocjonalne odrętwienie to cnota. Chuj wie, z kim prowadziła tę grę, ale pewnie nawet Ambroise nie znał wszystkich zasad. Mi na pewno nie zamierzała nic ułatwiać i wyjaśniać podstaw swojego zachowania. Dla niej pewnie zawsze miałem być tym, który się wyrzekł, uciekł i nie pasuje - ani do dawnych szlachetnych kręgów, ani do tej nowej, bardziej rozmytej klasy czarodziejów, cóż, jej problem, ja nie potrzebowałem jej aprobaty.
A potem jeszcze doszła do tego ta jej uwaga o tym, że powinniśmy „podejść bardziej realnie” do zaginięcia Prudence i Romulusa - oczywiście, Geraldine musiała wszystkich ustawić, wskazać nam kierunek, zdyscyplinować nas, jak na prawdziwego mężczyznę przystało. Nie zareagowałem - nie zasługiwała na tyle mojej uwagi, nie chodziło o urażoną dumę czy jakiś idiotyczny instynkt samca alfa - utrzymałem wcześniejszy wyraz twarzy, jak najspokojniejszy, chociaż wewnętrznie zgrzytnąłem zębami. Wtedy padło kolejne pytanie i westchnąłem.
- Telen domu Ulsuli jeszt zabespieczony pszed telepoltasją - podkreśliłem i zamilkłem na sekundę, żeby dać im czas przetrawić a to tylko s zewnątsz do ślodka. - Powiedziałem spokojnie, przesuwając spojrzeniem po ciemniejących konturach ogrodu. - Ale nie s wewnątsz na zewnątsz, ani nie ze ślodka do ślodka. To podstawowe zabespieszenie, zwłascza wślód losin, któle pszyciągają nieploszonych gości. - Spojrzałem na nich z ukosa. - Nie wydaje mi szię, szeby ktoś blał pod uwagę zabespieszanie domu pszed wnoszeniem nieaktywnych świstoklików. To nie jeszt częste, nie? No, więs, jeszli ktoś chciał go tu podszusiś wcześniej, to było banalnie ploste, mógł go tu po plostu pszynieś i zostawiś, to nie musiała być złożona operacja. Mógł to zlobiś nawet za pomocą szowy. Miałem swoje przeczucia, a zarazem świadomość, że nie wszystko, co się stało, da się zrozumieć na chłodno. - Pszy tym, co szię dzieje w Londynie. - Dodałem cicho, prawie do siebie. - Atak na Lestrange’ów ma sens, bo są symbolem wszystkiego, czego szię telas nienawisi - cysta klew, konselwatysm, stare foltuny, wpływy - to nie było wymieszone w Pottela, nie w Bletchley, to było w Ulsulę, albo w Colneliusa... - Zawyrokowałem - nie miałem zamiaru dodawać, że to mogło też trafić na Fabiana, nie trafiło, to najważniejsze. Szczególnie, że na myśl, iż Prudence może być tam gdzieś - sama, niekoniecznie z Romulusem - bez możliwości powrotu, świat nagle zrobił się jeszcze ciemniejszy. Zakończyłem i nie czekałem na reakcję, tylko zszedłem po schodkach do ogrodu. Mrok już zapadał, kształty drzew stawały się rozmyte, mgła zaczynała osiadać na trawie. Wziąłem głęboki oddech i ruszyłem dalej, w głąb ogrodu, w mrok, który nie budził we mnie obawy, lecz tylko ciężką, znajomą ciszę. Światła domu tliły się za moimi plecami, ale nie dawały ciepła. Nie lubiłem takiej ciszy - nie dlatego, że była zła, ale była zbyt znajoma, podobna do tych chwil sprzed lat, kiedy coś miało się wydarzyć, ale jeszcze nie wiadomo było, co - kiedy z salonu dochodziły szepty, potem i trzask pękającego szkła, i wiedziałem, że muszę być niewidzialny, bo każdy ruch może być pretekstem. Teraz było inaczej, a jednak coś we mnie znów się spinało, jakby ciało pamiętało tamten rytm, w którym cisza nigdy nie była spokojem - była jak napięta żyłka, tuż przed pęknięciem, zwiastun czegoś znacznie gorszego niż krzyk. W ciszy człowiek uczył się słuchać nie tego, co mówione, ale tego, co przemilczane, i tego, co dopiero nadchodziło. Mężczyźni w mojej rodzinie nie potrzebowali słów, żeby wyrazić złość - wystarczał ton oddechu, napięcie mięśni szczęki, sposób, w jaki odstawiali filiżankę na spodek, jedno spojrzenie, żeby wiedzieć, że należy zejść z drogi, albo już było za późno, by to zrobić.
Chciałem coś znaleźć - choćby skrawek, jakiś ślad. Nie miałem żadnych złudzeń - ślady, jeśli były, mogły już dawno zniknąć.W pewnym momencie natrafiłem na coś - subtelny cień, który nie pasował do układu roślin. Wyciągnąłem różdżkę i rzuciłem zaklęcie identyfikacyjne, a cienka linia światła przesunęła się po ziemi i zniknęła, ledwie się tliła - zbyt słabe. Pokręciłem głową z irytacją i ruszyłem dalej. Znów blady błysk przeszedł po trawie, jakby ją przeczesywał - ślad odpowiedział słabym drgnięciem światła, ale był stary, nieczytelny. Pokręciłem głową - nic jednoznacznego - ruszyłem dalej. Próbowałem jeszcze raz - zaklęcie nie wykazało nic więcej, ale mimo to nie czułem frustracji. To było jak powrót do czegoś znajomego - samotne działanie, bez konieczności objaśniania. Nie wiedziałem, czy reszta czuła to samo, ale ja liczyłem, że znajdą coś lepszego niż ja, bo w tym momencie tylko to się liczyło - nie napompowane frazesy o „realizmie”, protekcjonalne gesty, tylko konkret. Mimo zaklęcia, które rzuciłem ponownie, następny ślad też był nieczytelny. Mruknąłem pod nosem coś, co miało być zaklęciem wzmacniającym, ale nawet to nie pomogło. Miałem nadzieję, że któraś z pozostałych osób znalazła coś lepszego, ale jeszcze się do nich nie cofałem. Prawdę mówiąc, miałem nadzieję, że ktokolwiek z nich - nawet Geraldine - znajdzie coś, co popchnie nas do przodu, ale sam też się nie poddawałem.

Percepcja ◉◉◉○○ - poprawka na honor
Rzut Z 1d100 - 91
Sukces!

Rzut Z 1d100 - 22
Akcja nieudana


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (5245), Benjy Fenwick (6570), Geraldine Greengrass-Yaxley (4428), Pan Losu (29)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa