• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 11 Dalej »
[08.09.1972] Firewatch

[08.09.1972] Firewatch
Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, opaloną skórę i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe, proste i grube. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie jest z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#1
01.05.2025, 21:14  ✶  

8 września 1972, późny wieczór
Guinevere & Hannibal



To, co działo się na ulicach Londynu, było chyba ostatnim, czego Guinevere w ogóle się spodziewała; nie widziała tego nawet w snach, nie wyczuwała ostrzeżeń, które być może pływały po meandrach absolutu. Niby wiedziała, ze nie jest za dobrze w Anglii, przybyła na Wyspy Brytyjskie w drugiej połowie kwietnia i była już na miejscu, gdy Voldemort i jego Śmierciożercy zaatakowali sabat z okazji Beltane na początku maja, ale nie było jej przy tym – wszystkiego dowiadywała się z gazet i radia. Nie inaczej było dzisiaj, to również radio było źródłem informacji… przynajmniej do momentu, w którym nadawało, a gdy na linii nastała głucha cisza, było już jasne, że jest jeszcze gorzej.

I właśnie dlatego musiała się tutaj udać.

Dziadkowie błagali ją, żeby została w domu, tam przecież nic wielkiego się nie działo, może prócz pojawienia się dziwacznej runy, wyczuwało się też niepokój zwierząt, ale McGonagall miała takie poczucie, że powinna. Że jest potrzebna. Że jej obecność może sprawić, że ktoś tę noc dożyje do rana i będzie mógł o tym opowiadać wnukom… Powołanie to dziwaczna rzecz. To poczucie, już odkąd jest się małym dzieckiem, że przyszło się na świat, by może nie robić znaczenie dla wielu ludzi, a dla poszczególnych jednostek, bo tym właśnie było uzdrowicielstwo, któremu Ginny zaprzysięgła swoje życie, gdy składała przyrzeczenie uzdrowicielskie na koniec nauki.

Z wąską, drewnianą skrzynką z przytroczonym doń skórzanym paskiem, by wygodnie było ją nosić na ramieniu, Ginevra teleportowała się do Londynu, w miejsce w miarę dla niej znajome, niedaleko publicznego kominka, którym można było skorzystać z sieci fiuu. Ale sieć fiuu… jakiś szósty zmysł podpowiadał jej, że nie powinna z tego korzystać. Pożary miały miejsce w całym Londynie, skąd więc mogla mieć pewność, że ten kominek nie uległ zniszczeniu? Więc… Co robiła niezmiernie rzadko – skorzystała z teleportacji. Ludzie byli przekonani, że tego nie potrafiła, bo zwykle to ktoś ją teleportował, albo w ogóle rezygnowała z tej formy podróży, a prawda była taka, że… umiała, a i owszem. Ale tego nie znosiła.

Bo za każdym razem chwilę później musiała zwymiotować. I nie inaczej było tym razem. Przeniosła się z cichym pyknięciem i od razu poczuła, jak wykręciło jej żołądek na druga stronę, aż z jękiem zgięła się w pół. Zaraz otarła usta wierzchem dłoni i rozejrzała się na boki.

Ogień. Wszędzie był ogień. Z oddali słychać było jego ryk, mieszający się z krzykami ludzi – i to było… Obezwładniające. Było niczym, w porównaniu z tym, co mogła sobie wyobrazić słuchając radio. Rozejrzała się na boki, pewniej złapała swoją różdżkę, którą wolała mieć na wierzchu, pozwoliła, by jej ciało odrobinę się zmieniło – a oczy przybrały iście koci charakter, zmieniając się na złote o pionowych źrenicach (chciała znacznie lepiej widzieć w półmroku i obecnych warunkach) i rzuciła się do biegu… Ale niezbyt szybkiego, nie chcąc się od razu zmęczyć.

Nie musiała biec długo, ledwie kilkadziesiąt metrów, gdy zauważyła wyciągnięte do przodu, na bruku, nogi. A potem resztę ciała, opierającego się o bramę. I więcej jej nie było trzeba, bo za chwilę już klęczała na kocich łbach, obsypana pyłem klejącym się do ubrania, spiętych włosów. Wyciągnęła dłonie do ręki mężczyzny, chcąc wymacać puls i sprawdzić, czy jeszcze żyje, a prawda była taka, ze był w opłakanym stanie.

Ale żył. Czuła słabe uderzenia pod palcami, ale to jej wystarczyło. Cholera, jak długo tu już leżał? Jej chłodne dłonie przeniosły się do jego twarzy, gdzie chciała delikatnie otworzyć jedną jego powiekę. Nie wiedziała nawet czy stracił przytomność, spał, czy może po prostu sobie siedział i czekał na… coś. Albo na kogoś. Kogoś takiego jak ona?


// Teleportacja bez rzutu – bo z bezpiecznego miejsca;
odgrywam zawady: Kompleks bohatera, Wrażliwy żołądek, oraz używam przewag: Animagia, Chimera i Leczenie
lover, not a fighter
wiek
20
sława
VI
krew
czysta
genetyka
oko uśpione
zawód
artysta sceniczny
175 cm wzrostu (na scenie wydawał się wyższy!) Pełna emocji twarz. Ciemne oczy i włosy, które zwykle pozostają w nieładzie. Goli się na gładko. Szczupły, ale umięśniony - zawodowy tancerz. Strój modny wśród mugolskiej młodzieży, czasami zgoła ekstrawagancki.

Hannibal Selwyn
#2
01.05.2025, 23:38  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.05.2025, 15:04 przez Hannibal Selwyn. Powód edycji: Poprawka ustalona z MG - link na dole posta. )  
Hannibal siłował się z zamkiem bramy The Globe, jakby od tego zależało jego życie. I prawdopodobnie tak właśnie było.
Klucz był duży i nieporęczny - przeznaczony do zamykania bram z namaszczeniem i adekwatnie ostatecznym łomotem żelaza, a nie nerwowego szarpania. Hannibal musiał niezgrabnie przytrzymać różdżkę między udami i użyć obu rąk, nim wreszcie klucz przekręcił się, a mechanizm zamka zgrzytnął satysfakcjonująco. Zanim zdążył ponownie chwycić różdżkę do ręki, z panującej wokół kakofonii nawoływań i lamentów wybił się jeden głos - ktoś skandował zaklęcie. Han podniósł głowę i zobaczył błysk ognia.
- Co do Mer…. - Nie zdążył nawet dostrzec, kto go atakuje. Odruchowo uniósł  przedramię, by osłonić twarz, poczuł, jak coś gorącego uderza go w pierś, pozbawiając oddechu i upadł na chodnik.
Co za kretyńska pozycja, żeby w niej zginąć - z własną różdżką między nogami!

Ostatnie myśli ludzi bywają tak absurdalne…

Hannibal ocknął się i okazało się, że wcale nie zginął. Musiało go zamroczyć tylko na chwilę. Napastnik, który go powalił, zniknął już w tłumie, ale za to jakiś facet o wyglądzie menela próbował przeszukać jego kieszenie.
- Wypieprzaj… mi z tymi… łapami! - wychrypiał Han i poruszył się niezbornie, a niedoszły złodziejaszek, zorientowawszy się, że ofiara jednak jest przytomna, zrezygnował z grabieży i umknął. Han spróbował się podnieść, ale jedyne, co udało mu się osiągnąć, to uczepić się ogrodzenia i z bolesnym stęknięciem podciągnąć do pozycji siedzącej. Oparł się plecami o chłodne żelazo. Dziwnie spokojny, wymacał obok siebie ten cholerny klucz i wepchnął go do kieszeni. Potem wyciągnął sobie spod tyłka różdżkę i to dodało mu trochę otuchy, choć nie spodziewał się, żeby udało mu się skutecznie obronić w razie ataku.
Powinienem panikować… tylko najpierw złapię oddech...



Umysł Hannibala tańczył na krawędzi świadomości, niezdecydowany, po której stronie tej granicy chciałby się znaleźć. Poparzony tors piekł w sposób trudny do wytrzymania i kusił, by zamknąć oczy i pozwolić sobie odjechać, ale niejasne poczucie zagrożenia kazało zachować czujność.
Twarde żelazo prętów, o które opierał głowę. Ogrodzenie. Nie, brama.
Znajdował się na ulicy. Dlaczego? Nie powinien siedzieć na ulicy…
Ciemność.

Popiół na twarzy. Zdmuchnął drobinki łaskoczące go w nos i usta. Mroczny Znak na ciemniejącym niebie i drugi, kawałek dalej. Odgłosy zamieszania wokół dochodziły do niego jak przez watę.
Nie był pewien, czy upłynęła minuta, czy godzina, od kiedy jakiś nieznajomy przypalił go czarem całkiem znienacka. Nie wiedział nawet, czy zaklęcie było wymierzone w niego, czy oberwał rykoszetem - to stało się tak szybko. Wiedział, że powinien coś zrobić, że nie był bezpieczny, ale nie mógł skłonić odrętwiałych członków do działania.
Odpocznie jeszcze tylko chwilę…

Ocknął się z omdlenia, czując, już po raz drugi tego wieczoru, czyjeś dłonie na sobie. Niejasno uświadomił sobie, że tym razem obcy obmacywacz nie próbował przeszukać mu kieszeni. Zamiast tego, chłodne palce najpierw spoczęły na chwilę na jego nadgarstku, a potem delikatnie otworzyły jego oko. Półprzytomnie zerknął nim na - kobietę, jak się okazało - klęczącą przed nim. Na jej twarzy malowała się troska.
Otworzył usta, by protestować, powiedzieć, że on tylko na chwilę, albo może wręcz przeciwnie, prosić, żeby go tak nie zostawiała - sam nie do końca wiedział w swoim splątaniu - ale jedyny dźwięk, jaki się z nich wydobył, to słaby jęk.
- Nie… nie…- chciał poruszyć ręką, ale tylko ścisnął mocniej różdżkę.

Oparzenia piekły żywym ogniem, mimo wrześniowego wieczornego chłodu, na jaki były wystawione. Po tym, jak powietrze owiewało jego brzuch i boki - tam, gdzie nie dosięgło zaklęcie - podejrzewał, że z jego koszuli nie zostało wiele. Skrzywił się boleśnie. Z trudem ponownie otworzył oczy i spróbował skupić wzrok na nieznajomej naprzeciwko, ale na granicy jego pola widzenia znowu zaczęły migotać czarne płatki, z każdą chwilą śmielej pochłaniające obraz - i jego przytomność razem z nim.




//Nieudany rzut na kontrczar na atak ogniem tu.

//Link do konsultacji MG ws. edycji posta
Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, opaloną skórę i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe, proste i grube. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie jest z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#3
02.05.2025, 13:25  ✶  

Reakcja źrenic była w normie – Ginny zauważyła to dość szybko, patrząc tymi swoimi, bardzo nieludzkimi oczami na nieznajomego, którego uwaga skupiła się po chwili na niej. Odzyskiwał świadomość, to dobrze, bo Ginewra westchnęła krótko i zaraz zabrała dłoń. Dobrze, upewniła się, że mężczyzna żyje, że reaguje, kątem oka dostrzegała w jakim stanie jest jego koszula i dopiero teraz tak naprawdę miała okazję zobaczyć, z czym się tutaj mierzyła. To znaczy – mogła się domyślić, że mężczyzna miał spotkanie z ogniem, ale poparzone miejsca nijak nie mówiły o tym, by ten w te płomienie wszedł, albo jakoś uciekał z płonącego budynku. Nie, jego spodnie były w dobrym stanie, to ta koszula… Na klatce piersiowej, przedramieniu – tu widziała wykwitłe już pęcherze, czerwoną skórę, miejscami charakterystycznie naciągniętą. Zaklęcie? Ktoś w niego celował? Odruchowo obejrzała się na boki, ale póki co sceneria nie ulegała zmianie; dym i krzyki dolatywały nie z bezpośredniej odległości i tak naprawdę Guinevere dopiero teraz zauważyła, że znajdują się chyba pod bramą teatru… To jego pracownik czy przypadkowa ofiara ataku w tym właśnie miejscu? Nie miało to większego znaczenia, bo oto usłyszała bardzo slaby głos.

– Spokojnie, pomogę ci. Jestem uzdrowicielem – wyjaśniła szybko i otwarła tę swoją skrzyneczkę*, w której znajdowało się sporo różnych małych fiolek z kolorową cieczą w przegródkach, płaskich puszek, ale też dziwne narzędzia, mały moździerz, łyżeczki, kamienie, świece, kadziła, bandaże i inne rzeczy najwyraźniej potrzebne medykowi i posegregowane w odpowiedni sposób. – Jak  się nazywasz? – próbowała zagadać nieznajomego, żeby tylko złapać jego uwagę i by i on mógł ją utrzymać, jak tonący utrzymywał głowę nad powierzchnią wody.

Szybko wybrała jedna z puszek, którą odkręciła i w nozdrza uderzył mocny, ziołowy zapach. Ginewra nabrała mazidło na palce i delikatnie zaczęła pokrywać oparzone miejsce na piersi Hannibala, uważając,  by nie naderwać strzępów ubrania, które mogło się do rany przykleić. W dotyku maści ze skórą, za chwilę można było odczuć przyjemny chłód, który rozlewał się po ciele.

– Hej, jesteś tu jeszcze ze mną? – odezwała się po chwili, gdy na moment oderwała spojrzenie od poparzonej klatki piersiowej Selwyna, by zerknąć na jego twarz – czy odpłynął, czy może jednak jeszcze kontaktował.


*Chodzi o coś w tym stylu: klik, klik, klik
lover, not a fighter
wiek
20
sława
VI
krew
czysta
genetyka
oko uśpione
zawód
artysta sceniczny
175 cm wzrostu (na scenie wydawał się wyższy!) Pełna emocji twarz. Ciemne oczy i włosy, które zwykle pozostają w nieładzie. Goli się na gładko. Szczupły, ale umięśniony - zawodowy tancerz. Strój modny wśród mugolskiej młodzieży, czasami zgoła ekstrawagancki.

Hannibal Selwyn
#4
02.05.2025, 15:44  ✶  
Hannibal poddał się wszystkim tym zabiegom, trochę spokojniejszy. Kobieta mówiła, że jest uzdrowicielem - to dobrze, to znaczyło, że może coś poradzi na poparzenia. Czepiał się świadomości bez większego przekonania, przypływający falami szum w uszach obiecywał unieść go w bezbolesny niebyt i Hannibal był coraz bardziej skłonny mu ulec… dopóki nie padło pytanie o imię.
Otworzył oczy, nagle jakoś bardziej przytomny i nieco urażony. Był raczej przyzwyczajony do tego, że ludzie przynajmniej go kojarzyli! Jak to, jak się nazywa?
- Hanni… Hannibal Selwyn… Aahhh!- spróbował się poruszyć, odruchowo przyjąć nonszalancką pozę, ale efekt został zepsuty paskudnym bólem przeszywającym poparzone ciało. Selwyn jęknął i oklapł. Różdżką, dotąd ledwo trzymana w bezsilnej dłoni, wysunęła się spomiędzy palców i sturlała na chodnik.

Trochę otrzeźwiony, a trochę osłabiony, postanowił nie myśleć póki co o swojej urażonej godności. Zamiast tego skupił się na obserwacji nieznajomej. Trochę starsza od niego, o nieco egzotycznej urodzie i niezwykłych, kocich oczach. Animag? Metamorfomag? Ładna, mimo, że ubrudzona pyłem, który cały czas wirował w powietrzu.
Drgnął wyraźnie, kiedy otworzyła skrzynkę i z niepokojem, spojrzał w stronę magimedycznych utensyliów. "Proszę proszę tylko nie to, nie-" zdążył pomyśleć, czując rodzącą się panikę, ale uzdrowicielka na szczęście wybrała tylko jakiś słoiczek i zaczęła nakładać maść na jego klatkę piersiową. Selwyn westchnął z ulgą spowodowaną w równej mierze lekarstwem chłodzącym obolałe miejsca, jak i tym, że jak dotąd nie dostrzegł w skrzynce swojej wybawicielki żadnych ostrych narzędzi.

- Jestem, jestem - dopiero teraz zaryzykował spojrzenie w dół, na swoje ciało. Lewa strona wyglądała paskudnie, czerwona skóra groteskowo ponapinana i błyszcząca, oparzenia od ognia siegajace od obojczyka do dolnych żeber. Przedramię oberwało mniej, właściwie dopiero teraz się zorientował, że jest zaczerwienione, podejrzanie ciepłe i lekko piekące. Skrzywił się z niesmakiem, myśląc o tym, jak to się zagoi, a potem uświadomił sobie, że niewiele brakowało, a mógłby dostać tym zaklęciem w twarz i ta myśl sprawiła, że jego wnętrzności zacisnęły się nieprzyjemnie.

- A ty? - zapytał wciąż jeszcze słabym głosem, spod półprzymkniętych powiek patrząc na kobietę - Jak się nazywasz?
Widmo omdlenia wydawało się zażegnane, choć nadal miał wrażenie, że trochę plącze mu się język. Mimo to był zdecydowany zająć myśli czymś innym, niż wyobrażanie sobie własnego poparzonego wizerunku. Spróbował się uśmiechnąć.
- Masz jakieś pojęcie, co tu się wyprawia, czy tak po prostu chodzisz sobie z apteczka po ulicy i ratujesz ofiary… - szalonych pojedynkowiczów, chciał dokończyć, ale jakoś zabrakło mu oddechu.


Odgrywam: Rozpoznawalność V, Drobny lęk (igły i zastrzyki)
Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, opaloną skórę i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe, proste i grube. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie jest z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#5
10.05.2025, 15:06  ✶  

Mogła być tak naprawdę kimkolwiek, nie była wcale ubrana jakoś charakterystycznie dla wykonywanej profesji, mogła kłamać… a jednak klęczała teraz przed Selwynem i nakładała mu na rozległe rany maść, która przynosiła mu ukojenie. Owszem, nie rozpoznała go i to wcale nie dlatego, że nie był popularny czy charakterystyczny. Głównie to dlatego, że nie pochodziła stąd i chociaż mieszkała w Wielkiej Brytanii od kilku miesięcy, to jednak lwią część czasu przebywała na wykopaliskach w Walii i choć podróżowała trochę po wyspach brytyjskich, żeby lepiej poznać to miejsce, to… Nie wiedziała jednak wszystkiego. A w The Globe nigdy nawet nie była.

– Poczekaj, spróbuj się za dużo nie ruszać – powiedziała łagodnie. Mówiła płynnie, ale jednak jej akcent nie był brytyjski i mógł być całkiem niezłą wskazówką co do tego, że kobieta stąd nie pochodziła.

Ludzie różnie reagowali na to, co posiadała w swoich przyborach uzdrowicielskich, więc te ostrzejsze nie były tak bardzo na widoku, Selwyn rzeczywiście mógł odetchnąć z ulgą, bo Ginny nie zamierzała ich używać, nie przydawały się zbytnio jeśli chodziło o leczenie poparzeń. Nakładała mu więc tę maść, myśląc sobie o tym, ilu ludzi dzisiejszej nocy będzie w podobnym stanie? Ilu ludziom trzeba będzie pomóc i na ile wystarczy jej zapasów?

– Guinevere McGonagall – odpowiedziała mu, zerkając na niego kątem oka i uśmiechnęła się mimowolnie, przyjaźnie. – Ale może być Ginevra, albo Ginny – prawdę mówiąc mało kto zwracał się do niej pełnym imieniem, które można było kojarzyć z żoną Króla Artura (tegoż samego od magicznego miecza i czarodzieja Merlina), Ginewrą, i byłoby to skojarzenie odpowiednie. – W radio mówili, że Londyn płonie i że ludzie są atakowani – Ginny na moment przerwała rozsmarowywanie maści na klatce piersiowej Hannibala i spięła się wyraźnie, ponownie patrząc na boki, ale nikt się do nich nie zbliżał, więc jej uwaga przeniosła się na mężczyznę. Zaatakowano go i stracił przytomność? Jak długo tu już siedział…? – A ja jestem uzdrowicielem, więc jak mogę siedzieć w domu, kiedy tutaj ludzie potrzebują pomocy… – w żadnym razie nie była apteczką, która znalazła się tu przypadkowo, nie. Zastanawiała się zresztą, co stało się Hannibalowi, ale póki co postanowiła nie pytać.

– Dość duża część twojego ciała jest poparzona, a ta maść, którą ci nakładam, powinna przynieść ulgę, schłodzić. Przyspieszy też gojenie się. Tam gdzie skórę masz tylko zaczerwienioną, gdzieś za godzinę już powinno być po wszystkim, ale pęcherze będą się goić trochę dłużej. Kilka godzin. Tylko będziesz musiał uważać, żeby ich nie przebić – widząc, że ma uwagę mężczyzny i że nie odpływa już bardziej, postanowiła skorzystać z okazji i zaczęła mu spokojnie tłumaczyć sytuację, tym bardziej, że przyjrzawszy się krytycznie swojemu dziełu uznała, że więcej maści tu nie potrzeba. – Jak się poza tym czujesz? Widzisz podwójnie? Jest ci słabo? Masz problem z oddychaniem? Cokolwiek odbiegającego od normy?

lover, not a fighter
wiek
20
sława
VI
krew
czysta
genetyka
oko uśpione
zawód
artysta sceniczny
175 cm wzrostu (na scenie wydawał się wyższy!) Pełna emocji twarz. Ciemne oczy i włosy, które zwykle pozostają w nieładzie. Goli się na gładko. Szczupły, ale umięśniony - zawodowy tancerz. Strój modny wśród mugolskiej młodzieży, czasami zgoła ekstrawagancki.

Hannibal Selwyn
#6
11.05.2025, 11:55  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.05.2025, 01:02 przez Hannibal Selwyn.)  
- Ginny… - uśmiechnął się wdzięczny za ulgę w bólu, i tym razem mu się to udało. Czuł, jak z każdą chwilą wraca mu jasność myślenia - ci atakowani ludzie to na przykład ja. Jakiś obcy facet potraktował mnie zaklęciem, ledwo wyszedłem z bramy!
Racja, brama. Starając się nie wiercić  za bardzo pod palcami uzdrowicielki, pomacał wokół siebie w poszukiwaniu różdżki i - nie mniej gorączkowo - teatralnego klucza. Pierwszą podniósł z chodnika, absurdalna wielkość drugiej uwierała go w kieszeni. Nigdy nie był dobrym pojedynkowiczem, ale jednak z różdżką w dłoni czuł się bezpieczniej. Również rozejrzał się czujnie - tyle mógł zrobić, gdy Guinevere - swoją drogą co za piękne, romantyczne imię - zajęta była opatrywaniem go.
Udało mu się usiąść prosto i bez większego cierpienia poruszyć ramieniem po oparzonej stronie.
- Już mi lepiej, dziękuję. Zamroczyło mnie trochę po zaklęciu i upadku, ale myślę, że dam radę iść. Dziękuję za pomoc, kto wie, jak bym skończył, gdyby nie ty.

Spojrzał w zamyśleniu na jej pochyloną sylwetkę. A więc przywiodło ją tu powołanie. Do wdzięczności, którą czuł Han, dołączył podziw dla odwagi kobiety. On sam pewnie na jej miejscu siedziałby w bezpiecznym miejscu, ba, zanim został zaatakowany zastanawiał się, gdzie by tu się ukryć. Czy ona planowała spędzić tę noc poszukując innych potrzebujących? Sama, wśród płonących domów i ogłupiałych, wściekłych ludzi? Czuł się nieswojo z tym obrazem w głowie, być może nawet bardziej nieswojo, niż z myślą, że sam ma zanurzyć się w tym mieście, które tego wieczoru najwyraźniej postanowiło odrzucić fasadę słynnego brytyjskiego opanowania i pokazać inne oblicze.

Hannibal był oczywiście świadom, że gdy zajrzeć pod podszewkę, Londyn nie jest wcale spokojnym, dystyngowanym miastem, niczym wiktoriańska dama, która pod warstwami halek okazuje się chętna i wilgotna. Ale dzisiaj Londyn nie był damą, nawet taką lekkich obyczajów. Dzisiaj był oszalałym, wściekłym zwierzęciem, gotowym gryźć i orać pazurami własne ciało nie mniej, niż obce. Selwynowi wcale nie spieszyło się, by brać w tym udział.

- A więc to nie tylko lokalne rozruchy, wygląda na to, że szurniętym Śmierciożercom przestało wystarczać graffiti na murach - spojrzał na Ginny - tu nie jest bezpiecznie, co jak do ciebie też ktoś postanowi najpierw strzelać, a potem ewentualnie pytać o poglądy? - poszukał wolną ręką podparcia w ogrodzeniu teatru i zrobił ruch, jakby chciał wstać.
Musiał sprawdzić, czy brama The Globe jest zamknięta i podjąć decyzję, co dalej. Ważył w głowie opcje, ale coraz wyraźniej czuł, że nie może tak po prostu zostawić Ginny i iść w swoją stronę. Westchnął cicho, oceniając stan swojego ubrania - nadpalone resztki koszuli kruszyły się w jego palcach. Całe szczęście, że nie była z modnych, sztucznych materiałów, których Han nie lubił, bo pocił się w nich jak świnia, wtedy pewnie by się stopiła i dołożyła do jego obrażeń. Kurcze, lubił tę koszulę. No i wychodziło na to, że będzie biegał po ulicy z gołą klatą. Nie żeby miał coś przeciw, prezentowanie własnych - ponadprzeciętnych zresztą - wdzięków przychodziło mu bez trudu, ale ryzyko ataku okazało się mieć zdumiewająco pozytywny wpływ na jego poczucie skromności.

Koniec mazania się, Selwyn, pokaż, że masz jaja!, pomyślał, całkiem nieoczekiwanie, surowym głosem swej kuzynki, Lauretty. Nieprzyjemne, ale trzeźwiące.
- To jaki mamy plan? - zapytał odzyskując pewność siebie.


// Odgrywam Spaczenie I - Hanni chce towarzyszyć Ginny BO TAK TRZEBA
Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, opaloną skórę i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe, proste i grube. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie jest z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#7
24.05.2025, 14:24  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.05.2025, 14:25 przez Guinevere McGonagall.)  

Zamarła na moment, wpatrzona w Hannibala, gdy ten powiedział jej, że został zaatakowany. Nie wyglądała na zaskoczoną, bo też zaskoczona nie była, wpisywało się to w rozmyślania, które miała odnośnie rozległości i umiejscowienia oparzeń i ran Selwyna. Jednak myśleć o tym, a wyobrazić sobie scenę jego oczami, gdy miała już co do tego potwierdzenie, to było co innego, coś znacznie bardziej mrożącego krew w żyłach i powodującego mimowolne drgnięcie mięśni leciutko zaciskających się palców. Nie ze złości… chociaż może trochę. Bardziej z tego poczucia bezsilności, że te obrazy zapiszą się pod powiekami Hannibala i będą powracać w koszmarach. W takich chwilach żałowała, że nie poświęciła więcej sił na opanowanie magii zauroczeń. Wierzyła, że przydałaby się choć trochę, by uspokoić spanikowanych pacjentów, przynieść mentalną ulgę choć na jakiś czas… Wprawiała się jednak w czymś innym.

– Zobaczę jeszcze, czy nie masz innych ran, dobrze? – oparzenia były widoczne na pierwszy rzut oka i to nimi się zajęła, gdy Hannibal odzyskał świadomość, ale jakiś musiał być powód jej utraty. Mógł to być atak paniki, szok, ale równie dobrze jakaś magia, albo uderzenie w głowę, a jakim byłaby uzdrowicielem, gdyby przeoczyła taką oczywistą ranę? Kiepskim.

Sama wolała nie myśleć o tym, co by było gdyby – gdyby go nie znalazła. Wolała nie, bo to prowadziło do tych wszystkich niepotrzebnych rozmyślań ludziach o innych ludziach, którzy być może czekają na pomoc, otrzymają ją zbyt późno, albo do niej nie doczekają. Nie wierzyła, że była jedynym uzdrowicielem na londyńskich ulicach, zresztą był tu też gdzieś szpital św. Munga i wyobrażała sobie, że zacznie pękać w szwach.

– Na co dzień pracuję w terenie, tam trzeba uważać na ewentualne stare pułapki i paskudne klątwy – odparła z lekkim westchnieniem, czując nieprzyjemne łaskotanie w gardle od tego wszechobecnego dymu i pyłu, ostatecznie oceniając, że prócz tych poparzeń nic nie jest Selwynowi. Całe szczęście. Za jakiś czas powinien być w pełni zdrowia, o ile nie przydarzy mu się żaden nowy wypadek. – Nie jestem może jakimś świetnym pojedynkowiczem, ale całkowicie bezbronna też nie – tym niemniej… wcale nie była pewna, czy poradzi sobie ze wszystkim. Na wykopaliskach, gdy badali jakieś nowe obszary, zawsze była z kimś, przynajmniej z drugą osobą.

Spoglądała na próby Hannibala, jakie podejmował, by się podnieść, a sama w tym czasie zamknęła swoją skrzyneczkę, złapała znowu w dłoń różdżkę, jako że niebezpiecznie było się przemieszczać bez niej, i sama się podniosła w razie czego wyciągając do Selwyna rękę, by pomóc mu wstać, jeśli jednak tej pomocy potrzebował. W porównaniu do niego musiała się wydawać chuda jak gałązka, którą można jednym ruchem złamać w pół, bo w przeciwieństwie do niego wcale nie była umięśniona, ani wyćwiczona fizycznie… No i swoich wdzięków zdecydowanie nie prezentowała teraz całemu światu. Hannibal mógł jednak być spokojny, bo jego obecny ubiór, nieco „ulepszony” przez napastnika, raczej nie wyróżniał się z tłumu, mało tego – dym z pewnością nie polepszał widoczności i raczej nie każdy chodził sobie ulicami Londynu z kocimi oczami umożliwiającymi lepsze widzenie w ciemności.

– Plan… Mój plan jest taki, że idę dalej i pomagam kolejnej osobie, która tego potrzebuje – nawet uśmiechnęła się leciutko, spoglądając z troską w twarz Hannibala. Nawet jeśli trochę się bała, tak podskórnie… to jednak powołanie i to poczucie, że musi pomóc było głośniejsze. Nie umknęło jednak jej uwadze to „my”. – Chcesz iść ze mną? – to było… urocze. Słodkie. I chwytające za serce, gdy wlewała się w nie nadzieja, że ten świat wcale nie był skazany na porażkę, gdy byli jeszcze ludzie, którzy chcieli coś zmienić.


// Odgrywam zawadę: magiczny antytalent (zauroczenie) + te rzeczy, które już wypisałam wcześniej
lover, not a fighter
wiek
20
sława
VI
krew
czysta
genetyka
oko uśpione
zawód
artysta sceniczny
175 cm wzrostu (na scenie wydawał się wyższy!) Pełna emocji twarz. Ciemne oczy i włosy, które zwykle pozostają w nieładzie. Goli się na gładko. Szczupły, ale umięśniony - zawodowy tancerz. Strój modny wśród mugolskiej młodzieży, czasami zgoła ekstrawagancki.

Hannibal Selwyn
#8
24.05.2025, 19:28  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.05.2025, 01:00 przez Hannibal Selwyn.)  
Zniósł oględziny ze stoickim spokojem. Poza oparzeniami i lekko obitym od upadku barkiem był cały i był tego raczej pewien, ale co szkodziło sprawdzić.
Złapał palcami za brzegi pozostałości koszuli.
- Mam się rozebrać, pani doktor? - zapytał z flirciarskim uśmiechem, nie pasującym do sytuacji, ale z pewnością oznaczającym, że Hannibal odzyskuje rezon. Widział powagę, wręcz zmartwienie na jej twarzy. Nie dziwił się jej, sam wiedział, że mało brakowało, a mógłby skończyć w jeszcze gorszym stanie. Gdyby ten - prawdopodobnie niepoczytalny w tamtej chwili - czarodziej trafił zaklęciem w jego głowę albo włożył w nie więcej mocy, gdyby ktoś szukający okazji do rabunku lub po prostu skrzywdzenia kogoś znalazł go pierwszy, gdyby wreszcie Hannibal nie był młody i sprawny na tyle, żeby ogień jedynie go powierzchownie poparzył i powalił. Jednak myślał sobie, że może dobrze by im obojgu zrobiło rozładowanie odrobiny napięcia, nawet, jeżeli miałoby to się stać za pomocą żarcików na pograniczu stosowności.

- Czyli nie pracujesz w Mungu? Jesteś… hm, ratownikiem?... - zapytał, starając się podtrzymać rozmowę i być może zdobyć informacje pozwalające jakoś podziękować swojej wybawicielce. Może wyśle jej kwiaty, później, kiedy to wszystko się już uspokoi?...

Uwolniony od zabiegów uzdrowicielki, dźwignął się na nogi - szczęśliwie już bez większych problemów - i otrzepał spodnie. Bez sensu, bo i tak wszystko było w popiele, który zaczął się już przyklejać do posmarowanej maścią klatki piersiowej. Gdy stanął przed nią, okazało się, że właściwie są tego samego wzrostu i Hannibal poczuł przebłysk wdzięczności za obecną mugolską modę, zachęcającą mężczyzn do noszenia butów na grubych podeszwach, które dawały dodatkowe - cenne niekiedy - centymetry.

Reakcja kobiety na propozycję połączenia sił, choć w pełni kontrolowana i profesjonalna, nie uszła uwadze Hannibala. Prawdę mówiąc, nigdy nie czuł się bohaterem i wcale nie ciągnęło go do ratowania świata, szczególnie, kiedy w trakcie tego ratowania można było oberwać, ale… po pierwsze w pamięci stanęły mu te wszystkie dyskusje z podobnie myślącymi kolegami, Mugolami - na temat równości białych, czarnych, homoseksualistów. Z Elektrą - że magia, czy nie magia, na koniec dnia wszyscy jesteśmy ludźmi. Alice, zgadzająca się z nim, że przemoc nie jest rozwiązaniem, że problemy powinno się rozwiązywać dyskusją. Nawet Baldwin, z właściwym sobie zblazowaniem oznajmiający, że ”On tam by się w szlamie nie taplał, ale jak ktoś ma na to ochotę, to co mu do tego?”
Czy to co się właśnie działo, to nie była okazja, żeby stanąć za swoimi słowami, za wyrażanymi wielokrotnie (czasami ku rozpaczy rodziny) poglądami? Czy równość i tolerancja nie powinny zaczynać się na własnym podwórku?

Czy nie byłoby dobrze dołożyć do ważących się najwyraźniej właśnie teraz losów czarodziejskiej społeczności swojej cegiełki, po tej słusznej stronie?

Po drugie, Guinevere patrzyła na niego tymi dziwnymi, niemal kocimi oczami. Pełnymi nieśmiałej nadziei, jak Lucyfer na widok ludzkiej puszki z tuńczykiem.

Hannibal wyprostował się na całą swoją (niezbyt imponującą w porównaniu z Ginny) wysokość i wzruszył nonszalancko ramionami.
- Przynajmniej tyle mogę zrobić, żeby ci się odwdzięczyć za ratunek. Poza tym, jaki byłby ze mnie gentleman, gdybym wypuścił kobietę samą w taki wieczór?


// Odgrywam: Kokieteria, Wysoka stawka - Hanni decyduje się ryzykować obicie paszczy po części po to, żeby zaimponować Guinevere
Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, opaloną skórę i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe, proste i grube. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie jest z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#9
25.05.2025, 14:35  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.10.2025, 19:00 przez Eutierria.)  
adnotacja moderatora
Odznaka - Piszę, więc jestem (Hannibal Selwyn)

Fakt, nie był to odpowiedni czas i miejsce na taki flirciarski ton, jaki usłyszała od młodego Hannibala, ale i tak uśmiechnęła się do niego ciepło, mrużąc w tym uśmiechu swoje dziwne oczy. Guinevere miała tę… umiejętność, albo raczej po prostu cechę, że gdy się uśmiechała – to robiła to całą sobą; była jak to słońce zamknięte pod postacią człowieka i ciemniejsza skóra odziedziczona po matce nie miała tu nic do rzeczy.

– Tak, poproszę – rzeczywiście sposób w jaki Han się odezwał, w pewien sposób rozładował napięcie. A McGonagall nie była też z gatunku kobiet, które przed takim flirtem uciekają speszone. Zazwyczaj odpowiadała tym samym i choć być może w tym momencie nie dało się tego wyczuć przez ogólne nerwy i zdenerwowanie, to z pewnością nie brzmiała, jakby była niezadowolona, albo zamierzała robić wykład na temat wyczucia chwili.

– Nie – nie pracowała w Mungu. Ale gdy w kwietniu przeprowadziła się do Anglii ze względu na propozycje pracy ze swoim starym zespołem archeologicznym, złożyła w Ministerstwie wszystkie potrzebne papiery – te związane z legalizacją animagii, jak i te związane z działalnością uzdrowicielską, nawet jeśli nie miała swojej oficjalnej prywatnej praktyki, a była zatrudniona, w pewnym sensie, przez osoby prywatne. – Pracuję na wykopaliskach archeologicznych w Walii*, jako archeolog i uzdrowiciel – była klasycznym magimedykiem po studiach uzdrowicielskich, z certyfikatem i w ogóle, ale przy tym wykształcona była z historii magii oraz wróżbiarstwa. Było to połączenie, które pozornie mogło się wydawać do siebie zupełnie nie pasować – a jednak grało i wcale sobie nie przeczyło, chociaż Ginny miała czasami problem w jednym słowie zawrzeć to wszystko, czym się zajmuje i jakie jest jej wykształcenie. – Więc praca w terenie i warunkach polowych to dla mnie coś… normalnego – nie w sterylnych warunkach szpitala, gdzie wszystko było na wyciągnięcie ręki, a ewentualny operowany pacjent był jedyną osobą w niebezpieczeństwie. Zresztą… Nie dalej jak tydzień temu mieli na wykopaliskach wypadek, wybuch, przez który musiała operować kolegę po tym, jak go już pozbierała z miejsca, które przysypywało się ziemią i piaskiem.

Nie chciała Hannibala ciągnąć ze sobą na siłę. Doskonale rozumiała, że to, że ona czuje, że ma jakąś misję do wykonania, nie znaczyło, że mają tak wszyscy napotykani ludzie (a większość z nich była zdecydowanie temu przeciwna). Nie chciała go narażać i wcale nie oczekiwała, że pójdzie wraz z nią w nieznane, w ciemną, wypełnioną strachem i nieznanym noc. Nie znali się długo, ale życzyła mu dobrze: by przetrwał bezpiecznie. Nie była jednak również kimś, kto zakazałby drugiemu człowiekowi tego, że chce nieść dobro i pomoc. Ginevra uważała, że każdy powinien być kowalem swojego losu oraz że każdy, niezależnie od wszystkiego, ma prawo do godnego życia, więc… oto byli. I słowa Hana rzeczywiście robiły wrażenie. Wlewały to ciepło w serce. Nie wiedziała, czy taki po prostu był, czy odnalazł w sobie te siły teraz, przy niej – ale nie miało to większego znaczenia.

– Racja – przytaknęła, wcale nie uważając, że Selwyn musi się bawić w gentlemana (prawdę mówiąc miała nawet lekką słabość do mężczyzn, którzy tej cechy wcale nie przejawiali), ale odebrała to jako kolejny z zaczepnych tekstów Hannibala, które miały za zadanie rozładować atmosferę. Narzuciła sobie pasek skrzynki z przyborami na ramię i poprawiła uścisk na różdżce. – Ten dym się chyba szybko nie skończy… – mruknęła i odchrząknęła lekko, czując znowu to lekkie drapanie w gardle. – No dobrze… Han. Mogę mówić Han? – zagaiła. – Sprawdźmy, czy nie masz jakichś zaników pamięci, to się czasami zdarza. Pamiętasz co się działo tuż przed tym, zanim zostałeś zaatakowany?

Poszli w kierunku przeciwnym do tego, z którego tutaj przyszła.


*związany z tematem artykuł

Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Guinevere McGonagall (2654), Hannibal Selwyn (2103)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa