—08/09/1972—
Anglia, Londyn
Morpheus Longbottom & Anthony Shafiq
![[Obrazek: m8XzqoX.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=m8XzqoX.png)
Your life is butterfly,
One instant of a spark fly...
One day and one night –
The short moment of candle bright.
![[Obrazek: m8XzqoX.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=m8XzqoX.png)
Your life is butterfly,
One instant of a spark fly...
One day and one night –
The short moment of candle bright.
To nie była miłość, nie w sensie, który powszechnie był rozumiany pod słóweczkiem "love". Gdyby Anthony miał znaleźć najwłaściwsze słowo, to byłoby to greckie agápē, miłość bezwarunkowa, miłość ostateczna, miłość wszechobecna, która wypełniała go zawsze, gdy tylko pomyślał o swoim przyjacielu. O drugiej połowie własnej duszy. Nie kochał sam siebie tak jak kochał Morpheusa i nic nie było w stanie przez lata tego zmienić - ani rywalizacja w ocenach, wyjce od ojca punktujące go, że jest gorszy od kundla z Warowni. Nie mógł tego zmienić Godryk Longbottom wyzywający go od zniewieściałych węży infekujących zdrowe tkanki jego rodziny pedalstwem, nie mogła zmienić tego strata Alcuina, dystans który odgrywali na salonach przez dwadzieścia lat. W końcu nie zmieniało tego postępujące szaleństwo Niewymownego, jego pragnienie autodestrukcji, podjazdowa wojenka w nielegalnej organizacji. Nie zmieniało tego nic, ponieważ skromna kukułka zwiastująca nadejście śmierci i pełen patosu pyton elastycznie dostosujący swoje ciało do panujących warunków trwali obok siebie od dekad. Trwali obok siebie od stworzenia świata.
Pieśń ptaków i węży trwała. Jego anam cara nie zgasł w szalejącym pożarze, nadzieja rozkwitła w sercu Anthony'ego, a ciało oblało się w końcu ulgą, która sprawiła, że przy pierwszym kroku zachwiał się.
Choć może były to efekty wydarzeń, które ledwie moment temu dotknęły jego osobę? Niespodziewany atak oszalałych w chaosie szlam, oskarżenia wylewane na niego wraz z farbą zasychającą w nieznośnym procesie na twarzy, między włosami, na skórze, ubraniu, dłoniach. Szarpanina i ciosy, czy powinien do tego przywyknąć? On, czystokrwisty oskarżany przez przygłupią tłuszczę. Był winien. Nie musieli krzyczeć tego w jego twarz, ego skruszało już dawno przez tygodnie poczucia winy, odkąd Morpheus przyznał mu się, że zaczął narażać się w tej absurdalnej wojnie domowej. Był winny bierności. Był winny zaniedbania. Ale jeszcze, jeszcze nie był winny śmierci połowy swojej duszy.
Gdy dostrzegł w tłumie Morpheusa, podziękował Juliánowi obiecując, że gdy kurz opadnie spotkają się, a on dołoży wszelkich starań, by móc jakkolwiek spłacić ten dług. Podziękował mu i rozeszli się gdy auror wciąż musiał szukać słodkiego zapewnienia o bezpieczeństwie najdroższego skarbu, gdy dyplomata znalazł go, dostrzegł i... już do niego biegł. Och tak, biegł, bo nie podszedł do niego, próżno było szukać nonszalancji i zwyczajowego dystansu. Właściwie wpadł w Morpheusa, przyciskając go mocno do siebie, lepiąc się czernią paskudnej mazi. Żywy. Ciepły. Śmierdzący spalenizną, jakby wyszedł z piekła.
– Spójrz na siebie, jak Ty wyglądasz! – wymamrotał mu w bark, a potem odsunął się trzymając wciąż dłonie na jego barkach, zaciskając nerwowo palce na ciele, które w jego wyobraźni skatowane leżało właśnie w gruzach Warowni. Czarne smugi płynące z uszu i roztarte nad linią warg, nadpalone włosy, szaleńczy tik... Nie trzeba było być mistrzem dedukcji, patrząc po tym jak wygląda okolica, że Morpheus raczej nie pojawił się w niej po raz pierwszy... Anthony odruchowo sięgnął do kieszeni po chusteczkę, chcąc zetrzeć krew. W pierwszej chwili nie zauważył jednak, że jest już nasiąknięta farbą, którą teraz nieco lunatycznie rozcierał pod lewym uchem przyjaciela. Na usta cisnęły mu się wyrzuty, na usta cisnęły mu się gorzkie żale na temat tego, że ich nie uprzedził, że nie dał znać, że jest w takim stanie w jakim jest, jakby to była jego wina. Ale tłumił je i nie było to aż takie trudne, gdy od dwóch godzin w jego wyobrażeniu Morpheus był martwy.
– Nie odstąpię Cię dzisiaj ANI NA KROK – oznajmił nieoczekiwanie, bo kontrapunktem mimo wszystko biegła w jego umyśle zdrada Jonathana. Fakt, że nie pojawił się w Ministerstwie. Fakt, że oni dwaj mieliby biegać i się narażać, a on potem miałby czynić honory realizatora ich ostatniej woli. Jeśli mieli spłonąć... spłoną wszyscy trzej. Jeśli dziś miała być ostatnia noc i jego życia, był na to gotowy. Ulga i wściekłość. Niebezpieczna mieszanka, przydająca mu energii, pozwalająca odzyskać rezon, który utracił podczas gwałtowności ataku wymierzonego w jego osobę. – Rzucimy bogom wyzwanie – dodał, krzywiąc się strasznie w momencie, gdy zdał sobie sprawę, że chusteczka była już brudna wcześniej i zamiast pomóc przyjacielowi, przydał mu tylko straszności w jego prezencji. Odnosił się oczywiście do wizji, którą Longbottom otrzymał przed miesiącem od Matki. – Będę osłaniał Twoje włochate długie dupsko, choćby to miała być ostatnia rzecz jaką zrobię w życiu. Nie oddam Cię im – dodał, zdobywając się nawet na szczątek uśmiechu. Z twarzą utytłaną czerwoną farbą wyglądało to nieco makabrycznie, ale ta noc miała być symfonią szaleństwa, można było więc z powodzeniem uznać, że ubrany był adekwatnie do okoliczności.